Etymologiczna opowieść zimowa. Część 2: O śnieżeniu

Inne wpisy z tej serii
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 1: Zima i jej kuzyni
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 3: Rzecz na Nowy Rok
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 4: Zagadka baraniego skoku

Wstęp dotyczący śniegu

Dwie rzeczy mogą dziwić, jeśli chodzi o indoeuropejskie określenia śniegu. Po pierwsze to, że występują powszechnie w różnych gałęziach naszej rodziny językowej, podczas gdy nie da się tego samego powiedzieć o deszczu. Istnieją ogólnoindoeuropejskie słowa oznaczające np. mgłę czy chmurę, natomiast słowa o znaczeniu ‘deszcz’ mają zwykle zasięg ograniczony do pojedynczych grup blisko spokrewnionych języków. Dlaczego? Tego nie wiemy.

Druga dziwna rzecz, to fakt, że czasownik odnoszący się do spadania śniegu na ziemię jest pierwotniejszy niż rzeczowniki oznaczające śnieg. W polskim (podobnie jak w innych językach słowiańskich) jest na odwrót: śnieżyć to czasownik utworzony od rzeczownika śnieg, tak jak głodzić od głód. Także angielskie to snow jest czasownikiem utworzonym za pomocą tzw. konwersji, czyli bezprzyrostkowo, od rzeczownika snow. Nie zawsze tak jednak było: język staroangielski posiadał jeszcze czasownik snīwan ‘śnieżyć’, który nie był utworzony od snāw ‘śnieg’, choć był z nim spokrewniony. Odpowiada to relacji między współczesnym niemieckim schneien (czasownik) a Schnee (rzeczownik).

Choć zatem wydawałoby się, że ‘śnieg’, jako widzialne i namacalne zjawisko przyrodnicze, posiada wyrazistą naturę rzeczownikową, najwyraźniej bywa traktowany jako pojęcie wtórne wobec procesu, jakim jest śnieżenie. Zauważmy, że czasownik śnieżyć i odpowiadające mu słowa w innych językach są używane niemal wyłącznie w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Jeśli dany język (np. polski) dopuszcza zdania bez wyrażonego podmiotu, to powiemy po prostu: śnieży. Co śnieży? Nic konkretnego – siły przyrody. Po angielsku powiemy: it snows, ale it nie oznacza tu określonego działacza; wypełnia tylko miejsce zarezerwowane dla podmiotu, które w angielskim nie powinno pozostać puste. A zatem nawet taki ułomny czasownik o niekompletnej odmianie i nie posiadający własnego wykonawcy może być traktowany jako forma podstawowa, nieredukowalna do prostszych składników.

Słowiańskie *sněgъ i bałtyjskie *snaigas to oczywiście słowa pokrewne. Oba pochodzą od prajęzykowego rzeczownika *snojgʷʰos. Dziwna spółgłoska praindoeuropejska *gʷʰ wymawiana była podobnie jak *g, ale towarzyszyło jej silne zaokrąglenie warg i jednocześnie półdźwięczny przydech. Tak skomplikowane artykulacje są z natury mało stabilne, toteż żaden język dzisiejszy nie zachował *gʷʰ w niezmienionej postaci. Przekształciło się ono w inne dźwięki w sposób często zależny od tego, z jakimi głoskami sąsiadowało. Nie powinno nas zatem dziwić, że jego refleksy w językach potomnych byłyby trudne do rozpoznania, gdyby nie to, że zmiany fonetyczne, choćby dziwne, są na szczęście przeważnie regularne. Na przykład w języku prasłowiańskim regularnym wynikiem zmian *gʷʰ było *g, które już na gruncie słowiańskim mogło ulec kolejnym zmianom – na przykład zmiękczeniu, którego wynikiem (w zależności od kontekstu) jest polskie ż lub dz. Regularne przekształcenia charakterystyczne dla poszczególnych języków słowiańskich zmieniły *sněgъ w polskie śnieg, rosyjskie sneg, ukraińskie snih, czeskie sníh, serbsko-chorwackie sneg, snijeg lub snig (zależnie od dialektu), bułgarskie snjag itd.

Natomiast w językach germańskich w pozycji między samogłoskami dawne *gʷʰ najpierw regularnie zmieniło się w *, fonetycznie realizowane jako szczelinowe [ɣʷ], które szybko utożsamiło się półsamogłoską *w, wymawianą niemal identycznie. Dlatego *snojgʷʰos przekształciło się w pragermańskie *snaiwaz. Ta forma nadal regularnie (a zatem przewidywalnie w każdej linii rozwojowej języków germańskich) ewoluowała w gockie snaiws, staroangielskie snāw (ang. snow), staro-wysoko-niemieckie snēo (niem. Schnee), staronordyjskie snjór (szwedzkie snö itd.).

Ryc. 1.

Krótki wykład teoretyczny

Ale zostawmy w spokoju rzeczownik i przyjrzyjmy się spokrewnionemu z nim czasownikowi. Język praindoeuropejski miał to do siebie, że jego słowotwórstwo oparte było w bardzo dużej części na tzw. rdzeniach czasownikowych, czyli jednostkowych (nierozkładalnych) morfemach wyrażających czynność, proces lub stan. Często całe rodziny rzeczowników czy przymiotników tworzone były na podstawie morfemów czasownikowych. Rdzeń składał się z co najmniej jednej nagłosowej spółgłoski lub grupy spółgłosek (nie całkiem dowolnej, bo musiała spełniać praindoeuropejskie normy wymawialności) oraz z grupy wygłosowej, między którymi znajdowało się pojedyncze miejsce na samogłoskę. W typowym przypadku samogłoską tą było *e (taką postać rdzenia nazywamy kanoniczną i w takiej postaci jest on cytowany), ale możliwe były także rozmaite komplikacje. Tu wystarczy nam wiedza o dwu z nich. Proces słowotwórczy mógł spowodować zastąpienie *e przez *o albo usunięcie samogłoski (najczęściej wtedy, gdy rdzeń nie był akcentowany i ulegał wskutek tego redukcji fonetycznej). Te trzy stany rdzenia nazywamy odpowiednio „stopniem e”, „stopniem o” i „stopniem redukcji” (lub „stopniem zero”).

Na przykład praindoeuropejski rdzeń cytowany jako *wert- ‘obrócić (się)’ mógł przybierać dwa inne stany: *wort- i *wr̥t-. W tym ostatnim przypadku usunięcie samogłoski powodowało, że sąsiadująca z nią spółgłoska płynna *r przejmowała funkcję ośrodka sylaby (co indoeuropeiści zwyczajowo oznaczają kółeczkiem pod symbolem spółgłoski). Te trzy formy zachowały się w językach słowiańskich, przekształcając się w prasłowiańskie *vert-/*vort-/*vьrt-, np. w słowach *verteno, *vorta, *vьrtlo, które w języku polskim dają wrzeciono, wrota i wiertło – trzy rzeczowniki połączone ideą obracania się (zresztą czasownik obrócić, pochodzący od prasłowiańskiego *ob-vortiti, zawiera ten sam rdzeń). Zauważmy, że w języku czeskim dawny stopień zero nadal realizowany jest z sylabicznym [r̩] (= praindoeur. *) – patrz vrtak ‘wiertło’, vrtět ‘wiercić’, wymawiane dwusylabowo.

