Ferdynand Porsche z Hitlerem i Speerem. Bundesarchiv

NIEZNANE OBLICZE FERDYNANDA PORSCHE cz. 1

Ferdynand Porsche to postać, której znaczenia dla rozwoju techniki samochodowej nie sposób przecenić – choć często latami upierał się przy rozwiązaniach mało optymalnych. Był to człowiek niezbyt jednoznaczny, dlatego też postanowiłem przypomnieć garść mało znanych faktów z jego barwnego życiorysu.

Beardmore i Rapp Motorenwerke
Przed pierwszą wojną światową Ferdynand Porsche skonstruował dla firmy Austro-Daimler udane silniki lotnicze, 6-cylindrowe w układzie rzędowym. Licencja na nie została sprzedana brytyjskiej firmie Beardmore, która wersje rozwojowe tych jednostek produkowała przez wiele lat (samoloty napędzane nimi walczyły na froncie z samolotami zaopatrzonymi w austriackie oryginały), a także firmie Karla Friedricha Rappa z Monachium, z której to firmy z czasem powstała inna, znana jako BMW AG.

Silnik lotniczy Austro-Daimler. (Wikimedia Commons)
Silnik lotniczy Beardmore. (Wikimedia Commons)

Alfred Neubauer
Człowiek, który jako szef sportowego teamu Mercedesa był współautorem sukcesów marki w wyścigach w latach 30. i potem w 50. XX wieku, zaczął karierę jako austriacki oficer artylerii, którego w zakładach Austro-Daimlera w Wiener Neustadt zatrudnił Ferdynand Porsche jako szefa działu prób pojazdów. Gdy Porsche przeszedł do Mercedesa, Neubauer udał się tam wraz z nim i został. Notabene to on wymyślił sposób na sygnalizowanie ważnych informacji kierowcom podczas wyścigu przy pomocy tablic wystawianych z alei serwisowej (pit boards).

Alfred Neubauer w 1955 roku. (Mercedes-Benz AG)

A-, B- i C-Zug
Upierający się od 1900 roku, że tylko napęd hybrydowy ma sens w pojazdach, Ferdynand Porsche skonstruował kilka serii specjalnych pociągów drogowych o dokładnie takim napędzie dla austro-węgierskiej armii. Podczas pierwszej wojny światowej były one używane do transportu zdemontowanych ciężkich moździerzy Skoda (nawet 90-tonowych), których używano do ostrzału pozycji włoskich w wysokich górach. Na początku “składu” znajdował się wóz z generatorem prądu, napędzanym przez duży silnik spalinowy.

B-Zug w Wiener Neustadt. (Wikimedia Commons)

Generator zasilał silniki elektryczne poruszające nie tylko koła pierwszego pojazdu, ale także każdej z przyczep – kable elektryczne prowadzono od jednej do drugiej. Przemyślny system sterowania pozwalał na zwinne cofanie całego obciążonwego pociągu nawet w ciasnych zakrętach. Rozwiązanie było tak skuteczne, że tych pojazdów użyto także w czasie drugiej wojny światowej (!), a na koniec większość tego wyjątkowego sprzętu zagarnęli Sowieci.

C-Zug. (Wikimedia Commons).

Zborowski i Monza
Mający odległe polskie korzenie hrabia Louis V. Zborowski wystartował w Grand Prix Włoch na torze Monza w 1924 roku Mercedesem M72/94, skonstruowanym przez Ferdynanda Porsche, z 2-litrowym silnikiem ze sprężarką, jako kierowca fabryczny. Po przejechaniu 44 okrążeń auto wyleciało z toru na zakręcie Lesmo i uderzyło o drzewo – Zborowski zginął na miejscu, choć Len Martin, jego mechanik, przeżył. Jedna z hipotez tłumaczy wypadek katastrofalnie złym prowadzeniem samochodu i tendencją przednich hamulców do blokowania się – Neubauer po podobnym incydencie, który skończył się szczęśliwie, zrezygnował z udziału w wyścigu…

Samochód, w którym hrabia Louis Zborowski zginął na torze Monza. (Mercedes-Benz)

Żydowski inwestor
Firma inżynierska, świadcząca usługi zewnętrznym klientom, została założona w Stuttgarcie pod koniec 1930 roku w dużym stopniu za pieniądze Adolfa Rosenbergera, biznesmena i znakomitego kierowcy wyścigowego. Po przejęciu władzy przez NSDAP Rosenberger musiał salwować się ucieczką z Rzeszy, a kwestia rozliczeń z nim została załatwiona w sposób dość niesympatyczny… po latach dostał 50 tysięcy marek i samochód. Dopiero w 2023 roku firma Porsche AG stworzyła specjalną fundację, która ma się zająć zbadaniem prawdziwego dziedzictwa Rosenbergera.

Adolf Rosenberger. (Wikimedia Commons)

Pomysł na wyścigówkę
To właśnie Rosenberger, który wygrał wyścig górski eksperymentalnym Mercedesem Tropfenwagen z silnikiem za kierowcą, namówił Ferdynanda, by w projektowanej dla Auto Union wyścigówce Grand Prix umieścić silnik w tym samym miejscu.

Adolf Rosenberger w Mercedesie Tropfenwagen. (Wikimedia Commons)

Auto Union Typ 52
Gdy potężne wyścigowe wozy Auto Union, zaprojektowane przez pana Porsche, grzmiały na wyścigowych torach, po cichu powstał projekt niesamowitego auta, które w nomenklaturze biura projektowego uzyskało kryptonim Typ 52. Nadwozie potwora zaprojektował Erwin Komenda, autor Garbusa i Porsche 356. Samochód miał mieć centralnie zamontowany silnik V-16, o pojemności 4,4 litra, ze sprężarką mechaniczną, osiągający moc zdławioną do ok. 200 KM. Spodziewano się prędkości maksymalnej ok. 200 km/h oraz sprintu 0-100 km/h w 8,5 sekundy, co na 1934 rok stanowiło wyniki wręcz kosmiczne. Gdy się okazało, że do prowadzenia wściekłej wyścigówki trzeba mieć niepospolity talent, projekt wyciszono, bo raczej żaden zamożny nabywca superauta nie dałby sobie z nim rady.

