Tabu językowe (3). Co warto wiedzieć o umieraniu i zdychaniu

Inne części tego cyklu
1. Dziki, kosmaty miodożerca
2. Fizjologia i seks, czyli ***** zakazy

Patrz też: Etymologiae. O pochodzeniu słów.

Zagajenie

Mamy w polskim dwa czasowniki, umrzeć i zdechnąć, o podobnym znaczeniu (‘zakończyć życie’). Skąd się wzięły i dlaczego przyjęło się uważać, że „zwierzę zdycha, a człowiek umiera”? Oczywiście od tej zasady istnieją wyjątki, bo zdechnąć w stylu potocznym może dotyczyć także człowieka i nie musi być wcale nacechowane pejoratywnie (zdechnę od tego upału); z kolei pszczelarze rezerwują dla pszczół rzeczownik umrzeć. Najzagorzalszym tradycjonalistom nie przeszkadza stwierdzenie, że drzewo umiera (bo trudno powiedzieć, że zdycha). Zgódźmy się jednak, że konserwatywny uzus w języku polskim podkreśla przede wszystkim odrębność śmierci ludzkiej i zwierzęcej, mimo iż chodzi przecież o ten sam proces fizjologiczny. Nie ma podobnego rozróżnienia w przypadku takich czasowników jak żyć albo rodzić (się). Tylko śmierć zwierzęcia (innego niż człowiek) – czyli końcówka życia, a nie jego początek lub przebieg – została objęta tabu: zdaniem części Polaków nie należy mówić o zwierzęciu, że umarło, bo nie wypada zrównywać wartości jego życia z wartością życia ludzkiego.

Na wszelki wypadek przypominam, że człowiek (Homo sapiens) jest zwierzęciem należącym do typu strunowców, a w jego obrębie do gromady ssaków, rzędu naczelnych i rodziny człowiekowatych. Kiedy umiera, dzieje się z nim to samo, co z każdym innym zwierzęciem: jego procesy życiowe (w tym funkcje mózgu) nieodwracalnie ustają i zaczyna się rozkład martwych tkanek. Jest to zjawisko nieprzyjemne, ale stare jak życie na Ziemi, naturalne i nieuniknione. Wiele języków (zapewne zdecydowana większość, choć nie badałem dokładnie tej kwestii) używa tego samego czasownika dla wszystkich istot żywych i nikomu nie przychodzi do głowy, żeby miało to oznaczać deprecjację ludzkiego życia i ludzkiej śmierci. Po angielsku mówi się my cat died podobnie jak the Queen died bez żadnej ujmy dla królowej lub kota. Czy w polskim obecne rozróżnienie istnieje „od zawsze”? Wrócimy do tego pytania, ale najpierw przyjrzyjmy się pochodzeniu obu słów.

*mer- i śmierć

W języku praindoeuropejskim istniał pierwiastek czasownikowy *mer- oznaczający ‘zakończyć życie/istnienie’. Mógł on się odnosić do wszystkiego, co żyje, a także do rzeczy nieożywionych, które znikają lub odchodzą w zapomnienie. Wśród jego licznych pochodnych mamy prasłowiańskie *merti (formy osobowe *mьretь, *mьrǫtь) > polskie mrzeć (mrze, mrą), dziś zazwyczaj używane z przedrostkami: umrzeć, zemrzeć, wymrzeć itp. Oprócz tego prasłowiański miał też formę oznaczającą proces rozciągnięty w czasie: *mirati, stąd staropolskie umirać, zamirać > współczesne umierać, zamierać.

Ale na tym nie koniec. Już w epoce praindoeuropejskiej tworzono causativum, czyli czasownik przechodni *mor-éje- ‘spowodować, że ktoś lub coś umrze, zabić’, stąd prasłowiańskie *moriti > polskie morzyć. Coś, co powodowało śmierć (np. choroba), mogło być określane jako *mor-o-s > prasłowiańskie *morъ > polskie mór, pomór (patrz też nazwa muchomor, o której pisałem przy innej okazji). Osobnik, który umarł, był *mr̥-tó-s, ale pod wpływem kontrastującego przymiotnika *gwih3wos ‘żywy’ niektóre języki indoeuropejskie dodały do tej formy *w (*mr̥twos), stąd łacińskie mortuus i prasłowiańskie *mьrtvъ > polskie martwy. Podobne było znaczenie słowiańskiego imiesłowu *mьrlъ, od którego pochodzi polski czas przeszły marł i przymiotniki takie jak zmarły, umarły, wymarły.

Warto jeszcze wspomnieć rzeczownik abstrakcyjny *mr̥-tí-s ‘śmierć’, od którego pochodzi np. łacińskie mors (dopełniacz mortis) i litewskie mirtis. W języku prasłowiańskim dodano do niego przedrostek *sъ- oznaczający coś pozytywnego (z praindoeuropejskiego *h1su- ‘dobry’); stąd mamy *sъ-mьrtь > staropolskie śmirzć > śmierć. Być może był to eufemizm mający udobruchać śmierć (żeby nie przyszła przedwcześnie), a może określano w ten sposób pierwotnie jakiś pożądany rodzaj rozstania się ze światem (np. śmierć naturalną „we własnym łóżku” bądź przeciwnie – zaszczytną śmierć na placu boju) – tego zapewne już się nie dowiemy.

Zauważmy, że choć wiele osób razi mówienie o dowolnym zwierzęciu, że umarło, nie dotyczy to niektórych wyrazów pokrewnych, także pochodzących od pierwiastka *mer-. Chyba nikt (nawet profesor Jerzy Bralczyk) nie zaprzeczy, że zwierzę może być martwe, że jakiś gatunek może wymrzeć albo nawet jest już wymarły, że zwierzęta można morzyć głodem, ani że pewien groźny wirus powoduje afrykański pomór świń. Nie spotkałem się też z opinią, że to, co spotyka w końcu każdy organizm z człowiekiem włącznie, należy określać jakoś inaczej niż śmierć. Każde zwierzę można oczywiście uśmiercić. Oddam zresztą głos samej Śmierci, która w słynnej Rozmowie tak to wyjaśniała Mistrzowi Polikarpowi w połowie XV w.:

Nikt się przede mną nie skryje,
Wszytkiem żywem utnę szyje:
Sama w lisie jamy łażę,
Wszytki liszki w zdrowiu każę;
Za kunami łażę w dzienie,
Łupieże dam na odzienie;
Ja dawię gronostaje
I wiewiorkam się dostaje;
Jać też kosą siekę wilki,
Sarny łapam drugiej filki;
Przez płoty chłopie
Gonię żorawie i dropie;
Z gęsi też wypędzam duszki,
Pierze dawam na poduszki –
Zwierzęta i wszytki ptaki
Ja posiekę nieboraki.
Co koli martwym niosą,
Ci byli pod mą kosą.

Tabu nie dotyczy zatem rdzenia *mer-, ale głównie jednej z jego pochodnych – czasownika umrzeć i form blisko z nim związanych. Brak w tym logiki, ale w końcu nikt nie wymaga od języków naturalnych, żeby były do końca logiczne. W każdym razie dla autora Rozmowy było jasne, że śmierć nas łączy z resztą świata żywego i że nie ma istotnej różnicy między śmiercią lisa, wiewiórki, dropia czy człowieka.

Ryc. 1.

