Ab ovo, czyli wielkanocna etymologia jajeczna

Co było pierwsze, jajo czy kura?

Badania archeologiczne i genetyczne sugerują, że kury (Gallus gallus domesticus) udomowiono mniej więcej na początku II tysiąclecia p.n.e. (często podawane wcześniejsze datowania są mało wiarygodne). Przodkiem kur był głównie dziki podgatunek G. g. spadiceus, zamieszkujący (także w naszych czasach) lasy południowo-zachodnich Chin, Tajlandii i Birmy. Z tej praojczyzny kur ich hodowla rozszerzyła się szybko na całą Azję Południową, a dzięki żeglarzom austronezyjskim również na wyspy Oceanii. Tam, gdzie żyły inne dzikie gatunki i podgatunki rodzaju Gallus – na subkontynencie indyjskim wraz z Cejlonem, w Indochinach, na Filipinach i wyspach Indonezji – krzyżowały się one z drobiem domowym i dodawały swój skromniejszy wkład do jego DNA. Z Indii już około 1200 lat p.n.e. hodowla kur dotarła do Iranu i Mezopotamii. Na początku I tysiąclecia p.n.e. kury były rozpowszechnione na Bliskim Wschodzie; zaczęły też pojawiać się w Afryce i w Europie.1 Od VIII w. p.n.e., zapewne dzięki Fenicjanom i Grekom, hodowano kury na wybrzeżach Morza Śródziemnego, a około 500 r. p.n.e. można je było spotkać w Europie od Wielkiej Brytanii po Morze Czarne. Przodkowie Słowian poznali je nieco później.

Nie ma jednej indoeuropejskiej nazwy kur domowych. Zamiast tego mamy nazwy lokalne, zwykle o przejrzystej etymologii. Na przykład w językach germańskich koguta nazywano *xanan-/*xanin- (mianownik *xanô, patrz niemieckie Hahn, staroangielskie hana), co pierwotnie oznaczało ‘śpiewaka’ lub ‘śpiewającego ptaka’ (praindoeuropejskie *kan-on-). Nie znaczy to, że znaczenie ‘kogut’ jest praindoeuropejskie; zostało po prostu przeniesione na nowo poznanego ptaka o donośnym głosie. Różne pochodne od tego słowa oznaczały z kolei kurę lub kurczaka (stąd niemieckie Huhn, angielskie hen itd.). Nie brakuje też nazw ewidentnie onomatopeicznych, jak *kukka- > angielskie cock, a do tego cała seria germańskich pochodnych od podstawy słowotwórczej *kjuk-, w tym angielskie chicken i staronordyjskie kjúklingr.

Tymczasem wspólne słowo oznaczające ‘jajo’ jest starsze o tysiąclecia i szeroko rozpowszechnione w językach indoeuropejskich. A zatem z językowego punktu widzenia jajo (przynajmniej indoeuropejskie) jest starsze od kury. W naszej części świata na długo przed pojawieniem się kur zaczęto udomawiać gęsi, dostępne były zatem jaja gęsie. Jednak słowo o znaczeniu ‘jajo’ istniało wcześniej niż ptactwo domowe. Wybieranie jaj z gniazd dzikich ptaków było praktyką znaną ludziom od najdawniejszych czasów. Także symbolika jaja jako źródła życia jest znacznie starsza niż hodowla jakiegokolwiek gatunku drobiu. Ale za chwilę przekonamy się, że jeśli chodzi o etymologię, od jaja starszy jest ptak.

Ryc. 1.

Od ptaka do jaja

Znamy kilka praindoeuropejskich słów oznaczających różne gatunki ptaków. Istniało też słowo ogólne, obejmujące wszelkie ptactwo: *h2awi-/*h2wej-. Od tego prasłowa pochodzi na przykład łacińskie avis. Niemal wszyscy specjaliści są zgodni, że to od tej indoeuropejskiej podstawy utworzono słowo pochodne, rekonstruowane tradycyjnie jako *ōwjom ‘jajo’. Szczegóły pokrewieństwa między ‘ptakiem’ a ‘jajem’ są jednak trudne do zrekonstruowania. Przeważa opinia, że mamy do czynienia z formą przymiotnikową zawierającą wzdłużoną samogłoskę *o, której towarzyszy przyrostek samogłoskowy o znaczeniu dzierżawczym tzn. *h2ōwi- + *ó- → *h2ōwjó- ‘należące do ptaka’. Trzeba ten pogląd traktować z pewną rezerwą, bo niezależne przykłady takiego procesu słowotwórczego są nieliczne, trudno więc uznać zagadkę pochodzenia ‘jaja’ za w pełni rozwiązaną. Ponieważ jednak hipotezy alternatywne budzą jeszcze poważniejsze zastrzeżenia, przyjmijmy roboczo, że rekonstrukcja *h2ōwjóm jest poprawna. Na jej korzyść świadczą formy zachodnioirańskie, takie jak średnioperskie xāyag < *Hāwya(-ka)- < *h2ōwjo- (z przyrostkiem zdrabniającym). W tej grupie języków spółgłoska *h2 zachowała się na początku wyrazu jako h- lub x- (wymawiane jak polskie ch), można więc uznać jej obecność w ‘jaju’ za potwierdzoną. Ogólnie zresztą języki irańskie zachowały praindoeropejską nazwę jaja bardzo dobrze, z czym kontrastuje jej zanik w językach indoaryjskich: w sanskrycie widzimy zamiast starej formy neologizm āṇḍá- ‘jajo’ (oznaczający także ‘jądro męskie’).

Kombinacja dźwięków *-ōwj- (z dwiema półsamogłoskami po długiej samogłosce) była rzadka i nietypowa; łatwo ulegała nieregularnemu uproszczeniu przez utratę którejkolwiek z półsamogłosek. Powstawały wówczas warianty *h2ōwom lub *h2ōjom. Pierwszy z nich widzimy w łacińskim ōvum, a drugi w słowiańskim *aje (do którego jeszcze wrócimy).2 W języku starogreckim nastąpiła prawdopodobnie asymilacja *ōwjóm > *ōjjón > ōión (z wariantami dialektalnymi nie zawsze łatwymi do wytłumaczenia). W grece hellenistycznej długi dyftong ōi stracił drugi element: ōión zmieniło się w ōón. Stąd mamy w terminologii naukowej grecki element słowotwórczy oo- (np. oocyt ‘niedojrzała komórka jajowa’, oogeneza ‘powstawanie jaja’, oologia ‘nauka o jajach’). Natomiast owulacja ma etymologię łacińską (od średniowiecznego łacińskiego ovulum ‘jajeczko’, czyli zdrobnienia od ovum). Łaciński zwrot ab ōvō, oznaczający dosłownie ‘od jaja’, a metaforycznie ‘od samego początku’, wprowadził Horacy, który był zdania, że dobry poeta powinien wzorem Homera zaczynać opowieść in mediās rēs (czyli wkraczając w środek akcji), natomiast opowiadanie w nudnym porządku chronologicznym, poczynając od chwili, gdy z jaja złożonego przez Ledę wykluła się Helena, należy pozostawić grafomanom.

W epoce hellenistycznej greckie ōón miało liczbę mnogą ōá. Z rodzajnikiem określonym tworzyło połączenie ta ōá. W grece średniowiecznej samogłoska ō uległa skróceniu. Dalszy rozwój fonetyczny wyglądał mniej więcej tak: [taoa] > [tawa] > [tava] > dzisiejsze greckie [tavɣa] (pisane ta abgá) ‘(te) jaja’. Od formy tej urobiono współczesną postać liczby pojedynczej, to abgó [avɣo]. Związek tego wyrazu ze starogreckim ōión jest jak najbardziej realny, ale przestał być oczywisty.

