Asterysk (nie mylić z Asterixem), czyli uwaga, *rekonstrukcja!

Pisałem tu już uprzednio o metodzie porównawczej, którą stosujemy, żeby ustalić, czy dana grupa języków pochodzi od wspólnego przodka. Systematycznie porównując słowa o podobnym znaczeniu i morfemy o podobnej funkcji gramatycznej (np. końcówki fleksyjne) w dwóch językach, próbujemy zidentyfikować zbiory odpowiadających sobie par, które wykazują tę samą regularną odpowiedniość w ich strukturze fonologicznej (w danym kontekście głoska x w języku A odpowiada głosce y w języku B). Taka powtarzalna regularność sugeruje ich historyczną homologię, czyli “pochodzenie od wspólnego przodka”. Znalezienie wielu takich odpowiedniości między parą języków ułatwia identyfikację kolejnych, mniej oczywistych (gdy np. znaczenie słów lub funkcje morfemów uległy zmianie). Możemy też rozszerzyć poszukiwania na kolejne potencjalnie pokrewne języki. Jeśli nam się powiedzie, to otrzymujemy spójną, obszerną rekonstrukcję różnych aspektów zaginionego języka będącego wspólnym przodkiem badanej grupy: jego słownictwa, systemu fonologicznego, reguł słowotwórstwa, schematów odmiany, a czasem nawet utartych fraz (na tyle trwałych, że odziedziczyły je języki potomne.

A zatem metoda porównawcza pozwala na podstawie zidentyfikowanych odpowiedniości zrekonstruować formę, od której pochodzą udokumentowane słowa w językach potomnych. Na przykład na podstawie form takich jak:

  • staroindyjskie mádhu, starocerkiewnosłowiańskie medъ, staroangielskie meodu, walijskie medd [meːð], starogreckie métʰu

oraz naszej już uzyskanej wiedzy o tym, jak wyglądają regularne odpowiedniości między porównywanym językami, rekonstruujemy rekonstruujemy praindoeuropejski rzeczownik rodzaju nijakiego *médʰu ‘miód pitny’.

Zauważmy, że choć historyczne zmiany głosek są w większości regularne (co w ogóle umożliwia rekonstrukcję porównawczą), i tak musimy walczyć z różnymi komplikacjami. Słowa nie ewoluują tylko w warstwie fonologcznej. Może się zmienić ich znaczenie albo cechy morfologiczne, a tu już ewolucja staje się nieprzewidywalna i nie można jej ująć w reguły. Na przykład w kilku grupach języków znaczenie analizowanego wyżej słowa uległo rozszerzeniu i zaczęło ono oznaczać ‘miód’ albo ‘coś słodkiego’, a nie konkretnie napój wyskokowy produkowany z miodu. Tak jest np. w językach słowiańskich (polskie miód ma oba znaczenia), a także w staroindyjskim, ale nie w angielskim (gdzie mead oznacza tylko miód pitny), walijskim (podobnie) czy starogreckim, gdzie métʰu było poetyckim synonimem słowa oînos ‘wino’. Grecy znaleźli się wcześnie w regionie, gdzie pito raczej wino niż miód. Grecki wyraz zatem zmienił znaczenie z przyczyn kulturowych, ale nie zaczął oznaczać surowego miodu pszczelego, dla którego Grecy mieli inną nazwę, méli. Dokładniejsza praca detektywistyczna pozwala stwierdzić, że miód wytwarzany przez pszczoły nazywał się po praindoeuropejsku *melit. Nazwa ta musi być stara, bo zachowała się nawet w hetyckim i innych językach anatolijskich. A zatem prajęzyk miał pierwotnie dwa różne słowa o różnym (choć pokrewnym) znaczeniu, a sytuacja taka jak w językach słowiańskich, gdzie oba znaczenia objęte są jednym słowem, jest wtórna i wynika z lokalnej zmiany semantycznej.