*dhwes-: zdychanie, dech i dusza

Drugi interesujący nas rdzeń to praindoeuropejskie *dhwes- ‘tchnąć, zrobić wdech lub wydech’. Jest on nieco słabiej poświadczony, ale jego status prajęzykowy nie budzi zastrzeżeń. Jak każdy pierwiastek indoeuropejski miał on kilka możliwych wariantów, w tym tzw. stopień redukcji *dhus-, w którym samogłoska *e zanikała, a półsamogłoska *w była realizowana jako samogłoska *u. Od niego można było utworzyć przymiotnik *dhews-ó- ‘oddychający’ za pomocą procesu słowotwórczego opisanego tutaj. Fakt, że pełna samogłoska była wstawiana nie tam, gdzie teoretycznie było jej miejsce, nie przeszkadzał Indoeuropejczykom. Przymiotnik oznaczał ‘oddychający’, a zdolność do oddychania była utożsamiana z życiem. Dlatego na przykład w językach germańskich *dhews-ó- zostało zaadaptowane jako rzeczownik rodzaju nijakiego *deuza- o znaczeniu ‘coś, co oddycha, zwierzę’.1 Stąd pochodzi staroangielskie dēor ‘dzikie zwierzę (zwłaszcza jeleń)’. We współczesnym angielskim znaczenie deer uległo zawężeniu do ssaków jeleniowatych, ale wyrazy pokrewne w innych językach germańskich (gockie dius, niemieckie Tier, niderlandzkie dier czy szwedzkie djur) oznaczają ogólnie ‘zwierzę’.

Języki słowiańskie odziedziczyły pierwiastek czasownikowy na stopniu redukcji, *dhus-. Gałąź bałtosłowiańska wraz z indoirańską odznacza się kilkoma wspólnymi zmianami fonetycznymi, w tym tzw. regułą RUKI, o której można przeczytać więcej w tym wpisie. Wskutek działania tej reguły końcowe *s zmieniło się w *š, które w językach słowiańskich zachowało się przed samogłoskami przednimi lub *j, a w pozostałych pozycjach przeszło w *x (polskie ch). Stary czasownik dokonany *dhus-new- zmienił się w prasłowiańskie *dъxnǫti, od którego pochodzi staropolskie dchnąć. Po asymilacji spółgłoski dźwięcznej do bezdźwięcznej zrobiło się z tego tchnąć. Istniała też utworzona od tego samego pierwiastka forma niedokonana *dyxati > polskie dychać. Jak zwykle w językach słowiańskich, do czasownika podstawowego można było dołączać rozmaite przedrostki, otrzymując różne odcienie znaczenia: odetchnąć/oddychać, westchnąć/wzdychać.

Jednym ze słowiańskich przedrostków, które mogły się łączyć z czasownikiem *dъxnǫti był *jьz- (występujący także jako samodzielny przyimek) o znaczeniu ‘z’, a ściślej ‘ze środka na zewnątrz’. Połączenie *jьz-dъxnǫti oznaczało ‘wydać z siebie tchnienie’, a metaforycznie ‘umrzeć’ (zakładając, że tchnienie było ostatnie).2 W języku staropolskim, w epoce eliminowania słabych samogłosek, czyli jerów *ъ i *ь (o których więcej pisałem tutaj), nastąpiło wbrew etymologii utożsamienie dwóch przedrostków, *jьz i *sъ(n)-. Ten drugi oznaczał wspólne wykonanie czynności albo wykonanie jej do końca, a jako przyimek miał znaczenie ‘razem z’. Z tego pomieszania narodził się hybrydowy przedrostek z(e)- (pisany też s- lub ś- zależnie od kontekstu), łączący funkcję obu przodków. Tak samo oba przyimki połączyły się we wspólne z(e).

Co się zatem stało z czasownikiem *jьz-dъxnǫti? Wyewoluował w staropolskie zedchnąć > zetchnąć, nadal o tym samym znaczeniu ‘wydać ostatnie tchnienie’; był zatem nieco eufemistycznym synonimem starszego czasownika umrzeć. Miał do pary formę niedokonaną zdychać. W czasie przeszłym odmieniał się zgodnie z tzw. prawem Havlíka, opisującym zanik lub wzmocnienie jerów: on (jest) zdechł, ona (jest) zetchła. Istniał też przymiotnik zetchły. Dopiero po pewnym czasie nastąpiło wyrównanie odmiany przez uogólnienie formy zdech- wyizolowanej z męskiej formy czasu przeszłego. Po ujednoliceniu odmiana zaczęła przypominać dzisiejszą: zdechnąć, zdychać, zdechł, zdechła, zdechły.

Rzeczownik *dhusos ‘oddech, tchnienie’ rozwinął się w prasłowiańskie *dъxъ, a następnie w staropolskie dech, dopełniacz dchu > tchu (znów wskutek rozszerzenia bezdźwięczności na całą grupę spółgłosek). Do dziś zachowaliśmy tę starą odmianę, choć gdy rzeczownik poprzedzony był przedrostkiem, następowało wyrównanie przez analogię: zamiast dawnego wydech/wytchu mamy dziś ujednolicone wydech/wydechu, mimo że pokrewny czasownik brzmi nadal wytchnąć (a nie np. *wydechnąć).

Inne derywaty pierwiastka *dhwes- odziedziczone przez języki słowiańskie to *dhowsos > prasłowiańskie *duxъ i *dhowsjah2 > prasłowiańskie *duša. Ich kontynuacją są oczywiście polskie duch i dusza. Oznaczały one mniej więcej to samo: siłę, dzięki której to, co żyje, oddycha. Jeśli coś przestawało oddychać, wyobrażano to sobie jako ucieczkę siły życiowej przez usta (stąd wyrażenie wyzionąć ducha). Zauważmy, że w słowach tchnąć, oddychać, dech, duch, dusza nie ma nic pejoratywnego. Oddychać może zarówno człowiek, jak i dowolne inne zwierzę. Żaden konserwatysta językowy nie będzie chyba się upierał, że stwierdzenie człowiek oddycha odbiera nam godność, ponieważ krowa, mrówkojad i zaskroniec też oddychają. Z punktu widzenia naszych dalekich przodków duch i dusza, jako pojęcia ściśle związane z oddychaniem, również nie podlegały ograniczeniom gatunkowym. Dopiero chrześcijaństwo nadało im nowy abstrakcyjny sens teologiczny, zrywający związek semantyki z etymologią.

Kość niezgody

I tu bierzemy byka za rogi: przechodzimy do sedna sporu, który od czasu do czasu rozgrzewa internet. Kto zdycha, a ko umiera? Otóż różnie to bywało w historii. W tekstach z XV w. czasowniki zetchnąć i zdychać zachowywały jeszcze swój pierwotny sens etymologiczny i zapewne nie miały odcienia pejoratywnego. Nie oznaczały śmierci „gorszego sortu”, tylko po prostu „wyzionięcie ducha”, czyli śmierć. Pojawiały się w odniesieniu do człowieka w poważnych tekstach religijnych, jak przekłady Biblii. Na przykład w Biblii królowej Zofii (lata pięćdziesiąte XV w.) czytamy w księdze Rodzaju:

Rzekł k niemu Bóg: Zdechniesz, przeto iżeś wziął żonę, boć ma męża.

No, skoro sam Bóg tak mówił, to chyba nie wypada polemizować. Zdechniesz (już z wyrównaniem morfologicznym zamiast starszego zetchniesz) jest tu tłumaczeniem łacińskiego moriēris, słowa znaczącego po prostu ‘umrzesz’, bez żadnego nacechowania emocjonalnego. Mój ulubiony przykład pochodzi z Rozmyślania przemyskiego, zapisanego w pierwszej połowie XVI w. Wśród wielu apokryficznych opowiastek o życiu Jezusa mamy tam między innymi Czcienie (czytanie) 106:

Czcienie o dziecięciu, ktore sie swaliło z skały i zdechło, a to miły Jesus wskrzesił z martwych
Jednego dnia dziecię miły Jesus wyszedł na pole, a za nim dzieci naśladowały, wielika tłuszcza. Tako są weszli na jednę gorę wielmi przykrą i poczęli igrać każdy swoję igrę, ktora sie komu widziała, a Jesus siedział niedaleko, ich przyglądając. Bieżąc jedno dziecię nieopatrznie i zwaliło sie z onej gory, to jest z skały, padnie na ziemię i zdechnie.