W języku praceltyckim dawne *ō poza sylabą końcową zmieniło się w *ā, stąd praceltyckie *āwjom ‘jajo’. Słowo to zachowało się w brytońskiej grupie języków celtyckich, dając na przykład walijskie wy, wymawiane jako długi jednosylabowy dyftong [uːɨ], i bretońskie vi. Na tym zakończę przegląd, bo rozważania na temat albańskich czy armeńskich nazw jaja prowadziłyby do dyskusji zanadto specjalistycznej.

Osobliwe jaja germańskie i kłopoty z porozumieniem się po angielsku

Rozwój germańskiej nazwy jaja był mniej więcej następujący: *h2ōwjo- > *ōwjo- > *owjo- > *ojjo- > pragermańskie *ajja-. I tu zaczyna się jedno z dziwniejszych rozwidleń ewolucyjnych w historii języków germańskich. Na samym początku swojej historii rozpadły się one na dwie gałęzie: wschodnią (obecnie wymarłą) i północnozachodnią. Ta druga wkrótce uległa kolejnemu rozszczepieniu na grupę zachodniogermańską (języki takie jak niemiecki, niderlandzki, fryzyjski czy angielski) i północnogermańską, czyli skandynawską (tu należą islandzki, norweski, farerski, duński i szwedzki). Sekwencja *-jj- rozwinęła się na trzy różne sposoby: w grupie wschodniogermańskiej powstało z niej *-ddj-, w północnogermańskiej *-ggj-, a w zachodniogermańskiej *-ij- (pierwsze *j utraciło charakter spółgłoski i połączyło się w dyftong z poprzedzającą je samogłoską).3 W konsekwencji nazwa jaja rozwinęła się odpowiednio we wschodniogermańskie *addja-, północnogermańskie *aggja- i zachodniogermańskie *aija-.

Jedynym językiem wschodniogermańskim, jaki zachował się w zabytkach pisanych, był gocki. Dysponujemy częściowym przekładem Biblii na ten język, spisanym ok. 369 r., ale tak się składa, że nie ma w tym przekładzie mowy o jajach. Jednakże Goci w początkach naszej ery stworzyli państwo na terenach dzisiejszej Ukrainy, a choć zostało ono zniszczone przez Hunów pod koniec IV w., jeden z dialektów gockich istniał na Krymie jeszcze w XVI w. (była o tym mowa tutaj). Lista około setki słów, jakie z niego wynotowano, zawiera krymskogockie ada, przetłumaczone jako ‘jajo’, ale prawdopodobnie będące formą liczby mnogiej (oczekiwane formy w klasycznym biblijnym gockim brzmiałyby: l.poj. *addi/l.mn. *addja). Jest to jeden z dowodów na to, że język Gotów krymskich był w rzeczy samej wschodniogermański.

Jajo zachodniogermańskie, czyli *aija-, reprezentowane jest np. przez niemieckie Ei i staroangielskie ǣġ, wymawiane [æːj].4 W grupie zachodniogermańskiej przesunięto ‘jajo’ do deklinacji tzw. tematów na *-z rodzaju nijakiego. Oznacza to w praktyce, że w liczbie mnogiej dawną końcówkę * zastąpiło *-izō > zachodniogermańskie *-iru > staroangielskie -ru. Zatem po staroangielsku na jaja mówiło się ǣġru [æːjrʊ]. W języku średnioangielskim (XI–XV w.), a w każdym razie w jego dialektach południowych, jajo nazywało się ei, a jaja eiren.5 Formy te pisano też ey/eyren. Dla porównania – współczesny język niemiecki ma Ei/Eier (stąd ajerkoniak, czyli koniak z jajami). Podobieństwo jest naturalne i oczekiwane, bo języki angielski i niemiecki są bliskimi kuzynami.

Ale skąd w takim razie wzięło się dzisiejsze angielskie egg? Przywędrowało z północy, gdzie od VIII–IX w. osiedlali się Skandynawowie mówiący dialektami języka staronordyjskiego. W ich języku jajo nazywało się egg < *aggja- (patrz dzisiejsze duńskie æg, szwedzkie ägg, islandzkie i norweskie egg). Ludność północnej Anglii była mieszana etnicznie i w dużym stopniu dwujęzyczna, toteż dialekty angielskie tego regionu przejęły bardzo wiele słów północnogermańskich. Jak przystało na zapożyczenie, egg zostało zaliczone do najbardziej regularnej klasy rzeczowników, otrzymując liczbę mnogą egges (dzisiejsze eggs). Choć słowa ei/eiren i egg/egges były z sobą blisko spokrewnione, odrębny rozwój zachodniogermański i skandynawski spowodował, że przestały brzmieć podobnie. Z biegiem czasu nazwa zapożyczona od wikingów rozszerzała swój zasięg na południe, wypierając oryginalne słowo staroangielskie.

William Caxton, pierwszy drukarz angielski, zwierzał się w przedmowie do wydanego przez siebie w roku 1490 przekładu Eneidy, jak trudno jest wydawcy ustalić jeden standard literacki dla języka angielskiego z powodu zmian językowych i współistniejących różnorodnych wariantów. Zilustrował swoje rozważania anegdotą o tym, jak pewien kupiec z północy, czekający wraz z towarzyszami u wybrzeży Kentu na pomyślne warunki, aby wyruszyć w rejs do niderlandzkiej Zelandii, udał się do gospodarstwa na lądzie, żeby kupić nieco żywności. Poprosił gospodynię o egges, ta zaś, nie rozumiejąc, o co gościowi chodzi, odparła, że nie rozumie po francusku. Na to kupiec zapałał złością, ponieważ także nie znał francuskiego, powtarzał jednak, że życzy sobie egges. Dopiero gdy ktoś lepiej zorientowany w regionalnych dialektach wytłumaczył gospodyni, że chodzi o eyren, zakupy doszły do skutku.

Słowiańskie jaje i – za przeproszeniem – jajca

Wspomniałem już wyżej, że *h2ōwjom > *ō(w)jom dało prasłowiańskie *aje. Był to rozwój całkowicie regularny, bo zarówno dawne *ā, jak i *ō utożsamiły się jako prasłowiańskie *a, a ich krótkie odpowiedniki zlały się w *o. Już w języku prasłowiańskim w sekwencji *jo sąsiedztwo „miękkiej” półsamogłoski powodowało zmianę *o w *e, mamy zatem następujący ciąg form: *ōjo- > *ajo- > *aje. Słowianie już w tych prastarych czasach uwielbiali zdrobnienia. Najczęściej używanym sufiksem zdrabniającym było *-iko-, które w języku prasłowiańskim przekształciło się w *-ьko-, a następnie w *-ьce (wskutek procesu znanego jako palatalizacja progresywna). Obok słowa *aje pojawiło się zatem *ajьce. Słowiańska niechęć do rozpoczynania wyrazu samogłoską powodowała, że słowa zaczynające się na *a- otrzymywały regularnie „podpórkę” fonetyczną w postaci półsamogłoski *j. Proces ten długo pozostał żywy w gwarach polskich – zob. ludowe formy imion takie jak Jagna (od Agnieszki) albo Jambroży. Mamy zatem prasłowiańskie *agnę, *ablъko, ale polskie jagnię, jabłko. Z tego samego powodu *aje, *ajьce przekształciły się w staropolskie (piętnastowieczne) jaje, jajce, a w liczbie mnogiej jaja, jajca.

