Odpady radioaktywne – część 1

Większość ludzi, słysząc o odpadach promieniotwórczych (radioaktywnych), kojarzy je przede wszystkim z odpadami pochodzącymi z elektrowni jądrowych. Nic bardziej mylnego. W Polsce co roku powstają tony odpadów promieniotwórczych, choć nadal nie mamy tu elektrowni.

Dla przypomnienia – w przyrodzie istnieją izotopy promieniotwórcze. Jedne z nich są naturalne i w zasadzie od zawsze były obecne wśród nas. Inne z kolei powstają, także w sposób naturalny, w środowisku, niezależnie od naszej woli. Typowym przykładem jest radon, o którym już kiedyś pisałem.
Jeśli chcecie się nieco więcej dowiedzieć, szukajcie hasła “szeregi promieniotwórcze”.
Jeszcze inne są w pewnym stopniu dziełem człowieka: produkujemy je, ponieważ są nam potrzebne, głównie w medycynie. No i oczywiście są te, które są typowymi odpadami jądrowymi, czyli takie, które pozostają po tym, jak pręty paliwowe zakończą swoją pracę w reaktorze jądrowym. O tych ostatnich będzie na końcu, bo zasługują na osobny akapit.
Nie wchodząc w szczegóły techniczne napiszę też, że odpady można z grubsza podzielić na przejściowe oraz krótko- i długożyciowe. Te pierwsze mają czas półrozpadu krótszy niż 3 lata, drugie 3-30 lat, trzecie powyżej 30 lat. Jest też klasyfikacja ze względu na ich aktywność: mamy tu odpady wysoko-, średnio- i niskoaktywne.
W zależności od kategorii odpadów, istnieją różne sposoby postępowania z nimi. Na koniec jedna uwaga: odpady promieniotwórcze mogą być we wszystkich stanach skupienia. Najczęściej są to roztwory o bardzo różnej aktywności, często ciała stałe, najrzadziej gazy, ale właśnie z nimi jest największy problem.

Zacznijmy od medycznych. Być może mieliście kiedyś badania, które wymagały podania wam środka promieniotwórczego (zwykle zwanego niewinnie, aczkolwiek błędnie kontrastem − patrz komentarz Michała Berskiego). Przykładowo może to być obrazowanie wątroby, dróg żółciowych, płuc czy tarczycy. Do tych badań stosuje się promieniotwórcze izotopy technetu, jodu, fosforu, strontu i wielu innych. Placówki medyczne otrzymują je z ośrodków nuklearnych, w których są wytwarzane, albo też w niektórych przypadkach generuje się je na miejscu. W trakcie badania zazwyczaj podaje się je w formie wlewu. Po badaniu pacjent częściowo wydala radiofarmaceutyk. Trafia on do ścieków, gdzie rozcieńcza się i rozkłada powoli. No dobrze – skąd w takim razie biorą się odpady? Prosta sprawa – każdy element aparatury, który miał kontakt z preparatem promieniotwórczym, uznaje się za odpad promieniotwórczy. Dlatego też wszystkie strzykawki, wenflony, rurki, a nawet waciki, którymi wyciera się skórę pacjenta, podlegają specjalnym procedurom, których zadaniem jest ograniczenie kontaktu elementów nawet potencjalnie radioaktywnych z osobami postronnymi. Można powiedzieć, że procedury medyczne generują największą ilość takich odpadów.
Są też oczywiście inne miejsca, w których powstają takie odpady. W wielu dziedzinach techniki stosuje się rozmaite przyrządy, np. defektoskopy oraz czujniki (np. dymu), które po okresie przydatności stają się automatycznie odpadami podlegającymi specjalnej utylizacji. Oczywiście nie można zapomnieć o pewnych ilościach takich odpadów, które powstają na uczelniach i w instytutach badawczych. Nie jest ich tyle, co odpadów medycznych, ale ich też trzeba się pozbywać zgodnie z przepisami.
No i oczywiście są też odpady z elektrowni jądrowych, czyli zużyte pręty paliwowe. Są one najbardziej niebezpieczne i uciążliwe. Co jakiś czas, zależny od konstrukcji reaktora oraz rodzaju paliwa, pręty w nim umieszczone podlegają wymianie. Te zużyte są przenoszone do specjalnych basenów znajdujących się zwykle na terenie samej elektrowni, gdzie pod warstwą wody leżą kilka lat. W tym czasie rozpadają się niebezpieczne izotopy krótkożyciowe, a przy okazji wydzielają się spore ilości ciepła. Następnie zostają one przekazane do zakładów, które poddają je recyklingowi. Odzyskuje się to, co można wykorzystać do produkcji nowego paliwa, a odpady oddziela. To, co jest bezużyteczne, podlega następnie procesowi witryfikacji. Polega ona na stopieniu w piecu elektrycznym odpadów ze szkłem, w wyniku czego otrzymujemy amorficzny materiał, który można przechowywać w zasadzie bezterminowo.
Wszystkie procesy związane z unieszkodliwianiem zużytego paliwa jądrowego są niebezpieczne i kosztowne. Tu warto dodać, że odpady z naszego reaktora MARIA przetwarzane są w Rosji.