Z drugiej strony mamy w staropolszczyźnie przykłady użycia czasowników mrzeć, umrzeć, zemrzeć w odniesieniu do zwierząt, choćby w protokołach sądowych takich jak poniższy (z roku 1404).3

Jako przy tem był, kiedy Staszek dzielił s kmieciem skot, kiedy się Staszkowi dostała krowa, a kmieciewi wół, a trzecie umarło.

Z kolei w opisie potopu w Biblii królowej Zofii mamy, co następuje:4

I z gorami wszytko stworzenie, csoż jest było na ziemi, ptacy i źwierzęta, i wszytko płożące, jeż to płozi po ziemi, zmarło jest.

Konkluzja

Nacechowanie pejoratywne słowa zdechnąć nie jest zatem w języku polskim odwieczne. Rozwijało się stopniowo. Zaczęto unikać go w stosunku do ludzi przynajmniej w stylu oficjalnym. Jednocześnie ograniczano użycie umrzeć, zemrzeć, gdy mowa była o zwierzętach. Podobny proces zachodził równolegle w kilku językach słowiańskich. Jeśli wyrażało się w tym postrzeganie zwierząt w naszym zakątku Europy jako istot z zasady „gorszych” i niezasługujących nawet na to, żeby ich śmierć opisać czasownikiem niezabarwionym negatywnie, to moim zdaniem nie wystawia to dobrego świadectwa Słowianom sprzed kilkuset lat.

„Tradycyjny uzus” utrwalił ten stan rzeczy, a wraz z nim stereotypowy obraz świata, w którym człowiek jest czymś z zasady lepszym od wszystkich swoich kuzynów, bliższych i dalszych. A jako superistota stojąca ponad światem zwierząt i przepełniona niekoniecznie uzasadnionym samozadowoleniem nie jest zobowiązany do empatii wobec innych żywych istot choćby na poziomie formułowania myśli w języku polskim. Pies umarł ma nas razić jako nadające psiej śmierci nienależną godność (choć jakoś nie razi martwy pies, śmierć psa ani wymarła rasa psów). Takie symboliczne deprecjonowanie zwierząt (z wyjątkiem pszczół, za co chwała pszczelarzom) powinno należeć do przeszłości, ale stereotypy mają twardy żywot.

Ryc. 2.

Jak już wykazałem powyżej, uzus to nic świętego ani zakonserwowanego na wieki wieków. To tylko tymczasowy zwyczaj, w którym odbija się językowy obraz świata charakterystyczny dla danej epoki. Nie żyjemy obecnie w XVII w. i nie musimy się kurczowo odwoływać do dawnych systemów wartości. Argumenty typu „uważam, że tak należy mówić, bo tak się dotąd mówiło” nie tylko opierają się na błędnym kole logicznym, ale są także małostkowe i krótkowzroczne. Zmienia się nasza wrażliwość i wiedza o świecie, a w ślad za tymi zmianami ewoluuje język. Tak było zawsze i tak będzie w przyszłości. To, co „rozumiało się samo przez się” w pojęciu pokoleń minionych i odchodzących, może się okazać żenująco anachroniczne dla pokoleń wkraczających w życie i przyszłych. Pies umarł to – jak w Rozmowie mistrza Polikarpa ze Śmiercią – trzeźwiące przypomnienie, że w kwestii cierpienia i śmierci nie różnimy się od innych gatunków. Biologia wygrywa tu z cywilizacją, choćbyśmy stawali na rzęsach. Przy czym akurat w przypadku psa chodzi konkretnie o zwierzę, które od około 25 tys. lat jest naszym najwierniejszym towarzyszem i przysłowiowym „najlepszym przyjacielem”. Pytanie tylko, czy z wzajemnością.

Przypisy

  1. Analogicznym przykładem jest łacińskie określenie zwierzęcia jako animal, pochodzące od animus lub anima ‘oddech, siła życiowa, życie, dusza’, z praindoeuropejskiego *h2anh1-mo- od pierwiastka *h2enh1 ‘oddychać’. Ściśle pokrewnym słowem jest greckie ánemos ‘wiatr, podmuch’. ↩︎
  2. Tak samo w łacinie exspīrō (pisane też expīrō) znaczyło zarówno ‘wydycham’, jak i ‘umieram’. ↩︎
  3. W razie, gdyby ktoś nie wiedział, skot oznacza ‘bydło’. ↩︎
  4. Uwaga! Słowo jeż to w tym przypadku zaimek względny o znaczeniu ‘które’, nie nazwa kolczastego ssaka z rzędu owadożerów; płozi znaczy ‘pełza’. ↩︎

Dodatkowa lektura

Opinia prof. Mirosława Bańki, wyważona, ale z mocną konkluzją, z którą się zgadzam: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/umrzec-zdechnac;14051.html

Opisy ilustracji

Ryc. 1. Karta tytułowa drukowanego wydania Rozmowy mistrza Polikarpa ze Śmiercią z roku 1542, odkrytego przez prof. Wiesława Wydrę (UAM) w 2017 r. Żródło: Wikipedia (domena publiczna).
Ryc. 2. Rzymski nagrobek psa z Praeneste (dzisiejsza Palestrina), II w. n.e. Epitafium głosi:
AEOLIDIS TVMVLVM FESTIVAE
CERNE CATELLAE,
QVAM DOLVI INMODICE
RAPTAM MIHI PRAEPETE
FATO.
[Patrzcie, oto nagrobek Aeolis, wesołej suczki, której porwanie przez skrzydlaty los sprawiło mi niezmierny ból]. Już w paleolicie zdarzało się, że psom urządzano pochówki równie pieczołowicie jak ludziom. Źródło: Epigraphik-Datenbank Clauss/Slaby (fair use).

Uzupełnienie multimedialne

Skecz Monty Pythona o papudze, która umarła, zdechła, wyzionęła ducha lub wącha kwiatki od spodu.

Tabu językowe (2). Fizjologia i seks, czyli ***** zakazy.

Inne części tego cyklu
1. Dziki, kosmaty miodożerca
3. Co warto wiedzieć o umieraniu i zdychaniu

Patrz też: Etymologiae. O pochodzeniu słów.

Zacznijmy niewinnie od prawa Grimma, jednej ze zmian dźwiękowych charakterystycznych dla języków germańskich. Język praindoeuropejski posiadał trzy szeregi spółgłosek zwartych: bezdźwięczne, dźwięczne przydechowe i dźwięczne zwykłe. W języku pragermańskim bezdźwięczne straciły charakter zwarty i zmieniły się w spółgłoski szczelinowe, dźwięczne przydechowe straciły przydech, a dźwięczne zwykłe straciły dźwięczność. Zmienił się sposób wymawiania tych spółgłosek, ale nie zmieniło się przy tym ich miejsce artykulacji. Na przykład praindoeuropejskie spółgłoski przedniojęzykowe *t, *, *d (przy których artykułowaniu czubek języka zbliżał się do zębów lub górnego dziąsła) zmieniły się odpowiednio w *þ, *d, *t, także przedniojęzykowe(symbol *þ odpowiada tu znakowi [θ] w alfabecie fonetycznym, czyli spółgłosce szczelinowej zębowej). Podobnie było dla spółgłosek wargowych (np. bezdźwięczne *p zmieniło się w szczelinowe *f) i tylnojęzykowych (np. dźwięczne *g zmieniło się w bezdźwięczne *k).

