Promieniowanie. Część 6: Zastosowanie promieniowania w medycynie

Poprzednie części cyklu:
Część 1: Wstęp
Część 2: Czas półtrwania
Część 3: Dawka, moc dawki, gdzie znajdziemy dane
Część 4: Działanie w przypadku skażenia
Część 5: Datowanie radiowęglowe

W poprzednim odcinku pisałem o zastosowaniu promieniowania do datowania radiowęglowego, ale nie można zapomnieć o niesamowicie istotnej sprawie – wykorzystaniu promieniowania w medycynie. A jest to temat bardzo szeroki, tutaj omówię go tylko skrótowo.
Zastosowaniem izotopów promieniotwórczych zajmuje się medycyna nuklearna. Dzieli się ona na diagnostykę z wykorzystaniem izotopów oraz interwencyjną medycynę nuklearną, wykorzystującą izotopy w procesie leczenia.

Medycyna nuklearna wykorzystuje cały szereg izotopów promieniotwórczych, z czego kilkanaście ma znaczenie kluczowe. Jednym z pierwszych był fosfor-32, zastosowany w 1936 roku w Berkeley Laboratory do leczenia białaczki. Bardzo ważny jest radioaktywny jod (131, potem też 128). Stosowano też sód-24. Od bardzo długiego czasu stosuje się także kobalt-60. Kolejnymi izotopami, które były lub są stosowane w diagnostyce lub terapii, są ksenon-133, gal-67, technet-99m, tal-201 itd.

Na świecie w wielu miejscach produkowane są izotopy do zastosowań medycznych. Warto wiedzieć, że Polska ma też w tym swój niebagatelny udział. Reaktor „Maria”, który w tym roku będzie obchodził 50-lecie, służy m.in. do produkcji radiofarmaceutyków. Produkuje się tam generatory technetu 99mTc(pisał o nich Lucas), jod-131, itr-90, lutet-177, złoto-198 i wiele innych. Z polskich radioizotopów, szczególnie technetu i jodu, korzystają setki tysięcy ludzi tygodniowo na całym świecie.

Diagnostyka izotopowa nosi nazwę scyntygrafii. Najogólniej mówiąc, polega ona na podaniu badanemu radioizotopów, a następnie rejestracji ich promieniowania. Radiofarmaceutyk podaje się doustnie, dożylnie albo wziewnie i po jakimś czasie, zwykle kilkudziesięciu minut, pacjent trafia do tzw. gammakamery, która rejestruje emitowanie przez ciało promieniowanie.

Gammakamera do rejestracji obrazu scyntygraficznego
źródło: Wikipedia, licencja: CC SA 2.5 Poland


Obraz ten jest nieco podobny do tego, który uzyskujemy w tomografii komputerowej. Charakteryzuje się wielką dokładnością, pozwalającą na precyzyjne diagnozowanie wielu poważnych chorób. Jednym z narządów badanych przy pomocy scyntygrafii jest tarczyca. Wykorzystuje się tutaj zdolność tego narządu do kumulacji jodu. W celu badania podaje się pacjentowi promieniotwórczy izotop jodu-131 albo jodu-123. Pierwsze badanie wykonuje się po 4-6, kolejne po 24 godzinach. Pierwszy z tych izotopów ma czas półtrwania ok. 8 dni, drugi zaledwie 1 dzień. Dzięki temu badaniu można diagnozować zarówno występowanie przerzutów, jak też inne schorzenia. Słaby wychwyt jodu może sugerować zapalenie gruczołu tarczowego (m.in. chorobę Hashimoto), zwiększony z kolei wskazuje na chorobę Gravesa-Basedowa.

Bardzo istotna z punktu widzenia diagnostyki jest możliwość badania metodą scyntygraficzną płuc, które trudno dokładnie obrazować innymi metodami. Bada się w ten sposób ukrwienie miąższu płuc. Do jego oceny wykorzystuje się promieniotwórczy technet-99m albo gazowy ksenon-133. Możemy w ten sposób wykluczyć lub potwierdzić występowanie ciężkiej zatorowości płucnej.