W naszym kraju obowiązuje ustawa „Prawo atomowe”. Mówi ona, że jedyną instytucją zajmującą się odpadami promieniotwórczymi jest Zakład Unieszkodliwiania Odpadów Promieniotwórczych. Nietrudno się domyślić, że jest on położony przy naszym reaktorze „MARIA” w Otwocku-Świerku.

ZUOP – widok z lotu ptaka
źródło: ZUOP


Właśnie z tą instytucją załatwia się przekazanie materiałów promieniotwórczych. Absolutnie nie wolno tego robić w inny sposób. Odpadów tych nie zawozi się oczywiście samemu – ZUOP sam przyjedzie i je odbierze. Sprawa zamknięta. Warto też wiedzieć, że ZUOP zajmuje się też dekontaminacją (np. praniem skażonej odzieży), usuwaniem skutków zdarzeń radiacyjnych czy demontażem źródeł promieniotwórczych. Uprzedzając pytania: wszystko oczywiście odpłatnie, co absolutnie nie powinno nas dziwić.

Beczki 200 litrowe z odpadami – przygotowane do transportu
żródło: ZUOP


No dobrze, ale co się dzieje z tymi odpadami dalej? Zostają przetworzone w odpowiedni sposób w ZUOP, a następnie trafiają w stosowne miejsce, a konkretnie do miejscowości Różan (woj. mazowieckie, ok. 90 km od Warszawy), gdzie znajduje się Krajowe Składowisko Odpadów Promieniotwórczych (KSOP). Jest ono wybudowane na terenie dawnego rosyjskiego fortu z początku XX w. Zostało uruchomione w 1961 r. i w założeniu ma działać do 2038-40, gdy zacznie działać Nowe Składowisko Powierzchniowe Odpadów Promieniotwórczych. W zasadzie powinienem napisać „jeśli zacznie działać”, ponieważ w tym momencie nie ma nawet lokalizacji tego przedsięwzięcia. A zegar tyka.

Polon – od Skłodowskiej do zamachu w Londynie

To, że najbardziej polski z pierwiastków, polon, wydzielony w pocie czoła przez naszą noblistkę Marię Skłodowską-Curie, jest obecnie niemal wyłącznie produkowany w Rosji, a do tego posłużył do politycznego morderstwa, jest strasznym chichotem historii.

Pierre i Maria Curie w laboratorium (ok. 1904)
źródło: Wikimedia, licencja: domena publiczna

Zacznijmy jednak od początku, czyli od tego, w jak genialny sposób małżeństwo Curie wpadło na trop nowego pierwiastka. Otrzymywali oni w bardzo żmudnym procesie pierwiastki promieniotwórcze, takie jak uran i tor, wykorzystując do tego celu blendę uranową, która jest odmianą uraninitu.

Blenda uranowa (blenda smolista)
źródło: Wikimedia, licencja: domena publiczna


Zauważyli coś bardzo dziwnego: po ekstrakcji z mieszaniny uranu i toru pozostałość po zagęszczeniu wykazywała zaskakująco wysoką promieniotwórczość. Wysunęli hipotezę, że pochodzi ona od nieznanego jeszcze pierwiastka. Streszczając ciąg dalszy, który wielu z was zapewne zna, przerabiali w swojej pracowni tony rudy uranowej, polując na ukryty izotop radioaktywny. O tym, jak bardzo ciężka to była praca, świadczy fakt, że średnia zawartość polonu w rudzie to zaledwie 0,1 miligrama w tonie (!). Aby otrzymać choćby niewielką ilość nowego pierwiastka, musieli więc przerobić wiele ton blendy. Ale widok, który ujrzeli, wynagrodził im trudy. Otrzymany produkt świecił w ciemności pięknym, bladoniebieskim światłem. Dziś wiemy, że emisja tego światła nie pochodziła od samego polonu, ale była efektem lokalnej jonizacji powietrza cząstkami alfa emitowanymi przez izotop. Polon jest jednym z najsilniejszych emiterów alfa, izotop 210Po przekształca się przy tym w stabilny 206Pb. Polon ma ponad 40 izotopów, przy czym wszystkie są radioaktywne. Najbardziej stabilny, 209Po, ma czas półtrwania 124 lata, a najmniej stabilne zaledwie setki nanosekund.
Ktoś może spytać: OK, ale skoro najbardziej stabilny ma okres półtrwania 124 lata, to jak to jest, że w ogóle jeszcze jakieś ślady polonu zostały? Tu odpowiedzią jest szereg promieniotwórczy. Uran z głębi Ziemi rozpada się cały czas. W wyniku rozpadów promieniotwórczych tworzy się m.in. polon. Ot, i cała tajemnica. A na jak długo wystarczy uranu? Jego okres półtrwania to miliardy lat, a więc naprawdę na długo.