Polskie słowo miód, podobnie jak staroangielskie meodu i walijskie medd, to rzeczowniki rodzaju męskiego, nie nijakiego (w odróżnieniu od ich odpowiedników: staroindyjskiego i starogreckiego). Skąd zatem wiemy, że pierwotny rodzaj był nijaki? Trudno to streścić w kilku słowach, ale dzięki analizie dużej liczby przypadków tego typu wiemy, jakie były charakterystyczne szlaki „migracji” słów między klasami deklinacyjnymi. Tak zwane tematy rodzaju nijakiego na –u były kategorią ustępującą w późnej historii języków indoeuropejskich i łatwo przechodziły do podobnej grupy tematów rodzaju męskiego (ale nie na odwrót). W języku waliskim rodzaj nijaki w ogóle zanikł, a rzeczowniki pierwotnie do niego zaliczane zmieniły rodzaj i schemat odmiany. Biorąc to wszystko pod uwagę, dochodzimy do wniosku, że to języki takie jak sanskryt czy greka ujawniają stan pierwotny, a zmiana rodzaju na męski wynika z innowacji dokonanych niezależnie i z różnych przyczyn w kilku grupach języków.

Z powodu tych wszyskich komplikacji rekonstrukcja językowa nie jest jest zadaniem trywialnym. Na poziomie fonologicznym mamy zmiany regularne, ale semantyka i morfologia dodają do historii języka swoje nieszablonowe wyskoki i wspólnie spiskują, żeby utrudnić językoznawcom działanie. Bardzo często spotykanym czynnikiem komplikującym jest analogia. Na przykład dodawanie końcówek deklinacyjnych do rzeczownika może spowodować, że w miejscu kontaktu rzeczownika z końcówką nastąpią jakieś zmiany spowodowane przez zmieniony kontekst fonologiczny. Wskutek tego rzeczownik zmienia nieco formę w zależności od tego, jaka końcówka mu towarzyszy: powstają oboczności, które użytkownicy języka mogą uznać za niewygodne, i pojawia się presja, żeby przywrócić porządek, wyrównując całą odmianę według jednego wzorca.

Oto przykład: prasłowiański rzeczownik *bogъ ‘bóg’ miał między innymi następujące formy deklinacyjne:

  • celownik *bogu, miejscownik *bodzě, wołacz *bože

Dlaczego właśnie tak? Bo w jeszcze wcześniejszych czasach samogłoska przednia *e następująca po spółgłosce *g powodowała jej zmiękczenie. Dlatego *g w wołaczu zmieniło się w *, a następnie artykulacja tej głoski uprościła się do *ž. Była to tzw. „pierwsza palatalizacja słowiańska”. Nie dotknęła ona miejscownika, bo jego końcówką w tym czasie było *-ai (pochodzące od praindoeuropejskiego *-oi), niepowodujące żadnych zmiękczeń. Jednak kilkaset lat później dyftong *-ai zmienił się w nową samogłoskę przednią *ě. Historia się powtórzyła w postaci „drugiej palatalizacji słowiańskiej”. Tym razem *g przed *ě zmieniło się w *dz. Wszystkie te zmiany były stuprocentowo regularne z punktu widzenia fonologii, ale z punktu widzenia morfologii narobiły bałaganu. Jeszcze w staropolszczyźnie (do XVI w.) używano form: bóg, bogu, o bodze, boże. Ten sam rzeczownik miał teraz w swojej odmianie przez przypadki trzy różne formy: bog-/bóg, bodz- i boż-. Pierwsza i trzecia przetrwały do dziś, ale miejscownik otrzymał nową końcówkę, zapożyczoną z innej klasy deklinacyjnej. Forma bodze została zastąpiona przez bogu, z końcówką, która nie wymagała palatalizacji, bo zawierała samogłoskę tylną [u]. W ten sposób częściowo przywrócono porządek, redukując liczbę form obocznych.