W XVI w. jaje było formą wyłączną (nie istniał jeszcze wariant jajo), nastąpiła jednak dziwna redystrybucja form odmiany. Liczba pojedyncza jajce wyszła z użycia, rzadka stała się także liczba mnoga jaja. Pozostałe formy, osierocone, postanowiły się połączyć w nową parę. Dlatego w szesnastowiecznej polszczyźnie mamy rzeczownik jaje, którego liczba mnoga brzmi niemal zawsze jajca.6 Dotyczyło to zarówno jajec (rzadko jåj)7 ptasich, jak i jajec (jąder) męskich. Zilustruję to dwiema fraszkami Jana Kochanowskiego z Czarnolasu (1584). W pierwszej (Na ucztę) narzeka on na wygórowane ceny toalet publicznych (zwanych wychodami) w renesansowym Krakowie:

Szeląg dam od wychodu, nie zjem, jeno jaje:
Drożej sram, niźli jadam; złe to obyczaje.

W drugiej fraszce (zatytułowanej Do fraszek) istotna jest dwuznaczność ostatniego słowa:

Fraszki, za wszeteczne was ludzie poczytają
I dlatego was pewnie uwałaszyć mają.
A tak ja upominam: Nie mówcie plugawie,
Byście potym nie były z wałachy na trawie;
Ale mówcie przykładem mego Mikołajca:
„Co to niesiesz?” – „Gospodze, z odpuszczeniem: jajca”.8

Ryc. 2.

Ale jaja! Ewolucja jajek nowopolskich

Tymczasem stary przyrostek *-ьce (widoczny także np. w słowach słońce i serce) w języku polskim zatracił swoją dawną funkcję zdrabniającą, podobnie jak jego odpowiednik męski *-ьcь (ociec, wieniec) i żeński *-ьca (owca). Polacy jednak nadal lubili zdrobnienia, toteż gdy stare się zużywały, tworzyli nowe za pomocą najbardziej produktywnych procesów słowotwórczych. Jako najpopularniejszy formant zdrabniający wyspecjalizował się przyrostek -ek/-ka/-ko (dający się zastosować w każdym rodzaju gramatycznym). Na wzór oknookienko (w XV w. istniała jeszcze starsza forma okieńce) powstało nowe zdrobnienie, jåjko. Istnieje ono od czasów staropolskich, ale jeszcze w XVI w. znacznie ustępowało częstością występowania słowu jaje przynajmniej w tekstach (jak było w języku mówionym, nie mamy pojęcia). Miało jednak pewną drobną przewagę: liczba mnoga była całkowicie regularna: jåjka. Regularność produktywnych zdrobnień jest jedną z przyczyn ich popularności: jeśli dziecko nie jest pewne, czy powiedzieć w celowniku kotu, czy kotowi, może zastosować sprytny unik, mówiąc kotkowi. Ktoś, kto wahał się, czy użyć formy jajca, czy jaja, mógł wybrnąć z dylematu, mówiąc jåjka. Dlatego z biegiem czasu jajko i jajka coraz częściej zastępowały jaje i jajca.

Doszło wreszcie do tego, że słowo jajko zaczęło być odczuwane jako neutralne, niezdrobniałe, a jaje (od XIX w. zastępowane przez jajo na wzór rzeczowników twardotematowych) nabrało nacechowania formalnego albo zgrubiałego. Jego odmiana uległa wyrównaniu do zwykłych form rodzaju nijakiego: jajo/jaja, natomiast do liczby mnogiej jajca dorobiono analogiczną liczbę pojedynczą jajco. Mamy dziś zatem bogaty wybór form, z których w języku potocznym zdecydowanie dominuje jajko/jajka, rozumiane najczęściej w sensie dosłownym (jajko kurze itp.). Wariant jajo/jaja jest w tym znaczeniu bardziej formalny (i używany np. jako termin biologiczny), natomiast często stanowi synonim jądra i wówczas nabiera zabarwienia potocznego. Wariant jajco/jajca jest cokolwiek rubaszny. Zwykle używamy go w liczbie mnogiej w znaczeniu ‘wygłupy, kpiny’ lub ‘kłopotliwa, żenująca sytuacja’. Podobnie funkcjonują jaja, np. w wyrażeniu robić sobie jaja. Oczywiście robić sobie jajka można jedynie w sensie kulinarnym. Stara i szacowna forma jaje niemal całkowicie wyszła z obiegu. Może tylko czasem ktoś zacytuje fredrowskie od kury mędrsze jaje w wersji oryginalnej.

W ten sposób, wraz z neutralizacją słowa jajko, zużyło nam się kolejne zdrobnienie, tracąc swoją wartość ekspresywną. Ale od czego mamy słowotwórstwo? Dodajemy do jajka (lub, co na jedno wychodzi, do jajca) kolejny przyrostek zdrabniający i otrzymujemy jajeczko. A zatem życzę wszystkim Czytelnikom wesołego jaja, jajca, jajka lub jajeczka.

Przypisanki

  1. O tym, skąd przyszły, świadczy starogreckie określenie koguta, używane m.in. przez Arystofanesa, persikòs órnis, czyli ‘perski ptak’. ↩︎
  2. Rzecz szczególna: podczas gdy języki bałtyjskie całkowicie straciły odziedziczoną nazwę jaja, słowiańskie znakomicie ją zachowały. Przypomina to wspomnianą wyżej sytuację indoirańską. Być może bliskie związki kulturowe słowiańsko-irańskie miały wpływ na słownictwo dotyczące jaj. ↩︎
  3. Dla porządku dodam, że równolegle pragermańskie *-ww- rozwinęło się we wschodnio- i północnogermańskie *-ggw- oraz w zachodniogermańskie *-uw-. Oba procesy były z sobą ściśle związane. ↩︎
  4. Pomimo pisowni słowo ǣġ pochodzi od *āj < *aij i nigdy nie zawierało *g. Litera g była po prostu używana przez skrybów staroangielskich między innymi do zapisu głoski [j]. Taką „miękką” wymowę oznacza się dla wygody dzisiejszego czytelnika kropką: ġ. ↩︎
  5. Z dodatkową końcówką liczby mnogiej -en dodaną do odziedziczonej formy ǣġru > eire, która widocznie wydawała się zbyt słabo nacechowana jako liczba mnoga. ↩︎
  6. Istniała też liczba podwójna: dwie jai. ↩︎
  7. Zaznaczam tu i poniżej (w słowie jåjko) samogłoskę „pochyloną” å [ɒ], cofniętą artykulacyjnie i wymawianą z lekkim zaokrągleniem warg. Kontynuowała ona staropolską samogłoskę długą, a w literackiej polszczyźnie mniej więcej do połowy XVIII w. była odróżniana od zwykłego a [a]. W wielu gwarach rozróżnienie nadal istnieje („ptok wysiaduje jojka”). ↩︎
  8. Innymi słowy: „Jaśnie panie, za przeproszeniem – jaja”. Czasownik uwałaszyć oznacza ‘uczynić wałachem’, czyli ‘wykastrować’. ↩︎

Opis ilustracji

Ryc. 1. Bankiwa (Gallus gallus spadiceus), dziki protoplasta kur domowych. Foto: Sam Hambly 2023. Lokalizacja: Song Phi Nong, prowincja Phetchaburi, Tajlandia. Źródło: iNaturalist (licencja CC BY-NC 4.0).
Ryc. 2. Ukraińskie pisanki wielkanocne. Barwienie i zdobienie jaj znane są w wielu kulturach, ale europejskie jaja wielkanocne, zaadaptowane przez chrześcijaństwo, mogą kontynuować irańskie tradycje święta Nowego Roku (perskie Nowruz) obchodzonego w dniu równonocy wiosennej. Foto: Luba Petrusha 2011. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 3.0).