Technet-99m stosuje się też do wykonania scyntygrafii nerek. Izotop podaje się dożylnie, a następnie pacjent jest kierowany do gammakamery, która rejestruje przepływ krwi przez nerki, a także działanie układu moczowego.

Obraz mózgu wykonany w badaniu PET
Obszary czerwone wskazują na gromadzenie się glukozy
z fluorem-18
źródło: Wikipedia, licencja: domena publiczna

Niesamowicie ciekawą techniką diagnostyczną jest PET – Pozytonowa Tomografia Emisyjna. Rozszyfrujmy tę nazwę. Pozyton to antyelektron, a więc elektron o ładunku dodatnim. Tomografia to technika obrazowania polegająca na zapisie przekrojów badanego obiektu (niekoniecznie ciała człowieka) i generowaniu obrazu trójwymiarowego. Emisyjna – to znaczy, że zamiast używania zewnętrznego promieniowania (prześwietlania), bada się promieniowanie gamma wysyłane przez ciało.

No dobrze, ale skąd się to promieniowanie bierze? Do ciała człowieka wprowadza się radiofarmaceutyk, np. fluorodezoksyglukozę, będącą tzw. znacznikiem. Jest to pochodna zwykłej glukozy, zawierająca w strukturze promieniotwórczy atom 18F. Związek ten wędruje w organizmie, „udając” zwykłą glukozę. Ponieważ w komórkach nowotworowych obserwuje się zwiększony metabolizm cukrów, miejsca, w których glukoza się gromadzi, będą wyraźnie widoczne na tomogramie. Promieniotwórczy fluor rozpada się, wydzielając pozyton. Ten z kolei żyje bardzo krótko, przelatuje zaledwie kilka milimetrów i zderza się ze zwykłym elektronem. Antymateria spotyka materię i następuje anihilacja. Powstają z tego dwa kwanty promieniowania gamma (fotony) o energii 511 keV każdy, które są emitowane w dwóch przeciwległych kierunkach. I to promieniowanie gamma jest właśnie rejestrowane przez aparaturę.

Fluor-18 ma wielką zaletę – jego czas półtrwania to niecałe 2 godziny. Już kilkanaście godzin po badaniu jego promieniowanie jest śladowe, dlatego nie wyrządza dużych szkód w organizmie. Ale ta zaleta jest jednocześnie wadą. Nie da się go kupić i umieścić na półce nawet na kilka dni. Dlatego pracownie PET są zwykle wyposażone w aparaturę do produkcji tego izotopu. Używa się do tego niewielkiego cyklotronu, w którym strumień rozpędzonych protonów bombarduje wodę wzbogaconą w stabilny izotop 18O. Powstaje wtedy 18F, który następnie dołącza się do cząsteczki glukozy. Całość tej radiochemii i chemii dzieje się w obecnych czasach automatycznie.

Inną nowoczesną metodą jest SPECT – tomografia emisyjna pojedynczych fotonów. Tu również pacjent najpierw dostaje znacznik promieniotwórczy (w ilościach nano-, a nawet pikomolowych). Zostaje on związany przez komórki nowotworowe. Po jakimś czasie pacjent zostaje umieszczony w tzw. kamerze gamma, której zadaniem jest wyłapywanie pojedynczych fotonów emitowanych przez znacznik. Sygnały zebrane przez kamerę gamma są następnie zbierane przez elektronikę i przetwarzane komputerowo na obraz 3D. Badanie SPECT pozwala na diagnostykę aktywności metabolicznej badanych organów.

Gdy już mamy diagnozę choroby (niezależnie od tego, czy użyto do niej izotopów, czy też nie), następnym etapem jest terapia. Mówiąc skrótowo, mamy dwa rodzaje radioterapii – teleradioterapia (naświetlanie z pewnej odległości) oraz brachyterapia, czyli naświetlanie kontaktowe, bezpośrednio w okolicy guza. Pierwsza z metod trwa zwykle znacznie dłużej, druga jest krótkotrwała, ponieważ operuje większymi dawkami. Czasem obie metody stosuje się komplementarnie. Do brachyterapii stosuje się najczęściej emitery gamma i beta, takie jak 192Ir, 125I, 103Pd, 131Cs.