Jak zbudować czasownik

Podstawą słowotwórczą „śniegu” był rdzeń czasownikowy *snejgʷʰ-, który mógł też przybierać formy *snojgʷʰ- i *snigʷʰ- (w tej ostatniej po usunięciu samogłoski jej funkcję zgłoskotwórczą przejmowało *j, zmieniając się w swój sylabiczny odpowiednik, czyli *i). Ważną cechą rdzeni praindoeuropejskich było to, że w swojej podstawowej formie posiadały one „wrodzony” aspekt – dokonany albo niedokonany. Mogły zatem wyrażać czynność bądź stan albo jako przydarzające się lub zakończone w danym momencie, albo jako trwające i rozciągnięte w czasie. Aspekt rdzenia można było zmienić, ale wymagało to utworzenia na jego podstawie nowego, bardziej złożonego czasownika. Czasem nie trzeba było tego robić, bo istniały pary różnych czasowników o tym samym znaczeniu, ale różniących się aspektem. Dobrym przykładem polskim jest czasownik niedokonany brać. Można mu nadać aspekt dokonany albo za pomocą środków słowotwórczych, przez dodanie przedrostka (zabrać), albo zastępując go przez niezwiązany z nim etymologicznie czasownik o bardzo podobnym znaczeniu, ale dokonany (wziąć).

Rdzeń *snejgʷʰ- miał „sam z siebie” aspekt dokonany. Podobnie jak w języku polskim, czasownik dokonany nie mógł tworzyć czasu teraźniejszego (polskie formy czasowników dokonanych z końcówkami „teraźniejszymi”, np. weźmie, trzaśnie, runie interpretowane są jako czas przyszły). Najprostszy czasownik, jaki mógł być utworzony od *snejgʷʰ-, składał się z samego rdzenia z dołączonymi do niego końcówkami osobowymi. A że używany był niemal wyłącznie w trzeciej osobie liczby pojedynczej, dołączaną końcówką było *-t. Forma osobowa *snéjgʷʰt oznaczała mniej więcej ‘naśnieżyło’ (tzn. ‘spadł śnieg’). Interpretowana była jako czas przeszły dokonany (tzw. aoryst, ale nie musimy się tu zajmować fachowym żargonem indoeuropeistów). Podmiot, tak jak w języku polskim, mógł pozostać niewyrażony wprost. Gdyby ktoś koniecznie chciał utworzyć liczbę mnogą o znaczeniu ‘naśnieżyły/naśnieżyli’ (uznając za podmiot chmury, niebiosa lub bóstwa odpowiedzialne za pogodę), dodałby końcówkę trzeciej osoby liczby mnogiej, -ent. Końcówka ta miała własną samogłoskę i przyciągała akcent. Wskutek tego rdzeń przybierał stopień redukcji: *snigʷʰént ‘(bogowie) naśnieżyli’. Ot i cała tajemnica koniugacji praindoeuropejskiej (w dydaktycznym skrócie).

Ryc. 2.

Czas teraźniejszy miał w trzeciej osobie końcówki rozszerzone o dodaną na końcu samogłoskę *i, sygnalizującą, że coś się dzieje „tu i teraz”: *-ti/*-enti. Aby ich użyć, trzeba było najpierw przekształcić czasownik na odpowiednik niedokonany. W epoce rozpadu wspólnoty indoeuropejskiej, już po odłączeniu się języków anatolijskich i tocharskich od wspólnego przodka wszystkich współczesnych przedstawicieli rodziny, istniało kilka popularnych mechanizmów przekształcania rdzenia dokonanego w „temat” (bardziej rozbudowaną formę czasownika) posiadający aspekt niedokonany. Jedną z możliwości było dodanie do rdzenia przyrostka samogłoskowego, który w zależności od końcówki osobowej przybierał formę *-e- lub -o-: *snéjgʷʰ-e/o-. Trzecia osoba miała wtedy formę *snéjgʷʰeti ‘śnieży’ w liczbie pojedynczej i *snéjgʷʰonti ‘śnieżą’ w liczbie mnogiej. Warto zauważyć, że ten wtórnie utworzony czasownik miał ustalony akcent na pierwszej sylabie, dzięki czemu jego rdzeń nie zmieniał formy w zależności od osoby. Ta prostota odmiany sprzyjała szerzeniu się czasowników tej kategorii w późnej historii języków indoeuropejskich. Wspomniane wyżej staroangielskie snīwan (3 os. snīwþ) i niemieckie schneien (3 os. schneit) pochodzą w prostej linii od *snéjgʷʰeti.

Innym sposobem dającym podobny efekt było użycie tzw. infiksu nosowego, czyli morfemu o postaci *-né- (wariant akcentowany) lub *-n- (wariant nieakcentowany) umieszczanego wewnątrz rdzenia przed jego ostatnią spółgłoską (po uprzednim usunięciu samogłoski rdzennej). Brzmi to skomplikowanie, ale nie jest takie trudne. Bierzemy *snejgʷʰ-, wyrzucamy *e i wstawiamy infiks we właściwym miejscu, otrzymując *sni-né-gʷʰ-/*sni-n-gʷʰ-. Pierwszy wariant był używany przed końcówkami osobowymi niemającymi własnego akcentu, a drugi – przed akcentowanymi. Mamy zatem alternatywne formy czasu teraźniejszego: *sninégʷʰti ‘śnieży’, *sningʰʷénti ‘śnieżą’.

Infiks nosowy (w formie trochę zniekształconej przez procesy ewolucyjne) przetrwał w niektórych czasownikach łacińskich. Łacina uogólniła niekcentowany wariant infiksu, używając go także w liczbie pojedynczej, a także wstawiła przed końcówką osobową samogłoskę przez analogię do tematów samogłoskowych. Dlatego w łacinie mamy ninguit ‘śnieży’ i ningunt ‘śnieżą’. Co się stało z początkowym *s? Otóż w niektórych językach indoeuropejskich, między innymi w łacinie i grece, nagłosowa zbitka *sn uległa uproszczeniu, tracąc *s. Praitalskie formy osobowe wyglądały tak: *sningʷeti/*sningʷonti (ze zmianą *gʷʰ > * po spółgłosce nosowej). Można je uznać za efekt hybrydyzacji między tematami zakończonymi na samogłoskę a czasownikami z infiksem nosowym. Ich dalszy rozwój w łacińskie ninguit/ningunt był już całkowicie regularny. Labializowane (zaokrąglone) * traciło zaokrąglenie przed samogłoską u (jak w liczbie mnogiej), ale zachowywało się jako gu (wymawiane [gw]) przed samogłoską przednią (jak w liczbie pojedynczej). Rzymianom trudno było zrozumieć, skąd się bierze ta oboczność, dlatego obok regularnego ninguit spotykamy także ningit (utworzone przez analogię do form, w których wcześniej zanikło zaokrąglenie warg).