A teraz spójrzmy na słowo *vorgъ ‘wróg’, które miało w prasłowiańskim takie same końcówki jak *bogъ:

  • celownik *vorgu, miejscownik *vordzě, wołacz *vorže

W języku staropolskim nadal można było spotkać ich regularne refleksy: wróg, wrogu, o wrodze, wroże. Co jednak widzimy dzisiaj? Schemat odmiany został całkowicie przekształcony. Mamy następujące formy: wróg, wrogowi, o wrogu, wrogu. Jedyna oboczność dotyczy samogłoski, natomiast we wszystkich przypadkach zależnych mamy jednolitą formę wrog-. Osiągnięto to dzięki przeniesieniu wszystkimi form odmiany hurtem do innej klasy deklinacyjnej, która w języku polskim jest szczególnie żywa między innymi dlatego, że nie zawiera form obocznych. Dlaczego, chociaż rzeczowniki męskie na -g w ogromnej większości poszły tą drogą, nadal mamy morfologicznie nieregularny wołacz boże, a nie bogu? Powód jest prosty: jest to najczęściej używany wołacz (o Boże!), więc pamiętamy go tak, jakby był osobnym hasłem w naszym mentalnym słowniku. Uratowało go to od przywrócenia spółgłoski [ɡ] przez analogię do innych form deklinacyjnych. Wroga rzadko wzywamy na głos, więc wołacza wroże nie chroniła częstość użycia.

Również celownik bogu uniknął (przynajmniej na razie) presji, żeby przybrać końcówkę -owi przez analogię do klasy rzeczowników, która wchłonęła słowa takie jak wróg lub róg. Wraz z garstką towarzyszy (pies, kot, pan, chłop, chłopiec, diabeł i kilka innych) zachował -u, bo forma ta miała silne oparcie w tradycji. Występowała w utartych wykrzyknikach: chwała Bogu, dzięki Bogu, i w porzekadłach: i panu Bogu świeczkę, i diabłu ogarek. Widzimy, że skłonność do ulegania analogii nie jest automatyczna i różne słowa mogą jej ulegać lub opierać się jej z różnych przyczyn i w różnym stopniu. Wszyscy od dawna mówią sądowi zamiast sądu (forma autentyczna, ale dawna), część ludzi mówi osłu, inni osłowi (proces zmiany trwa, ale jeszcze się nie zakończył), ludzie dorośli i wykształceni mówią nadal wyłącznie psu i kotu, ale dzieci często eksperymentują z formami psowi i kotowi.

Asterysk, czyli gwiazdka (*) używana przed rekonstruowanymi formami, jak praindoeuropejskie *médhu, ostrzega czytelnika, że ma do czynienia z rekonstrukcją, czyli z hipotezą roboczą, a nie faktem, który można poddać bezpośredniej weryfikacji (jak w przypadku form zachowanych na piśmie). Jeśli odkryjemy nowy materiał do porównań albo udoskonalimy nasze metody analizy i uzyskamy lepszy wgląd w relacje między porównywanymi językami, możemy zmodyfikować albo całkowicie odrzucić wcześniejsze hipotezy i zastąpić je przez takie, które lepiej wyjaśniają obserwowane fakty. Tak przecież działa nauka w każdej dyscyplinie.

Uwaga, *rekonstrukcja!

Takie zmiany w systemie rekonstrukcji nieraz występowały w przeszłości. Na przykład na podstawie porównania słów oznaczających ‘konia’, takich jak:

  • staroangielskie eoh, łacińskie equus, starogreckie híppos, staroindyjskie áśvas itd.

i odrzucenia form ewidentnie innowacyjnych, innego pochodzenia:

  • polskie koń, angielskie horse, niemieckie Pferd, francuskie cheval, walijskie ceffyl itd.,

zrekonstruowano w połowie XIX w. słowo praindoeuropejskie o znaczeniu ‘koń’:

  • *ákvas

Takiej rekonstrukcji używał August Schleicher w roku 1868. Opierał ją na założeniu, że język staroindyjski (wedyjski i sanskryt) reprezentuje najbardziej konserwatywną gałąź rodziny indoeuropejskiej i że w szczególności samogłoski *e i *o pojawiły się wtórnie w innych językach, a język praindoeuropejski miał zamiast nich tylko *a, jak w sanskrycie. To założenie okazało się fałszywe w latach siedemdziesiątych XIX w. Zdano sobie wówczas sprawę, że sanskryt wcale nie jest pod każdym względem tak zachowawczy, jak się zdawało, i że to samogłoski greckie lub łacińskie lepiej odzwierciedlają stan pierwotny, a rozwój samogłosek w sanskrycie (zanik kontrastu między pierwotnymi *e, *a i *o, które wszystkie dały staroindyjskie [a]) jest innowacją. Choć więc nie odkryto nowych faktów, poprawiony model rozwoju języków indoeuropejskich doprowadził do następującej rekonstrukcji:

  • *éḱwos

używanej np. przez Karla Brugmanna około 1890 r. W tym czasie wiedziano już także, że język praindoeuropejski miał aż trzy rodzaje spółgłosek typu „k”: *, *k i *. Pierwsza z nich daje staroindyjskie ś (wymawiane tak jak w polskim, czyli [ɕ]), a pozostałe dwie – staroindyjskie k. Rekonstrukcja Brugmanna byla już dość nowoczesna, ale nie ostateczna. Dziś to samo słowo rekonstruujemy jeszcze trochę inaczej:

  • *h₁éḱwos

Pierwsza spółgłoska, *h₁ (wymawiana prawdopodobnie jako [h]), dodana została po tym, jak pod naciskiem nowych faktów, czyli nowo odkrytych danych językowych, uznano słuszność tzw. „hipotezy laryngalnej” (zob. wpis o językach starożytnej Anatolii). Wprowadzenie spółgłosek laryngalnych do praindoeuropejskiego systemu fonologicznego zmieniło pewne istotne cechy modelu, m.in. nasz pogląd na to, jak wyglądała wewnętrzna budowa wyrazów indoeuropejskich.

Czy ta współczesna rekonstrukcja jest już naprawdę ostatnim słowem indoeuropeistyki? Nie wiem, bo nigdy nie wiadomo, co jeszcze uda się odkryć lub poprawić. Zawsze można dopracować pewne dyskusyjne szczegóły. Specjaliści nadal nie osiągnęli całkowitej zgody co do tego, jaka była wymowa *h₁ albo na czym polegał kontrast między * a *k. Nie jest też pewne, czy forma *h₁éḱwos jest naprawdę praindoeuropejska. Jest to rzeczownik z tematem zakończonym na przyrostek samogłoskowy *-o- (*-s jest końcówką mianownika liczby pojedynczej). Jednak dane języków anatolijskich wskazują raczej na formę bez tego sufiksu: *h₁éḱu-s (być może oznaczającą „tego, który biega szybko”, bo istniał też przymiotnik o bardzo podobnej formie i znaczeniu ‘szybki’). Forma rozszerzona *h₁eḱu-o-s → *h₁éḱwos miałaby wtedy status nie praindoeuropejski, ale „pra-poza-anatolijski”, czyli byłaby innowacją wspólnego przodka pozostałych języków indoeuropejskich, młodszą niż *h₁éḱus. Dokładne ustalenie takich detali to zadanie na przyszłość.

Językoznawcy są świadomi tego typu komplikacji, ale niezbyt się nimi martwią. Ambicją nauki nie jest  dotarcie na skróty do ostatecznej Prawdy przez duże P, tylko cierpliwe weryfikowanie i poprawianie istniejących modeli. Dlatego, choćbyśmy mieli nie wiem jakie zaufanie do poprawności obecnie używanych rekonstrukcji, nadal umieszczamy przed nimi asteryski, żeby nie zapomnieć, że mamy do czynienia z hipotezą permanentnie roboczą.

Epilog

Skoro mowa o asteryskach, etymologii i rekonstrukcji: skąd pochodzi słowo asterysk? Z greckiego asterískos ‘gwiazdka’. Powstało ono z dołączenia przyrostka zdrabniającego -iskos do rzeczownika  astḗr ‘gwiazda’ (rodzaju męskiego). Porównanie z innymi językami prowadzi do rekonstrukcji rzeczownika o temacie zakończonym na spółgłoskę: *h₂ster- (mianownik l.poj. *h₂stḗr, dopełniacz *h₂str-és, mianownik liczby mnogiej *h₂stér-es). Był on na tyle uprzejmy, że zachował się w języku hetyckim jako haster-, gdzie początkowe h- jest bezpośrednim dowodem na obecność spółgłoski „laryngalnej” *h₂. Do rodziny wyrazów pokrewnych należą też między innymi łacińskie stēlla i angielskie star, ale to dłuższa historia.