Dziś nikt już nie przerabia rud uranowych w celu otrzymania polonu – proces ten jest straszliwie żmudny i nieefektywny. Ponieważ na świecie cały czas jest zapotrzebowanie na ten pierwiastek, wymyślono inny sposób. Bardziej efektywny, ale wymagający dostępu do reaktora jądrowego. I mamy tu dwa sposoby: pierwszy polega na umieszczeniu wewnątrz reaktora czystego bizmutu-209 i poddaniu go promieniowaniu neutronowemu. 209Bi przekształca się w 210Bi, który z kolei emituje promieniowanie beta (elektrony), w efekcie czego dostajemy pożądany izotop 210Po. Tą drogą otrzymuje się ok. 8 g polonu miesięcznie.
Inną metodę stosuje się w reaktorach, które są chłodzone metalem, a konkretnie stopem bizmutu z ołowiem. Polon powstaje tutaj jako swoisty produkt uboczny, metoda jest znacznie mniej efektywna.
Niezależnie od metody, potem następuje stosunkowo prosty proces chemiczny – rozdziału polonu od pozostałego bizmutu. Całość traktuje się kwasem solnym, który usuwa bizmut, polon wychwytuje się na specjalnej żywicy, a następne odzyskuje przy użyciu kwasu azotowego (nie próbujcie tego w domu, nawet jeśli w piwnicy macie działający reaktor jądrowy).

No dobrze, ale do czego ten polon może służyć? Okazuje się, że ten rzadki i drogi izotop ma całkiem sporo zastosowań. Jest to bardzo istotny pierwiastek stosowany w badaniach chemicznych i biologicznych. Stosuje się go głównie w analizie aktywacyjnej, gdzie emitowane cząstki alfa powodują zmianę innych pierwiastków w izotopy promieniotwórcze, które następnie same emitują promienie badane przy pomocy odpowiednich detektorów. Pozwala to na wykrywanie pierwiastków lub związków, które trudno analizować innymi metodami. W radiochemii pierwiastek ten stosowany jest jako źródło neutronów. Tu mała uwaga: oczywiście polon sam w sobie nie emituje neutronów, ale wystarczy np. otoczyć go berylem, aby uzyskać stabilny strumień neutronów.
Przemysł stosuje polon jako element tzw. szczotek antystatycznych wszędzie tam, gdzie tworzą się ładunki statyczne. Są one często szkodliwe, ponieważ powodują przeskok iskier, który w skrajnym przypadku może prowadzić nawet do powstania ognia. Polon jonizując powietrze w okolicy neutralizuje te ładunki.

Promieniotwórczość polonu jest bardzo wysoka. 1 gram polonu wytwarza 140 W energii (temperatura rośnie aż do 500 °C), co jest bardzo wysoką wartością. Niestety, wiąże się to z tym, że źródło energii dość szybko się wyczerpuje (czas półtrwania 138 dni). Niemniej był on stosowany jako źródło energii w radioizotopowych generatorach termoelektrycznych, głównie w Związku Radzieckim.

Radioizotopowy generator termoelektryczny zasilany polonem-210
źródło: Wikipedia, licencja: domena publiczna

Dwa łaziki księżycowe „Łunochod” w latach 70. XX w. były wyposażone w elementy grzewcze oparte na polonie-210.
Tu jako ciekawostkę można dodać, że przez kilka lat polon był składnikiem elektrod w świecach zapłonowych. Takie świece produkowała firma Firestone w latach 1940-1953. Także tutaj istotą było zjawisko jonizacji powietrza w okolicy elektrod, co pozwalało na odsunięcie elektrod od siebie skutkujące pełniejszym spalaniem mieszanki paliwowej.