Projekt superauta Auto Union – Porsche Typ 52. (Wikimedia Commons)

Pierwszy Volkswagen
Po raz pierwszy w niemieckiej prasie określenie “Volkswagen”, czyli samochód dla ludu, pojawiło się dzięki niejakiemu Josefowi Ganzowi, dziennikarzowi motoryzacyjnemu i zarazem inżynierowi żydowskiego pochodzenia, który stworzył koncepcję wyjątkowo prostego, praktycznego samochodu, przeznaczonego do masowej produkcji. Pracował nad pomysłem wydając niezwykle wpływowy magazyn Motor-Kritik (uwielbiam czytać reprinty w moim posiadaniu), zawierający ultraszczegółowe testy dostępnych samochodów. Bezlitośnie obnażał wady aktualnie produkowanych samochodów, a fabryki odpowiadały na krytykę pozwami – ale liczono się z jego zdaniem ogromnie. W drugiej połowie lat dwudziestych usiłował zainteresować swoim pomysłem na lekkie, tanie auto z silnikiem z tyłu kilka firm, w tym Zündapp, Ardie i DKW.

Josef Ganz w samochodzie Standard Superior. (Wikipedia)

Jego własnym prototypem o nazwie “Maikäfer” (chrabąszcz majowy) jeździli Ferdynand Porsche, jego syn Ferry oraz wspomniany Adolf Rosenberger, zachwycając się konstrukcją z centralnym elementem nośnym, silnikiem za kabiną oraz dwiema osiami wahliwymi. To właśnie dla Zündappa pan Porsche, cierpiący na brak przychodów po wywaleniu go z Mercedesa, zaprojektował samochód, którego projekt nosił oznaczenie “Typ 12” – bardzo, bardzo podobny do koncepcji Ganza. Sam Ganz był odpowiedzialny za namówienie dyrekcji Mercedesa do produkcji lekkiego auta z silnikiem z tyłu. Auto według jego koncepcji było wytwarzane przez firmę Standard pod nazwą Superior, i w 1933 na samochodowym salonie w Berlinie Ganz osobiście pokazał wóz Hitlerowi. Niedługo potem zaaresztowało go Gestapo, a po zwolnieniu zmuszony był uciekać z Niemiec do Szwajcarii (gdzie zresztą agenci Gestapo także go prześladowali). Schorowany i zapomniany, dokonał żywota w Australii w 1967 roku.

Okładka periodyku Motor-Kritik z lutego 1933 roku. Ilustrację stanowi zaprojektowane przez redaktora naczelnego podwozie samochodu Standard Superior. (Wikimedia Commons)

Ledwinka i odszkodowanie
Innym źródłem “inspiracji” dla pana Porsche był inżynier Hans Ledwinka, który w firmie Tatra opracował projekty samochodów, bardzo podobnych do późniejszego KdF, czyli Garbusa. Tatra usiłowała procesować się z Ferdynandem, ale zajęcie Czechosłowacji przez Wehrmacht oznaczało kres tych prób. Komunistyczny rząd Czechosłowacji postanowił po wojnie zmusić Volkswagena do przyznania się do winy – niemiecki koncern zapłacił CSRS w 1961 roku wielkie odszkodowanie za wykorzystanie projektów Ledwinki przez Ferdynanda Porsche. Ledwinka formalnie był Austriakiem, podobnie jak Porsche, który urodził się w wiosce Vratislavice nad Nisou.

Hans Ledwinka w 1939 roku. (Wikimedia Commons)

Ferdynand i SS
Tak, Ferdynand Porsche był członkiem NSDAP i otrzymał w 1942 roku honorowy stopień Oberführera SS. W niemieckich archiwach znajduje się także pokwitowanie odbioru przezeń tzw. Totenkopfring, czyli ceremonialnego sygnetu z trupią główką, wręczanego wyłącznie zasłużonym członkom SS i wiążącego się ze starogermańskim kultem, propagowanym przez Heinricha Himmlera, szczególnie z zamkiem w Wewelsbergu.

Legitymacja NSDAP Ferdynanda Porsche. (Bundesarchiv).
Potwierdzenie wysłania sygnetu SS panu Porsche przez Reichsführera SS Heinricha Himmlera. (Wikimedia Commons)
Totenkopfring. (Wikimedia Commons)

Syn Ferdynanda, też Ferdynand, dla odróżnienia zwany “Ferry”, również ma sporo wspólnego z SS. Biografowie rodziny skwapliwie przyznają, że owszem, syn genialnego inżyniera miał honorowy stopień w SS, ale nie mógł odmówić, gdy sam Adolf Hitler przyznał mu go podczas pokazu samochodu Typ 82, czyli wojskowego Kübelwagena. Sęk w tym, że to kłamstwo. Ferry Porsche zgłosił się do SS na ochotnika w 1938 roku, a w 1942 otrzymał stopień oficerski.

Ferry Porsche z Hitlerem i Himmlerem przy VW Typ 166. (Wikimedia Commons)

Obroty firmy konstrukcyjnej Porsche wzrosły gigantycznie dzięki kontraktom zbrojeniowym, a w zarządzanej przez starszego Ferdynanda wraz z zięciem, Antonem Piëchem, fabryce w Fallersleben (dziś Wolfsburg) oraz w zakładach czołgowych Nibelungenwerk w St. Valentin pracowali robotnicy przymusowi oraz sowieccy jeńcy wojenni. Do końca życia Porsche publicznie upierał się, że Hitler nie mógł wiedzieć o obozach koncentracyjnych… Biografowie profesora Porsche jako jednego z argumentów, mających wspierać tezę o jego dobroci, używają listów, jakie wystosowywał do władz III Rzeszy, prosząc o poprawienie racji żywnościowych dla więźniów, pracujących w podległych mu zakładach. Cóż, faktycznie napisał te listy, ale swoją prośbę motywował nie względami humanitarnymi, ale chęcią poprawienia wydajności pracy. Aspektem działalności niemieckich rodzin, które kolosalnie wzbogaciły się dzięki ścisłej współpracy z reżimem hitlerowskiem, o którym to aspekcie nigdy się nie mówi, był zwyczajny zysk. Weźmy na przykład fabrykę KdF/Volkswagenwerk: obroty działu sprzedaży, dzięki produkcji pojazdów dla Wehrmachtu i Waffen-SS, remontów bombowców Ju-88 oraz wytwarzaniu pocisków V-1 wzrosły między 1940 i 1944 rokiem z 31 na 297 milionów Reichsmarek.