Z kolei w przypadku terapii przerzutów do kości najczęściej stosuje się emitery promieniowania beta (elektronów), takie jak 89Sr, 153Sm, 32P.

Kobalt-60 był przez wiele lat stosowany do naświetlań. Była to metoda dość drastyczna, ponieważ emitowane promieniowanie gamma oddziaływało nie tylko na tkanki rakowe, ale też na otaczające je zdrowe komórki. W latach 60. XX w. w Szwecji wymyślono rewolucyjne narzędzie do leczenia guzów mózgu – nazwane zostało nożem gamma. Kiedyś niezbędne było otwarcie czaszki, w przypadku noża gamma nie jest to konieczne. Ideą jest tutaj naświetlenie chorego miejsca z wielu stron (zwykle ponad 200) wąskimi strumieniami promieniowania gamma emitowanego z kobaltu-60. Głowa pacjenta jest unieruchamiana w tzw. ramie stereotaktycznej, a na czaszkę nakłada się specjalny ołowiany hełm z 200 otworami, przez które dociera promieniowanie ze źródeł kobaltowych. Każdy pojedynczy strumień ma niewielką energię, ale skupiają się one dokładnie w jednym miejscu – z precyzją lepszą niż 0,2-0,3 mm. Działa to więc trochę jak soczewka skupiająca. Naświetlanie trwa zwykle od 20 min. do 2 h. Po zabiegu pacjent zostaje dobę na obserwacji, po czym wraca do domu. W Polsce terapię nożem gamma stosuje się z powodzeniem od kilkunastu lat.

Schemat działania noża gamma (wizja artystyczna, promieni gamma nie widać)
źródło: Elekta, licencja: fair use

Prawdopodobnie tylko nieliczni spotkali się z tym pojęciem. Zostało ono sformułowane 20 lat temu, a jest to połączenie dwóch słów: terapia i diagnostyka. Jest to najnowszy trend w medycynie nuklearnej. Skrótowo mówiąc: najpierw diagnozujemy zmiany nowotworowe przy pomocy znacznika izotopowego, co pozwala na oszacowanie niezbędnej dawki i zasięgu promieniowania. W kolejnym kroku przygotowujemy radiofarmaceutyk, którego zadaniem jest dotarcie do miejsc zmienionych chorobowo i zniszczenie komórek rakowych. Jest to najlepszy przykład terapii celowanej – każdy pacjent dostaje indywidualnie przygotowany lek, którego zadaniem jest jak najdokładniejsze trafienie w cel, z minimalną szkodą dla otaczających tkanek. Dzisiejsza teranostyka wykorzystywana jest głównie w onkologii, endokrynologii oraz w terapii procesów zapalnych i zmian autoimmunologicznych.

Tym odcinkiem zamykam aktualny cykl opowieści o promieniowaniu. Wiem, że nie wyczerpałem w nim tematyki, ale trzeba zrobić nieco przerwy. Jeśli macie jakieś zagadnienia, o których chcielibyście poczytać, napiszcie w komentarzach. Za jakiś czas będzie kolejne kilka odcinków.

Historia medycyny nuklearnej

Medycyna nuklearna – historia, zastosowania, trendy

Nuclear medicine – Johns Hopkins University

Isotopes in medicine

Promieniowanie. Część 5: Datowanie radiowęglowe

Poprzednie części cyklu:
Część 1: Wstęp
Część 2: Czas półtrwania
Część 3: Dawka, moc dawki, gdzie znajdziemy dane
Część 4: Działanie w przypadku skażenia

Przez ostatnich kilka odcinków głównie straszyłem was promieniowaniem. No, może nie tyle straszyłem, ile ostrzegałem. Ale dziś chcę napisać o tym, do czego możemy wykorzystać promieniowanie w badaniach naukowych.
Zapewne część z was słyszała o tzw. datowaniu radiowęglowym i o tym, jak ustala się wiek niektórych przedmiotów przy wykorzystaniu izotopów. Chciałbym dziś opowiedzieć o tym nieco dokładniej.