Sprawdźmy to na konkretnym przykładzie: był sobie praindoeuropejski czasownik *perd-, który poddany prawu Grimma przekształcił się w *fert-. W staroangielskim jego bezokolicznik wyglądał następująco: feortan. W średnioangielskim brzmiał z początku ferten, ale uległ tendencji do zmiany krótkiego e w a przed spółgłoską r i przybrał formę farten. Później czasowniki angielskie straciły większość końcówek odmiany, wskutek czego dzisiejszy bezokolicznik brzmi fart. Czytelnicy znający język angielski wiedzą, że oznacza on ‘pierdzieć’ i że ma on w dzisiejszym angielskim nacechowanie umiarkowanie nieprzyzwoite, należy zatem uważać, aby nie użyć go w kontekście, w którym by brzmiał niestosownie.

Języki bałtosłowiańskie nie podlegały prawu Grimma i zachowały zarówno *p, jak i *d w niezmienionej postaci. Rdzeń czasownikowy *perd- widzimy w pełnej okazałości w litewskim persti < *perd-tei (3 os. l.poj. perdžia). W językach słowiańskich czasownik zachował się w nieco innej formie, z rdzeniem w tzw. stopniu zanikowym, czyli z usuniętą samogłoską (jej funkcję przejęło *r, stając się głoską sylabiczną): *pr̥d- > prabałtosłowiańskie *pird- > prasłowiańskie *pьrd- (zob. wpis o jerach). W rezultacie otrzymujemy słowiański czasownik *pьrděti (1 os. l.poj. *pьrdjǫ, 3 os. l.poj. *pьrditь), którego polskim potomkiem jest pierdzieć (pierdzę, pierdzi). Angielskie fart, litewskie persti i polskie pierdzieć mają dokładnie to samo znaczenie i są reliktami bardziej rozbudowanej koniugacji praindoeuropejskiego *perd-. Polskie pir(z)dzieć, pierdzieć udokumentowane jest od XV w., ale oczywiście w takiej czy innej formie musiało istnieć nieprzerwanie od tysięcy lat, skoro ma niekwestionowany rodowód indoeuropejski.

Słownictwo dotyczące czynności fizjologicznych, zwłaszcza takich, które uznawane są za intymne lub krępujące, otoczone jest zwykle tabu językowym. Jeśli istnieje społeczny zakaz pierdzenia w dobrym towarzystwie, to towarzyszy mu zakaz mówienia o pierdzeniu (chyba że w sposób zawoalowany, przy użyciu eufemizmów takich jak „wiatry”, „uwolnienie gazów” lub mniej formalne „puszczenie bąka”). A jednak rdzeń *perd- i związane z nim słownictwo pochodne (np. niemieckie Furz i litewskie perdis, oznaczające ‘pierdnięcie’) niewiele sobie nie robiły z tego tabu i przetrwały wszelkie zakazy.

Tabu ogranicza się głównie do sytuacji oficjalnych i użycia słów na piśmie. Staroangielskie feortan tak naprawdę ani razu nie pojawia się w literaturze staroangielskiej jako bezokolicznik. Wiemy, że musiało mieć także czas przeszły feart (1 i 3 os. l.poj.) i furton (l.mn.) i że spodziewana forma 3 os. l.poj. to fiert lub fyrt. Jednak jedyny dotykalny ślad, jaki się zachował, to pojedyncze wystąpienie rzeczownika odczasownikowego feorting w glosariuszu staroangielsko-łacińskim. Nie ma mowy o pierdzeniu w poematach epickich, poezji religijnej, przekładach z łaciny, kronikach królestw anglosaskich ani nawet w wierszowanych zagadkach staroangielskich, których autorzy nieraz pozwalali sobie na ryzykowne żarty. Również w wielkim korpusie zachowanych tekstów średnioangielskich wystąpień farten jest tak niewiele, że wystarczy palców jeśli nie jednej, to obu rąk, żeby je wszystkie porachować. A jednak słowo przeżyło w mowie, czego najlepszym dowodem jest jego istnienie w XXI w.

Czasowniki pokrewne spotykamy np. w sanskrycie (pardate) i w albańskim (pjerdh); są też refleksy greckie. Rdzeń *perd- miał w starogreckim czas teraźniejszy oparty na temacie *perd-e/o- (1os. l.poj. pérdomai) i tzw. reduplikowany perfekt péporda < *pe-pord-h₂a, używany w sensie czasu teraźniejszego, np. „pierdzę z radości” (cytat z Arystofanesa, największego komediopisarza starożytności, któremu zawdzięczamy udokumentowanie kilku pochodnych rdzenia *perd-). Perfekt normalnie wyraża stan wynikający z czynności, a nie samą czynność; ale że pierdnięcie daje o sobie znać z pewnym opóźnieniem właśnie jako odczuwalny zapachowo skutek, taka interpretacja perfektu jest w tym przypadku poniekąd naturalna. Porównując formy zachowane w różnych językach, odkrywamy pełny zestaw oboczności morfologicznych charakterystycznych dla języka praindoeuropejskiego, czyli różnych „stopni apofonicznych” tego samego rdzenia: *perd-/*pord-/*pr̥d-. Występują one dokładnie tam, gdzie się ich spodziewamy na podstawie znajomości gramatyki praindoeuropejskiej. Rekonstrukcja zatem jest spójna i zgodna z oczekiwaniami teoretycznymi.

Skoro mowa o starogreckim, miał on także inny czasownik o takim samym lub podobnym znaczeniu, bdéō. Dość liczne słowa, które od niego pochodzą, odnoszą się często do niemiłego zapachu. Jak wskazują wyrazy pokrewne w innych językach indoeuropejskich (a także w samej grece), początkowe bd- było wynikiem uproszczenia dość skomplikowanej zbitki spółgłoskowej *psd-, wymawianej *bzd- wskutek upodobnienia dźwięczności (a w grece uproszczonej do bd-). Jeśli to „bzd” coś wam przypomina, to słusznie – podobieństwo nie jest przypadkowe! Forma *psd- była stopniem zanikowym od rdzenia, który w praindoeuropejskim wyglądał tak: *pesd-. Wymawiano go [pezd-], bo choć praindoeuropejski fonem /s/ nie miał odpowiednika dźwięcznego /z/, to sam ulegał udźwięcznieniu asymilacyjnemu przed spółgłoską dźwięczną. Dlatego w dalszym ciągu będę używał rekonstrukcji „wiernej fonetyce”, czyli *pezd-.

Znamy starogreckie słowo oznaczające ‘purchawkę’. Brzmiało ono pézdis, pisane przez literę „dzeta” (Ζ, ζ), która w okresie klasycznym była w większości dialektów wymiawiana [zd]. Skojarzenie purchawki wydmuchującej chmurę zarodników z pierdzeniem jest szeroko rozpowszechnione i poświadczone w wielu językach. Wielkie purchawki, zwłaszcza czasznica olbrzymia (Calvatia gigantea), noszą tradycyjną angielską nazwę bullfist. Pierwszy człon to oczywiście ‘byk’. Drugi – to stary synonim słowa fart (patrz regionalne niemieckie Fist ‘ciche pierdnięcie’). Jest on dokładnym odpowiednikiem słowa greckiego, bo powstał dzięki przepuszczeniu praindoeuropejskiego rzeczownika *pezd-i-s przez tryby prawa Grimma (stąd pragermańskie *fistiz). W kilku językach purchawki nazywane są ‘wilczymi pierdami’, co znalazło wyraz w naukowej nazwie rodzaju Lycoperdon. Utworzył ją ponad 200 lat temu niemiecki mykolog Christiaan Hendrik Persoon, kalkując francuską nazwę vesse-de-loup na język grecki.