Wmurowanie kamienia węgielnego fabryki KdF w Fallersleben przez Führera. 26 maja 1938. (Bundesarchiv)

Najbardziej okrutnym zarządcą zakładów produkcyjnych w Niemczech i Austrii, podlegających operacyjnie rodzinie Porsche, był zięć Ferdynanda, Anton Piëch, adwokat, który żelazną ręką kierował ogromną rzeszą robotników, z których znaczną część stanowili robotnicy przymusowi, sowieccy jeńcy wojenni i więźniowie filii obozu koncentracyjnego w Mauthausen. Jego synem był zmarły niedawno Ferdinand Piëch, wieloletni dyrektor techniczny Porsche i szef koncernu VW, w rzeczywistości najbardziej odpowiedzialny za tzw. Dieselgate.

Anton Piëch po wojnie. (Porsche-Holding)

cdn.

Ofiary czekistów w Estonii, 1919 rok. Wikimedia Commons

WSPÓLNOTA CZERWIENI cz. 61

Niniejszy cykl tekstów stanowi jedynie skromny przegląd przesłanek do twierdzenia, że światowe postrzeganie Związku Radzieckiego jako niewinnej ofiary Trzeciej Rzeszy, dobrotliwego “wyzwoliciela” narodów czy kraju, który samodzielnie się uprzemysłowił i unowocześnił, jest w całości oparte na kłamstwie.

Na Wielkie Sowieckie Kłamstwo, którym i dziś przesiąka dyskurs historyczny i polityczny, składa się wiele komponentów:

  1. Współpraca militarna sowiecko-niemiecka zaczęła się przed traktatem z Rapallo i nie ograniczała się do takich przedsięwzięć jak baza lotnicza w Lipiecku czy ośrodek broni pancernej KAMA. Obejmowała także wspólne plany wojny z Polską, pracę nad bronią chemiczną, rozwijanie radiotechniki i wymianę naukową. Skończyć wypada z lansowanym przez zachodnioeuropejskich i amerykańskich sowietofilów micie, podług którego idee dobrego Lenina zepsuł zły Stalin – to Lenin podpisał dekret o utworzeniu Gułagu, to Lenin wprowadził terror i masowe mordowanie przeciwników rewolucji, to Lenin wreszcie świadomie zgadzał się na umowy z Niemcami i marzył o przyspieszeniu rozbudowy sił zbrojnych, zdolnych do zwycięskiego marszu na zachód.
  2. Niemiecko-sowiecka wymiana gospodarcza w latach 20. dotyczyła, oprócz broni i wyposażenia wojskowego, także projektów infrastrukturalnych, część z których funkcjonuje do dziś. Moskiewskie metro nie istniałoby bez projektu stworzonego przez Siemensa. Nie do przecenienia jest także fakt przeszkolenia ogromnej rzeszy personelu technicznego.
  3. W latach dwudziestych i trzydziestych Sowieci kupowali za granicą licencje i gotowe produkty z wielu dziedzin zaopatrzenia sił zbrojnych, w tym silniki lotnicze, konstrukcje czołgów, okręty. Kupowano z Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii, Francji, USA. Wiele rodzajów sprzętu, o którym zazwyczaj mówi się, że został “skopiowany” z zachodniego wzorca, produkowano normalnie na licencji w fabrykach stworzonych przez kapitalistów. Nigdy nie zarzucono planu inwazji Europy Zachodniej, co nie przeszkadzało latać na niemieckich i włoskich samolotach, a własne konstrukcje wyposażać w budowane na licencji silniki Hispano-Suiza czy BMW.
  4. Industrializacji Związku Sowieckiego w latach 30. dokonały głównie przedsiębiorstwa amerykańskie, budując około półtora tysiąca fabryk i wyposażając je w pełni do najdrobniejszego szczegółu. Liczne amerykańskie przedsiębiorstwa tylko dlatego przetrwały Wielki Kryzys, bo pracowały dla Stalina, który płacił im pośrednio krwią własnych obywateli, szczególnie Ukraińców. Amerykański dziennikarz Walter Duranty, który za kłamstwa na temat głodu na Ukrainie otrzymał Nagrodę Pulitzera, z premedytacją pomagał podtrzymać iluzję, tak potrzebną wielkiemu biznesowi (notabene nagrody nie odebrano mu do dziś). Czołowe postacie amerykańskiego przemysłu, które dorobiły się fortun na handlu z komunistyczną Rosją, posiadały podczas drugiej wojny światowej ogromny wpływ na prezydenta Roosevelta; wielki program dostaw Lend-Lease oznaczał dla nich drugą, ogromną falę zysków. Być może ludzie ci liczyli także na drugą fazę industrializacji po zakończeniu wojny, industrializacji, na której mogliby dorobić się kolejnych bajońskich sum – szerokie zjawisko tego typu nie wystąpiło, lecz nieliczni amerykańscy przedsiębiorcy naprawdę tego dokonali, jak choćby Armand Hammer. Mit samowystarczalności technicznej ZSRR i geniuszu własnych konstruktorów to sprawa propagandy po drugiej wojnie światowej – przypomnę tylko, że po rewolucji październikowej usunięto przedmiot “historia” ze szkół i przywrócono go dopiero w 1934 roku, już jako specjalnie ukształtowane narzędzie indoktrynacji.
  5. Współpraca militarna oraz wymiana handlowa między Niemcami i ZSRR nie została przerwana po dojściu Hitlera do władzy. Niemieckie przedsiębiorstwa konstruowały dla Stalina okręty podwodne czy nowoczesną artylerię. Sowieckie kierownictwo wiedziało na bieżąco o nowych produktach przemysłu zbrojeniowego; wysyłano normalne zapytania ofertowe np. w kwestii najnowocześniejszych silników lotniczych.
  6. Wymiana handlowa między III Rzeszą i Związkiem Sowieckim wcale nie ustała podczas wojny domowej w Hiszpanii, uległa tylko zmniejszeniu. Tak ważne dla Niemiec było zdobycie przez Sowietów fińskich kopalń niklu w Petsamo, że uniemożliwili oni dostawy broni z faszystowskich Włoch do broniącej się rozpaczliwie Finlandii.
  7. W 1939 roku Sowieci zostali de facto najważniejszym, jeśli nie jedynym, prawdziwym sojusznikiem nazistowskich Niemiec. W zamian za towary potrzebne III Rzeszy dokonali kolosalnych zakupów sprzętu wojskowego oraz nowoczesnych technologii. Wbrew mitom, Niemcy otworzyli przed nimi drzwi do bardzo tajnych projektów przemysłu lotniczego i innych gałęzi przemysłu zbrojeniowego. Czas zakończyć powtarzanie kłamstw o tym, jak to Armię Czerwoną zaskoczyły nowoczesne technologie np. Luftwaffe w 1941 roku – nie zaskoczyły, bo te same modele samolotów bojowych zakupiono i testowano.
  8. Udawanie, że Stalin tylko przez chwilę związał się z Hitlerem (i to niezbyt bezpośrednio, stąd propagandowa nazwa paktu “Ribbentrop-Mołotow”), bo rzekomo obawiał się o bezpieczeństwo swojego kraju, który Hitler, znów rzekomo, chciał zaatakować “od zawsze”, jest na rękę politykom i biznesmenom Zachodu. Pozbawia ich współodpowiedzialności. Wielkie Sowieckie Kłamstwo zawsze nawiązuje do ustępu w “Mein Kampf”, z rozdziału XIV, w którym Adolf Hitler mówi o zajmowaniu terenów na wschodzie, czyniąc z tej wzmianki wymówkę, a z ZSRR ofiarę parcia Rzeszy na wschód. Choć cytat brzmi: “Przyszłym celem naszej polityki zagranicznej nie powinna być orientacja na wschód czy na zachód, ale polityka wschodnia, która mieć będzie na uwadze pozyskanie takich terytoriów, jakie będą potrzebne naszemu niemieckiemu narodowi” (przekład własny), to z kontekstu poprzednich rozdziałów jasno wynika, że chodzi głównie o odzyskanie terytoriów utraconych w Wersalu tudzież obszarów utraconych przez Niemcy jeszcze przed 1914 rokiem (Górny Śląsk, “polski korytarz”, Wielkopolska, Czechosłowacja, Kłajpeda…). Hitler rozważa nawet sojusz z Rosją, widząc w nim jedną z godnych analizy opcji przyszłej polityki Niemiec.
  9. Nieprawdą jest, jakoby Związek Radziecki został zmuszony do związania się z III Rzeszą czy to przez krnąbrność sanacyjnej Polski, czy też przez niechęć mocarstw zachodnich do sojuszu z nim. Cwany Stalin zmieniał od 1920 plan ataku na zachodnią Europę, dostosowując go do możliwości – od pospiesznych planów budowy lotnictwa, broni pancernej i chemicznej wspólnie z Niemcami, aż do rozpoczęcia industrializacji kraju rękami kapitalistów – w celu budowy sił zbrojnych posiadających przewagę nad każdym przeciwnikiem. Chronologia jest bezlitosna: logiczna progresja jest aż nadto widoczna. Podbicie Europy dla wykarmienia entropijnego państwa komunistycznego to kwestia życia lub śmierci totalitarnego reżimu.
  10. Żadne wyjaśnienie kiepskiej obrony ZSRR w czerwcu 1941 roku, zwalające winę na czystki w korpusie oficerskim, mało nowoczesne czołgi czy samoloty czy zignorowanie raportów Richarda Sorge, nie wytrzymuje logicznej analizy. Te wszystkie wymówki stanowią elementy misternej sieci kłamstw i półprawd, których jedynym zadaniem jest ukrycie ścisłej współpracy z nazistami i przygotowywanego zdradliwego ataku na tychże nazistów. W czystkach nie wymordowano większości korpusu oficerskiego, ale pozbyto się z niego alkoholików, psychopatów, ludzi niepewnych politycznie, obcych rasowo i idiotów, oczyszczając wojsko z plew, z ludzi, którzy mogliby zagrozić wydajnemu przeprowadzeniu natarcia w kierunku zachodnim – oczywiście, jak to bywa w każdym totalitarnym państwie, zawistni oficerowie skorzystali z okazji, by pozbyć się nielubianych kolegów, aczkolwiek skala zjawiska i tak była mniejsza, niż zwykło się uważać.
  11. Kraj, który szykuje się wyłącznie do obrony własnego terytorium przed zewnętrznymi zagrożeniami, nie buduje największych na świecie wojsk pancernych, pierwszych i największych na świecie wojsk powietrznodesantowych, nie produkuje czołgów pływających – bo są to środki przydające się raczej w natarciu. Na pewno kraj taki nie demontuje własnych fortyfikacji i zapór na rzekomo zagrożonej granicy, nie dyslokuje własnych ogromnych formacji uderzeniowych przy samej granicy i nie ściąga całego niemal lotnictwa bojowego na lotniska znajdujące w pasie przygranicznym. Kraj taki, podobno zdradziecko zaatakowany przez wroga, który już kilkanaście lat wcześniej rzekomo zapowiedział to w swojej książce, broni się, a nie wyprowadza w całkowitym spokoju ataków, uprzednio zaplanowanych, na Iran i Finlandię. I oczywiście ów wróg, skoro zapowiedział atak na piśmie kilkanaście lat wcześniej, przygotowałby się do prowadzenia działań zbrojnych na terenie imperium sowieckiego, na przykład wytwarzając specjalne smary dla silników i ciepłą odzież dla żołnierzy.
  12. Trybunał w Norymberdze stanowił swoistą cezurę: przez wyrażenie zgody na sądzenie tam wyłącznie osób związanych z Trzecią Rzeszą, alianci milcząco zgodzili się na zignorowanie sojuszu ZSRR z Hitlerem, na pominięcie licznych zbrodni takich jak Katyń tudzież zaboru ziem w Europie Wschodniej i Azji. Od tego momentu przywoływanie prawdy o Sowietach zagrażało nie tylko status quo, lecz także podważało całość moralnego fundamentu USA i jego sojuszników.
  13. Stalin znalazł w 1945 roku alternatywę dla kolejnej fazy uprzemysławiania ZSRR rękoma kapitalistów z USA i innych krajów: bardzo szeroko pojmowane reparacje wojenne. Jego ludzie ograbili tereny poniemieckie, włączone do Polski, a także tereny rdzennie polskie, a przywiezione z Moskwy “polskie” władze nie odważyły się temu nigdy przeciwstawić, podobnie jak masowej deportacji Górnoślązaków do obozów pracy w ZSRR. Ustalenia z Jałty i Poczdamu Moskwa interpretowała jako zezwalające na swobodne korzystanie z zasobów ludzkich nie tylko podbitych Niemiec, ale także państw rzekomo “wyzwolonych” przez Armię Czerwoną.
  14. Od razu po zajęciu Niemiec rozpoczęto ponowne uruchamianie tamtejszych strategicznych zakładów przemysłowych i laboratoriów badawczych, w których niedawni wrogowie zostali zmuszeni do wytwarzania broni tudzież projektowania nowych jej typów. Czyniono to w tajemnicy przed pozostałymi aliantami, a sowiecki i niemiecki personel zapewniono, że jeśli ktokolwiek ujawni, że wbrew traktatom ZSRR na terenie swej strefy okupacyjnej Niemiec prowadzi produkcję zbrojeniową, zostanie natychmiast rozstrzelany wraz z całą rodziną. Groźba podziałała, lecz Amerykanom udało się zdobyć informacje o aktywności
  15. Gigantyczna operacja, nazwana dla niepoznaki “Osoawiachim” (sama nazwa kryje w sobie dawkę ironii, bo wywodzi się od nazwy skrzyżowania aeroklubu z organizacją promującą broń chemiczną), w 1946 roku zaowocowała wywiezieniem, często wbrew woli zainteresowanych, do ZSRR kilku tysięcy niemieckich specjalistów, naukowców, inżynierów i techników, liczby większej niż w przypadku słynnej amerykańskiej operacji “Paperclip”. Sprzęt z nazistowskich instytutów badawczych i fabryk wyjechał do Związku Sowieckiego już wcześniej i spokojnie sobie gnił na bocznicach kolejowych. Ekspertów od broni jądrowej i innych priorytetowych dziedzin zabrano jeszcze w 1945 roku. Prawdziwy zakres drenażu mózgów i osiągnięć Niemców w ZSRR prawdopodobnie nigdy nie wyjdzie na jaw. Sowiecka i rosyjska propaganda zawsze umniejszała wpływ nazistów na sowiecką technikę militarną i cywilną, albo całkowicie go negowała – zachodni historycy wciąż powtarzają radziecką wersję wydarzeń, pomijając milczeniem jej wewnętrzne sprzeczności i zwyczajny brak logiki.
Akademia ku czci Stalina w NRD, rok 1950. (Fotothek/Wikimedia Commons)