Etymologiczna opowieść zimowa. Część 2: O śnieżeniu

Inne wpisy z tej serii
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 1: Zima i jej kuzyni
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 3: Rzecz na Nowy Rok
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 4: Zagadka baraniego skoku

Wstęp dotyczący śniegu

Dwie rzeczy mogą dziwić, jeśli chodzi o indoeuropejskie określenia śniegu. Po pierwsze to, że występują powszechnie w różnych gałęziach naszej rodziny językowej, podczas gdy nie da się tego samego powiedzieć o deszczu. Istnieją ogólnoindoeuropejskie słowa oznaczające np. mgłę czy chmurę, natomiast słowa o znaczeniu ‘deszcz’ mają zwykle zasięg ograniczony do pojedynczych grup blisko spokrewnionych języków. Dlaczego? Tego nie wiemy.

Druga dziwna rzecz, to fakt, że czasownik odnoszący się do spadania śniegu na ziemię jest pierwotniejszy niż rzeczowniki oznaczające śnieg. W polskim (podobnie jak w innych językach słowiańskich) jest na odwrót: śnieżyć to czasownik utworzony od rzeczownika śnieg, tak jak głodzić od głód. Także angielskie to snow jest czasownikiem utworzonym za pomocą tzw. konwersji, czyli bezprzyrostkowo, od rzeczownika snow. Nie zawsze tak jednak było: język staroangielski posiadał jeszcze czasownik snīwan ‘śnieżyć’, który nie był utworzony od snāw ‘śnieg’, choć był z nim spokrewniony. Odpowiada to relacji między współczesnym niemieckim schneien (czasownik) a Schnee (rzeczownik).

Choć zatem wydawałoby się, że ‘śnieg’, jako widzialne i namacalne zjawisko przyrodnicze, posiada wyrazistą naturę rzeczownikową, najwyraźniej bywa traktowany jako pojęcie wtórne wobec procesu, jakim jest śnieżenie. Zauważmy, że czasownik śnieżyć i odpowiadające mu słowa w innych językach są używane niemal wyłącznie w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Jeśli dany język (np. polski) dopuszcza zdania bez wyrażonego podmiotu, to powiemy po prostu: śnieży. Co śnieży? Nic konkretnego – siły przyrody. Po angielsku powiemy: it snows, ale it nie oznacza tu określonego działacza; wypełnia tylko miejsce zarezerwowane dla podmiotu, które w angielskim nie powinno pozostać puste. A zatem nawet taki ułomny czasownik o niekompletnej odmianie i nie posiadający własnego wykonawcy może być traktowany jako forma podstawowa, nieredukowalna do prostszych składników.

Słowiańskie *sněgъ i bałtyjskie *snaigas to oczywiście słowa pokrewne. Oba pochodzą od prajęzykowego rzeczownika *snojgʷʰos. Dziwna spółgłoska praindoeuropejska *gʷʰ wymawiana była podobnie jak *g, ale towarzyszyło jej silne zaokrąglenie warg i jednocześnie półdźwięczny przydech. Tak skomplikowane artykulacje są z natury mało stabilne, toteż żaden język dzisiejszy nie zachował *gʷʰ w niezmienionej postaci. Przekształciło się ono w inne dźwięki w sposób często zależny od tego, z jakimi głoskami sąsiadowało. Nie powinno nas zatem dziwić, że jego refleksy w językach potomnych byłyby trudne do rozpoznania, gdyby nie to, że zmiany fonetyczne, choćby dziwne, są na szczęście przeważnie regularne. Na przykład w języku prasłowiańskim regularnym wynikiem zmian *gʷʰ było *g, które już na gruncie słowiańskim mogło ulec kolejnym zmianom – na przykład zmiękczeniu, którego wynikiem (w zależności od kontekstu) jest polskie ż lub dz. Regularne przekształcenia charakterystyczne dla poszczególnych języków słowiańskich zmieniły *sněgъ w polskie śnieg, rosyjskie sneg, ukraińskie snih, czeskie sníh, serbsko-chorwackie sneg, snijeg lub snig (zależnie od dialektu), bułgarskie snjag itd.

Natomiast w językach germańskich w pozycji między samogłoskami dawne *gʷʰ najpierw regularnie zmieniło się w *, fonetycznie realizowane jako szczelinowe [ɣʷ], które szybko utożsamiło się półsamogłoską *w, wymawianą niemal identycznie. Dlatego *snojgʷʰos przekształciło się w pragermańskie *snaiwaz. Ta forma nadal regularnie (a zatem przewidywalnie w każdej linii rozwojowej języków germańskich) ewoluowała w gockie snaiws, staroangielskie snāw (ang. snow), staro-wysoko-niemieckie snēo (niem. Schnee), staronordyjskie snjór (szwedzkie snö itd.).

Ryc. 1.

Krótki wykład teoretyczny

Ale zostawmy w spokoju rzeczownik i przyjrzyjmy się spokrewnionemu z nim czasownikowi. Język praindoeuropejski miał to do siebie, że jego słowotwórstwo oparte było w bardzo dużej części na tzw. rdzeniach czasownikowych, czyli jednostkowych (nierozkładalnych) morfemach wyrażających czynność, proces lub stan. Często całe rodziny rzeczowników czy przymiotników tworzone były na podstawie morfemów czasownikowych. Rdzeń składał się z co najmniej jednej nagłosowej spółgłoski lub grupy spółgłosek (nie całkiem dowolnej, bo musiała spełniać praindoeuropejskie normy wymawialności) oraz z grupy wygłosowej, między którymi znajdowało się pojedyncze miejsce na samogłoskę. W typowym przypadku samogłoską tą było *e (taką postać rdzenia nazywamy kanoniczną i w takiej postaci jest on cytowany), ale możliwe były także rozmaite komplikacje. Tu wystarczy nam wiedza o dwu z nich. Proces słowotwórczy mógł spowodować zastąpienie *e przez *o albo usunięcie samogłoski (najczęściej wtedy, gdy rdzeń nie był akcentowany i ulegał wskutek tego redukcji fonetycznej). Te trzy stany rdzenia nazywamy odpowiednio „stopniem e”, „stopniem o” i „stopniem redukcji” (lub „stopniem zero”).

Na przykład praindoeuropejski rdzeń cytowany jako *wert- ‘obrócić (się)’ mógł przybierać dwa inne stany: *wort- i *wr̥t-. W tym ostatnim przypadku usunięcie samogłoski powodowało, że sąsiadująca z nią spółgłoska płynna *r przejmowała funkcję ośrodka sylaby (co indoeuropeiści zwyczajowo oznaczają kółeczkiem pod symbolem spółgłoski). Te trzy formy zachowały się w językach słowiańskich, przekształcając się w prasłowiańskie *vert-/*vort-/*vьrt-, np. w słowach *verteno, *vorta, *vьrtlo, które w języku polskim dają wrzeciono, wrota i wiertło – trzy rzeczowniki połączone ideą obracania się (zresztą czasownik obrócić, pochodzący od prasłowiańskiego *ob-vortiti, zawiera ten sam rdzeń). Zauważmy, że w języku czeskim dawny stopień zero nadal realizowany jest z sylabicznym [r̩] (= praindoeur. *) – patrz vrtak ‘wiertło’, vrtět ‘wiercić’, wymawiane dwusylabowo.