Podobna była historia litewskiej formy sninga ‘śnieży’, w której także pojawia się ślad infiksu nosowego. Jest to trzecia osoba liczby pojedynczej czasu teraźniejszego od czasownika snigti ‘śnieżyć’. Obok niej istnieją też warianty oboczne lub gwarowe: sniega (od tematu *snejgʷʰ-e/o-, jak w językach germańskich) i sniegti (od pierwotnego *snejgʷʰ-).

Spójrzmy teraz na czasownik ‘śnieżyć’ w języku greckim. Mamy tu formę neípʰei ‘śnieży’. O zaniku początkowego *s przed spółgłoską nosową już wiemy. Przydechowe (pisane po grecku φ) to typowy refleks dawnego *gʷʰ w języku starogreckim (w grece mykeńskiej, czyli w najstarszym dialekcie, jaki znamy, widzimy pośredni etap ewolucji, kʷʰ). Czasownik grecki jest zatem (po formach germańskich i bałtyjskich) kolejnym przykładem na występowanie tematu samogłoskowego *snejgʷʰ-e/o-. Jak by brzmiał ten czasownik, gdyby przetrwał w językach słowiańskich? W języku polskim odmieniałby się podobnie jak strzyc: bezokolicznik *śnic, czas teraźniejszy *śniże/*śnigą. Znikł jednak, ponieważ wyparł go czasownik utworzony od rzeczownika: prasłowiańskie *sněžitь/*sněžǫtь > śnieży/śnieżą.

Śnieg dla zaawansowanych

Wróćmy teraz do królestwa rzeczowników. Śnieg w pewnym sensie jest wykonawcą czynności śnieżenia. Indoeuropejczycy znali kilka sposobów na utworzenie rzeczownika tego typu od morfemu czasownikowego. Jeden przepis wyglądał tak: weź rdzeń czasownika, zamień *e na *o, a na końcu doklej przyrostek *-o-, do którego będziesz przyłączał końcówki przypadków. W ten sposób od rdzenia *snejgʷʰ- tworzymy rzeczownik *snojgʷʰ-o- ‘coś, co sypnęło z nieba’. Teraz możemy go uzupełnić o końcówkę mianownika (*snojgʷʰos) albo na przykład biernika (*snojgʷʰom). Jest to nasz dobry znajomy, przodek polskiego słowa śnieg (a także litewskiego sniegas, angielskiego snow itd.).

Ale był i drugi sposób, znacznie starszy, choć mniej produktywny w czasach historycznych. Polegał on na tym, że rdzeń czasownika konwertowano wprost na rzeczownik i dołączano do niego bezpośrednio końcówki przypadków. Niektóre z tych końcówek miały własny akcent, co powodowało zanik samogłoski w rdzeniu (ten mechanizm już znamy). Wyglądało to tak: mianownik *snéjgʷʰ-s, biernik *snéjgʷʰ-m̥, ale dopełniacz z końcówką „kradnącą” akcent – *snigʷʰ-és. Ten rzeczownik także oznaczał ‘śnieg’. Już w epoce praindoeuropejskiej istniała tendencja do uproszczenia odmiany rzeczowników rdzennych, jeśli zawierały one spółgłoski płynne lub półsamogłoski, które mogły przejąć funkcję ośrodka sylaby. Wskutek tego wyrównania mianownik i biernik przekształciły się w *snigʷʰs, *snigʷʰm̥.

Wiemy już, że *gʷʰ dawało łacińskie gu [gw] po spółgłosce nosowej. Między samogłoskami natomiast, tak jak w językach germańskich, zmieniało się w łacińskie v, wymawiane [w]. Przed spółgłoską s ulegało ubezdźwięcznieniu i upraszczało się do [k]. W ten sposób formy *snigʷʰs, *snigʷʰm̥, *snigʷʰes zmieniły się w łacińskie nix [niks], nivem, nivis (rzeczownik rodzaju żeńskiego). Podobny był rozwój grecki, aczkolwiek w tym języku stary rzeczownik rdzenny prawie całkiem zanikł; zachowała się tylko forma biernika *snigʷʰm̥ > greckie nípʰa. Znaczenie ‘śnieg’ przeniesiono na inny wyraz, znany nam z poprzedniego odcinka niniejszej serii: kʰiṓn, spokrewniony ze słowem zima.

Od łacińskiego nix, nivem, nivis pochodzą – czasem wprost, czasem nieco krętymi drogami – słowa oznaczające ‘śnieg’ w językach romańskich: włoskie neve, hiszpańskie nieve, francuskie neige, rumuńskie nea itd. Z łacińskiego przymiotnika nivātus ‘ośnieżony’ rozwinęło się hiszpańskie nevado (o tym samym znaczeniu). W Grenadzie (południowa Hiszpania) wznosi się masyw Gór Śnieżnych, czyli Sierra Nevada. Nazwę tę przeniesiono na kilka ośnieżonych pasm górskich w Nowym Świecie. Jedno z nich znalazło się w obrębie Stanów Zjednoczonych, a w XIX w. nazwano od niego Terytorium Nevady, które następnie przekształciło się w stan Nevada. Innym pokrewnym przymiotnikiem było łacińskie niveus ‘śnieżnobiały’. Jego forma żeńska stała się w 1911 r. nazwą kremu Nivea i linii kosmetyków wciąż popularnej po ponad stu latach.

Ryc. 3.

Śnieg topnieje w Indiach

Zarówno rdzeń *sneigʷʰ-, jak i jego pochodne zachowały się w językach indoirańskich, ale w grupie języków indoaryjskich, których wspólnym przodkiem był staroindyjski, nastąpiła zmiana semantyczna. W sanskrycie czasownik snihyati < *snigʷʰ-jé/ó- (jeszcze jeden wariant aspektu niedokonanego) oznacza ‘kleić się, przywierać’, a metaforycznie ‘przywiązywać się (do kogoś), być zakochanym’. Przymiotnik odczasownikowy snigdha- < *snigʷʰ-tó- znaczy ‘kleisty, lepki’, a także ‘przywiązany, kochający’. Rzeczownik sneha- < *snojgʷʰo-, dokładnie odpowiadający polskiemu śnieg, znaczy ‘smar, maść’ itp. Także rzeczownik rdzenny snih- (mianownik sniṭ < *snigʷʰs), odpowiednik łacińskiego nix, przybrał w sanskrycie znaczenie ‘wilgoć’.