Jak widzimy, niektóre języki indoeuropejskie zachowały oba rdzenie, *perd- i *pezd-. Są one do siebie tak podobne, że narzuca się myśl o istnieniu między nimi jakiegoś związku. Pochodzenie od wspólnego przodka nie wchodzi w grę, bo oboczności *s |*r nie da się sprowadzić do jednej praformy. Związek może jednak polegać na tym, że jest to para rdzeni dźwiękonaśladowczych, będących wynikiem gramatykalizacji wykrzykników typu prrr…,  pzzz… Utworzono je osobno, ale według wspólnego schematu, stąd podobieństwo. Sądząc z doboru dźwięków i z subtelnej różnicy znaczenia w niektórych językach, *perd- mogło sugerować pierdnięcie głośne, a *pezd- ciche (łaskawsze dla uszu, choć niekoniecznie dla nosa).

W łacinie *pezd- rozwinęło się regularnie (z zanikiem *z przy jednoczesnym wzdłużeniu samogłoski) w pēdō ‘pierdzę’. Słowo to było w klasycznej łacinie nieeleganckie, zatem opisując pierdzenie, posługiwano się częściej eufemizmami takimi jak crepitus ventris ‘hałas brzuszny’. Łacina zachowała też prawdopodobnie stopień z samogłoską *o w słowie pōdex ‘dupa’ (hipotetyczne *pozdo- ‘coś, co pierdzi’ z łacińskim rozszerzeniem -ex/-ic- używanym do tworzenia rzeczowników nacechowanych pejoratywnie). Nie zachowała natomiast śladów konkurencyjnego rdzenia *perd-. Z kolei na przykład języki indoirańskie utraciły *pezd-, ale zachowały *perd-.

Grupa bałtosłowiańska, podobnie jak greka i języki germańskie, także utrzymała rdzeń *pezd-. Oboczność stopnia pełnego i zanikowego, *pezd- | *bzd-, została częściowo wyrównana. W stopniu zanikowym ułatwiano sobie wymowę, wstawiając między elementy zbitki słabą samogłoskę. W językach słowiańskich mamy ślady zarówno czasownika *pьzděti z zachowanym bezdźwięcznym *p, jak i  *bьzděti z wyrównaniem analogicznym. Pytanie, od której z nich pochodzi polskie bździeć/bździć, jest czysto akademickie, bo po staropolskim zaniku jeru i tak pierwsza spółgłoska dopasowała się dźwięcznością do reszty zbitki. Natomiast w językach bałtyjskich mamy konsekwentne udźwięcznienie, jak w litewskim czasowniku bezdėti lub w rzeczowniku bizdžius oznaczającym kogoś lub coś bżdżącego, a także – uwaga – purchawkę. Warto zauważyć, że oba rdzenie  mogą w języku polskim tworzyć słowa oznaczające metaforycznie ‘bezwartościową wypowiedź’ albo, mówiąc bez ogródek, ‘pieprzenie głupot’, dlatego pierdoły oraz bzdury/bzdety to mniej więcej synonimy. Najstarszy przykład takiego użycia („Pirdzi Grzegorz dobre rady”) pochodzi z XV w.  

Żeby już uporządkować materiał do końca, zauważmy, że w języku polskim mamy odpowiednik dokonany czasownika pierdzieć, utworzony za pomocą przyrostka nosowego, czyli kontynuujący formę *pьrdnǫti. Oczekiwane formy osobowe to m.in. *pьrdnǫ i *pьrdnetь. W języku staropolskim rozwój *ьr przed spółgłoską zależał od tego, czy w następnej sylabie była samogłoska przednia, czy tylna (działał tu tzw. przegłos lechicki, czyli asymilacja samogłoskowa). Dlatego spodziewalibyśmy się tu powstania staropolskiej oboczności: pardnąć, 1 os. l.poj. pardnę, ale 3 os. l.poj. pirzdnie lub pirdnie > pierdnie. Tak też najprawdopodobniej się stało. Język standardowy uogólnił wokalizm formy pierdnie (→ pierdnąć, pierdnę), ale śladem dawnej oboczności pard- | pierd- jest niestandardowa forma „kompromisowa” piardnąć (także w rzeczowniku pierd ~ piard). Podobne zjawisko widzimy w brzmieniu rzeczownika ziarno, które jest kompromisem między dawnymi formami zarno (mianownik) i ziernie (miejscownik) < prasłowiańskie *zьrno | *zьrně.

Anglia, rok 1528. Na marginesie kopii De Officio Cycerona mnich wyraża swoją opinię na temat opata. Dzięki takim incydentom mamy nieco więcej informacji o historii słów wyklętych. Rękopis przechowywany w Brasenose College, Uniwersytet w Oksfordzie (domena publiczna).

Jak widać, słownictwo tego typu (które mogłoby się wydawać slangowe i niezbyt stare) można badać zupełnie na serio i odkrywać fascynujące związki etymologiczne sięgające epoki praindoeuropejskiej. Tabu obyczajowe jest tu pewną przeszkodą, bo ogranicza ilość zachowanych danych, których potrzebuje metoda porównawcza. Trudno jednak winić dawnych skrybów i pisarzy, bo nawet ludzie nauki, którzy nie powinni się przejmować zakazami tego typu, czasem czyją się zmuszeni im ulegać pod naciskiem „siły wyższej”. Dotyczy to w szczególnym stopniu słownictwa opisującego wprost narządy płciowe i czynności seksualne. Na przykład od czasów królowej Wiktorii aż po rok 1960 nie do pomyślenia było, aby w tekście angielskim legalnie opublikowanym w Zjednoczonym Królestwie pojawiło się którekolwiek z dwóch najbardziej wyklętych „słów czteroliterowych”, cunt i fuck. Otaczające je tabu językowe było tak silne, że stały się one jedynymi hasłami celowo opuszczonymi w oryginalnym wydaniu monumentalnego Słownika Oksfordzkiego (A New English Dictionary on Historical Principles). Ambicją słownika było pełne i zgodne ze standardami naukowymi udokumentowanie słownictwa angielskiego od najazdu normańskiego po okres współczesny. Ale tom II (C) ukazał się w roku 1893, a tom IV (F–G) w 1900, a w tym czasie autocenzura dotycząca c*** i f*** była wymagana nawet w publikacji naukowej pod grozą publicznego skandalu i procesu sądowego. Dodano je do słownika dopiero w latach siedemdziesiątych (wraz z pełnym opisem haseł i licznymi przykładami użycia obejmującymi wiele stuleci).