Jak zbudować czasownik

Podstawą słowotwórczą „śniegu” był rdzeń czasownikowy *snejgʷʰ-, który mógł też przybierać formy *snojgʷʰ- i *snigʷʰ- (w tej ostatniej po usunięciu samogłoski jej funkcję zgłoskotwórczą przejmowało *j, zmieniając się w swój sylabiczny odpowiednik, czyli *i). Ważną cechą rdzeni praindoeuropejskich było to, że w swojej podstawowej formie posiadały one „wrodzony” aspekt – dokonany albo niedokonany. Mogły zatem wyrażać czynność bądź stan albo jako przydarzające się lub zakończone w danym momencie, albo jako trwające i rozciągnięte w czasie. Aspekt rdzenia można było zmienić, ale wymagało to utworzenia na jego podstawie nowego, bardziej złożonego czasownika. Czasem nie trzeba było tego robić, bo istniały pary różnych czasowników o tym samym znaczeniu, ale różniących się aspektem. Dobrym przykładem polskim jest czasownik niedokonany brać. Można mu nadać aspekt dokonany albo za pomocą środków słowotwórczych, przez dodanie przedrostka (zabrać), albo zastępując go przez niezwiązany z nim etymologicznie czasownik o bardzo podobnym znaczeniu, ale dokonany (wziąć).

Rdzeń *snejgʷʰ- miał „sam z siebie” aspekt dokonany. Podobnie jak w języku polskim, czasownik dokonany nie mógł tworzyć czasu teraźniejszego (polskie formy czasowników dokonanych z końcówkami „teraźniejszymi”, np. weźmie, trzaśnie, runie interpretowane są jako czas przyszły). Najprostszy czasownik, jaki mógł być utworzony od *snejgʷʰ-, składał się z samego rdzenia z dołączonymi do niego końcówkami osobowymi. A że używany był niemal wyłącznie w trzeciej osobie liczby pojedynczej, dołączaną końcówką było *-t. Forma osobowa *snéjgʷʰt oznaczała mniej więcej ‘naśnieżyło’ (tzn. ‘spadł śnieg’). Interpretowana była jako czas przeszły dokonany (tzw. aoryst, ale nie musimy się tu zajmować fachowym żargonem indoeuropeistów). Podmiot, tak jak w języku polskim, mógł pozostać niewyrażony wprost. Gdyby ktoś koniecznie chciał utworzyć liczbę mnogą o znaczeniu ‘naśnieżyły/naśnieżyli’ (uznając za podmiot chmury, niebiosa lub bóstwa odpowiedzialne za pogodę), dodałby końcówkę trzeciej osoby liczby mnogiej, -ent. Końcówka ta miała własną samogłoskę i przyciągała akcent. Wskutek tego rdzeń przybierał stopień redukcji: *snigʷʰént ‘(bogowie) naśnieżyli’. Ot i cała tajemnica koniugacji praindoeuropejskiej (w dydaktycznym skrócie).

Ryc. 2.

Czas teraźniejszy miał w trzeciej osobie końcówki rozszerzone o dodaną na końcu samogłoskę *i, sygnalizującą, że coś się dzieje „tu i teraz”: *-ti/*-enti. Aby ich użyć, trzeba było najpierw przekształcić czasownik na odpowiednik niedokonany. W epoce rozpadu wspólnoty indoeuropejskiej, już po odłączeniu się języków anatolijskich i tocharskich od wspólnego przodka wszystkich współczesnych przedstawicieli rodziny, istniało kilka popularnych mechanizmów przekształcania rdzenia dokonanego w „temat” (bardziej rozbudowaną formę czasownika) posiadający aspekt niedokonany. Jedną z możliwości było dodanie do rdzenia przyrostka samogłoskowego, który w zależności od końcówki osobowej przybierał formę *-e- lub -o-: *snéjgʷʰ-e/o-. Trzecia osoba miała wtedy formę *snéjgʷʰeti ‘śnieży’ w liczbie pojedynczej i *snéjgʷʰonti ‘śnieżą’ w liczbie mnogiej. Warto zauważyć, że ten wtórnie utworzony czasownik miał ustalony akcent na pierwszej sylabie, dzięki czemu jego rdzeń nie zmieniał formy w zależności od osoby. Ta prostota odmiany sprzyjała szerzeniu się czasowników tej kategorii w późnej historii języków indoeuropejskich. Wspomniane wyżej staroangielskie snīwan (3 os. snīwþ) i niemieckie schneien (3 os. schneit) pochodzą w prostej linii od *snéjgʷʰeti.

Innym sposobem dającym podobny efekt było użycie tzw. infiksu nosowego, czyli morfemu o postaci *-né- (wariant akcentowany) lub *-n- (wariant nieakcentowany) umieszczanego wewnątrz rdzenia przed jego ostatnią spółgłoską (po uprzednim usunięciu samogłoski rdzennej). Brzmi to skomplikowanie, ale nie jest takie trudne. Bierzemy *snejgʷʰ-, wyrzucamy *e i wstawiamy infiks we właściwym miejscu, otrzymując *sni-né-gʷʰ-/*sni-n-gʷʰ-. Pierwszy wariant był używany przed końcówkami osobowymi niemającymi własnego akcentu, a drugi – przed akcentowanymi. Mamy zatem alternatywne formy czasu teraźniejszego: *sninégʷʰti ‘śnieży’, *sningʰʷénti ‘śnieżą’.

Infiks nosowy (w formie trochę zniekształconej przez procesy ewolucyjne) przetrwał w niektórych czasownikach łacińskich. Łacina uogólniła niekcentowany wariant infiksu, używając go także w liczbie pojedynczej, a także wstawiła przed końcówką osobową samogłoskę przez analogię do tematów samogłoskowych. Dlatego w łacinie mamy ninguit ‘śnieży’ i ningunt ‘śnieżą’. Co się stało z początkowym *s? Otóż w niektórych językach indoeuropejskich, między innymi w łacinie i grece, nagłosowa zbitka *sn uległa uproszczeniu, tracąc *s. Praitalskie formy osobowe wyglądały tak: *sningʷeti/*sningʷonti (ze zmianą *gʷʰ > * po spółgłosce nosowej). Można je uznać za efekt hybrydyzacji między tematami zakończonymi na samogłoskę a czasownikami z infiksem nosowym. Ich dalszy rozwój w łacińskie ninguit/ningunt był już całkowicie regularny. Labializowane (zaokrąglone) * traciło zaokrąglenie przed samogłoską u (jak w liczbie mnogiej), ale zachowywało się jako gu (wymawiane [gw]) przed samogłoską przednią (jak w liczbie pojedynczej). Rzymianom trudno było zrozumieć, skąd się bierze ta oboczność, dlatego obok regularnego ninguit spotykamy także ningit (utworzone przez analogię do form, w których wcześniej zanikło zaokrąglenie warg).

Podobna była historia litewskiej formy sninga ‘śnieży’, w której także pojawia się ślad infiksu nosowego. Jest to trzecia osoba liczby pojedynczej czasu teraźniejszego od czasownika snigti ‘śnieżyć’. Obok niej istnieją też warianty oboczne lub gwarowe: sniega (od tematu *snejgʷʰ-e/o-, jak w językach germańskich) i sniegti (od pierwotnego *snejgʷʰ-).