Świece zapłonowe z polonem – firma Firestone
produkowane w latach 40/50
źródło: ORAU, licencja: domena publiczna

No ale na koniec trzeba wspomnieć o ciemnej stronie polonu. Żeby nie było wątpliwości, napiszę od razu, że nie jest on chemicznie toksyczny, jak tal, rtęć czy arsen. Niemniej jest to pierwiastek śmiertelnie groźny. Jak już wiemy, 210Po emituje w sposób ciągły promieniowanie alfa. Jest ono wysokoenergetyczne, ale na szczęście wystarczy arkusz papieru, aby je zatrzymać. Jednak zupełne inaczej wygląda sytuacja, gdy polon dostanie się do wnętrza organizmu. Taki los spotkał Aleksandra Litwinienkę, byłego pracownika kontrwywiadu KGB, potem FSB, który zdecydował się uciec na Zachód. Jak wiemy, Rosja nie wybacza. W 2006 roku w Londynie dopadli go Rosjanie i poczęstowali herbatą zaprawioną polonem. Pierwotnie złe samopoczucie przypisywano zatruciu pokarmowemu, potem zatruciu talem (Litwinienko szybko stracił włosy). Dopiero w dniu śmierci, 24 listopada 2006 roku, wykryto promieniotwórczy polon. Nawet gdyby był wykryty wcześniej, los Litwinienki był przesądzony już w momencie, gdy wypił herbatę. Przyjął wtedy śmiertelną dawkę radioizotopu, nie było dla niego ratunku. Śledztwo prowadzone przez Brytyjczyków ujawniło 40 miejsc w Londynie, w których wykryto zabójczy polon. Okazało się m.in., że pojemnik z zabójczą zawartością był nieszczelny(!). Co więcej, samochód, którym poruszał się Litwinienko po „herbatce”, był na tyle zanieczyszczony polonem, że musiał zostać zutylizowany jako odpad promieniotwórczy. Ale najbardziej radioaktywny okazał się ręcznik, którego używał jeden z zabójców przed zamachem. Dwa miesiące po zdarzeniu znaleziono go w pralni hotelowej. Prawdopodobnie był to najbardziej radioaktywny ręcznik w historii. Niebezpieczny? No, już niekoniecznie – przypominam, że polon jest emiterem cząstek alfa, które mają minimalny zasięg.

Na sam koniec przypomnę palaczom tytoniu, że polon-210 jest też obecny w dymie tytoniowym. Skąd się tam bierze? To akurat bardzo proste – jest naturalnym elementem nawozów fosforowych, którymi obficie „doprawia się” uprawy tytoniu. Koncerny tytoniowe wiedzą o tym od kilkudziesięciu lat. Próbowano nawet eliminować go z liści tytoniu, ale dość szybko to zarzucono. Zbyt kosztowna sprawa, a palacze mogą nocą świecić – za papierosy już przecież zapłacili. Nie ma problemu.

https://www.theguardian.com/world/2016/mar/06/alexander-litvinenko-and-the-most-radioactive-towel-in-history

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2509609

RDS-1, pierwsza sowiecka bomba atomowa. WIkimedia Commons

WSPÓLNOTA CZERWIENI cz. 59

Dlaczego nadano oficerowi SS z Krzyżem Żelaznym z Liśćmi Dębowymi dwukrotnie Nagrodę Stalinowską i raz Order Lenina za rzeczy, które on wymyślił już przed wojną i wówczas opatentował, jak mikroskop elektronowy? Laureat nagrody państwowej ZSRR drugiego stopnia, Manfred baron von Ardenne, musiał zatem robić dla Stalina coś tak ważnego, że warto było z arystokraty, zdeklarowanego nazisty, oficjalnie zrobić bohatera ludu pracującego miast i wsi.

Von Ardenne postawił sowieckim okupantom Niemiec twarde warunki i wszystkie zostały zaakceptowane, choć może się to wydawać nieco dziwne osobom, które nadal wierzą, iż należał do nazistowskich naukowców, niepotrzebnie zabranych na niemal dekadę do ZSRR – bo przecież sowieccy genialni naukowcy sami sobie świetnie poradzili ze stworzeniem broni jądrowej. Baron zażądał, by dyktatura proletariatu znalazła mu w ZSRR ciepłe miejsce na instytut badawczy, w żadnym razie na Syberii czy równinach wokół Moskwy. Podlegające krwawemu Berii – tak samo jak badania rakietowe – sowieckie struktury potulnie zgodziły się, gdy nazista wybrał lokalizację w Suchumi, w dawnym sanatorium (dano mu do wyboru Moskwę, Krym i Gruzję).