Można by się było tym zadowolić, ale też można, a nawet należy drążyć dalej. Przyrostek *-ter- występuje w wielu rzeczownikach będących nazwami działacza – zwykle człowieka, ale także rzeczy, którym przypisuje się charakter ożywiony. Na takie traktowanie wskazuje też fakt, że słowo ‘gwiazda’ nie miało w praindoeuropejskim rodzaju nijakiego. Jeśli wyodrębnimy przyrostek: *h₂s-tér-, to czym jest poprzedzający go morfem *h₂s-? Powinien być rdzeniem czasownikowym. Ponieważ akcent pada na przyrostek, rdzeń występuje w formie zredukowanej, bez samogłoski. Najprawdopodobniej jest to czasownik *h₂eh₁s- ‘żarzyć się, dopalać się’, spotykany w wielu indoeuropejskich słowach oznaczających ołtarz, ognisko lub popiół. Rzeczownik *h₂h₁s-tér-, już w czasach praindoeuropejskich uproszczony do *h₂stér- (z czterema spółgłoskami w nagłosie wyrazu nawet Polak miałby trudności), oznaczałby „tego, który się żarzy”. Być może gwiaździste niebo przywodziło Indoeuropejczykom na myśl żarzące się węgielki ogniska. Z punktu widzenia współczesnej astrofizyki taka wizja gwiazd ma nawet sens.

Porozmawiajmy o języku (7): Superrodziny i prajęzyk

Z powodów wspomnianych w trzecim odcinku tej serii sądzę, że odkąd u naszych odległych przodków wyewoluowała zdolność do komunikacji językowej, zawsze istniało obok siebie wiele różnorodnych języków. Nie wyklucza to możliwości, że wszystkie współcześnie istniejące języki miały wspólnego przodka. Wyobraźmy sobie, że początkowo istniał cały las drzew rodowych języków (czyli wiele niespokrewnionych z sobą rodzin), ale z przyczyn losowych wiele z nich wymarło bezpotomnie. Sprzyjały temu naturalne dysproporcje wspomniane w poprzednim odcinku. Poniższy rysunek pokazuje to w uproszczony, schematyczny sposób. Kolorem żółtym oznaczyłem języki występujące współcześnie lub udokumentowane historycznie, kolorem zielonym – dające się zrekonstruować prajęzyki, które dały początek znanym nam rodzinom, a kolorem czerwonym – ostatniego wspólnego przodka wszystkich tych rodzin (których w rzeczywistości mamy setki, a nie kilka, jak na rysunku).

Czy istnieją jakiekolwiek szanse na udowodnienie, że do naszych czasów rzeczywiście przetrwały wyłącznie języki należące do jednej z pierwotnych rodzin? Niestety tradycyjna metoda porównawcza jest tu prawdopodobnie bezsilna. Trzeba pamiętać, że drzewo rodowe jest modelem przybliżonym. Nie uwzględnia na przykład faktu, że kontakty językowe powodują wymianę słownictwa, często na wielką skalę. Słownictwo odziedziczone zanika z czasem, zastępowane przez zapożyczenia i neologizmy. Skutkiem tego jest postępująca erozja informacji potrzebnej do rekonstrukcji porównawczej.