Spójrzmy teraz na czasownik ‘śnieżyć’ w języku greckim. Mamy tu formę neípʰei ‘śnieży’. O zaniku początkowego *s przed spółgłoską nosową już wiemy. Przydechowe (pisane po grecku φ) to typowy refleks dawnego *gʷʰ w języku starogreckim (w grece mykeńskiej, czyli w najstarszym dialekcie, jaki znamy, widzimy pośredni etap ewolucji, kʷʰ). Czasownik grecki jest zatem (po formach germańskich i bałtyjskich) kolejnym przykładem na występowanie tematu samogłoskowego *snejgʷʰ-e/o-. Jak by brzmiał ten czasownik, gdyby przetrwał w językach słowiańskich? W języku polskim odmieniałby się podobnie jak strzyc: bezokolicznik *śnic, czas teraźniejszy *śniże/*śnigą. Znikł jednak, ponieważ wyparł go czasownik utworzony od rzeczownika: prasłowiańskie *sněžitь/*sněžǫtь > śnieży/śnieżą.

Śnieg dla zaawansowanych

Wróćmy teraz do królestwa rzeczowników. Śnieg w pewnym sensie jest wykonawcą czynności śnieżenia. Indoeuropejczycy znali kilka sposobów na utworzenie rzeczownika tego typu od morfemu czasownikowego. Jeden przepis wyglądał tak: weź rdzeń czasownika, zamień *e na *o, a na końcu doklej przyrostek *-o-, do którego będziesz przyłączał końcówki przypadków. W ten sposób od rdzenia *snejgʷʰ- tworzymy rzeczownik *snojgʷʰ-o- ‘coś, co sypnęło z nieba’. Teraz możemy go uzupełnić o końcówkę mianownika (*snojgʷʰos) albo na przykład biernika (*snojgʷʰom). Jest to nasz dobry znajomy, przodek polskiego słowa śnieg (a także litewskiego sniegas, angielskiego snow itd.).

Ale był i drugi sposób, znacznie starszy, choć mniej produktywny w czasach historycznych. Polegał on na tym, że rdzeń czasownika konwertowano wprost na rzeczownik i dołączano do niego bezpośrednio końcówki przypadków. Niektóre z tych końcówek miały własny akcent, co powodowało zanik samogłoski w rdzeniu (ten mechanizm już znamy). Wyglądało to tak: mianownik *snéjgʷʰ-s, biernik *snéjgʷʰ-m̥, ale dopełniacz z końcówką „kradnącą” akcent – *snigʷʰ-és. Ten rzeczownik także oznaczał ‘śnieg’. Już w epoce praindoeuropejskiej istniała tendencja do uproszczenia odmiany rzeczowników rdzennych, jeśli zawierały one spółgłoski płynne lub półsamogłoski, które mogły przejąć funkcję ośrodka sylaby. Wskutek tego wyrównania mianownik i biernik przekształciły się w *snigʷʰs, *snigʷʰm̥.

Wiemy już, że *gʷʰ dawało łacińskie gu [gw] po spółgłosce nosowej. Między samogłoskami natomiast, tak jak w językach germańskich, zmieniało się w łacińskie v, wymawiane [w]. Przed spółgłoską s ulegało ubezdźwięcznieniu i upraszczało się do [k]. W ten sposób formy *snigʷʰs, *snigʷʰm̥, *snigʷʰes zmieniły się w łacińskie nix [niks], nivem, nivis (rzeczownik rodzaju żeńskiego). Podobny był rozwój grecki, aczkolwiek w tym języku stary rzeczownik rdzenny prawie całkiem zanikł; zachowała się tylko forma biernika *snigʷʰm̥ > greckie nípʰa. Znaczenie ‘śnieg’ przeniesiono na inny wyraz, znany nam z poprzedniego odcinka niniejszej serii: kʰiṓn, spokrewniony ze słowem zima.

Od łacińskiego nix, nivem, nivis pochodzą – czasem wprost, czasem nieco krętymi drogami – słowa oznaczające ‘śnieg’ w językach romańskich: włoskie neve, hiszpańskie nieve, francuskie neige, rumuńskie nea itd. Z łacińskiego przymiotnika nivātus ‘ośnieżony’ rozwinęło się hiszpańskie nevado (o tym samym znaczeniu). W Grenadzie (południowa Hiszpania) wznosi się masyw Gór Śnieżnych, czyli Sierra Nevada. Nazwę tę przeniesiono na kilka ośnieżonych pasm górskich w Nowym Świecie. Jedno z nich znalazło się w obrębie Stanów Zjednoczonych, a w XIX w. nazwano od niego Terytorium Nevady, które następnie przekształciło się w stan Nevada. Innym pokrewnym przymiotnikiem było łacińskie niveus ‘śnieżnobiały’. Jego forma żeńska stała się w 1911 r. nazwą kremu Nivea i linii kosmetyków wciąż popularnej po ponad stu latach.

Ryc. 3.

Śnieg topnieje w Indiach

Zarówno rdzeń *sneigʷʰ-, jak i jego pochodne zachowały się w językach indoirańskich, ale w grupie języków indoaryjskich, których wspólnym przodkiem był staroindyjski, nastąpiła zmiana semantyczna. W sanskrycie czasownik snihyati < *snigʷʰ-jé/ó- (jeszcze jeden wariant aspektu niedokonanego) oznacza ‘kleić się, przywierać’, a metaforycznie ‘przywiązywać się (do kogoś), być zakochanym’. Przymiotnik odczasownikowy snigdha- < *snigʷʰ-tó- znaczy ‘kleisty, lepki’, a także ‘przywiązany, kochający’. Rzeczownik sneha- < *snojgʷʰo-, dokładnie odpowiadający polskiemu śnieg, znaczy ‘smar, maść’ itp. Także rzeczownik rdzenny snih- (mianownik sniṭ < *snigʷʰs), odpowiednik łacińskiego nix, przybrał w sanskrycie znaczenie ‘wilgoć’.

Hipoteza, że to znaczenie ‘kleić się’ jest pierwotne, cieszyła się w swoim czasie pewną popularnością. Jednak nawet w językach irańskich, najbliżej spokrewnionych z indoaryjskimi, słowa pochodzące od *sneigʷʰ- mają podobny zakres znaczeń jak w innych językach indoeuropejskich (patrz np. awestyjskie snaēž- ‘śnieżyć’). Co więcej, choć znaczenia „śnieżne” zanikły w klasycznym sanskrycie, istniały w innych dialektach dawnych Indii i występują reliktowo tu i ówdzie we współczesnych językach indoaryjskich. Świadczy to o tym, że znaczenia ‘sypnąć śniegiem’, ‘śnieżyć’, ‘śnieg’ itd. są starsze, a zmiana widoczna w Indiach spowodowana była tym, że poza regionami górskimi na północy subkontynentu świadomość, jak wygląda śnieg, uległa zatarciu. Tylko w słownictwie, przekazywanym z pokolenia na pokolenie, przechowała się niejasna pamięć o czymś, co było mokre i lepkie.

Kolejny odcinek serii poświęcony będzie styczniowi, czyli miesiącowi, w którego środku właśnie się znajdujemy.