Hipoteza, że to znaczenie ‘kleić się’ jest pierwotne, cieszyła się w swoim czasie pewną popularnością. Jednak nawet w językach irańskich, najbliżej spokrewnionych z indoaryjskimi, słowa pochodzące od *sneigʷʰ- mają podobny zakres znaczeń jak w innych językach indoeuropejskich (patrz np. awestyjskie snaēž- ‘śnieżyć’). Co więcej, choć znaczenia „śnieżne” zanikły w klasycznym sanskrycie, istniały w innych dialektach dawnych Indii i występują reliktowo tu i ówdzie we współczesnych językach indoaryjskich. Świadczy to o tym, że znaczenia ‘sypnąć śniegiem’, ‘śnieżyć’, ‘śnieg’ itd. są starsze, a zmiana widoczna w Indiach spowodowana była tym, że poza regionami górskimi na północy subkontynentu świadomość, jak wygląda śnieg, uległa zatarciu. Tylko w słownictwie, przekazywanym z pokolenia na pokolenie, przechowała się niejasna pamięć o czymś, co było mokre i lepkie.

Kolejny odcinek serii poświęcony będzie styczniowi, czyli miesiącowi, w którego środku właśnie się znajdujemy.

Opisy ilustracji

Ryc. 1. Kilka okazów z wielkiej kolekcji Wilsona Bentleya (1865–1931), pioniera fotografii płatków śniegu. Zdjęcia wykonane ok. 1902 r. Źródło: Wikipedia (domena publiczna).
Ryc. 2. Wielka zamieć śnieżna (Snowzilla lub Snowmageddon) w USA w roku 2016. NOAA Photo Library. Foto: Joe Flood. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 2.0).
Ryc. 3. Bałwan śniegowy z Auburn (Alabama, USA). Bałwany zawdzięczają swoje istnienie faktowi, że śnieg (w odpowiednich warunkach) dobrze się lepi. Foto: Thomas Cook 2009. Źródło: Wikimedia (licencja CC BY-SA 2.0).

Etymologiczna opowieść zimowa. Część 1: Zima i jej kuzyni

Inne wpisy z tej serii
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 2: O śnieżeniu
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 3: Rzecz na Nowy Rok
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 4: Zagadka baraniego skoku

Sądząc ze śladów zachowanych w słownictwie języków indoeuropejskich, najbardziej wyrazistą porą roku w praojczyźnie Indoeuropejczyków była zima; dobrze zachowała się także nazwa wiosny, natomiast lato i jesień mają różne nazwy w różnych grupach języków i trudno zrekonstruować na ich podstawie prajęzykowe określenia pór roku. O wiośnie porozmawiamy, jak przyjdzie, a na razie zajmijmy się zimą.

Zima bałtosłowiańska i pogłębiona rekonstrukcja

Polskie słowo zima ma oczywiste odpowiedniki – praktycznie identyczne, pomijając trywialne różnice wymowy – w innych językach słowiańskich, a także w grupie bałtyjskiej (litewskie žiema, łotewskie ziema, staropruskie semo). Wszystkie te wyrazy pochodzą od prabałtosłowiańskiego *dźeimā. Tyle możemy wydedukować bez sięgania po dane z innych języków. Jednak bałtosłowiańskie * może pochodzić albo z dawniejszego *ǵ (palatalnego, czyli „miękkiego” odpowiednika *g), albo z *ǵʰ, o tym samym miejscu artykulacji, ale wymawianego przydechowo.

Na pytanie, z którą możliwością mamy do czynienia, odpowiedzi trzeba szukać w językach, które zachowały kontrast między tymi spółgłoskami. Należą do nich między innymi łacina i greka. Praindoeuropejskie *ǵ rozwijało się w greckie i łacińskie g, natomiast przydechowe *ǵʰ – w łacińskie h i starogreckie kh (zapisywane za pomocą litery χ). Zima po łacinie nazywała się hiems, a po grecku kʰeimṓn, a zatem sprawa jest jasna: słowo oznaczające zimę miało podstawę słowotwórczą *ǵʰejm- lub *ǵʰjem-, do której mogły być dodawane różne przyrostki. Ruchomość samogłoski *e sugeruje, że sama podstawa miała pierwotnie budowę złożoną: *ǵʰej plus przyrostek *-em-. W zależności od tego, gdzie padał akcent, połączenie to było realizowane jako *ǵʰéj-m- lub *ǵʰj-ém-.

Ryc. 1

Nie wiemy, czy rdzeń *ǵʰej- występował kiedyś samodzielnie ani co mógł oznaczać. Sufiks *-(e)m- występuje tylko w paru rzeczownikach, co prawda szeroko rozpowszechnionych, ale zbyt nielicznych, żeby na ich podstawie dało się coś powiedzieć o jego funkcji. Te szczegóły giną w mrokach pradziejów. Natomiast metody używane w językoznawstwie historycznym pozwalają nam zrekonstruować jako formę wyjściową dla późniejszego rozwoju rzeczownik rodzaju nijakiego, czyli nieożywiony, *ǵʰéjm̥ (z sylabicznym * na końcu). Tak wyglądały jego mianownik i biernik, nierozróżniane w rodzaju nijakim. W przypadkach zależnych (takich jak np. dopełniacz) przybierał on formę *ǵʰjém-, z akcentem przesuniętym na przyrostek, do której dołączały się końcówki przypadków. Oznaczał on najprawdopodobniej ‘opad śniegu’ lub ‘śnieżycę’.

Praindoeuropejskie rzeczowniki nijakie w zasadzie nie miały prawdziwej liczby mnogiej. Zamiast niej występowała forma zbiorowa (tzw. collectivum), oznaczającą „pewną ilość” czegoś bez liczenia w sztukach (aczkolwiek już w czasach praindoeuropejskich można było używać collectivum także z liczebnikami). Bez wdawania się w szczegóły techniczne powiem tylko, że collectivum, o którym mówimy, brzmiało *ǵʰéjōm w mianowniku i bierniku, w przypadkach zależnych przybierało natomiast formę nieakcentowaną *ǵhim- z odpowiednią końcówką deklinacyjną (np. dopełniacz l.poj. *ǵʰim-és). Prócz tego istniała specjalna forma miejscownika, *ǵʰjém(-i) (*-i było opcjonalne, miejscownik występował też w wariancie bezkońcówkowym).

