Tupolew ANT-20 "Maksim Gorki" w locie nad Moskwą w 1934 roku.

WSPÓLNOTA CZERWIENI cz. 26

“Wikipediowa” wiedza na temat współpracy Niemiec i ZSRR w latach poprzedzających drugą wojnę światową to nadal wyłącznie emanacja radzieckiej propagandy. Wskazywanie na objęcie przez Adolfa Hitlera stanowiska kanclerza Niemiec jako na cezurę kończącą tajną współpracę jest zabiegiem umacniającym świadomość nieprawdy w społeczeństwach świata.

Hitler z Hindenburgiem. (Wikimedia Commons)

Czy to historycy zachodni, czy autorzy powieści historycznych, zawsze po zdawkowym opisaniu tajnego współdziałania Moskwy z Berlinem w latach 20. i 30. szybciutko przeskakują do fałszywego wniosku, że objęcie władzy przez NSDAP w styczniu 1933 roku było bezpośrednim powodem zerwania bliskiej współpracy. Przywołują sztandarowy argument sowieckiej propagandy o rzekomym planie rozpoczęcia wojny z ZSRR przez Hitlera – cytując Mein Kampf w ustępach traktujących o Lebensraum. Nic bardziej mylnego. Lebensraum, koncept nazwany tak po raz pierwszy przez Friedricha Ratzela w 1901 roku, w rozumieniu Führera dotyczył przede wszystkim ziem utraconych w wyniku Traktatu Wersalskiego. Hitler mówił o ekspansji na wschód, ale w perspektywie stulecia. Wielkie Sowieckie Kłamstwo, czyniące z Niemiec hitlerowskich jedynego agresora drugiej wojny światowej, zasadza się między innymi na założeniu, że Hitler zawsze planował atak na ZSRR.

Parada pierwszomajowa w Berlinie, 1 maja 1933. (Bundesarchiv)
Kirow, Kaganowicz, Ordżonikidze, Stalin, Mikojan razem na Kremlu 1 maja 1932 roku. (Wikimedia Commons)

Stopniowe zakończenie współpracy Niemiec i ZSRR miało dość prozaiczne powody. O ile zaraz po pierwszej wojnie światowej Rosja Sowiecka jako parias nie była w stanie znaleźć innego sojusznika zdolnego do udzielenia pomocy technicznej na wysokim poziomie, to po zdjęciu z ZSRR handlowego embarga rozpoczął się gigantyczny amerykański program budowy sowieckiego przemysłu. Wraz z zakupami licznych licencji oznaczało to, że dotychczasowy bliski sojusznik nie był już tak potrzebny. Z kolei Niemcy mogli już niemal otwarcie szkolić pilotów u siebie i zbliżała się chwila ujawnienia pełnej militaryzacji kraju. Rzekoma ówczesna wrogość Sowietów wobec ideologii NSDAP to bzdura – w końcu to moskiewski Komintern kazał niemieckim komunistom w 1931 roku głosować po stronie narodowych socjalistów, a przeciw socjaldemokratom jako “reprezentantom burżuazji”.

Tuchaczewski z oficerami podczas tłumienia powstania w guberni tambowskiej. (Wikimedia Commons)
Tuchaczewski na dworcu w Warszawie w drodze do Londynu, 1936. (Wikimedia Commons)

Współpraca nie urwała się z dnia na dzień, tylko osłabła i uległa modyfikacji. W 1932 roku marszałek Tuchaczewski przebywał w Niemczech na zaproszenie tamtejszej generalicji. Maj 1933 roku, cztery miesiące po przejęciu władzy przez Hitlera (czyli po rzekomym zerwaniu przezeń wszelkich stosunków z ZSRR), przyniósł oficjalną rewizytę strony niemieckiej – generał von Bockelberg, odpowiedzialny za kwestie uzbrojenia Reichswehry, wraz ze swoją świtą zwiedził sowieckie zakłady zbrojeniowe, badawczy instytut aerodynamiki CAGI i dwie potężne fabryki lotnicze, w Moskwie i Zaporożu.