Bohaterem opowieści jest promieniotwórczy izotop węgla, znany jako 14C (węgiel-14). Trzeba tu wiedzieć, że węgiel ma kilka naturalnych izotopów, czyli atomów różniących się tylko liczbą neutronów w jądrze. Ten najczęściej występujący to 12C, mający w jądrze 6 protonów i 6 neutronów. Oprócz niego istnieje też 13C, który ma 7 neutronów, oraz 14C, mający 8 neutronów. I właśnie ten ostatni jest dla nas interesujący, ponieważ jest on promieniotwórczy. Jego okres półtrwania (pisałem o tym wcześniej) wynosi 5730 lat.

Skąd się bierze 14C na Ziemi? Gdyby był zawarty w skorupie ziemskiej wtedy, gdy nasza planeta powstawała, dawno by się rozpadł. Okazuje się, że tworzy się on w sposób ciągły w górnych warstwach atmosfery. Docierają tam z przestrzeni kosmicznej neutrony, które wchodzą w reakcje jądrowe z atomami azotu, w wyniku czego powstają właśnie węgiel-14 oraz protony. Te atomy węgla wchodzą w naturalny obieg węgla w przyrodzie: utleniają się do CO2, dzięki fotosyntezie są pochłaniane przez rośliny, tworząc cukry, my zjadamy rośliny, wydychamy dwutlenek węgla – i tak kółko się zamyka.

Oczywiście cały czas zachodzi też proces rozpadu 14C. W wyniku tzw. emisji beta węgiel ulega przemianie w 14N, elektron (to jest właśnie promieniowanie beta) oraz antyneutrino. Tak więc sumarycznie: z 14N powstał 14C i po jakimś czasie rozpadł się do azotu-14. Tu też kółko się niejako zamyka.

Idźmy dalej. Po wielu latach poziom 14C się ustalił. W stosunku do węgla-12 jest go naprawdę niewiele – jeden promieniotwórczy przypada na bilion (1012) atomów węgla-12. Spróbuję to jakoś przybliżyć. Węgiel stanowi ok. 18% masy ciała. Jeśli weźmiemy np. mężczyznę ważącego 80 kg, ma on w sobie 15 kg węgla. Oznacza to, że w jego ciele znajduje się ok. 15 nanogramów 14C. Ile to jest? Po prostu pyłek, niewidoczny dla oka. Na szczęście, biorąc pod uwagę czas półtrwania oraz moc promieniowania, nie zagraża to naszemu zdrowiu.

Ale wróćmy do datowania. Wszystkie żywe organizmy zawierają węgiel, a więc też pewną ilość izotopu 14C. Ponieważ stale trwa obieg węgla w przyrodzie, jego poziom (przypomnę – 1 atom na bilion) jest w zasadzie stały. Ale tak jest tylko za życia. Jeśli roślina, zwierzę czy inna żywa istota umrze, obieg węgla ustaje. Jednym słowem w tym momencie startuje zegar izotopowy. 14C się nadal rozpada, ale nie jest uzupełniany w procesie metabolizmu. Za 5730 lat zostanie jego połowa, za 11 460 – 25% itd. Jeśli więc zmierzymy poziom promieniowania danego obiektu, będziemy wiedzieli, kiedy ustał metabolizm. Jeśli więc np. archeolodzy wykopią średniowieczną dłubankę czy starożytny papirus, będzie można ustalić, kiedy zostały wykonane. To samo dotyczy innych artefaktów, wszystkiego, co kiedyś było włączone w obieg węgla w przyrodzie.

Na pomysł wykorzystania tej techniki wpadł w latach 40. XX w. Willard Libby, za co w 1960 roku otrzymał Nagrodę Nobla. Przy okazji: pracował też przy Projekcie Manhattan, a potem był zwolennikiem zimnej wojny i gorąco popierał budowę przydomowych schronów atomowych.

Metodą radiodatowania ustalono np. czas powstania słynnych rękopisów z Qumran, czyli zwojów znad Morza Martwego. Zastosowano przy tym akceleratorową spektrometrię mas (AMS). Technika ta pozwala na oznaczenie bardzo rzadko występujących izotopów, dlatego jest szczególnie przydatna do datowania radiowęglowego. Bo, jak się tak dobrze zastanowić, poszukiwanie igły w stogu siana jest łatwe w porównaniu z szukaniem pojedynczych atomów 14C wśród bilionów atomów zwykłego węgla.