Collectivum mogło przybierać znaczenia takie jak ‘śniegi’, ‘pora śnieżyc’, a stąd już tylko krok do znaczenia ‘zima’. Zatem miejscownik *ǵʰjém(-i) oznaczał ‘w okresie śnieżyc, zimą’. Spotykamy go już w najdawniejszym odgałęzieniu rodziny indoeuropejskiej, czyli w językach anatolijskich: hetyckie giemi oznaczało właśnie ‘w zimie, zimą’. Niewykluczone, że miejscownik (jako określenie czasu) był używany częściej niż mianownik. Tłumaczyłoby to fakt, że łacina na jego podstawie uogólniła *ǵʰjem- > hiem- w całej odmianie rzeczownika (mianownik hiems, dopełniacz hiemis itd.).

Jak rosła zimowa rodzina słów: od zamieci do hibernacji

Collectivum rzeczownika nijakiego często przekształcało się w rzeczownik ożywiony (pierwotnie bez podziału na rodzaj męski i żeński). Tej zmianie rodzaju mogło towarzyszyć przesunięcie akcentu z rdzenia na przyrostek. Wynikiem tego procesu było *ǵʰjṓm (z wariantami *ǵʰjóm-, *ǵʰim- w zależności od przypadka). W wyrazach jednosylabowych w nagłosowej grupie spółgłosek półsamogłoska *j mogła się stawać samogłoską; *ǵʰjṓm było wówczas realizowane fonetycznie jako dwusylabowe *ǵʰiṓm. Stąd wzięło się starogreckie kʰiṓn ‘pokrywa śnieżna; woda z topniejącego śniegu’. Spółgłoska n, która rozwinęła się regularnie w mianowniku z końcowego *-m, została przez analogię przeniesiona także do pozostałych przypadków, dlatego mamy np. dopełniacz kʰiónos.

Na tym jednak nie koniec. Od rzeczownika z tematem spółgłoskowym (w tym przypadku zakończonym na *m) można było utworzyć przymiotnik *ǵʰejm-o- ‘związany ze śnieżycami’ (z odpowiednimi końcówkami deklinacyjnymi). Kiedy w językach indoeuropejskich rozwinął się żeński rodzaj gramatyczny, używano go między innymi do przekształcania przymiotników w rzeczowniki abstrakcyjne. Tak powstało słowo *ǵʰejm-ah₂ > prabałtosłowiańskie *dźeimā ‘pora zamieci śnieżnych’, czyli ‘zima’. Od słowiańskiego *zima powstał z kolei przymiotnik *zimь (z wariantem *zimьnjь) > polski zimny. Jego pierwotnym znaczeniem było ‘zimowy’; spotykamy je w polszczyźnie piętnastowiecznej, kiedy np. łacińskie tempus hībernum ‘pora zimowa, zima’ tłumaczono jako czas zimny. Również słowiańskie odpowiedniki, takie jak czeskie zimní, rosyjskie zímnij czy bułgarskie zímen, mają znaczenie ‘zimowy’.

Język praindoeuropejski pozwalał na różne sposoby tworzyć przysłówki pochodzące od rzeczowników. Miały one znaczenie praktycznie takie samo jak miejscownik i nieraz zastępowały jego formy w odmianie przez przypadki. Typowymi przedstawicielami tej kategorii są synonimowe przysłówki *ǵʰéjm-en i *ǵʰéjm-er ‘w porze śniegów, zimą’. One z kolei stawały się źródłem nowych słów pochodnych. Tak powstały starogreckie rzeczowniki kʰeimṓn < *ǵʰejmon- ‘zima’ (wspomniany już powyżej) i kʰéima < *ǵʰéjmn̥ ‘mróz, zamieć’, a także przymiotnik kʰeimerinós ‘zimowy’< *ǵʰejmer-ino-. Temu ostatniemu odpowiada praitalskie *xeim(e)rino- > prałacińskie *heimr̥no- > łacińskie hībernus, także o znaczeniu ‘zimowy’. Od przymiotnika o znaczeniu ‘zimowy’ utworzono czasownik hībernāre ‘zimować’. Niby wszyscy wiemy, że hibernacja jest związana z zimą, ale fakt, że są to słowa pokrewne (pochodzące od wspólnego przodka), może zaskoczyć laika.

W kilku językach zachowała się forma zredukowaną *ǵʰim- (z zanikiem samogłoski rdzennej), używana była jako drugi element złożeń. Na przykład, określając wiek, możemy informować słuchacza nie o tym, ile kto ma lat albo wiosen, tylko ile przeżył zim. Dwuletni (a ściśle mówiąc, „dwuzimowy”) to po praindoeuropejsku *dwi-ǵʰim-o-, a trzyletni to *tri-ǵʰim-o-. W linii rozwojowej prowadzącej do łaciny zrobiło się z tego *dwi-himo-, *tri-himo- i ostatecznie łacińskie bīmus, trīmus. Z kolei złożenie *dus-ǵʰim-o- ‘podobny do złej zimy lub zamieci’ przekształciło się w starogrecki przymiotnik poetycki dúskʰimos ‘groźny, budzący lęk’.

Ryc. 2.

Monstrualne kozy i podniebne szczyty

Zwierzę jednoroczne można było określić jako *ǵʰimro- (dosłownie: ‘mające [jedną] zimę’); stąd się wzięło pragermańskie słowo *gimrī(n)- ‘owca między pierwszym a drugim strzyżeniem’ z przyrostkiem sygnalizującym rodzaj żeński. Słowo to – dobrze zachowane w językach północnogermańskich (np. islandzkie gimbur), zostało także zapożyczone w formie gimmer od średniowiecznych skandynawskich osadników przez północne dialekty języka angielskiego i bliski im historycznie język scots. Ma ono odpowiednik grecki: *ǵʰimrih₂ > kʰímaira. Wyraz ten przybrał w grece niewinne znaczenie ‘samica kozy’ (niekoniecznie w drugim roku życia), ale znamy go lepiej jako imię własne mitycznego potwora – Kʰímaira ‘Chimera’. Było to surrealistyczne monstrum skomponowane z części różnych zwierząt: lwa, kozy (do tego ziejącej ogniem) i węża. Współczesne języki zapożyczyły to słowo na oznaczenie czegoś urojonego lub dziwacznego. Natomiast w języku nauki chimera to organizm zbudowany z komórek różniących się genetycznie, a także nazwa ryb chrzęstnoszkieletowych z rzędu zrosłogłowych (Holocephali), odznaczających się osobliwym wyglądem. Związek etymologiczny wszelakich chimer z ‘zimą’ kompletnie zatarł się w świadomości językowej (tak było już w starożytnej Grecji).

Ryc. 3.