Skoro niemieccy eksperci byli niepotrzebni, bezużyteczni, dlaczego tak wielu trzymano w ZSRR aż do 1955 roku lub nawet dłużej? Nieliczne publikacje rosyjskie tłumaczą to okresem karencji po kontakcie z tajemnicami militarnymi ZSRR – te same publikacje zarazem upierają się, że Niemcy kontaktu z tajemnicami nie mieli, gdyż ich izolowano, nie darząc ich rzekomo zaufaniem bądź uznając efekty ich pracy za mierne. Wewnętrznie sprzeczne komunikaty to dalsza część Wielkiego Sowieckiego Kłamstwa: maskirowka obejmuje także przyznanie się Rosji do wkładu niektórych wybranych Niemców, wkładu, który nigdy nie przerodził się w produkcję seryjną (Baade, Grõttrup); ten ujawniony wkład służy jako zasłona dymna dla pracy innych Niemców, o których nie mówi się nigdy (Schmeisser, Günter).

Tajny protokół do paktu Hitler-Stalin, zwanego dla niepoznaki “Ribbentrop-Mołotow”. (Wikimedia Commons)

Świadome zatrudnianie po wojnie tysięcy zdeklarowanych nazistów, w tym wielu oficerów SS, najlepiej dowodzi, że tzw. “Wielka wojna ojczyźniana” nie miała nic wspólnego z ideowym zwalczaniem faszyzmu. Ludzie Stalina nie mieli żadnego problemu z zatrudnianiem pupilków Hitlera i udzielaniem im przywilejów. Zarazem komunistyczne niechlujstwo i typowo sowiecka tępota wpłynęły na ograniczenie korzyści, które mogła sowiecka gospodarka uzyskać z pracy Niemców – mowa oczywiście o tych zakresach działalności nazistowskich ekspertów, które nie są głęboko utajnione. Aparat propagandy stworzył liczne legendy, które zostały bezkrytycznie przyjęte przez społeczeństwa Zachodu, takie jak legenda Kurczatowa, Korolowa czy Kałasznikowa – służą one zamaskowaniu prawdziwego udziału byłych podwładnych Hitlera w kształtowaniu militarnej potęgi ZSRR w czasie Zimnej Wojny.

MiG I-300, prototyp z silnikami BMW 003. (Wikimedia Commons)

Niektórzy historycy szacują, że nawet milion Niemców, deportowanych do ZSRR do obozów pracy przymusowej po 1945 oraz niemieckich jeńców wojennych, straciło życie w sowieckiej niewoli. Z tej perspektywy los niemieckich specjalistów i naukowców wydaje się łagodny. Warto wspomnieć, że te same mgliste ustalenia z konferencji trójstronnych, na które Sowieci się zwykle powoływali, zabierając inżynierów i techników do siebie, zastosowano wobec co najmniej pół miliona Górnoślązaków oraz obywateli innych niż Polska krajów Wschodniej Europy, deportując ich w mrok ZSRR i wykorzystując do niewolniczej pracy.

Bonn, rok 1955. Matka jednego z niemieckich jeńców wojennych, znajdującego się w niewoli sowieckiej, dziękuje kanclerzowi Konradowi Adenauerowi po jego powrocie z Moskwy, gdzie wynegocjował powrót 15 tysięcy cywilów i jeńców do ojczyzny. W sumie Sowieci więzili ponad 3 mln niemieckich jeńców wojennych (życie straciło ponad milion) oraz co najmniej 400 tysięcy niemieckich cywilów. (Bundesarchiv)

Wielkie Sowieckie Kłamstwo przez dekady sączyło się we wszystkie zakamarki publicznego dyskursu, stając się prawdą uznawaną przez wszystkich – źli Niemcy napadli na kiepsko przygotowanych, kochających pokój Rosjan, a ci, poświęcając miliony bohaterskich obywateli, samodzielnie uratowali świat przed nazizmem. Stało się odruchową odpowiedzią, bezmyślną reakcją układu nerwowego – dokładnie tak, jak zaplanowali to ludzie z otoczenia Stalina.

Opublikowane w prasie w 1939 roku oficjalne podziękowanie Stalina dla Ribbentropa. (Wikimedia Commons)

Sceptykom, którzy uważają, że kłamliwa historia ZSRR nie ma wpływu na nasz dzisiejszy świat przypomnę, że pierwszy atak ZSRR na malutką Finlandię, dokonany pod żałosnym, sfabrykowanym nieudolnie pretekstem, również nazwano “Specjalną Operacją Wojskową”. Plus ça change…

To już ostatni odcinek cyklu “Wspólnota czerwieni”. Wiernym Czytelnikom dziękuję za lekturę i zapraszam do czytania nowego cyklu, który zacznę niebawem.