Manfred von Ardenne. (Bundesarchiv)

27 lipca 1945 roku NKWD oficjalnie otworzyło Physikalisch-Mathematische Institut w Suchumi, opisywany kryptonimem “Instytut A” (od nazwiska dyrektora, A jak Ardenne). Dużo wcześniej, bo zaledwie dwa tygodnie po potajemnym wylocie barona von Ardenne z żoną do Moskwy, ekipa z NKWD spakowała wszystko w berlińskim instytucie naukowca (w którym on sam także mieszkał z rodziną) do 750 skrzyń, i wypełniła nimi pociąg. Do składu pociągu włączono wagony osobowe, którymi do ZSRR udała się cała rodzina Manfreda, w tym teściowie, i wszystkie osoby z jego domowej służby (!); dotarł ów pociąg do Moskwy 11 czerwca. Widać jasno, że wszystko działo się w nietypowym dla niewydolnego państwa sowieckiego błyskawicznym tempie. Nowy instytut otoczono zasiekami z drutu kolczastego, wystawiono wokół niego warty, a Niemcom wolno było opuszczać teren wyłącznie w towarzystwie enkawudzistów.

Tylko jakim Niemcom? Skąd von Ardenne wziął personel? Pochodzenie zatrudnionych w jego instytucie w Suchumi i podobnym w Agudserze (blisko Suchumi) naukowców i techników było zbliżone do tego z późniejszej operacji Osoawiachim: część pojechała na Wschód chętnie, z własnej woli, powodowana powojenną biedą bądź niechęcią do nazizmu (albo strachem przed odpowiedzialnością za jakiś w nim udział); część zabrano siłą. Ktoś oczywiście musiał kilkudziesięcioosobowej ekipie sowieckich fizyków jądrowych, plądrującej sowiecką strefę okupacyjną, podpowiedzieć, kogo zabrać.

Gustav Hertz. (Wikimedia Commons)

Do Instytutu G, drugiej placówki badań broni jądrowej oprócz Instytutu A Manfreda von Ardenne, trafił Gustav Hertz, laureat nagrody Nobla z 1925 roku. Pracował tam, z powodzeniem, nad metodami rozdzielania izotopów. To od jego nazwiska Sowieci nazwali tę tajną jednostkę badawczą – w rosyjskiej transkrypcji “Hertz” to bowiem “Gierc” – podobnie jak “Hitler” to dla Rosjanina “Gitler”. Razem z Hertzem pracował przez sześć lat jego siostrzeniec, Hardwin Jungclaussen, odnaleziony przez NKWD w jednym z obozów jenieckich na terenie ZSRR, w ramach takiej samej akcji poszukiwawczej, jaką prowadzono wobec konstruktorów lotniczych, rakietowych i specjalistów silnikowych. Z nimi współdziałał Hans Barwich, fizyk, specjalista Siemensa od detonatorów torped; wyjechał do ZSRR z własnej woli, podobnie jak von Ardenne, jeszcze w 1945 roku. Barwich, Hertz, Jungclaussen i inni, w tym Riehl, zajmowali się projektowaniem i budową kaskadowych systemów wzbogacania uranu, ale obecność wśród nich człowieka, który przez dziesięć lat wyłącznie doskonalił zapalniki torped, świadczy najlepiej, że nie tylko to robili – Barwich z Hertzem dostali Nagrodę Stalinowską za swoją pracę. Stalin raczej nie nagradzał nazistowskich naukowców za postępy w pokojowych aspektach fizyki jądrowej.

Nikolaus Riehl. (Wikimedia Commons)