Nie wińmy jednak królowej Wiktorii za całą pruderię tego świata. Inne kraje nie były lepsze od Wielkiej Brytanii. Słownictwo opisujące genitalia i to, co robimy za ich pomocą, bywało pomijane przez badaczy ze względu na tabu istniejące w ich własnym języku. Na przykład niektóre języki należące do endemicznych rodzin Kaukazu są udokumentowane pod tym kątem dzięki niemieckiemu językoznawcy, orientaliście i etnografowi Juliusowi Klapropthowi¹, który podczas badań terenowych w latach 1807–1808 sumiennie włączał słowa nieobyczajne do gromadzonych list porównawczych słownictwa, opatrując je glosami łacińskimi w rodzaju ‘futuere’ czy ‘cunnus’ dla uniknięcia zgorszenia. Natomiast jego radziecy koledzy, którzy badali te same języki w XX w., byli zbyt kulturalni, żeby w ogóle notować takie świństwa. Uniki stosowane do dziś przez autorów słowników bywają zabawne. Wielki Słownik łacińsko-polski PWN (1959 [2007]) tłumaczy łacińskie futūtor jako ‘kochanek’, co raczej nie ułatwia zrozumienia ani epigramów Marcjalisa (w tym tego, który jest cytowany w słowniku), ani tym bardziej niczym nieskrępowanych graffiti na ścianach Pompejów.²

Max Vasmer, niekoronowany król etymologii rosyjskiej, opuścił w swoim czterotomowym słowniku, wydanym w latach 1950–1958,  hasło dotyczące jednego z czasowników słowiańskich, który (nieco paradoksalnie) jest zarazem często używany i wyklęty ze sfery publicznej: ebat’/et’ ‘jebać’ < prasłowiańskie *jeti (1 os. l.poj. *jebǫ, 3 os. l.poj. *jebetь). A przecież on także ma prastare koneksje i odpowiedniki w wielce szanowanych językach klasycznych, w tym staroindyjskie yabhati i starogreckie oípʰō, wskazujące na indoeuropejską praformę *h₃jebʰ-. Ślady działania tabu są w tym przypadku widoczne na przestrzeni dziejów. W językach irańskich mamy tylko ślady pochodnych tego rdzenia, zniekształcone przez wpływ eufemizmów. Z języków bałtyjskich znikł kompletnie. Formy greckie i staroindyjskie znamy tylko dlatego, że oba języki pozostawiły po sobie ogromne korpusy tekstów, w których nawet słownictwo „zakazane” miało pewne szanse na przeżycie. Ciekawe, że yabhati zachowało się w rytualnych formułach wedyjskich, celowo obscenicznych i dosadnych seksualnie dla spotęgowania efektu magicznego. Blade refleksy jego pochodnych istnieją nadal w językach indoaryjskich, ale tylko Słowianie utrzymali „pięciogwiazdkowy” czasownik w pełni sił witalnych. Być może powinno to być naszym powodem do dumy.


Przypisy

¹ Chemicy z pewnością kojarzą jego ojca Martina Klaprotha, odkrywcę uranu i cyrkonu oraz współodkrywcę tytanu, strontu, ceru i chromu. Na kierownika ekspedycji kaukaskiej rekomendował Juliusa jego przyjaciel i towarzysz wcześniejszej wyprawy na Daleki Wschód hrabia Jan Potocki, autor Rękopisu znalezionego w Saragossie. Jaki ten świat jest mały!

² O tym, jak wyglądała łacina Złotego Wieku w życiu prywatnym bez cenzury, można się dowiedzieć w znakomitym opracowaniu: Andrzej Wypustek. 2020. Rzymskie graffiti seksualne, erotyczne i miłosne z Pompejów i Herkulanum (I wiek n.e.). Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Sub Lupa.

Tabu językowe (1). Dziki, kosmaty miodożerca

Inne części tego cyklu
2. Fizjologia i seks, czyli ***** zakazy
3. Co warto wiedzieć o umieraniu i zdychaniu

Patrz też: Etymologiae. O pochodzeniu słów.

Czy znacie klasyczną dziewiętnastowieczną nowelę grozy Prospera Meriméego, Lokis? Jeśli nie, to przeczytajcie, bo warto. Albo przynajmniej obejrzyjcie jej polską ekranizację z 1970 r. w reżyserii Janusza Majewskiego. Rzecz się dzieje na Żmudzi, a czym jest tytułowy lokis, wyjaśnia motto noweli: „Meška su lokiu, abudu tokiu”, co w swobodnym przekładzie z litewskiego oznacza: Misiek czy niedźwiedź, oba jednakie (czyli ganc pomada). Występują tu dwa określenia niedźwiedzia brunatnego (Ursus arctos): jedno zapożyczone ze staroruskiego (mešьka lub mečьka), drugie rdzennie litewskie (lokys).

Meška to eufemistyczne zdrobnienie oficjalnego staroruskiego słowa medvědь, mającego krewnych we wszystkich językach słowańskich. Językoznawcy bardzo je lubią, bo jest ciekawym przykładem archaicznego złożenia z czasów prasłowiańskich. Rekonstruowane *medvědь wywodzi się z jeszcze starszego *medwēdis, a to powstało ze połączenia dwóch elementów, *medu- plus *-ēdi-, i oznacza ‘miodojada’. Kojarzenie niedźwiedzia z miodem jest stare jak świat. Co prawda niedźwiedź brunatny włamuje się do uli i barci głównie dla pożywnych larw pszczelich, ale miodem bynajmniej nie gardzi, więc na opinię łasucha zasłużył. Oba człony złożenia mają etymologię indoeuropejską (*medʰu ‘miód pitny’ i *h₁ed- ‘jeść’), ale samo złożenie nie może być praindoeuropejskie. Po pierwsze występuje wyłącznie w grupie słowiańskiej (pomijając zapożyczenia z języków słowiańskich, jak węgierskie medve ‘niedźwiedź’). Po drugie praindoeuropejskie *medʰu oznaczało fermentowany napój na bazie miodu, a nie surowy miód pszczeli, który nazywano *melit. Przejęcie przez *medʰu obu znaczeń nastąpiło tylko w kilku gałęziach rodziny indoeuropejskiej, w tym w językach bałtosłowiańskich i indoirańskich.

Poranek w sosnowym lesie (1889) Iwana Szyszkina i Konstantyna Sawickiego. Dziełem tego drugiego są niedźwiadki (*medvědьje, *tlākiai, *beraniz, *h₂ŕ̥tḱoes). Żródło: Wikipedia, domena publiczna.

W polskim słowie niedźwiedź (występującym od XV w. obok dawniejszego miedźwiedź) widzimy nietypowy rozwój pierwszej spółgłoski. Najprawdopodobniej wynikł on z pomieszania form dialektalnych. Już bardzo dawno temu w dialekcie mazowieckim zaczęto wymawiać miękkie [mʲ] jako [mɲ] (mniasto, mniód, kamnień). W niektórych gwarach zmiana poszła dalej: zbitka uprościła się do [ɲ] (niasto, niód, kanień). Stąd regionalne mylenie początkowych spółgłosek w wyrazach zawierających [mʲ], [mɲ] lub [ɲ]. Czasem zamiast oczekiwanego [ɲ] pojawia się [mʲ] (Mikołaj obok staropolskiego Nikołaj, gwarowe Miemiec ‘Niemiec’ albo śmiadanie ‘śniadanie’), czasem na odwrót (niedźwiedź), a czasem po prostu unika się zbitki [mɲ], podejrzewanej o gwarowość nawet tam, gdzie gwarowa nie jest – stąd np. wymowa hiperpoprawna przynajmiej albo przynajniej zamiast przynajmniej albo poziomica (przyrząd, nie linia na mapie) zamiast poziomnica.

Bałtowie, najbliżsi kuzyni językowi Słowian, mieli dla niedźwiedzia własne określenie, widoczne właśnie w litewskim lokys (litera y służy do zapisu długiego [iː]). Po łotewsku niedźwiedź nazywa się lācis – oczywiście oba słowa są pokrewne. Dawniej popularna była etymologia łącząca bałtyjską nazwę niedźwiedzia z czasownikiem oznaczającym ‘lizać, chłeptać’ (litewskie lakti), ale nie da się ona pogodzić z danymi języka staropruskiego, gdzie nazwą niedźwiedzia było clokis (klokis) z wariantem tlok- zachowanym w krzyżackich zapisach nazwy miejsowej Tlokunpelk ‘Bagno Niedźwiedzi’ (leżało ono gdzieś między rzekami Nidą a Orzycem). Pozwala to zrekonstruować formę prabałtyjską jako *tlākijas, z rzadką, nietypowo ewoluującą zbitką *tl- w nagłosie. Dopiero niedawno staranna analiza pozwoliła ustalić istnienie słowiańskiego odpowiednika, *tlaka ‘sierść, kudły’. Także w językach słowiańskich połączenie *tl rozwijało się, dając nietypowe refleksy, np. *kl- w nagłosie wyrazu i *-dl- (dialektalnie upraszczane do *-l-) w śródgłosie. Stąd mamy polskie kłaki i prasłowiańskie złożenie *vьlko-tlakъ ‘mający wilcze kudły’ > wilkołak, czeskie i słowackie vlkodlak. A zatem prabałtycki *tlākijas to ‘kudłacz’.