Generał Alfred von Vollard-Bockelberg w czasach, gdy był jeszcze majorem. (Wikimedia Commons)

W latach 1934-35 prowadzono negocjacje na temat zakupu nowoczesnego samolotu pasażersko-pocztowego Heinkel He-70 – według źródeł rosyjskich transakcję miał zablokować osobiście Hitler, podobno dlatego, że planowano produkcję bojowej wersji tego samolotu. Brzmi to niezbyt przekonująco, albowiem dokładnie w tym samym czasie sprzedano, bez żadnych warunków dodatkowych, jeden egzemplarz tego samego samolotu brytyjskiej wytwórni silników lotniczych Rolls-Royce, która po zabudowaniu w płatowcu silnika Kestrel korzystała z niego przez wiele lat.

Heinkel He-70. (NACA/Wikimedia Commons)
Heinkel He-70 należący do firmy Rolls-Royce. (Wikimedia Commons)

Jeszcze w latach 1936-37, czyli podczas okresu rzekomej wzajemnej wrogości, związanej z wojną w Hiszpanii, sowieccy konstruktorzy lotniczy regularnie odwiedzali kolegów w Niemczech. W wyjazdach brali udział między innymi konstruktor silników lotniczych Aleksander A. Mikulin, szef Zarządu Głównego Lotnictwa Cywilnego I.F. Tkaczow, specjaliści z instytutu CAGI oraz osoby z akademii wojsk lotniczych. Wstydliwa wzmianka o tych wyjazdach w jednym ze źródeł może sugerować, że w istocie działo się jeszcze więcej – przecież sam fakt istnienia takich kontaktów zaprzecza podstawowym założeniom wikipediowej “historii” stosunków Niemiec i ZSRR w tym okresie.

Bohater Pracy Socjalistycznej, tow. Aleksander Aleksandrowicz Mikulin. (Wikimedia Commons)

Istniały jeszcze inne obszary współpracy, które udało mi się zidentyfikować. Otóż współpracowali naukowcy – w latach 1931-1938 (!) funkcjonowało wspólne, Niemiecko-Radzieckie Laboratorium Biologicznych Badań Rasowych. Niemieccy eugenicy z radością powitali utworzenie w 1921 roku Rosyjskiego Towarzystwa Eugenicznego oraz stosownego oddziału Radzieckiej Akademii Nauk. Kontakty sformalizowano, a współpraca naukowa obydwu krajów rozwijała się. W 1927 roku w Berlinie odbył się Tydzień Nauki Sowieckiej, a w 1932 – Tydzień Sowieckiej Medycyny. Niemcy żywo interesowali się sowieckimi badaniami nad genetyką, podobały im się ogromne badania grup krwi na Ukrainie.

Oskar Vogt. (Wikimedia Commons)

Specjalista anatomii mózgu, Oskar Vogt, miał świetne stosunki w Moskwie – to jemu w 1925 roku zlecono dokonanie sekcji mózgu Lenina. Wraz z kolegą patologiem Aschoffem udał się do ZSRR na wyprawę naukową, w tym do Gruzji, i w 1930 roku udało się zgromadzić fundusze na wspólny, niemiecko-sowiecki projekt naukowy. Szerokie badania patologii w społeczeństwie miały bazować na kryteriach rasowych, ale miano także brać pod uwagę czynniki klimatyczne, kulturowe i ekonomiczne. Instytut rozpoczął działalność w Moskwie i działał z przerwami, wywołanymi zmianami atmosfery politycznej, aż do przeniesienia go do Niemiec w roku 1938. Badania terenowe, wiążące rozmaite choroby z rasą, badano między innymi na Kaukazie.