Głębia chronologiczna rodziny indoeuropejskiej to mniej więcej 6 tys. lat, a ponieważ obejmuje ona setki języków, w tym kilka gałęzi rodowych o udokumentowanej historii sięgającej 2 lub 3 tys. lat, rekonstrukcja wspólnego przodka jest ułatwiona. Potrafimy odtworzyć kilkaset rdzeni leksykalnych, dużą część słownictwa podstawowego, reguły słowotwórcze, odmianę różnych części mowy itp. W przypadku rodziny afroazjatyckiej, która wydaje się o wiele starsza, można się dogrzebać kilkudziesięciu wspólnych rdzeni słowotwórczych (w tym zaimków) i zbieżności systemów morfologicznych, ale nie ma mowy o takiej szczegółowości, jak w przypadku rodziny indoeuropejskiej. Łatwiej jest stosować metodę porównawczą do tych gałęzi rodziny afroazjatyczkiej, w których grupują się języki dobrze zbadane, udokumentowane na przestrzeni tysięcy lat. Dobrym przykładem jest gałąź semicka. Należy do niej choćby język akadyjski, znany z zapisów od XXIV w. p.n.e., a także języki od dawna dobrze znane i starannie badane (jak hebrajski, fenicki, aramejski, arabski czy amharski); język prasemicki był mniej więcej współczesny praindoeuropejskiemu. Choć nie znamy teoretycznego ograniczenia stosowalności metody porównawczej, ocena empiryczna wskazuje na ok. 10 tys. lat jako czas, po którego upływie trudno wyciągnąć wiarygodne wnioski z materiału zachowanego w językach potomnych. Dodajmy, że mowa tu o sprzyjających okolicznościach (wiele dobrze zbadanych języków pokrewnych, dobra dokumentacja historyczna). Dla małych i słabo poznanych rodzin językowych możliwość rekonstrukcji jest jeszcze bardziej ograniczona.

Języki indoeuropejskie i uralskie (ugrofińskie + samojedzkie) uchodzą za przykład pary rodzin, między którymi dalekie pokrewieństwo jest prawdopodobne (tzw. hipoteza indouralska). Wrażenia takie powstaje, kiedy spojrzymy na ich systemy zaimków (pojawianie się spółgłoski *m w formach pierwszej osoby i *t w drugiej osobie zaimków osobowych, uralski zaimek wskazujący *tä- wobec indoeuropejskiego *so-/*to-, uralskie zaimki pytajne *ke-/*ku- i indoeuropejskie *kʷi-/*kʷo-). Zdarzają się sporadyczne zbieżności w systemie odmiany, np. biernik l.poj. rzeczowników z końcówką *-m. Na tym jednak podobieństwo właściwie się kończy. Uderzający jest brak zgodności leksykalnych w słownictwie podstawowym. Grupy znaczeniowe wyrazów, w których oczekiwalibyśmy ujawniania się takich zgodności nawet po kilku tysiącach lat osobnego rozwoju (np. podstawowa terminologia rodzinna, nazwy części ciała lub powszechnie spotykanych elementów środowiska naturalnego, niskie liczebniki, czasowniki oznaczające elementarne czynności) nie wykazują śladów regularnych odpowiedniości wskazujących na wspólne pochodzenie. Na przykład indoeuropejskie *dwo-/*dwi- ‘2’ i *tri- ‘3’ nie dają się powiązać z uralskimi *kakta/*kektä ‘2’ i *kolmi/*kurmi ‘3’. Jedyną nazwą członka rodziny, w której widać podobieństwo, jest prauralskie *käliw ‘siostra lub brat męża’ zastanawiająco zbliżone do praindoeuropejskiego *ǵl̥h₂-u- ‘siostra męża’, ale spodziewalibyśmy się raczej zgodności nazw najbliższych krewnych (ojciec, matka, syn, córka, brat, siostra), a nie określeń dalszego powinowactwa. Izolowane podobieństwa, jak prauralskie *weti ‘woda’ i *nimi ‘imię’ wobec praindoeuropejskich *wod-r̥/*wed-n- i *h₁noh₃-mn̥, nie wystarczają do identyfikacji regularnych odpowiedniości i wykluczenia przypadkowej zbieżności brzmienia. Sytuację komplikuje fakt, że na wczesnych etapach swojej historii języki uralskie wchłonęły wiele zapożyczeń z języków indoeuropejskich, czego skutkiem może być iluzja pokrewieństwa silniejsza niż ewentualne dowody na pokrewieństwo rzeczywiste.