Opisy ilustracji

Ryc. 1. Kilka okazów z wielkiej kolekcji Wilsona Bentleya (1865–1931), pioniera fotografii płatków śniegu. Zdjęcia wykonane ok. 1902 r. Źródło: Wikipedia (domena publiczna).
Ryc. 2. Wielka zamieć śnieżna (Snowzilla lub Snowmageddon) w USA w roku 2016. NOAA Photo Library. Foto: Joe Flood. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 2.0).
Ryc. 3. Bałwan śniegowy z Auburn (Alabama, USA). Bałwany zawdzięczają swoje istnienie faktowi, że śnieg (w odpowiednich warunkach) dobrze się lepi. Foto: Thomas Cook 2009. Źródło: Wikimedia (licencja CC BY-SA 2.0).

Skąd się wzięła czerwień. Część 1: Rozprawa o robokach

Inne wpisy z tej serii
Skąd się wzięła czerwień. Część 2: Od czerwia do nazw kolorów
Skąd się wzięła czerwień. Część 3: Pluskwiaki w sklepie spożywczym

Roboki som wselenijako łezmajte: zwycajne i zmutowane

W naiwnej, przednaukowej klasyfikacji robakiem nazywano w zasadzie dowolne zwierzę niebędące ssakiem, ptakiem ani rybą, mające sześć lub więcej odnóży albo beznogie. Nie jest to definicja ścisła i jednoznaczna, bo nie o ścisłość chodziło, ale o ogólne wrażenie: robak to coś, co pełza i wije się, a często także dokucza (patrz załączona pod wpisem Rozprawa o robokach Kazimierza Grześkowiaka). Język praindoeuropejski dysponował na określenie takich zwierząt słowem *kʷr̥mis (z sylabicznym *r). Jest ono solidnie poświadczone w językach celtyckich, bałtosłowiańskich i indoirańskich, a także w albańskim. Natomiast w grupie italskiej i germańskiej spotykamy refleksy bardzo podobnego słowa *wr̥mis, które zapewne powstało wskutek zniekształcenia szerzej rozpowszechnionego wariantu. Przyczyną mogła być kontaminacja, czyli upodobnienie – wskutek przypadkowego skojarzenia – do jakiegoś innego słowa o podobnym znaczeniu, ale po tysiącach lat trudno ustalić szczegóły tego procesu.

Końcowe *-s było końcówką mianownika liczby pojedynczej, a nie nieodłączną częścią rzeczownika, więc możemy je pominąć i zapisywać powyższe słowa jako *kʷr̥mi- i *wr̥mi- (z dołączanymi końcówkami odmiany). Od *wr̥mi- pochodzi łacińskie vermis, a także germańskie *wurmiz > gockie waurms, staroislandzkie ormr (orm we współczesnych językach skandynawskich), niemieckie Wurm, angielskie worm itd.

Germanie uogólnili pojęcie robaka podobnie jak Grześkowiak, rozciągając je nie tylko na beznogie gady (padalec nazywa się po angielsku slowworm), ale nawet na mityczne monstra przypominające gady, czyli na smoki, które przecież także mogą pełzać i wić się. Staroangielskie słowo wyrm (przodek dzisiejszego worm) mogło oznaczać dżdżownicę (reġn-wyrmrobak deszczowy’) lub larwę muchy, ale także smoka. W finale poematu Beowulf tytułowy bohater zostaje śmiertelnie ranny w walce ze strzegącym skarbów potworem określanym na zmianę jako wyrm lub draca (to drugie to synonim zapożyczony z języków klasycznych). W mitologii skandynawskiej świat ludzi, Midgard, opasany był przez żyjącego w oceanie gigantycznego węża, tak wielkiego, że otoczywszy wszystkie lądy, mógł chwycić w zęby własny ogon. Jednym z imion, jakimi go określano, było Miðgarðsormr, czyli ‘robak Midgardu’, przy czym oczywiście nie chodziło o dżdżownicę.

Roboki indoirańskie i bałtosłowiańskie

Z przyczyn, które później staną się oczywiste, bardziej jednak będą nas interesowały słowa pochodzące od *kʷr̥mis w dwóch gałęziach rodziny indoeuropejskiej: indoirańskiej i bałtosłowiańskiej. W obu grupach początkowe * straciło labializację (towarzyszące spółgłosce zwartej zaokrąglenie warg) i zmieniło się w zwykłe *k. Stąd mamy praindoirańskie *kr̥mi- (np. w staroindyjskim kṛ́mi- ‘robak, owad’). Zapamiętajmy sobie na późniejszy użytek kilka typowych refleksów irańskich: średnioperskie kirm (od III w. p.n.e. do VII w. n.e.) i nowoperskie kerm.

Teraz możemy przejść do języków bałtosłowiańskich W tej grupie sylabiczne *r̥ rozwinęło się w sekwencję *ir, stąd prabałtosłowiańskie *kirmi-, dobrze widoczne w litewskim kirmis i łotewskim cirmis ‘robak, larwa, gąsienica’ (itp.). Słowo to dało początek wielu bałtyjskim wyrazom pochodnym, zwłaszcza zdrobnieniom. Jedno z nich, litewskie kirmėlė, straciło (co się często zdarza) odcień zdrobniały i zaczęło oznaczać to samo co starsze kirmis. Z jakiegoś wczesnego stadium języków bałtyjskich zapożyczyli omawiane słowo przodkowie ludów fińskich w znaczeniu ‘wąż’ (dzisiejsze fińskie käarme).

Etymologia i entomologia: na scenę wkraczają czerw i czerwiec

A co widzimy w językach słowiańskich? Widzimy ślady oczekiwanego prasłowiańskiego *čьrmь, które dałoby hipotetyczne polskie *czerm, niepoświadczone bezpośrednio, ale powrócę jeszcze do tej kwestii. Zdecydowanie przeważa inny wariant, mianowicie *čьrvь (polskie czerw, dopełniacz czerwia, dowodzący historycznej miękkości końcowej spółgłoski). O ogólnosłowiańskim zasięgu tego zmutowanego wariantu świadczą liczne wyrazy pokrewne w wielu językach: rosyjskie červʹ, ukraińskie, czeskie i słowackie červ, słoweńskie črv, górnołużyckie čerw, serbsko-chorwackie crv, staro-cerkiewno-słowiańskie črьvь, bułgarskie červej itd.

Słowo *čьrvь nie ma odpowiedników poza językami słowiańskimi, ale musiało powstać już w języku prasłowiańskim jako wariant *čьrmь, które zostało przez nie prawie całkowicie wyparte. Żadna regularna słowiańska zmiana językowa nie wyjaśnia zastąpienia *m przez *v, więc tak jak w przypadku *wr̥mi- można podejrzewać kontaminację. Moim zdaniem słowem, które mogło wpłynąć na zniekształcenie pierwotnego *čьrmь, było zbliżone fonetycznie *morvь ‘mrówka’ (z licznymi pochodnymi tworzonymi przez dodawanie sufiksów), również o bardzo szacownym indoeuropejskim rodowodzie. I jak od *morvь można było urobić derywat *morvьcь (spotykany w dialektach polskich jako mrowiec, alternatywne określenie mrówki), tak od *čьrvь pochodzi *čьrvьcь > polski czerwiec.