Trofim Denisowicz Łysenko. (Wikimedia Commons)

Współpraca niemieckich i sowieckich naukowców w obszarze genetyki była o tyle ciekawa, że w ZSRR zaczynały zyskiwać na znaczeniu pseudonaukowe “teorie” Trofima Denisowicza Łysenki. Pochodzący z chłopskiej rodziny aktywista partyjny tworzył pseudonaukę, która w dużym stopniu uwalniała kierownictwo partyjne z odpowiedzialności za pogłębiającą się tragiczną sytuację rolnictwa w kraju dyktatury proletariatu. Początkowo znany był z teorii dotyczącej użyźniania gleby bez nawozów i drugiej, podług której groch należało siać w zimie. Ukradziona z USA metoda jarowizacji zbóż, zastosowana nieprawidłowo, doprowadziła do pogłębienia głodu. Łysenko zaprzeczał teorii Darwina, a jego pseudonauka, zaakceptowana przez Stalina, stała się oficjalnym stanowiskiem naukowym Akademii Nauk ZSRR. Jego przeciwników torturowano i więziono. W 1948 roku sowiecka partia oficjalnie odrzuciła teorię Mendla i “łysenkizm” zajął jej miejsce, twierdząc, że zmiany środowiskowe mogą z ptaszka zwanego gajówką, przy karmieniu gąsienicami, uczynić kukułkę. Efekt – gdy umarł Stalin, w 1953 roku, w ZSRR produkowano tyle samo warzyw i mięsa, co za cara Mikołaja II. Wspomniana wyżej niemiecko-sowiecka współpraca ocaliła co najmniej jednego prawdziwego naukowca, oponenta Łysenki – Nikołaj Władimirowicz Timofiejew-Riesowski wyjechał do Niemiec na zaproszenie Oskara Vogta i dzięki temu przeżył drugą wojnę światową. Niestety po motywowanym patriotyzmem powrocie do ojczyzny natychmiast nagrodzono go 10 latami ciężkiego łagru…

Współpracowali ze sobą nawet archeolodzy, ale to kwestia bardziej okresu po 1939 roku. Tak czy owak, całkowite zerwanie kontaktów sowiecko-niemieckich po objęciu urzędu kanclerza przez Adolfa Hitlera to mit.

W kolejnym odcinku zajmę się już wspólnymi działaniami obydwu mocarstw w 1939 roku.

cdn.

Doktorze, słabo mi! Dużą medyczną brandy proszę!

Prawdopodobnie każdy czytelnik bloga podobnie reaguje na słowo „bernardyn”. W filmach dla dzieci ten urokliwy włochaty pies często jest przedstawiany z obrożą na szyi, do której przymocowana jest niewielka beczułka. Zawiera ona niedużą porcję brandy, której zadaniem jest pobudzenie układu krążenia nieszczęsnego turysty, który zbłądził w górach. Od razu uprzedzę – nawet jeśli gdzieś w Alpach spotkacie te piękne psy, nie próbujcie szukać beczułek. Jest to legenda, która nigdy nie została potwierdzona. Faktem natomiast jest, że ta rasa psów została wyhodowana w XVII wieku przez zakonników żyjących w klasztorze na Wielkiej Przełęczy św. Bernarda w Alpach. Początkowo były to psy stróżujące i pociągowe, z czasem zostały przewodnikami górskimi.

Obraz Johna Emmsa (przed 1913), licencja: domena publiczna

Ale ja nie o psach chcę napisać, lecz o zawartości tych beczułek. Brandy, znana u nas też jako winiak, to mocny alkohol uzyskiwany w procesie destylacji wina. Ma zwykle od 35 do 60% etanolu, charakterystyczny smak i zapach. Alkohole mocne były często stosowane przez lekarzy m.in. jako środek wzmacniający. Na przełomie XIX i XX wieku był on na tyle powszechnie używany, że trafił nawet do oficjalnej „Farmakopei Brytyjskiej” (także do amerykańskiej USP) jako „Spiritus Vini Gallici”. W uznanym czasopiśmie medycznym „Lancet” w jednym z artykułów pisano, że brandy z medycznego punktu widzenia uznaje się za najlepszy środek medyczny. Zauważano też, że działanie tego środka wynika nie tylko z zawartości etanolu, ale też innych obecnych w brandy substancji, głównie o charakterze eterów. Innym rodzajem mocnego alkoholu opisywanym przez pismo jest oczywiście whisky (w farmakopeach: „Spiritus frumenti”).