Pominę pokrewne słowa ormiańskie, albańskie czy celtyckie. Jest ich niemało, ale nie skończyłbym tego wpisu do jutra, gdybym chciał wyczerpać temat. Nie sposób jednak nie napomknąć o językach indoirańskich. Zachowały się w nich między innymi refleksy przysłówka *ǵʰéjm-en ‘w zimnej porze roku’ (staroindyjskie héman) i rzeczownika rodzaju nijakiego *ǵʰim-ó- ‘coś związanego z zimą’ > praindoirańskie *dźʰimá- > staroindyjskie himá- ‘mróz, szron, śnieg’. Wydawałoby się, że w Indiach zima i śnieg nie są zjawiskami pospolitymi, ale przecież północne Indie leżą u stóp Himalajów, najwyższych gór świata, o szczytach skutych lodowcami i pokrytych śniegiem. Ich nazwa wywodzi się z sanskrytu: Himālaya- to złożenie słów himá- (patrz wyżej) i ālaya- ‘dom, schronienie’, oznacza zatem ‘miejsce, gdzie mieszka mróz’.

W następnym odcinku tej zimowej serii zajmiemy się śniegiem i przekonamy się, że powiązania etymologiczne polskiego słowa śnieg z rozmaitymi wyrazami pokrewnymi w innych językach indoeuropejskich są równie zaskakujące jak związek zimy z hibernacją, chimerą i Himalajami.

Opis ilustracji

Ryc. 1. Pieter Breughel Starszy, Zimowy pejzaż z łyżwiarzami i pułapką na ptaki. Obraz, namalowany w 1601 r., jest zapewne najpopularniejszym w dziejach pejzażem zimowym. Był kopiowany lub trawestowany ponad sto razy, głównie przez Pietera Breughela Młodszego i malarzy zatrudnionych w jego pracowni, ale także przez innych malarzy XVII w. (domena publiczna).
Ryc. 2. Chimera z Arezzo (etruskie Aritim), rzeźba z brązu, dzieło sztuki etruskiej z ok. 400 r. p.n.e. Narodowe Muzeum Archeologiczne we Florencji. Etruskowie inspirowali się kulturą i sztuką grecką, przejęli też od Greków wynalazek alfabetu. Na prawej przedniej łapie Chimery widnieje krótka inskrypcja wotywna w alfabecie etruskim: TINSCVIL ‘ofiara dla boga Tinii’ (odpowiednika Zeusa i Jowisza). Foto: sailko. Źródło: Wikimedia (licencja CC BY-SA 3.0).
Ryc. 3. Dolina rzeki Marśyāṅdī w Himalajach (Nepal). W tle szczyt Annapurna II. Foto: Sergey Ashmarin. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 3.0).

Asterysk (nie mylić z Asterixem), czyli uwaga, *rekonstrukcja!

Pisałem tu już uprzednio o metodzie porównawczej, którą stosujemy, żeby ustalić, czy dana grupa języków pochodzi od wspólnego przodka. Systematycznie porównując słowa o podobnym znaczeniu i morfemy o podobnej funkcji gramatycznej (np. końcówki fleksyjne) w dwóch językach, próbujemy zidentyfikować zbiory odpowiadających sobie par, które wykazują tę samą regularną odpowiedniość w ich strukturze fonologicznej (w danym kontekście głoska x w języku A odpowiada głosce y w języku B). Taka powtarzalna regularność sugeruje ich historyczną homologię, czyli “pochodzenie od wspólnego przodka”. Znalezienie wielu takich odpowiedniości między parą języków ułatwia identyfikację kolejnych, mniej oczywistych (gdy np. znaczenie słów lub funkcje morfemów uległy zmianie). Możemy też rozszerzyć poszukiwania na kolejne potencjalnie pokrewne języki. Jeśli nam się powiedzie, to otrzymujemy spójną, obszerną rekonstrukcję różnych aspektów zaginionego języka będącego wspólnym przodkiem badanej grupy: jego słownictwa, systemu fonologicznego, reguł słowotwórstwa, schematów odmiany, a czasem nawet utartych fraz (na tyle trwałych, że odziedziczyły je języki potomne.

A zatem metoda porównawcza pozwala na podstawie zidentyfikowanych odpowiedniości zrekonstruować formę, od której pochodzą udokumentowane słowa w językach potomnych. Na przykład na podstawie form takich jak:

  • staroindyjskie mádhu, starocerkiewnosłowiańskie medъ, staroangielskie meodu, walijskie medd [meːð], starogreckie métʰu

oraz naszej już uzyskanej wiedzy o tym, jak wyglądają regularne odpowiedniości między porównywanym językami, rekonstruujemy rekonstruujemy praindoeuropejski rzeczownik rodzaju nijakiego *médʰu ‘miód pitny’.

Zauważmy, że choć historyczne zmiany głosek są w większości regularne (co w ogóle umożliwia rekonstrukcję porównawczą), i tak musimy walczyć z różnymi komplikacjami. Słowa nie ewoluują tylko w warstwie fonologcznej. Może się zmienić ich znaczenie albo cechy morfologiczne, a tu już ewolucja staje się nieprzewidywalna i nie można jej ująć w reguły. Na przykład w kilku grupach języków znaczenie analizowanego wyżej słowa uległo rozszerzeniu i zaczęło ono oznaczać ‘miód’ albo ‘coś słodkiego’, a nie konkretnie napój wyskokowy produkowany z miodu. Tak jest np. w językach słowiańskich (polskie miód ma oba znaczenia), a także w staroindyjskim, ale nie w angielskim (gdzie mead oznacza tylko miód pitny), walijskim (podobnie) czy starogreckim, gdzie métʰu było poetyckim synonimem słowa oînos ‘wino’. Grecy znaleźli się wcześnie w regionie, gdzie pito raczej wino niż miód. Grecki wyraz zatem zmienił znaczenie z przyczyn kulturowych, ale nie zaczął oznaczać surowego miodu pszczelego, dla którego Grecy mieli inną nazwę, méli. Dokładniejsza praca detektywistyczna pozwala stwierdzić, że miód wytwarzany przez pszczoły nazywał się po praindoeuropejsku *melit. Nazwa ta musi być stara, bo zachowała się nawet w hetyckim i innych językach anatolijskich. A zatem prajęzyk miał pierwotnie dwa różne słowa o różnym (choć pokrewnym) znaczeniu, a sytuacja taka jak w językach słowiańskich, gdzie oba znaczenia objęte są jednym słowem, jest wtórna i wynika z lokalnej zmiany semantycznej.