Sowiecki czołg na ulicach Budapesztu w październiku 1956 roku. Fortepan/Wikimedia Commons

WSPÓLNOTA CZERWIENI cz. 60

Ani w epoce Jelcyna, ani tym bardziej w putinowskiej Rosji nie ukazały się żadne znaczące publikacje, przyglądające się wykorzystaniu przez ZSRR nazistowskich chemików paliw, metalurgów, konstruktorów okrętów wojennych, projektantów artylerii lufowej, optyków, specjalistów technik szyfrowania, twórców radiostacji, stacji radiolokacyjnych, tworzyw sztucznych…

Skąd Sowieci mieli nowe konstrukcje radarów po drugiej wojnie? W ich propagandzie dźwięczy ta sama śpiewka, co przy lotnictwie i rakietach: nasi naukowcy już pracowali nad tym w latach 30., zaraz po wojnie powstał nowy instytut i nasi samorodni geniusze od razu w 1946 zbudowali nowoczesny radar do wykrywania celów powietrznych. Tak samo jak we wspomnianych przykładach, jest to wierutne kłamstwo. Wśród ludzi, których w ramach operacji Osoawiachim zabrano z sowieckiej strefy okupacyjnej, znajdowali się także specjaliści z dziedziny radiolokacji. Jak mówi raport CIA z 28 lutego 1950 roku, amerykański wywiad wiedział o obecności zespołu nazistowskich inżynierów w Zakładzie nr 197 imienia W. I. Lenina w mieście Gorki (dziś Niżny Nowgorod) – nie wiadomo, ilu tam pracowało, wiemy zaś, że pojechało z nimi 48 członków rodzin. Według tego samego raportu w instytucie badawczym przy owym zakładzie pracowali również niemieccy specjaliści w zakresie zdalnego sterowania drogą radiową oraz elektroakustyki.

Sowiecki radar P-3, rysunek CIA. (Wikimedia Commons)

Zakład nr 197 miał związek z jeszcze jednym ciekawym rozwiązaniem technicznym rodem z nazistowskich Niemiec. Dziś łączność jednokierunkowa z zanurzonymi okrętami podwodnymi przy pomocy nadajników VLF wydaje się czymś oczywistym dla każdego, kto czyta książki i czasopisma o tej tematyce, ale w latach 30. tylko Niemcom udało się zbudować taki system, który dobrze działał; system Goliath zastąpił u nich jeszcze przed wojną system Nauen o mniejszej wydajności. Anteny systemu łączności Goliath wraz z nadajnikami, zdemontowane w Kalbe an der Milde na południe od Magdeburga, pojechały najpierw do wymienionego zakładu, a następnie Niemcy zmontowali i uruchomili je w nowej lokalizacji, gdzie najprawdopodobniej działają do dziś. Wszystkie użytkowane na świecie instalacje nadawcze VLF, służące do przesyłania komunikatów do zanurzonych okrętów podwodnych, bazują na tych samych założeniach i rozwiązaniach, także najnowsze instalacje rosyjskie i chińskie.

Stacja nadawcza VLF Goliath w Kalbe an der Milde. (Wikimedia Commons)

W latach trzydziestych Związek Sowiecki zakupił w Szwecji maszyny szyfrujące B-211 firmy Hagelin (która po drugiej wojnie światowej przeniosła się do Szwajcarii i zmieniła nazwę na Crypto AG), używano ich podczas przygotowań do wojny, agresji na Finlandię i Iran, wreszcie przez resztę drugiej wojny światowej i pierwszą dekadę po niej. Boris Hagelin urodził się w 1892 roku w Rosji, ale miał ojca Szweda i w Szwecji właśnie założył w latach 20. XX wieku przedsiębiorstwo, produkujące seryjnie maszyny szyfrujące – we wspomnieniach napisał, że sowiecka komisja handlowa “zmusiła” go do sprzedaży dwóch maszyn, które skopiowano – nie jest jasne, jakich środków perswazji użyli w Sztokholmie enkawudziści. Dość szybko po 1941 roku niemieckim kryptologom udało się rozpracować sowiecki system szyfrowania wiadomości na poziomie frontu (zgrupowania armii), a sowiecki wywiad, głównie dzięki takim wiernym agentom jak Kim Philby i John Cairncross, znał wszystkie słabości Enigmy. Długi okres używania maszyn Hagelina najlepiej świadczy o tym, że nie były dostępne własne konstrukcje o lepszych parametrach, a samo skopiowanie Enigmy nie mogło być uznane za wystarczające. Co się zmieniło w 1945 roku?

M125-3 “Fiałka”. (Wikimedia Commons)

Szykując inwazję Europy Zachodniej Sowieci musieli poprawić poziom utajnienia swej łączności. Trudno uwierzyć, aby jednym z priorytetów grup trofiejszczyków i specjalnych ekip NKWD na wiosnę 1945 roku nie było pozyskanie nazistowskich ekspertów od szyfrów – skoro specjalistów od łączności przewodowej i bezprzewodowej zabrano do ZSRR na pewno. Fakty są takie, że na początku lat 50. rozpoczęto seryjną produkcję i wprowadzanie do służby maszyny szyfrującej M-125, popularnie nazywanej “Fiałka”. Maszyna ta, stosowana w ZSRR, krajach Układu Warszawskiego, a także np. na Kubie czy w pracujących dla Moskwy krajach Bliskiego Wschodu, została zmodernizowana w połowie lat 60. i używano jej do 2001 roku. Pod względem konstrukcji zbliżona była do Enigmy, ale miała dziesięć bębnów i dodatkowe zabezpieczenia podobne do tych z urządzeń Hagelin.

Sowiecki okręt podwodny Projekt 644 z dwiema wyrzutniami rakiet balistycznych R-5, rok 1958. (Wikimedia Commons)

Zakres pracy niemieckich specjalistów marynarki wojennej w ZSRR po 1945 roku także pozostaje tajemnicą. Oczywiste jest, że skoro pozyskano jednostki pływające – nawodne i podwodne, dokumentację produkcyjną, mnóstwo wyposażenia stoczniowego (na przykład całą zawartość stoczni Schichau-Werke w Elblągu), to potrzebni byli także ludzie z odpowiednią wiedzą – Stalin pamiętał, że samo lawinowe kupowanie licencji w latach 30. nie załatwiło sprawy. Co najmniej jeden specjalistyczny ośrodek badawczy, w którym pracowali Niemcy, istniał w miejscowości Oranienbaum (dziś: Łomonosow), drugi raczej na pewno w Leningradzie. A czym tam się zajmowali Niemcy, przywiezieni ze strefy okupacyjnej lub wyłuskani z obozów jenieckich na terenie ZSRR? Według danych amerykańskiego wywiadu pracowano nad konstrukcjami torped, rakietotorped, elektronicznymi zapalnikami dla min morskich, badaniami oporu hydrodynamicznego, naddźwiękowymi pociskami rakietowymi dla marynarki wojennej oraz konstruowaniem cichobieżnych śrub napędowych.