Zarówno brandy, jak i whisky były szeroko reklamowane w czasopismach medycznych. Podczas amerykańskiej prohibicji (1920-1933) lekarze mieli prawo zapisywać medyczną whisky albo brandy na wiele różnych schorzeń. Ochoczo korzystali z tego prawa, zarabiając miliony dolarów. W szpitalu św. Bartłomieja w Londynie pojemniki do podawania pacjentom whisky / brandy były jeszcze w użyciu w 1963 roku!

Powszechnie wiadomo, że alkohol ma działanie stymulujące. Zazwyczaj był podawany doustnie, ale nie tylko. Procedury medyczne opisywane w literaturze zalecały w niektórych przypadkach podawanie go dożylnie albo w formie wlewów doodbytniczych. Znany jest przypadek pacjentki z ciążą pozamaciczną zakończoną krwawieniem, gdzie resuscytacja polegała na podaniu dożylnie sporej ilości roztworu fizjologicznego soli z uncją brandy. Mocny alkohol był też stosowany jako środek pobudzający w przypadku hipotermii. Tu trzeba dodać, że chociaż brandy czy whisky powodują szybkie rozszerzenie naczyń krwionośnych i przyspieszenie rytmu serca, co skutkuje odczuciem ciepła, jednak na dłuższą metę mamy do czynienia z utratą ciepła przez organizm. Właśnie dlatego mocny alkohol podawano też w przypadku zapalenia płuc czy tyfusu przebiegającego z gorączką – rozszerzenie naczyń krwionośnych powodowało spadek temperatury. Jako środek mający sporą wartość energetyczną był też używany jako element diety u pacjentów mających problemy z odżywianiem. Zastosowania brandy były różnorakie. Choć jest ona stymulująca, ma także działanie uspokajające. W 1920 roku lekarze zalecali ją do uspokajania niemowląt i małych dzieci. Mocne alkohole stosowano też w anestezji, podając go przez inhalację jako środek pomocniczy przed znieczuleniem chloroformem.
Tak naprawdę mocne alkohole w praktyce lekarskiej przestano stosować dopiero w połowie XX wieku, wraz z poszerzaniem się wiedzy o negatywnym wpływie etanolu na organizm człowieka.

LITERATURA DODATKOWA

Alkohol jako środek terapeutyczny

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2152039/

Alkohol jako środek dietetyczny

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2318579/?page=1

Krwawienie po usunięciu migdałów

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2420419/?page=1

Pomyłki komitetu nagrody Nobla

Portret Alfreda Nobla

licencja: domena publiczna

Od ponad 120 lat nagroda Nobla jest uznawana za wyznacznik klasy uczonych. Otrzymało ją wielu fizyków, chemików, lekarzy i fizjologów, których prace były kamieniami milowymi na drodze ku poznaniu rzeczywistości. Ale Komitetowi Noblowskiemu zdarzały się też zwyczajne wpadki. Wielu wybitnych uczonych nie dostało nagrody, choć zasłużyli. Warto też kilka słów poświęcić przypadkom odwrotnym – gdy medal został przyznany za coś, co powinno raczej pokrywać się kurzem w archiwum.