Nikolaus Riehl, wynalazca świetlówki (lampy fluorescencyjnej), znał Rosję Sowiecką, bo urodził się w Rosji i spędził tam młodość. Jak wspomina jego syn, sytuacja tuż po zakończeniu działań wojennych była skrajnie zła – Riehl z rodziną znaleźli się w Turyngii, która pierwotnie znajdowała się pod okupacją amerykańską, a następnie została przejęta przez Sowietów. Miał bezcenne doświadczenia z pracy z Hahnem, przez wiele lat też pracował dla koncernu Degussa i to on odpowiadał za wytworzenie uranowych “klocków” dla nazistowskiego reaktora jądrowego w Haigerloch. Niewiele mu to doświadczenie dawało, gdy głodował wraz z rodziną. Riehl zdecydował się wyjechać do ZSRR – enkawudziści obiecali mu wygodne życie, dobre zarobki i możliwość pracy naukowej. Dla zachęty zabrano go do Moskwy, gdzie zaproszono na spektakl do Teatru Wielkiego. Jako specjaliście od kwestii wzbogacania uranu, pozwolono mu wybrać lokalizację własnego laboratorium. Riehl z rodziną i współpracownikami znalazł się w efekcie w miasteczku Elektrostal nieopodal Moskwy, gdzie z powodzeniem wszczął produkcję uranu w Zakładzie nr 12; po kilku latach Riehla i część innych specjalistów przeniesiono do Laboratorium B w Sungul za Uralem i tam włączono do pracy nad przetwarzaniem odpadów radioaktywnych. Miejsce było ogromnie ciekawe, bo oprócz Niemców i rosyjskich naukowców, wydobytych z gułagu, pracowali tam ludzie skazani za przestępstwa kryminalne.

Demontaż reaktora jądrowego w Haigerloch przez amerykańską ekipę Alsos. (Wikimedia Commons)

Podobnie jak wielu Niemców, budujących sowiecką broń jądrową, Riehl w swoich wspomnieniach upiera się, że był odizolowany od samego tworzenia broni atomowej i że tak właściwie nie brał w nim udziału. Na pewno tak było, a nagrodę Stalina, tytuł Bohatera Pracy Socjalistycznej, premie finansowe itp. dostał od sowieckiego dyktatora za to, jak ładnie mówił po rosyjsku (faktycznie mówił pięknie, albowiem po spędzeniu dzieciństwa i młodości w St. Petersburgu był dwujęzyczny).

List dziękczynny Berii i Kurczatowa do Stalina, listopad 1949, z pytaniem “dlaczego nie Riehl” w odręcznej notatce dyktatora. (Wikimedia Commons)

Z profesorem Riehlem łączy się historia, po części zabawna, po części przerażająca. Gdy powiodła się pierwsza sowiecka próba nuklearna, ludzie oficjalnie firmujący prace nad bombą A, czyli kat narodu Beria i rzekomy geniusz Kurczatow, napisali list dziękczynny do Stalina (tak to jest w kraju totalitarnym, władca nie dziękuje ludziom za ich osiągnięcia dla kraju, tylko oni muszą jego przywódcy podziękować za to, że pozwolił im żyć i pracować…). Na ich liście towarzysz Stalin, ołówkiem chemicznym, jak to miał w zwyczaju, napisał komentarz: “dlaczego nie Riehl”. Skupmy się przez moment na wymowie tej notatki. Skoro Sowieci zupełnie samodzielnie skonstruowali bombę atomową, dlaczego Stalin (a) pamiętał nazwisko konkretnego Niemca, który pracował nad tą bombą; (b) dlaczego oczekiwał po nim wdzięczności; (c) dlaczego wreszcie uważał, iż ten konkretny Niemiec był kimś istotnym?

W powtarzanych bezmyślnie przez zachodnich historyków rosyjskich wzmiankach o udziale nazistowskich specjalistów w tworzeniu sowieckiej bomby atomowej pojawiają się, typowe dla propagandy ZSRR, wewnętrzne sprzeczności. Przyjmuje się, że Niemcy wnieśli mało znaczący wkład w ten proces, że ich izolowano od znacznie bardziej zaawansowanych prac sowieckich kolegów, ale że po zakończeniu ich pracy przetrzymano przez kilka lat kwarantanny, by nie mogli złemu Zachodowi przekazać wiedzy o najnowszych sekretach ZSRR. Czego przekazać, skoro rzekomo do niczego ich nie dopuszczono? Logiczne spojrzenie na sowieckie kłamstwa w tej sprawie obnaża okruchy prawdy: bez Niemców wydarzyłoby się niewiele. Niektórzy z niemieckich specjalistów jeszcze długo po powrocie z ZSRR – zwłaszcza ci, którzy zdecydowali się na wierność NRD – podtrzymywali przekaz propagandowy z żelazną konsekwencją.