Słowo to z pochodzenia było prasłowiańskim zdrobnieniem, czyli początkowo wyrażało zabarwienie uczuciowe, ale formant -ec w języku polskim nie ma już tej funkcji i tworzy tzw. „rzeczowniki ogólnikowo pochodne”. Na przykład chłopiec to wyraz pozostający dziś z chłopem w luźnym związku historycznym; nie oznacza chłopa niskiego wzrostu ani traktowanego protekcjonalnie (tę rolę przejął chłopek). Czerwiec oznaczało więc mniej więcej to samo co czerw, ale jako słowo nacechowane morfologicznie (ozdobione sufiksem) miało tendencję do specjalizacji semantycznej – zawężania znaczenia do jakiegoś szczególnego rodzaju czerwia. Taki „podział pracy” między synonimami jest zjawiskiem częstym w historii języków i może prowadzić do skomplikowanych modyfikacji znaczenia. Od starego słowa kół ‘pal’ mamy derywaty kolec (starszy) i kołek (młodszy i bardziej przejrzysty). Im starszy wyraz pochodny, tym bardziej różni się znaczeniowo od swojej historycznej podstawy słowotwórczej, ponieważ miał więcej czasu na samodzielną ewolucję. Podobnie stółstolec (≠ stołek) albo dwórdworzec (≠ dworek).

Robok polski, czyli Porphyrophora polonica, i jego miesiąc

W języku polskim czerw (staropolskie czyrzẃ, czyrẃ, czérẃ) oznaczał początkowo dowolnego „robala”, zawłaszcza larwę owada uważanego za szkodnika (np. w XVI w. larwa wołka zbożowego bywała określana jako żytny czerw), ale dziś odnosi się bardziej szczegółowo do larw błonkówek (pszczół, os, mrówek itp.) oraz muchówek. Jako termin fachowy (pszczelarski, entomologiczny) lub słowo książkowe raczej nie występuje w języku potocznym. Zastąpiło je słowo chrobåk > robåk (dzisiejsze robak).

Natomiast czerwiec (czyrzwiec, czérwiec itp.) uległ jeszcze dalej posuniętej specjalizacji. W tej części Słowiańszczyzny, gdzie obecnie leży Polska, zawęził się znaczeniowo do nazwy konkretnego gatunku owada, zwanego przez entomologów czerwcem polskim (Porphyrophora polonica). Jest to pluskwiak żerujący na roślinie, na którą również przeniesiono „ogólnikowo pochodną” nazwę czerwiec. Chodzi o czerwiec trwały (Scleranthus perennis), raczej niepozorną roślinę z rodziny goździkowatych. Występuje ona dość pospolicie w Europie i zachodniej Azji; lubi suche, piaszczyste gleby i chętnie rośnie na nieużytkach przekształconych przez człowieka, na przydrożach i ugorach. Dziś mało kto zwraca na nią uwagę, jednak dawniej była tak ważna, że za jej sprawą słowo czerwiec uzyskało jeszcze jedno znaczenie – nazwy miesiąca, w którym na miejscach porośniętych przez czerwiec rośliny wykopywano specjalną łopatką z korzeniami, otrząsano na rozłożone na ziemi płachty, a następnie wsadzano z powrotem do ziemi. A wszystko po to, żeby zebrać przyczepione do korzeni ciemnoczerwone lub fioletowe napęczniałe cysty pluskwiaka – okrągłe larwy, u których na tym etapie życia zanikały odnóża i czułki. Stąd się wzięło dawne powiedzenie cytowane przez Zygmunta Glogera w Encyklopedii staropolskiej (1900–1903): „W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec”.

Ryc. 1.

Wcześniejszą nazwą miesiąca był czerwień (z wariantami czyrzwień, czyrwień, dopełniacz czerwnia), wyraz będący w takim stosunku do czerwia, jak sierpień i wrzesień do sierpa i wrzosu (czyli oznaczający po prostu ‘miesiąc czerwia’). Zresztą także lipiec był nazywany lipień. Oba warianty były używane wymiennie do XVI w., po czym utrwaliły się formy czerwiec i lipiec. Podobnie zbudowane są nazwy czerwca w sąsiednich językach słowiańskich: białoruskie červjenʹ, ukraińskie červenʹ, czeskie červen). Żeby nie było zbyt prosto, lipiec nazywa się po czesku červenec, a w XV w. mamy też poświadczony polski czyrwień w znaczeniu ‘sierpień’. Z północnych języków słowiańskich wyraz przeniknął na Bałkany jako nazwa lipca (staro-cerkiewno-słowiańskie črъvljenyi, bułgarskie červen). Ogólnie można zatem stwierdzić, że „sezon czerwia” zaczynał się jego zbiorem na na początku czerwca, ale trwał przez całe lato, zapewne w związku z przetwarzaniem zbiorów w produkt handlowy i jego wędrówką szlakami kupieckimi.

Ryc. 2.

Zapomniany bohater

Tak się złożyło, że choć czerwiec polski (czyli pluskwiak) był szeroko rozsiedlony w północnej Eurazji, od Francji po Chiny (szczególnie wzdłuż strefy stepów i lasostepów), to centrum jego występowania znajdowało się na obszarze dzisiejszej Polski, Ukrainy i Białorusi, zahaczając także o Niemcy, Czechy, Litwę i Łotwę. Na tym obszarze było go tyle, że mógł być zbierany w celach komercyjnych (a jakich konkretnie, o tym będzie mowa w kolejnym odcinku).

Ryc. 3.

Jeszcze w XVIII i XIX w., choć czerwiec stracił znaczenie handlowe, pozostawał (pod postacią charakterystycznych poczwarek) owadem dobrze znanym. Jak jest obecnie, trudno stwierdzić, bo od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku publikowanych doniesień o obserwacji czerwca mamy jak na lekarstwo. Nawet na stronach projektu iNaturalist, gdzie miłośnicy fotografii przyrodniczej dzielą się swoimi nieformalnymi obserwacjami (często rzadkich gatunków o zasięgu słabo zbadanym przez specjalistów), liczba obserwacji czerwca polskiego wynosi równe zero. Na pewno nie wyginął całkowicie, bo pojedyncze stanowiska są dokumentowane tu i ówdzie, ale z równą pewnością można stwierdzić, że jest gatunkiem silnie zagrożonym. Z niezrozumiałych powodów owad wyjątkowo zasłużony w historii Polski i noszący oficjalnie nazwę gatunkową polonica nie jest w naszym kraju objęty ochroną gatunkową.

Czym konkretnie zasłużył się czerwiec i co z tego wynika dla nazewnictwa kolorów – to temat na drugą część miniserii.

Opisy ilustracji

Ryc. 1. Czerwiec trwały (Scleranthus perennis), okolice Głuszyny pod Poznaniem, Wielkopolska. Foto: wojtest Źródło: iNaturalist (licencja CC BY-NC 4.0).
Ryc. 2. Stadia życiowe czerwca polskiego. Rycina z dzieła Johanna Philippa Breynego (1731), Historia naturalis Cocci radicum tinctorii, quod Polonicum vulgo audit. Źródło: Pomorska Biblioteka Cyfrowa (domena publiczna).
Ryc. 3. Uskrzydlony samiec czerwca polskiego, sfotografowany w południowej Francji. Samice są znacznie większe, bezskrzydłe i neoteniczne (dorosłe wyglądają nadal jak larwy). Foto: brigitte. Źródło: Galerie du Monde des insectes (licencja CC BY-C).

Lektura dodatkowa

Występowanie czerwca polskiego w Polsce współczesnej
https://baza.biomap.pl/pl/getpdf/11064_Lagowska_B_et_al_2006.pdf
https://baza.biomap.pl/pl/taxon/species-porphyrophora_polonica/default

Dodatek obowiązkowy

Rozprawa o robokach.