Bez złotego medalu

Wydaje się, że najdobitniejszym przykładem wybitnego uczonego, który niewątpliwie powinien otrzymać nagrodę, jest rosyjski chemik Dymitr Mendelejew. Jego układ okresowy można znaleźć w każdym laboratorium, uczą o nim praktycznie w każdej szkole na świecie, sam twórca jednak nie dostał nagrody. Podejrzewa się, że stał za tym jeden z ważnych ludzi w komitecie – wybitny szwedzki fizykochemik Svante Arrhenius. Historycy twierdzą, że nie mógł on wybaczyć Mendelejewowi krytyki Arrheniusowskiej teorii dysocjacji, dlatego też, mimo iż rosyjski uczony był kilkakrotnie nominowany, nagrody nie otrzymał.

Chemicy powszechnie posługują się teorią kwasów i zasad Lewisa. Ten sam uczony wniósł wielki wkład w wiele dziedzin chemii – opracował koncepcję wiązania kowalencyjnego, zasugerował istnienie wolnych rodników, jako pierwszy otrzymał czystą próbkę ciężkiej wody (tlenku deuteru). To on także był autorem słowa „foton” na określenie kwantu energii promienistej.
Do nagrody był nominowany aż 35 razy (to chyba absolutny rekord), ale jej nie otrzymał. Tutaj też chodziło o pewne animozje osobiste. Gilbert N. Lewis po zrobieniu doktoratu na Harvardzie przeniósł się do Europy, gdzie pracował najpierw w Lipsku z Ostwaldem, a następnie w Getyndze z Walterem Nernstem. Nie wiadomo dokładnie, co sprawiło, że Lewis i Nernst zostali wrogami na całe życie. Lewis uwielbiał ujawniać błędy naukowe Nernsta, umieszczał je nawet jako przykłady w swoich publikacjach. A tak się składa, że przyjaciel Nernsta, Walter Palmaer, był w tamtym czasie sekretarzem Komitetu Noblowskiego. To właśnie on zadbał o to, aby nominacje Lewisa były konsekwentnie odrzucane. No i jeden z wielkich fizykochemików nagrody nie dostał. Otrzymali ją natomiast uczniowie Lewisa, Harold Urey i Glenn T. Seaborg, choć niewielkie to pocieszenie.

Kolejną pomnikową postacią, która winna być uhonorowana, był Henry Eyring. Każdy student przedmiotów ścisłych uczy się o teorii kompleksu aktywnego sformułowanej przez Eyringa. Uczony wniósł wielki wkład w prace podstawowe dotyczące przebiegu elementarnych reakcji chemicznych – wiele jego idei jest nadal bardzo istotnych i stosowanych w nauce. Prowadził też badania dotyczące katalizy, aktywności optycznej oraz teorii wartościowości.
Dlaczego w takim razie nie dostał Nobla? Historycy nauki uważają, że tym razem nie chodziło o osobiste animozje. Eyring prawdopodobnie nie otrzymał nagrody z powodu swoich przekonań religijnych. Był on bowiem bardzo zaangażowanym wyznawcą Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, znanego powszechnie pod nazwą kościoła mormonów, co było nie do przyjęcia w Szwecji, kraju protestanckim.

Kolejnym bardzo kontrowersyjnym przypadkiem było nieprzyznanie nagrody Lisie Meitner – fizyczce z Niemiec, która po dojściu Hitlera do władzy została zmuszona do ucieczki z kraju w 1938 roku. To ona właśnie, pracując tak naprawdę tylko korespondencyjnie, prawidłowo zinterpretowała wyniki doświadczenia Ottona Hahna i Fritza Strassmanna, którzy pod koniec 1938 roku dokonali rozszczepienia atomu uranu, co dało początek fizyce jądrowej, elektrowniom atomowym, jak też bombie jądrowej. Hahn i Strassmann zostali nagrodzeni Noblem w 1945 roku.

Tu warto też wspomnieć o odkrywczyni pulsarów, pani Jocelyn Bell Burnell. Została pominięta przez komitet nagród Nobla, który za to ważne astrofizyczne odkrycie postanowił nagrodzić jej szefa, Antony’ego Heewisha, oraz innego astrofizyka, Martina Ryle’a. A o samej Jocelyn możecie przeczytać tutaj.