Jeden ze zwojów z Qumran
źródło: Wikimedia, domena publiczna

Pierwszą, bardzo ważną czynnością jest przygotowanie próbki. Na tym etapie łatwo popełnić błędy, które potem rzutują na końcowy wynik. Obecnie najczęściej stosuje się metodę AAA (acid-alkali-acid), polegającą na kolejnym traktowaniu próbki roztworem kwasu (HCl), następnie zasady (NaOH), a potem znowu kwasu. Pozwala to na usunięcie węglanów nieorganicznych oraz wszelkiego materiału organicznego naniesionego na próbkę w okresie późniejszym niż „czas zero”. Następnie próbkę spala się w obecności CuO i Ag w zamkniętym naczyniu kwarcowym, uzyskując CO2. W kolejnym etapie związek ten redukuje się wodorem w obecności Fe jako katalizatora – proces ten nazywa się grafityzacją. Otrzymaną mieszaninę C i Fe wprasowuje się w aluminiowy uchwyt i umieszcza w źródle jonów w akceleratorowym spektrometrze mas.

Akceleratorowy spektrometr mas – AMS (Lawrence Livermore National Laboratory)
źródło: Wikimedia, domena publiczna

Jony ze źródła są wstrzykiwanie do akceleratora, przechodzą przez magnes analizujący analizatora elektrostatycznego do detektora. Tu należy dodać, że mamy tu do czynienia z jonami ujemnymi, podczas gdy w klasycznych spektrometrach mas są to jony dodatnie. Dalszą pracę wykonuje elektronika. W wyniku otrzymujemy zawartość jonów węgla-14 w próbce. Warto tu zauważyć, że aparatura ta nie mierzy promieniowania, zlicza tylko atomy 14C. Wcześniej mierzono promieniowanie beta, ale te techniki były zdecydowanie mniej dokładne niż spektroskopowe. Celowo pomijam tu konieczność wzięcia pod uwagę wahania zawartości 14C na przestrzeni wieków, a także kwestie kalibracji urządzeń. Tę tematykę omówię kiedyś. Tu napiszę tylko, że wyniki oznaczające wiek próbki są zwykle podawane z tajemniczym skrótem BP. Rozszyfrujmy go. BP oznacza Before Present, a więc “przed chwilą obecną”. Ta “chwila obecna” to rok 1950. Wynika to z działalności człowieka, a mianowicie z wielkiej liczby powietrznych prób atomowych, co w dużym stopniu wpłynęło na zawartość 14C w atmosferze.

Maksymalny wiek badanych próbek to ok. 60 tys. lat. Po tym czasie w próbkach jest za mało węgla-14, aby można było uzyskać rzetelne wyniki. Jeśli chodzi o szczątki ludzkie, badania prowadzi się zazwyczaj na próbkach o masie 60-200 mg. Ostatnio coraz częściej spotyka się doniesienia o analizach prowadzonych na próbkach 3-60 mg.

Na koniec ciekawostka: chyba najsłynniejszym obiektem, którego wiek ustalano metodą radiowęglową, jest Całun Turyński, domniemane płótno, w które owinięto po śmierci ciało Jezusa. Badanie zawartości 14C, które wykonano w 1988 roku, wykazało, że pochodzi on ze średniowiecza, a więc nie może być uznany za autentyczny. Jednak od tego czasu trwa wielka dyskusja o metodologii pobierania i obróbki próbek, jak też o samym badaniu. Pewnie jeszcze długo nie będziemy mieli ostatecznej opinii.

Datowanie radiowęglowe nie jest jedyną metodą datowania izotopowego, jest za to chyba najbardziej znaną. Mamy dziś wiele innych metod, które stosuje się głównie w szacowaniu wieku skał, ale także w archeologii. Jest to m.in. metoda uranowo-torowa, potasowo-argonowa czy rubidowo-strontowa. Za jakiś czas postaram się je też opisać.

Proste wyjaśnienie datowania radiowęglowego (ang.)
Strona Poznańskiego Laboratorium Radiowęglowego
Metoda radiowęglowa – ze strony University of Chicago (ang.)
Historia metody datowania C-14 (ang.)