StG 44. (Wikimedia Commons)

Fascynuje wielu z nas kwestia rozwoju broni strzeleckiej. Co robił w ZSRR Hugo Schmeisser? Internetowi fanatycy toczą pianę z ust, gdy ktoś ośmiela się stwierdzić, że karabinek automatyczny na nabój pośredni AK-47 powstał na bazie niemieckiego karabinka StG 44. Faktycznie, te dwa typy broni działają na innej zasadzie, ale mają podobny pokrój i zbliżoną koncepcję. Skoro w Związku Sowieckim po 1946 roku na pewno pracowali niemieccy specjaliści od broni strzeleckiej, zabrani na wschód w łapance Sierowa, to dlaczego mamy się upierać, że najbardziej popularny dziś na naszym globie karabinek automatyczny został stworzony samodzielnie przez genialnego towarzysza Kałasznikowa, który nie skończył nawet podstawówki i który przez jakiś czas był tylko kierowcą, a potem dowódcą czołgu? Który usłyszawszy w szpitalu skargi żołnierzy na broń, w ciągu kilku miesięcy od zera zaprojektował pistolet maszynowy, który wystąpił w państwowym konkursie? Czyż nie brzmi to jak perfekcyjnie sowiecka legenda o bohaterze z ludu? Samorodnym, proletariackim geniuszu, którego pierwsza żona, Jekatierina, wykonywała za niego rysunki techniczne?

Hugo Schmeisser i pozostali Niemcy w Iżewsku. (Wikimedia Commons)

Zacznijmy od początku: ważnym ośrodkiem niemieckiego rusznikarstwa i produkcji broni strzeleckiej było miasto Suhl i jego okolice, gdzie fach rusznikarza przekazywano z ojca na syna już w XIX wieku. 3 kwietnia 1945 roku wojsko amerykańskie zajęło Suhl i wstrzymało produkcję broni we wszystkich znajdujących się tam zakładach. Hugo Schmeisser (autor m.in. projektu pierwszego na świecie udanego pistoletu maszynowego MP18) wraz z bratem Hansem byli przez wiele tygodni przesłuchiwani przez brytyjski i amerykański wywiad. Pod koniec czerwca 1945 roku, na mocy ustaleń poczdamskich, Amerykanie opuścili Turyngię i na ich miejsce wkroczyli Sowieci. Armia Czerwona natychmiast zmusiła personel fabryki do przywrócenia produkcji sprzed kapitulacji III Rzeszy – już w sierpniu udało się zmontować ze zmagazynowanych części 50 sztuk nowoczesnego karabinka StG 44 na nabój pośredni, które w ekspresowym tempie wysłano do kochającego pokój ZSRR, aby odpowiednia jednostka poddała testom tę broń, idealną dla wojsk w natarciu. Razem z testową partią karabinków wysłano 10785 arkuszy rysunków technicznych broni strzeleckiej. Październik 1945 roku przyniósł polecenie władz okupacyjnych, aby Schmeisser (który notabene nie był projektantem pistoletu maszynowego MP38, znanego jako “Schmeisser”; autorem tego projektu był Heinrich Vollmer, za to Schmeisser odpowiadał za nowoczesny karabinek StG 44) zgłosił się do pracy w tzw. Komisji Technicznej Armii Czerwonej i przyłożył się do szczegółowego opisania stanu rozwoju broni strzeleckiej w Trzeciej Rzeszy celem przygotowania podstaw dla stworzenia nowych konstrukcji takiej broni w ZSRR (podobne opracowania przygotowali pracujący dla Moskwy wówczas niemieccy specjaliści z innych dziedzin, na przykład Helmut Gröttrup).

StG 44. (Wikimedia Commons)

W październiku 1946 Hugo Schmeisser i inni niemieccy konstruktorzy broni strzeleckiej zostali przymusowo wywiezieni na wschód w ramach Operacji Osoawiachim Iwana Sierowa. 24 października specjalny pociąg z Suhl i okolic dotarł do Iżewska na Uralu do fabryki broni nr 74, stanowiącej kontynuację przedsiębiorstwa z czasów carskich – dziś fabryka ta nazywa się Iżmasz. Dla 16 Niemców z Suhl powołano do życia osobny wydział konstrukcyjny, numer 58, w tejże fabryce; stworzono pięć zespołów konstrukcyjnych, każdy pod kierunkiem doświadczonego niemieckiego konstruktora. Tymi konstruktorami byli: Hugo Schmeisser z firmy Haenel, Kurt Horn i Werner Gruner (obydwaj z firmy Grossfuss) oraz Oscar Schink z firmy Gustloff, a wszystkimi zespołami formalnie zarządzał Karl Barnitzke, także z firmy Gustloff. Schmeisser otrzymywał wciąż negatywne opinie od NKWD, stale chorował, ale projektował, co mu kazano, korzystając ze stworzonych przez siebie dla StG 44 technik tłoczenia elementów składowych broni – za to inżyniera Grunera Sowieci chętnie chwalili. Nie wiemy i pewnie nigdy nie dowiemy się, który zespół konkretnie projektował karabinki automatyczne na nabój pośredni. Schmeisser, rzekomo tak władzy sowieckiej mało przydatny, miał wrócić na terytorium Niemiec z początkiem 1952 roku, lecz jego wyjazd opóźniono o pół roku. Dotarł do NRD w końcu 9 czerwca 1952 roku, ale już 12 września roku kolejnego zmarł w szpitalu w Erfurcie po operacji płuc.