Czasem nagroda była na wyrost

W początkowych latach XX wieku Komitet Noblowski realizował precyzyjnie testament fundatora. Stanowił on bowiem, że nagroda winna być przyznana za wynalazek lub odkrycie, które zostało dokonane w ciągu poprzedzającego roku.

Taki zapis spowodował na przykład to, że w roku 1912 w dziedzinie fizyki nagrodzono szwedzkiego wynalazcę Gustafa Dalena (ktoś z was o nim słyszał?), podczas gdy nie uznano za stosowne przyznać Nobla wynalazcy, który ze wszech miar na nią zasłużył – Thomasowi Alva Edisonowi. Dla przypomnienia młodszym czytelnikom: posiadaczowi ponad tysiąca patentów, wynalazcy m.in. żarówki, fonografu (dawniejszy gramofon) oraz budowniczemu pierwszej elektrowni publicznego użytku.
Nagroda dla Dalena była tylko dość dziwną pomyłką, która nie niosła za sobą dalszych negatywnych efektów. Niestety, w wielu przypadkach decyzja Komitetu bywała nawet nie kontrowersyjna, ale wręcz tragiczna w skutkach.

Tak było w przypadku portugalskiego psychiatry i neurochirurga, Egasa Moniza, zdobywcy nagrody Nobla w 1949 roku. Był on propagatorem jednej z najbardziej kontrowersyjnych technik stosowanych w chirurgii mózgu – leukotomii, zwanej też lobotomią przedczołową. Opisywał on tę technikę jako „prostą, zawsze bezpieczną i efektywną w pewnych przypadkach schorzeń psychicznych”. Ci, którzy oglądali wstrząsający film „Lot nad kukułczym gniazdem”, pamiętają zapewne, jak ten zabieg zadziałał na głównego bohatera – McMurphy’ego. Nieudanej lobotomii poddana została m.in. Rosemary Kennedy, siostra prezydenta USA. Interesujący może być fakt, że Komitet Noblowski nie cofnął decyzji o przyznaniu tego kontrowersyjnego wyróżnienia, pomimo oficjalnego protestu grupy pacjentów, którzy zostali poddani tej okrutnej procedurze medycznej.

Innym przypadkiem tego typu było przyznanie w 1917 roku Nobla austriackiemu lekarzowi, Juliusowi Wagner-Jaureggowi. Badacz ten wpadł na bardzo dziwaczny pomysł leczenia jednej choroby inną. Chorych na końcowe stadium kiły zarażał malarią, co powodowało gorączkę malaryczną, która tak naprawdę nie leczyła kiły, lecz tylko łagodziła pewne objawy tej choroby. Na całe szczęście w latach 40. ubiegłego wieku okazało się, że kiłę można doskonale leczyć penicyliną, co spowodowało zakończenie ryzykownych eksperymentów dr. Jauregga.

Była też nagroda, która budzi bardzo mieszane uczucia, przynajmniej u mnie. Chodzi o tę, którą dostał w 1918 roku Fritz Haber. Owszem, jego osiągnięcie, a mianowicie opracowanie procesu syntezy amoniaku z azotu i wodoru było rewolucyjne i pozwoliło na masową produkcję tanich nawozów, ale… no właśnie. W czasie I wojny światowej inicjował badania nad bronią chemiczną, osobiście nadzorując jej testy na froncie. Miał także spory udział w opracowaniu niesławnego Cyklonu B, stosowanego później m.in. w komorach gazowych Auschwitz.

Zapewne jeszcze niejeden raz werdykty noblowskie będą przedmiotem namiętnych dyskusji. Miejmy jednak nadzieję, że opisane tutaj błędy nigdy się już nie powtórzą.

(c) by Mirosław Dworniczak. Jeśli chcesz wykorzystać ten tekst lub jego fragmenty, skontaktuj się z autorem. Linkować oczywiście można.