Promieniowanie. Część 4: Działanie w przypadku skażenia

Apokalipsa – obraz Alberta Goodwina (1903)

źródło: Wikipedia, domena publiczna

To wcale nie musi być wojna. Nie musi eksplodować wielka bomba, którą przyniesie rakieta. Nie musimy zobaczyć efektownego grzyba widocznego z wielu kilometrów.

Skażenie radiacyjne (promieniotwórcze) może nastąpić lokalnie, w zasadzie po cichu. Wystarczy, że jakaś paranoiczna grupa terrorystyczna użyje brudnej bomby (ang. dirty bomb). O brudnej bombie pisałem już na blogu jakiś czas temu. Jak to może wyglądać? Ktoś podłoży mały ładunek wybuchowy zawierający pewną ilość izotopów promieniotwórczych, dla bezpieczeństwa wyposażony w zapalnik zdalny albo czasowy. Spokojnie sobie odejdzie na bezpieczną odległość. I tyle. Nastąpi eksplozja, którą będzie słychać tak, jak czasami słyszymy, gdy ktoś odpala petardę czy mocniejsze fajerwerki. I w tym momencie wszystko się zaczyna. Ładunek zostanie rozproszony po okolicy bliższej i nieco dalszej. Nie będzie żadnych ostrzeżeń, nic nie będzie śmierdzieć, nie będzie efektownych kolorowych obłoków. Nic się nie da wyczuć, jeśli nie będziemy przy sobie mieli odpowiedniego miernika/dozymetru, a chyba mało kto nosi go ze sobą. Dlatego cały czas powtarzam, że właśnie taki rodzaj skażenia promieniotwórczego jest szczególnie niebezpieczny.

Jeśli zobaczymy w bliskiej okolicy grzyb atomowy, sprawa jest względnie prosta. Jeśli będziemy blisko, najczęściej nawet nie zdążymy się pożegnać z bliskimi. Po prostu odparujemy i tyle. Kto wie, czy to nie jest najlepsze rozwiązanie.

Jeśli chcecie sprawdzić, jak by to było w waszej okolicy, możecie skorzystać z jednego z wielu symulatorów eksplozji nuklearnej, np. Nuclear Secrecy.

Radzę zacząć od małej bomby, np. takiej jak w Hiroszimie – 15 kt TNT. Potem możecie iść na całość i zrzucać bomby megatonowe. W punkcie 3. radzę zaznaczyć „Casualties” (ofiary) oraz „Radioactive fallout” (opad promieniotwórczy). Gotowe, odpalamy i oglądamy. Uwaga: nie proponuję tego po to, aby was straszyć. Chodzi mi tylko (albo aż) o uzmysłowienie sobie, jak straszliwa jest ta broń.

Ale załóżmy, że była to bomba, która została zdetonowana daleko, albo że mieliśmy do czynienia z brudną bombą. Co w takiej sytuacji robić? Czy np. wiecie, jak wyglądają komunikaty o skażeniu promieniotwórczym? Obawiam się, że wątpię.

Po ustaniu niebezpieczeństwa zostanie nadany sygnał ciągły, niemodulowany, także trwający 3 minuty, z komunikatem: „Uwaga! Uwaga! Uwaga! Odwołuję alarm o skażeniach promieniotwórczych dla… (tu ma być podany obszar zagrożenia – wieś, miasto, dzielnica)”.
Podobny komunikat usłyszymy w przypadku skażenia chemicznego i biologicznego.

Tu znajdziecie oficjalne informacje rządowe związane ze stanem zagrożenia radiacyjnego.

No dobrze, ale co zrobić pomiędzy tymi dwoma komunikatami? W sieci na pewno znajdziecie setki stron, które to opisują. Ja ograniczę się do najbardziej podstawowych punktów.
Zapewne nie jesteście preppersami, którzy są zawsze przygotowani na takie wydarzenie. Mają wszystkie zapasy oraz miejsce schronienia. Ten tekst nie jest dla nich, piszę dla ludzi, którzy będą zaskoczeni wydarzeniami i nie przygotowywali się.
Po pierwsze – starajmy się nie panikować! Wiem, że łatwo się mówi, ale to tylko taka rada.