Berlin, rok 1970, posiedzenie Rady Państwa NRD. Minister Zdrowia Max Sefrin rozmawia z prof. dr Manfredem von Ardenne. (Bundesarchiv)

Baron von Ardenne pozostał w ZSRR aż do 1955 roku, a następnie przeniósł się do NRD. Formalnie bezpartyjny von Ardenne w latach 1963-1990 był posłem Izby Ludowej, czyli marionetkowego enerdowskiego pseudoparlamentu. Oficjalnie jego instytut w późniejszym okresie jego życia zajmował się metodami leczenia nowotworów, a on sam wygłaszał płomienne mowy, wychwalające zasługi bloku wschodniego w “walce o pokój” i pokojowym zastosowaniu broni jądrowej. Naukowiec, którego wpływów w Moskwie panicznie bał się sam Honecker, robił z siebie bojownika, zmagającego się ze złym, zbrojącym się Zachodem.

Erich Honecker dokonuje przeglądu odddziału Narodowej Armii Ludowej NRD w 1972 roku. (Bundesarchiv)

O pozycji byłego SS-Standartenfuhrera von Ardenne w Moskwie jeszcze w latach 80. najlepiej świadczy fakt, że w czerwcu 1987 roku spotkał się z zastępcą szefa KGB, Władimirem Kriuczkowem, w celu przedyskutowania ewentualnego odsunięcia Ericha Honeckera od władzy i wprowadzenia w NRD “socjalistycznej gospodarki rynkowej” w ramach sowieckiej pieriestrojki. Wynika z tego, że liczono się z nim bardziej niż z Honeckerem – w końcu to nie Honecker skonstruował dla ZSRR bombę atomową, przekształcając niewolnicze imperium komunizmu w światowe supermocarstwo. Przed śmiercią von Ardenne udostępnił swój dziennik, swoje notatki i swoje biuro tylko jednemu dziennikarzowi, Gerhardowi Barkleitowi, który napisał o naukowcu książkę o bardzo pozytywnej wymowie…

Wiadomo, że oprócz wymienionych powyżej grup specjalistów istniały jeszcze inne, o których działalności nie wiadomo praktycznie nic. Na przykład Sowieci zabrali do ZSRR grupę naukowców, pracujących nad budową reaktorów w ramach ośrodka badawczego w Ronneburgu, pod wodzą doktora Heinza Posego – ci ludzie nie byli darzeni szacunkiem przez resztę kolegów wysłanych do Związku Sowieckiego, ale to właśnie ich ekipa zwróciła podczas wojny uwagę Heisenbergowi, gdy pomylił się w obliczeniach, dotyczących reaktora. Dla nich stworzono Instytut W w Obnińsku. Dr. Vollmer pracował z baronem von Ardenne w Suchumi nad metodami produkcji ciężkiej wody, ale, co wynikało z sowieckiego asekuranctwa, druga grupa, kierowana przez doktora Herolda z zakładów IG Farben w Leuna, pracowała nad tym samym zagadnieniem w Moskwie – grupa ta podlegała Ministerstwu Przemysłu Chemicznego, a nie NKWD/MWD. Według archiwalnych raportów wywiadu USA i Wielkiej Brytanii w ZSRR mogło być w sumie nawet 7 grup niemieckich specjalistów nuklearnych.

Mapa kombinatu Wismut. (Wikimedia Commons)

Istnieje jeszcze jeden ciekawy aspekt prac Niemców nad sowiecką bombą atomową, mianowicie zaopatrzenie w surowce rozszczepialne. Skoro różnymi drogami ludziom Berii udało się pozyskać tylu znakomitych fachowców, jasne jest, że zdobyto także wiedzę o lokalizacjach kopalń i wspomagających je ośrodkach przemysłowych. Kopalnie uranu, wydobywające go jeszcze w latach trzydziestych, istniały na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej, a także na zajętych przez Armię Czerwoną terenach Czechosłowacji, Bułgarii i Polski. Na terenie Turyngii i Saksonii Sowieci kontrolowali gigantyczny kombinat Wismut, który działał do 1990 roku. Powstały formalnie w 1947 roku, w 1954 został przemianowany na SDAG Wismut (Sowjetisch-Deutsche Aktiengesellschaft Wismut).

Propagandowe zdjęcie górnika SDAG Wismut z 1957 roku. (Bundesarchiv)

Odkrywca uranu, Martin Heinrich Klaproth, właśnie w jednej z kopalń tego samego regionu ustalił w 1789 roku, że znajdowany tam od stuleci ciemny, bezużyteczny minerał zawiera nowy pierwiastek; stąd też, z hałd kopalnianych, Maria i Piotr Curie pozyskiwali rad i polon. Krótko po zajęciu wschodnich Niemiec ekipy sowieckich “trofiejszczyków” znalazły w Neustadt-Giewe aż 100 ton tlenku uranu, gotowego do odbioru. Kombinat Wismut stale rozbudowywano; tak jak w przypadku innych kopalń uranu, oficjalna wersja mówi o odkryciu złóż uranu już po wojnie przez radzieckich geologów, w zaledwie kilka tygodni po zakończeniu działań wojennych. W rzeczywistości III Rzesza pozyskiwała uran z kopalń regionu już w latach 30. Rok 1947 przyniósł wydobycie 15,7 ton uranu, a 1948 już 145 ton – wszystko pojechało do ZSRR.