Trzecią grupą indoeuropejską z własną nazwą niedźwiedzia są języki germańskie. Tam z kolei mamy staroangielskie bera (angielskie bear), staro-wysoko-niemieckie bero (niemieckie Bär), staronordyjskie bjǫrn – wszystkie sprowadzalne do pragermańskiego *berô (temat *beran-). Tradycyjna etymologia, nie do przyjęcia z przyczyn formalnych, ale wciąż powtarzana, zwłaszcza w internecie, utrzymuje, że niedźwiedzia nazywano od koloru sierści ‘brunatnym’. Oparta jest na czysto powierzchownym podobieństwem nazwy niedźwiedzia do zachodniogermańskiego przymiotnika *brūna- (angielskie brown, niemieckie braun). W żaden sposób nie da się jednak utworzyć od niego rzeczownika *beran-. Znacznie bardziej przekonująca jest hipoteza, że początkowe *b pochodzi od indoeuropejskiej zbitki spółgłoskowej *ǵʰw-. Słowo germańskie można wówczas zanalizować jako rzeczownik *ǵʰweron- utworzony od przymiotnika *ǵʰwero- ‘dziki’ (występuje on w tym znaczemiu w łacinie jako ferus). Ten zaś pochodzi od rzeczownika *ǵʰwēr, znanego nam świetnie jako polskie słowo zwierz (prasłowiańskie *zvěrь), litewskie žvėris, a także greckie thḗr ‘dziki zwierz’ (odnoszące się zwłaszcza do dużych drapieżników).

[DYGRESJA] Od zwierza mamy słowiańskie zdrobnienie zwierzę, natomiast Grecy zdrabniali thḗr do thēríon. Stąd mamy (po zlatynizowaniu) element therium, pojawiający się w niezliczonych nazwach „łacińskich” nadawanych ssakom, szczególnie kopalnym. Miło jest wiedzieć, że ma on odpowiednik polski wywodzący się od tego samego wspólnego przodka [KONIEC DYGRESJI]. Podsumowując: germańska nazwa niedźwiedzia najprawdopodobniej oznaczała ‘dziki’. Trzy nazwy niedźwiedzia – germańska, bałtyjska i słowiańska – składają się na zwięzłą charakterystykę niedźwiedzia: dziki, kosmaty i lubi miód.

Tymczasem istniała także praindoeuropejska nazwa niedźwiedzia, poświadczona licznymi refleksami w pozostałych gałęziach rodziny. Rekonstruujemy ją jako *h₂ŕ̥tḱos, z ezoterycznymi symbolami, za którymi kryje się wymowa [ˈχr̩tkʲos]. Wygląda na to, że Indoeuropejczycy musieli się trochę nacharczeć, żeby ją wyartykułować. Co szczególnie ważne, nazwa ta występuje w językach anatolijskich (hetycki zapis klinowy har-tag-ga-aš odpowiada wymowie rekonstruowanej w przybliżeniu jako [ˈχr̩dkas]). Jest to gwarancja indoeuropejskości nazwy, bo języki anatolijskie są siostrzane względem całej reszty rodziny. W tej drugiej odnodze drzewa rodowego mamy m.in. greckie árktos, łacińskie ursus, walijskie arth, staroindyjskie ṛ́kṣas, awestyjskie arṣ̌ō i perskie xers. Możliwym zapożyczeniem indoeuropejskim jest też baskijskie hartz. Nazwa niedźwiedzia należy do najlepiej utwalonych indoeuropejskich nazw zwierząt. Dlaczego zatem trzy gałęzie rodziny, ulokowane (być może nieprzypadkowo) nieopodal siebie w północno-wschodniej i środkowej Europie, zastąpiły odziedziczoną nazwę niedźwiedzia innowacjami leksykalnymi? Na dokładkę zastąpiły ją tak skutecznie, że dawna nazwa, wraz z całą otoczką słownictwa pochodnego, wyparowała ze słownika bez śladu.

W takich przypadkach rutynowo podejrzewa się działanie tabu językowego, czyli społecznego zakazu używania jakiegoś słowa. Motywacje takiego zakazu bywają rozmaite. Często wiążą się z przekonaniem, że „prawdziwa” nazwa albo „prawdziwe”, rytualnie nadane imię mają moc magiczną. Mówiąc nieopatrznie wprost o czymś groźnym, niebezpiecznym lub potężnym możemy przywołać siły, których się boimy. Jak mówią stare porzekadła, „nie wywołuj wilka z lasu” i „o wilku mowa…” (a w wersji angielskiej: „speak of the devil [and he shall appear]”). Trzeba zatem mówić o tym, czego się boimy, nie wprost, używając określeń zastępczych, żeby oszukać magię słów.

Zauważmy jednak, że słowiańskie *vьlkъ i litewskie vilkas (a także germańskie *wulfaz) kontynuują sobie w najlepsze praindoeuropejskie słowo *wĺ̥kʷos i nie zastąpiły ich eufemizmy. Nie brak też przykładów słów obłożonych ciężkim tabu, które mimo to prowadzą bujne „życie podziemne” poza obiegiem oficjalnym. O niektórych z nich opowiem w przyszłości. Jeśli *wĺ̥kʷos przeżył, a *h₂ŕ̥tḱos znikł całkowicie, to siła tabu otaczającego niedźwiedzia musiała być o wiele skuteczniejsza. Czy Germanie, Bałtowie i Słowianie bali się niedźwiedzia bardziej niż wszyscy inni Indoeuropejczycy – tak bardzo, że jego nazwa stała się niewypowiadalna?

Prawdę mówiąc, trudno w to uwierzyć. Gdy nowe nazwy niedźwiedzia już się utrwaliły i całkowicie wyparły „zakazaną” starą nazwę (a musiało to być dawno, zapewne dwa do trzech tysięcy lat temu), wówczas po kilku, może kilkunastu pokoleniach zatarła się pamięć, że niedźwiedź kiedykolwiek nazywał się jakoś inaczej. Dlaczego wtedy nie zaczęto unikać jego nowej nazwy, wymyślając kolejne eufemizmy? Oczywiście istnieją „obłaskawiające”, spieszczone wersje nazwy niedźwiedzia jak litewskie meška, rosyjskie miška albo polski miś (po dziś dzień ze starym m-!), ale nie zastąpiły one słów lokys ani niedźwiedź. Czyżby niedźwiedzie po zmianie nazwy stały się łagodniejsze i mniej niebezpieczne? Warto podkreślić, że choć niedźwiedź brunatny jest największym drapieżnikiem lądowym Europy, to nawet tam, gdzie niedźwiedzie występują licznie, nie są one aż tak groźne, żeby budzić powszechną obawę. O ile mogą, schodzą człowiekowi z drogi, choćby dlatego, że człowiek nie jest naturalnym celem ich polowań, a spotkania człowieka z niedźwiedziem nieraz kończą się źle dla niedźwiedzia. Ludy mieszkające w gęsto zalesionej północnej Europie zapewne miały z niedźwiedziami do czynienia częściej, wiedziały o nich więcej niż na przykład mieszkańcy stepów i miały dość realistyczny obraz ich obyczajów, bez nadmiernej demonizacji.