Jeśli tak wyglądają próby łączenia rodzin, które istniały w bliskich sobie geograficznie regionach Eurazji i wykazują choć cień zbieżności, to trudno się dziwić, że większość językoznawców historycznych zachowuje sceptycyzm wobec jeszcze dalej idących propozycji – np. hipotezy nostratycznej lub konkurencyjnych wobec niej hipotez – eurazjatyckiej lub transeurazjatyckiej. Każda z nich proponuje połączenie w jedną superrodzinę od kilku do kilkunastu rodzin Azji i Europy (z ewentualnym dodatkiem niektórych języków Ameryki Północnej i północnej Afryki). Dowolność, z jaką proponuje się skład każdej z tych mgławicowych superrodzin, i brak wiarygodnych podstaw do solidnej rekonstrukcji proponowanych prajęzyków nie pozwalają na ich zgodną akceptację przez językoznawców.

Podobnie ma się rzecz z hipotezą amerindiańską, postulującą pokrewieństwo większości rdzennych języków obu Ameryk. Zaproponował ją Joseph H. Greenberg na podstawie „metody masowego porównania” słownictwa wielu języków, niewymagającej ustalenia systematycznych odpowiedniości; wystarczy intuicyjne „wrażenie podobieństwa”. Subiektywizm tej metody i jej podatność na błędy wynikające choćby z niemożności wyeliminowania zapożyczeń i przypadkowych podobieństw nie pozwalają na weryfikację wyników jej stosowania. Oczywiście „ogólny rzut oka z lotu ptaka” na zbiory danych jest często potrzebny dla oceny, czy w ogóle warto próbować ustalać pokrewieństwo jakiejś grupy języków, ale nie posiada wartości dowodowej, jaką odznacza się rygorystycznie stosowana metoda porównawcza. Zatem także hipoteza amerindiańska jest dość zgodnie odrzucana przez specjalistów od języków Nowego Świata.

Mówimy tu o próbach tworzenia „superrodzin”, których głębia czasowa mogłaby się mieścić w zakresie 10–20 tys. lat. Jednak gdybyśmy chcieli znaleźć dowody na pokrewieństwo wszystkich języków świata, trzeba by było włączyć do porównania np. Australię, zasiedloną już 65–45 tys. lat temu, i Afrykę, z którą przodkowie pozaafrykańskich populacji Homo sapiens pożegnali się ok. 70 tys. lat temu. Jeśli wszystkie współczesne języki mają wspólnego przodka, zdrowy rozsądek podpowiada, że główna migracja naszego gatunku poza Afrykę wyznacza jego minimalny wiek. Nie znamy żadnej wiarygodnej metody, która potrafiłaby sięgnąć w tak daleką przeszłość. Nie wiemy również, czy języki Afryki subsaharyjskiej dają się sprowadzić do wspólnego przodka ani czy wyjście z Afryki oznaczało dostatecznie wąskie gardło dla populacji i ich języków, żeby można było mówić o jednej superrodzinie wyodrębnionej w ten sposób.

Czasem trzeba się pogodzić z niewiedzą wynikającą z nieuniknionych ograniczeń poznawczych, choć oczywiście należy też mieć nadzieję, że z czasem dopracujemy się ulepszonych obiektywnych metod ustalania bardzo odległego pokrewieństwa. Trzeba w tym celu wyłowić słabnący niemal do zera „sygnał genetyczny” z szumu nagromadzonego przez tysiące lat zmian językowych i wykazać, że sam sygnał nie jest złudzeniem – produktem losowych fluktuacji. Eksperymentalne symulacje komputerowe i analiza wielkich zbiorów danych na razie nie przyniosły przełomu w porównaniu z metodami stosowanymi „ręcznie”. Naiwne przenoszenie algorytmów filogenetycznych opracowanych na potrzeby biologii nie ma wielkiego sensu bez uwzględznienia specyficznych cech ewolucji językowej. Komputerowe językoznawstwo historyczno-porównawcze dopiero raczkuje i wypracowuje własne metody. Czy skuteczne, tego – jak to w nauce – dowiemy się, kiedy badania wyjdą poza okres pionierskich eksperymentów.

To już ostatni odcinek tej serii, ale oczywiście nie koniec językoznawczych wpisów na blogu Naukowy 2022.