Dawna kopalnia Josef kompleksu w Jáchymovie. (Wikimedia Commons)

Zespół kopalń w czechosłowackim Jáchymovie zyskał wyjątkowo złą sławę, albowiem wydobycie uranu prowadzili tam więźniowie polityczni; wśród nich na przykład byli czechosłowaccy piloci bojowi RAF, weterani Bitwy o Anglię, czy tacy bohaterowie narodowi jak pilot Jan Anderle, uczestnik zawodów lotniczych Challenge 1934 (w których wystartował na polskim samolocie RWD-9) oraz wynalazca nowatorskich pojazdów jednośladowych. Zdrowie więźniów, pracujących bez żadnej ochrony ciała i dróg oddechowych, nikogo nie obchodziło.

Tablica pamiątkowa ku czci pułkownika czechosłowackiego lotnictwa, Josefa Bryksa, który w wieku 41 lat zmarł w kopalni uranu w Jáchymovie w 1957 roku. (Wikimedia Commons)

W Polsce w szczytowym okresie znajdowało się 14 kopalń, w których wydobywano uran, zresztą wyłącznie na potrzeby produkcji broni jądrowej w ZSRR. Niektóre, tak jak w Kowarach i Kletnie, można dziś zwiedzać. W Kowarach, które Sowieci najpierw nazwali “Kuźnick”, czyli niemieckim Schmiedeberg, w kopalni rudy żelaza pozyskiwano uran i rad już w 1936 roku, lecz naturalnie specjaliści sowieccy odkryli złoża na nowo. Powstał tam tajny Zakład Przemysłowy R-1 z zakładem przygotowującym koncentrat uranowy, wywożony potem do ZSRR do zakładów produkujących broń jądrową albo specjalnymi, wojskowymi pociągami “na hasło”, albo nawet samolotami transportowymi (!) z lotniska w Legnicy.

Zakłady przemysłowe R-1 w Kowarach. (Wikimedia Commons)

Do pakowania koncentratu wykorzystywano efekty pracy tego samego warsztatu, który przed 1945 rokiem produkował specjalne pojemniki dla niemieckiego programu zaopatrzenia w uran – wiem to od ostatniego żyjącego dyrektora technicznego Zakładu R-1, z którym wiele lat temu osobiście rozmawiałem. Ale jeśli ktoś nadal chce wierzyć, że Sowieci samodzielnie odkryli złoża dopiero po wojnie i że tylko przypadkowo zmusili do pozostania w kopalni niemiecką kadrę techniczną, to oczywiście może nadal w to wierzyć, tak samo jak w płaską ziemię i wróżkę Zębuszkę.

Samolot transportowy An-12 na sowieckim lotnisku w Legnicy. (Wikimedia Commons)

Wydobycie uranu na ziemiach de facto okupowanych przez Związek Sowiecki wcale nie było małe. W samym roku 1950 kopalnie na terenie NRD dostarczyły 1224 t, w Czechosłowacji 281,4 t, w Bułgarii 70,9 t i w Polsce 63,6 t. Podobnie jak proces tworzenia broni jądrowej w ZSRR, ten rzeczywisty, a nie propagandowy, tak i wydobycie uranu pozostaje w dużym stopniu tajemnicą, a nieliczne informacje są przekłamane i ubogie. Trzeba jasno powiedzieć, że i Rosji i Zachodowi na rękę jest kłamstwo o niemieckim programie budowy broni jądrowej podczas drugiej wojny światowej, ukazujące jego rzekomą słabość i niedojrzałość. Jest potrzebne Zachodowi do narracji o Projekcie Manhattan i jego sukcesie (możliwym między innemu dzięki współpracy z arcyzbrodniarzem Kammlerem, ale to inna historia), a Rosji do wmawiania wszem i wobec, że niemieccy naukowcy byli nieprzydatni tudzież niepotrzebni. Sama skala programu, w którym już w 1945 roku stworzono wielkiej rzeszy nazistowskich ekspertów nuklearnych warunki do pracy w ZSRR, świadczy o czymś zgoła przeciwnym.

cdn.