Również tabu łowieckie nie wyjaśnia zaniku odziedziczonego słowa indoeuropejskiego. W wielu kulturach myśliwi nie używają „prawdziwej” nazwy zwierzęcia, na które polują, co przypisuje się obawie przed spłoszeniem zwierzyny, która mogłaby w magiczny sposób podsłuchać wzmiankę o sobie. Istnienie gwary łowieckiej, kultywowanej od setek lat, nie doprowadziło jednak do tego, żeby powszechnie odrzucić nazwę zając i nazywać zająca kotem. W części świata, gdzie używano języków indoeuropejskich, na niewiele zwierząt polowano tak chętnie i intensywnie jak na jelenie, a jednak słowo *h₁el-h₁on- i jego feminatyw *h₁el-h₁n-ih₂, z nienagannym indoeuropejskim rodowodem, przeżyły w językach bałtosłowiańskich (litewskie elenis [elenis, elnis], elnė [alnė], prasłowiańskie *ely/*elen-, *ólni > polskie jeleń, łania). Co prawda w językach germańskich, italskich i częściowo celtyckich zostało wyparte przez opisowe synonimy oznaczające najczęściej ‘rogacza’, a współczesne angielskie deer pochodzi od pragermańskiego *deuza- oznaczające ogólnie ‘zwierzę’. Nie widać jednak jakiejś wyraźnej zależności między znaczeniem zwierzęcia jako zwierzyny łownej a trwałością nazwy.

Pozostaje możliwość, że tabu otaczające niektóre gatunki zwierząt miało podłoże religijne. Kult niedźwiedzia jest (lub był do niedawna) rozpowszechniony wśród ludów północno-wschodniej Eurazji i Ameryki Północnej. Niedźwiedź przypomina człowieka wielkością i zdolnością do stawania na dwu nogach. Jego przednie łapy przypominają ludzkie ręce; bywa zatem uważany za istotę prawie ludzką, łącznika między ludźmi a przyrodą i światem duchów lub dusz przodków (hibernacja i budzenie się z niej mogą być interpretowane jako umieranie i ożywanie). Nie powstrzymuje to ludzi przed polowaniem na niedźwiedzie (zwłaszcza dla cennej skóry i części ciała, którym medycyna ludowa przypisuje cudowne właściwości), ale nakazuje przepraszać ducha niedźwiedzia za przykrą konieczność zabicia tak dostojnej istoty. W językach mongolskich czy tunguskich często używane są wobec niedźwiedzi określenia wyrażające szacunek w rodzaju ‘ojciec’, ‘dziadek’ lub ‘starzec w futrze’. Ajnowie wprost nazywają niedźwiedzia bogiem (kamuy, słowem prawdopodobnie zapożyczonym ze starojapońskiego).

Ślady podobnego kultu widoczne są i w Europie. Możliwe, że objęty nim obszar rozciągał się na Karpaty i obszary naddunajskie, jeśli można zaufać doniesieniom greckich autorów o wierzeniach starożytnych Daków i Getów. Częsta wymiana odziedziczonej nazwy niedźwiedzia widoczna jest w językach uralskich. Skomplikowane rytuały, ceremoniały i słownictwo związane z łagodzeniem skutków zabicia świętego zwierzęcia, przebłaganiem jego ducha i zapewnieniem mu odrodzenia się w lapońskich zaświatach (sáiva) są znanym elementem kultury Samów (Lapończyków). Zamiast refleksów pralapońskiego słowa *kuomče̮ ‘niedźwiedź’, które samo nie jest pochodzenia prauralskiego, w kontekście rutualnym używa się niewiarygodnej liczby eufemizmów o znaczeniach podobnych jak u ludów syberyjskich. Także fińska nazwa niedźwiedzia, karhu, jest innowacją o pierwotnym znaczeniu ‘kudłacz’ (patrz litewskie lokys). Starsze – choć także nie ogólnouralskie – fińskie słowo ohto znikło z języka standardowego.

Wszycy chyba słyszeli o mitycznych skandynawskich bractwach wojowników ubierających się w zwierzęce skóry i znanych jako berserkowie (staronordyjskie berserkr znaczy ‘niedźwiedzia koszula’). Wprowadzali się oni w nadludzki szał bojowy (berserkgang) być może pod wpływem miodu pitnego zaprawionego lulkiem czarnym lub innym dodatkiem psychoaktywnym i walczyli w transie „jak dzikie bestie”, utożsamiając się ze swoim zwierzęcym totemem. Opowieści o przemianie ludzi w niedźwiedzie lub na odwrót, do których nawiązywał Merimée w swojej noweli, również mogą stanowić echa zapomnianego kultu.

Można pokusić się o hipotezę, że kult niedźwiedzia rozpowszechnił się na pewien czas wśród tych ludów indoeuropejskich, które migrowały do północnej Europy i zetknęły się z „okołobiegunową” strefą, gdzie taki kult istniał od tysiącleci w połączeniu z religią typu szamanistycznego. Ten epizod zaczął się po rozpadzie języka indoeuropejskiego na dialekty potomne, a trwał co najmniej do czasu, gdy przodkowie Germanów, Bałtów i Słowian stanowili już odrębne grupy językowe. Tabu, jakim obłożono refleksy słowa *h₂ŕ̥tḱos nie wynikały ze zwykłego strachu przed dużym drapieżnikiem ani z potrzeby zachowania „ciszy łowieckiej” podczas polowań, ale z przejęcia od sąsiadów idei, że niedźwiedź jest zwierzęciem magicznym i na poły ludzkim, a może nawet boskim. Jak pokazują przykłady spoza rodziny indoeuropejskiej, tego rodzaju tabu może być dostatecznie silne, żeby doprowadzić do konsekwentnego stosowania eufemizmów i wypierania przez nie odziedziczonej nazwy. Z czasem zmieniła się sytuacja etniczna w Europie, pojawiły się nowe sieci kontaktów i wpływów kulturowych (np. irańskich, celtyckich i rzymskich) i kult zanikł, a wraz z nim ulotniło się tabu otaczające niedźwiedzia. Nie było już zatem potrzeby zmieniać mu nazwy po raz kolejny.

Wyobrażenie boga z jelenim porożem (Cernunnos?) na srebrnym kotle z Gundestrup z I w. p.n.e. Kocioł, choć znaleziony w Danii na terytorium germańskich Cymbrów, był dziełem importowanym, a jego ikonografia jest wyraźnie celtycka. Germanie w tym okresie byli pod bardzo silnym wpływem kulturowym Celtów. Muzeum Narodowe w Kopenhadze. Źródło: Wikimedia, domena publiczna.

Z podobnych przyczyn mogły ulegać zmianie nazwy jelenia w Europie Zachodniej, gdzie także istnieją wyraźne ślady wierzeń zapewne przejętych od autochtonicznych ludów przedindoeuropejskich. Wśród języków indoeuropejskich „środek ciężkości” postrzegania jelenia jako zwierzęcia totemicznego i magicznego oraz łącznika z zaświatami wyznacza grupa celtycka. Wyobrażenia boga z porożem jelenia (Cernunnos) występują wielokrotnie w ikonografii celtyckiej, a opowieści o nadprzyrodzonych jeleniach zostały przejęte przez chrześcijaństwo (jako elementy legend o św. Hubercie czy św. Eustachym). Kult jelenia powstał też (być może niezależnie) u stepowych ludów irańskich (określanych zbiorowo jako Scytowie i Sarmaci), ale ponieważ ich języki udokumentowane są w znikomym stopniu, nie znamy słownikowych konsekwencji tego zjawiska.