Polskie słowo miód, podobnie jak staroangielskie meodu i walijskie medd, to rzeczowniki rodzaju męskiego, nie nijakiego (w odróżnieniu od ich odpowiedników: staroindyjskiego i starogreckiego). Skąd zatem wiemy, że pierwotny rodzaj był nijaki? Trudno to streścić w kilku słowach, ale dzięki analizie dużej liczby przypadków tego typu wiemy, jakie były charakterystyczne szlaki „migracji” słów między klasami deklinacyjnymi. Tak zwane tematy rodzaju nijakiego na –u były kategorią ustępującą w późnej historii języków indoeuropejskich i łatwo przechodziły do podobnej grupy tematów rodzaju męskiego (ale nie na odwrót). W języku waliskim rodzaj nijaki w ogóle zanikł, a rzeczowniki pierwotnie do niego zaliczane zmieniły rodzaj i schemat odmiany. Biorąc to wszystko pod uwagę, dochodzimy do wniosku, że to języki takie jak sanskryt czy greka ujawniają stan pierwotny, a zmiana rodzaju na męski wynika z innowacji dokonanych niezależnie i z różnych przyczyn w kilku grupach języków.

Z powodu tych wszyskich komplikacji rekonstrukcja językowa nie jest jest zadaniem trywialnym. Na poziomie fonologicznym mamy zmiany regularne, ale semantyka i morfologia dodają do historii języka swoje nieszablonowe wyskoki i wspólnie spiskują, żeby utrudnić językoznawcom działanie. Bardzo często spotykanym czynnikiem komplikującym jest analogia. Na przykład dodawanie końcówek deklinacyjnych do rzeczownika może spowodować, że w miejscu kontaktu rzeczownika z końcówką nastąpią jakieś zmiany spowodowane przez zmieniony kontekst fonologiczny. Wskutek tego rzeczownik zmienia nieco formę w zależności od tego, jaka końcówka mu towarzyszy: powstają oboczności, które użytkownicy języka mogą uznać za niewygodne, i pojawia się presja, żeby przywrócić porządek, wyrównując całą odmianę według jednego wzorca.

Oto przykład: prasłowiański rzeczownik *bogъ ‘bóg’ miał między innymi następujące formy deklinacyjne:

  • celownik *bogu, miejscownik *bodzě, wołacz *bože

Dlaczego właśnie tak? Bo w jeszcze wcześniejszych czasach samogłoska przednia *e następująca po spółgłosce *g powodowała jej zmiękczenie. Dlatego *g w wołaczu zmieniło się w *, a następnie artykulacja tej głoski uprościła się do *ž. Była to tzw. „pierwsza palatalizacja słowiańska”. Nie dotknęła ona miejscownika, bo jego końcówką w tym czasie było *-ai (pochodzące od praindoeuropejskiego *-oi), niepowodujące żadnych zmiękczeń. Jednak kilkaset lat później dyftong *-ai zmienił się w nową samogłoskę przednią *ě. Historia się powtórzyła w postaci „drugiej palatalizacji słowiańskiej”. Tym razem *g przed *ě zmieniło się w *dz. Wszystkie te zmiany były stuprocentowo regularne z punktu widzenia fonologii, ale z punktu widzenia morfologii narobiły bałaganu. Jeszcze w staropolszczyźnie (do XVI w.) używano form: bóg, bogu, o bodze, boże. Ten sam rzeczownik miał teraz w swojej odmianie przez przypadki trzy różne formy: bog-/bóg, bodz- i boż-. Pierwsza i trzecia przetrwały do dziś, ale miejscownik otrzymał nową końcówkę, zapożyczoną z innej klasy deklinacyjnej. Forma bodze została zastąpiona przez bogu, z końcówką, która nie wymagała palatalizacji, bo zawierała samogłoskę tylną [u]. W ten sposób częściowo przywrócono porządek, redukując liczbę form obocznych.

A teraz spójrzmy na słowo *vorgъ ‘wróg’, które miało w prasłowiańskim takie same końcówki jak *bogъ:

  • celownik *vorgu, miejscownik *vordzě, wołacz *vorže

W języku staropolskim nadal można było spotkać ich regularne refleksy: wróg, wrogu, o wrodze, wroże. Co jednak widzimy dzisiaj? Schemat odmiany został całkowicie przekształcony. Mamy następujące formy: wróg, wrogowi, o wrogu, wrogu. Jedyna oboczność dotyczy samogłoski, natomiast we wszystkich przypadkach zależnych mamy jednolitą formę wrog-. Osiągnięto to dzięki przeniesieniu wszystkimi form odmiany hurtem do innej klasy deklinacyjnej, która w języku polskim jest szczególnie żywa między innymi dlatego, że nie zawiera form obocznych. Dlaczego, chociaż rzeczowniki męskie na -g w ogromnej większości poszły tą drogą, nadal mamy morfologicznie nieregularny wołacz boże, a nie bogu? Powód jest prosty: jest to najczęściej używany wołacz (o Boże!), więc pamiętamy go tak, jakby był osobnym hasłem w naszym mentalnym słowniku. Uratowało go to od przywrócenia spółgłoski [ɡ] przez analogię do innych form deklinacyjnych. Wroga rzadko wzywamy na głos, więc wołacza wroże nie chroniła częstość użycia.

Również celownik bogu uniknął (przynajmniej na razie) presji, żeby przybrać końcówkę -owi przez analogię do klasy rzeczowników, która wchłonęła słowa takie jak wróg lub róg. Wraz z garstką towarzyszy (pies, kot, pan, chłop, chłopiec, diabeł i kilka innych) zachował -u, bo forma ta miała silne oparcie w tradycji. Występowała w utartych wykrzyknikach: chwała Bogu, dzięki Bogu, i w porzekadłach: i panu Bogu świeczkę, i diabłu ogarek. Widzimy, że skłonność do ulegania analogii nie jest automatyczna i różne słowa mogą jej ulegać lub opierać się jej z różnych przyczyn i w różnym stopniu. Wszyscy od dawna mówią sądowi zamiast sądu (forma autentyczna, ale dawna), część ludzi mówi osłu, inni osłowi (proces zmiany trwa, ale jeszcze się nie zakończył), ludzie dorośli i wykształceni mówią nadal wyłącznie psu i kotu, ale dzieci często eksperymentują z formami psowi i kotowi.

Asterysk, czyli gwiazdka (*) używana przed rekonstruowanymi formami, jak praindoeuropejskie *médhu, ostrzega czytelnika, że ma do czynienia z rekonstrukcją, czyli z hipotezą roboczą, a nie faktem, który można poddać bezpośredniej weryfikacji (jak w przypadku form zachowanych na piśmie). Jeśli odkryjemy nowy materiał do porównań albo udoskonalimy nasze metody analizy i uzyskamy lepszy wgląd w relacje między porównywanymi językami, możemy zmodyfikować albo całkowicie odrzucić wcześniejsze hipotezy i zastąpić je przez takie, które lepiej wyjaśniają obserwowane fakty. Tak przecież działa nauka w każdej dyscyplinie.

Uwaga, *rekonstrukcja!