Zapamiętajmy trzy istotne zasady, jeśli chodzi o promieniowanie:

1. Im krócej będziemy wystawieni na promieniowanie, tym mniejszą dawkę przyjmiemy. Wniosek: ukryj się!
2. Im dalej jesteś od źródła, tym lepiej.
3. Każda, nawet niepozorna osłona zmniejsza narażenie.

Jeśli więc usłyszycie syrenę i komunikat, zbierajcie się. Gdy jesteście na zewnątrz, poszukajcie schronienia (biorąc pod uwagę każdy z powyższych punktów). Wchodząc do domu zdejmijcie całą wierzchnią odzież, włóżcie do plastikowego worka (razem z butami), zaklejcie go. Przepłuczcie nos i usta, umyjcie twarz, włosy, jeśli się da – weźcie prysznic. Zamknijcie okna, zasłońcie wywietrzniki, uszczelnijcie kominy i kominki. Wyłączcie wentylację, klimatyzację i wszelkie nawiewy. Napuśćcie wody do pojemników, do wanny/wiadra – jako gospodarczą, będzie przydatna do toalety. Nie wychodźcie z domu, mury was chronią, przynajmniej częściowo.

– woda (w lekkich, plastikowych pojemnikach),

– leki, które przyjmujecie stale + przeciwbólowe/przeciwgorączkowe, apteczka pierwszej pomocy,

– wilgotne chusteczki odkażające,

– maska przeciwpyłowa,

– ubranie (luźne, wygodne), buty (byle nie odkryte, żadnych sandałków!),

– koc ratunkowy (folia złoto-srebrna),

– worki plastikowe (dużo!),

– latarka (najlepiej LED),

– telefon + ładowarka,

– radio bateryjne (jeśli macie) + zapasowe baterie,

– power bank,

– dokumenty,

– jedzenie – tylko trwałe: napoje w butelkach, konserwy (nie zapomnijcie o otwieraczu!), jedzenie o długiej trwałości, szczelnie opakowane, suchary itd.,

– miska, łyżka, nóż.

Jeśli ogłoszą ewakuację, nie czekajcie. Spakujcie ważne rzeczy, najlepiej do plecaka, bo niesienie walizki czy torby jest niewygodne. Zapewne będziecie kierowani na nawietrzną (czyli pod wiatr), więc zawczasu sprawdźcie kierunek wiatru.

Schron? No cóż… to nie Szwajcaria. Można założyć, że schrony nie istnieją (wiecie, gdzie w waszej okolicy znajduje się ogólnodostępny schron?). Teoretycznie możecie się schronić w piwnicy, ale na pewno nie na długo, ponieważ nie ma tam ani filtrów, ani żadnej infrastruktury.

Pomarzyć sobie można – tak Bing Chat narysował schron przeciwatomowy

I jeszcze jedna prośba. Bądźcie empatyczni. Pomyślcie o sąsiadach, szczególnie starszych i być może niepełnosprawnych. Mogli nie usłyszeć syreny albo nie zrozumieć komunikatów. Zapukajcie do nich, spytajcie, czy nie potrzebują pomocy w ewakuacji. Pomóżcie im się spakować, weźcie z sobą. Ot, taki ludzki odruch.

Eksplozja bomby jądrowej to nie tylko promieniowanie. Do tego dochodzi ciśnienie, a także często pomijany w opisach impuls elektromagnetyczny (EMP – electromagnetic pulse). Ten ostatni może „usmażyć” energetykę (nie będzie prądu), a także elektronikę (w tym stacje bazowe sieci komórkowej, nie mówiąc już o samochodach). Niewykluczone więc, że zostaniemy odcięci od zasilania, zapewne na dłużej. Może więc nie działać telefonia, telewizja i radio. Bomba zdetonowana w powietrzu może doprowadzić do poważnych zakłóceń w promieniu ponad tysiąca km, a także wywołać burzę magnetyczną.
Uwaga: piszę to wszystko nie po to, aby was straszyć. Chodzi mi raczej o to, abyście sobie zdali sprawę ze złożoności problemów, które w takiej sytuacji mogą wyniknąć.

A w następnym odcinku będzie o izotopach w służbie nauki. Nie będę straszył, obiecuję.