Takie zmiany w systemie rekonstrukcji nieraz występowały w przeszłości. Na przykład na podstawie porównania słów oznaczających ‘konia’, takich jak:

  • staroangielskie eoh, łacińskie equus, starogreckie híppos, staroindyjskie áśvas itd.

i odrzucenia form ewidentnie innowacyjnych, innego pochodzenia:

  • polskie koń, angielskie horse, niemieckie Pferd, francuskie cheval, walijskie ceffyl itd.,

zrekonstruowano w połowie XIX w. słowo praindoeuropejskie o znaczeniu ‘koń’:

  • *ákvas

Takiej rekonstrukcji używał August Schleicher w roku 1868. Opierał ją na założeniu, że język staroindyjski (wedyjski i sanskryt) reprezentuje najbardziej konserwatywną gałąź rodziny indoeuropejskiej i że w szczególności samogłoski *e i *o pojawiły się wtórnie w innych językach, a język praindoeuropejski miał zamiast nich tylko *a, jak w sanskrycie. To założenie okazało się fałszywe w latach siedemdziesiątych XIX w. Zdano sobie wówczas sprawę, że sanskryt wcale nie jest pod każdym względem tak zachowawczy, jak się zdawało, i że to samogłoski greckie lub łacińskie lepiej odzwierciedlają stan pierwotny, a rozwój samogłosek w sanskrycie (zanik kontrastu między pierwotnymi *e, *a i *o, które wszystkie dały staroindyjskie [a]) jest innowacją. Choć więc nie odkryto nowych faktów, poprawiony model rozwoju języków indoeuropejskich doprowadził do następującej rekonstrukcji:

  • *éḱwos

używanej np. przez Karla Brugmanna około 1890 r. W tym czasie wiedziano już także, że język praindoeuropejski miał aż trzy rodzaje spółgłosek typu „k”: *, *k i *. Pierwsza z nich daje staroindyjskie ś (wymawiane tak jak w polskim, czyli [ɕ]), a pozostałe dwie – staroindyjskie k. Rekonstrukcja Brugmanna byla już dość nowoczesna, ale nie ostateczna. Dziś to samo słowo rekonstruujemy jeszcze trochę inaczej:

  • *h₁éḱwos

Pierwsza spółgłoska, *h₁ (wymawiana prawdopodobnie jako [h]), dodana została po tym, jak pod naciskiem nowych faktów, czyli nowo odkrytych danych językowych, uznano słuszność tzw. „hipotezy laryngalnej” (zob. wpis o językach starożytnej Anatolii). Wprowadzenie spółgłosek laryngalnych do praindoeuropejskiego systemu fonologicznego zmieniło pewne istotne cechy modelu, m.in. nasz pogląd na to, jak wyglądała wewnętrzna budowa wyrazów indoeuropejskich.

Czy ta współczesna rekonstrukcja jest już naprawdę ostatnim słowem indoeuropeistyki? Nie wiem, bo nigdy nie wiadomo, co jeszcze uda się odkryć lub poprawić. Zawsze można dopracować pewne dyskusyjne szczegóły. Specjaliści nadal nie osiągnęli całkowitej zgody co do tego, jaka była wymowa *h₁ albo na czym polegał kontrast między * a *k. Nie jest też pewne, czy forma *h₁éḱwos jest naprawdę praindoeuropejska. Jest to rzeczownik z tematem zakończonym na przyrostek samogłoskowy *-o- (*-s jest końcówką mianownika liczby pojedynczej). Jednak dane języków anatolijskich wskazują raczej na formę bez tego sufiksu: *h₁éḱu-s (być może oznaczającą „tego, który biega szybko”, bo istniał też przymiotnik o bardzo podobnej formie i znaczeniu ‘szybki’). Forma rozszerzona *h₁eḱu-o-s → *h₁éḱwos miałaby wtedy status nie praindoeuropejski, ale „pra-poza-anatolijski”, czyli byłaby innowacją wspólnego przodka pozostałych języków indoeuropejskich, młodszą niż *h₁éḱus. Dokładne ustalenie takich detali to zadanie na przyszłość.

Językoznawcy są świadomi tego typu komplikacji, ale niezbyt się nimi martwią. Ambicją nauki nie jest  dotarcie na skróty do ostatecznej Prawdy przez duże P, tylko cierpliwe weryfikowanie i poprawianie istniejących modeli. Dlatego, choćbyśmy mieli nie wiem jakie zaufanie do poprawności obecnie używanych rekonstrukcji, nadal umieszczamy przed nimi asteryski, żeby nie zapomnieć, że mamy do czynienia z hipotezą permanentnie roboczą.

Epilog

Skoro mowa o asteryskach, etymologii i rekonstrukcji: skąd pochodzi słowo asterysk? Z greckiego asterískos ‘gwiazdka’. Powstało ono z dołączenia przyrostka zdrabniającego -iskos do rzeczownika  astḗr ‘gwiazda’ (rodzaju męskiego). Porównanie z innymi językami prowadzi do rekonstrukcji rzeczownika o temacie zakończonym na spółgłoskę: *h₂ster- (mianownik l.poj. *h₂stḗr, dopełniacz *h₂str-és, mianownik liczby mnogiej *h₂stér-es). Był on na tyle uprzejmy, że zachował się w języku hetyckim jako haster-, gdzie początkowe h- jest bezpośrednim dowodem na obecność spółgłoski „laryngalnej” *h₂. Do rodziny wyrazów pokrewnych należą też między innymi łacińskie stēlla i angielskie star, ale to dłuższa historia.

Można by się było tym zadowolić, ale też można, a nawet należy drążyć dalej. Przyrostek *-ter- występuje w wielu rzeczownikach będących nazwami działacza – zwykle człowieka, ale także rzeczy, którym przypisuje się charakter ożywiony. Na takie traktowanie wskazuje też fakt, że słowo ‘gwiazda’ nie miało w praindoeuropejskim rodzaju nijakiego. Jeśli wyodrębnimy przyrostek: *h₂s-tér-, to czym jest poprzedzający go morfem *h₂s-? Powinien być rdzeniem czasownikowym. Ponieważ akcent pada na przyrostek, rdzeń występuje w formie zredukowanej, bez samogłoski. Najprawdopodobniej jest to czasownik *h₂eh₁s- ‘żarzyć się, dopalać się’, spotykany w wielu indoeuropejskich słowach oznaczających ołtarz, ognisko lub popiół. Rzeczownik *h₂h₁s-tér-, już w czasach praindoeuropejskich uproszczony do *h₂stér- (z czterema spółgłoskami w nagłosie wyrazu nawet Polak miałby trudności), oznaczałby „tego, który się żarzy”. Być może gwiaździste niebo przywodziło Indoeuropejczykom na myśl żarzące się węgielki ogniska. Z punktu widzenia współczesnej astrofizyki taka wizja gwiazd ma nawet sens.