Opinia na temat Schmeissera, podpisana przez inspektora fabryki w Iżewsku i sekretarza komitetu Partii. Co ciekawe, dowodzi, że w latach 1946-1951 Niemiec konsultował różne projekty broni strzeleckiej, zaprojektował nowy magazynek dla pistoletu maszynowego PPSz, nowy magazynek dla karabinu Mosin oraz nowy “automat” na niemiecki nabój pośredni 8x33mm (!). (Wikimedia Commons)

Wszystkie – nieliczne – rosyjskie publikacje na temat Schmeissera powtarzają ad infinitum twierdzenie, jakoby Niemiec był krnąbrny, leniwy i nie chciał pracować w ZSRR, dlatego też ukarano go obniżką uposażenia. Te same publikacje upierają się, że pojechał na wschód z własnej woli, zarazem twierdząc, że “pozwolono mu wrócić” de facto dopiero wtedy, gdy było jasne, że lada chwila zemrze na chorobę płuc, której nabawił się w jakże zdrowym klimacie Iżewska. Ja bynajmniej nie twierdzę, że to akurat on odpowiadał za konstrukcję automatu Kałasznikowa, zwracam tylko uwagę na fakt, że zbiegi okoliczności nie istnieją; skoro 16 wybitnych niemieckich konstruktorów broni pracowało w tym okresie w Iżewsku, to raczej skorzystano jakoś z ich ogromnego doświadczenia. Wiemy na pewno, że pracował z nimi między innymi Jewgienij Dragunow, oficjalnie autor projektu znanego do dziś karabinu snajperskiego. Czytelnikom pozostawię wnioski: czy jest większa szansa, że znakomitą, prostą konstrukcję karabinka AK opracowała ekipa ogromnie doświadczonych Niemców z Suhl, czy raczej półanalfabeta po dwuletniej szkole mechaników Kolei Turkiestańsko-Syberyjskiej, figurant w wielkiej propagandowej mistyfikacji?

Fragment rysunku technicznego pistoletu maszynowego na nabój 9 mm, zaprojektowanego przez Schmeissera w Iżewsku. (Wikimedia Commons)

Skoro Brytyjczycy zbudowali swój pierwszy rakietowy pocisk powietrze-powietrze, naprowadzany w podczerwieni, w ramach projektu Blue Jay, nazwany w produkcji seryjnej Firestreak, wyłącznie na podstawie niemieckiej wiedzy i konstrukcji czujnika podczerwieni Kiel-Gerät, montowanego do nocnych myśliwców Junkers Ju 88, to dlaczego Sowieci, mając u siebie w szaraszkach konstruktorów tego systemu, mieliby wymyśleć to samo od zera zupełnie samodzielnie? Wiemy, że istniały ośrodki, w których pracowali Niemcy, mający doświadczenie z badaniami naprowadzania w podczerwieni, ale zakres ich zadań pozostaje utajniony. Jak zwykle, Sowieci/Rosjanie przyznają się do małego ułamka nazistowskiego wkładu, ukrywając rzeczy ważniejsze – ma to odzwierciedlenie w nielicznych książkach o wpływie Niemców na sowieckie konstrukcje lotnicze, gdzie autorzy skupiają się na projektach zespołu Brunolfa Baadego, które nie trafiły do produkcji, całkowicie pomijając to, co przez długie lata robił Siegfried Günter. Niemiecki aktywny celownik noktowizyjny do broni strzeleckiej Vampyr produkowano w ZSRR z niewielkimi zmianami jako NSP-2 i użytkowano w armiach Układu Warszawskiego jeszcze w latach 70. XX wieku.

Hermann Göring z celownikiem Vampyr (Zielgerät 1229), pracującym w podczerwieni. (Wikimedia Commons)

Wszyscy zdają się zapominać o specjalistach z zakresu optyki. Z samych zakładów Zeissa w Jenie NKWD zabrało, w ramach operacji Osoawiachim, aż 286 specjalistów wraz z członkami rodzin, co czyniło w sumie około 700 Niemców, wywiezionych jednym ruchem do Leningradu. Tam porozdzielano ich pomiędzy słynną fabrykę nr 349, znaną jako “GOMZ” (tam później produkowano między innymi aparaty fotograficzne Lubitiel i Smiena), zakład produkcyjny Progres i Państwowy Instytut Optyczny. Cały sprzęt ze zdemontowanych zakładów Zeissa spędził sporo czasu na wolnym powietrzu i sporo urządzeń uległo zniszczeniu z powodu typowej sowieckiej bezmyślności i wszechobecnego niechlujstwa. Niemcy musieli w bałaganie znaleźć potrzebne przedmioty i je samodzielnie naprawić, co się generalnie udało. Czym się zajmowano? Budowano urządzenia do astrofizyki, spektrografii, celowniki, dalmierze, mikroskopy pomiarowe, teleskopy, epidiaskopy i aparaty fotograficzne. Jeszcze w 1952 roku w ZSRR używano szkła przywiezionego z magazynów w Jenie – jego jakość znacznie przewyższała to, co udawało się wyprodukować w Kraju Rad. Te maszyny z Jeny, które nie pojechały do Leningradu, trafiły do Krasnogorska (aparaty Zorki) oraz do Kijowa (dział aparatów Contax). Część niemieckich specjalistów pozostała w ZSRR jeszcze po 1952 roku.

Aparat fotograficzny “Leningrad”, produkowany w GOMZ w latach 1956-1968. (Wikimedia Commons)

Z jednym brutalnym wnioskiem musimy się pogodzić: pełnego zakresu wykorzystania nazistowskich specjalistów w ZSRR po 1945 roku nie poznamy nigdy. Częściowo ze względu na zintensyfikowane przez ekipę Putina fałszowanie historii, ewidentne choćby w powrocie do obwiniania Niemców o zbrodnię katyńską, częściowo dlatego, że jeśli nawet ktoś wspomina o operacji Osoawiachim i pokazuje niepełne listy osób, zabranych do ZSRR, to nie mówi się nigdy o ogromnej rzeszy ludzi wysłanych na wschód jeszcze w 1945 roku (jak choćby fizycy jądrowi), nie mówi się też o szeregowych technikach i mechanikach, brygadzistach, kreślarzach… Związek Radziecki osiągnął perfekcję w tworzeniu legend, fałszowaniu życiorysów, przypisywaniu sobie zasług innych krajów, a także ukrywaniu prawdziwej historii.

Obozy pracy, do których deportowano Górnoślązaków w 1945 roku. (Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków do ZSRR w 1945 roku).

Sowieci, pozornie trzymając się ustaleń z Jałty i Poczdamu, podciągali deportacje personelu naukowego III Rzeszy pod osobowe świadczenia w ramach reparacji wojennych. Dokładnie według tej samej wymówki – pasującej do narracji, że Związek Radziecki poświęcił miliony swoich obywateli dla “ratowania” Europy przed faszyzmem – zabrano na wschód kilkadziesiąt tysięcy Górnoślązaków, których zmuszono do pracy w sowieckich kopalniach i obozach pracy przez kilka lub nawet kilkanaście lat; wielu z nich wywieziono już w lutym 1945 roku! Od maja 1945 opuszczonego hitlerowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau Sowieci używali jako “Frontowego Obozu Przesyłowego” dla jeńców wojennych, ale przeszło przezeń także sporo Ślązaków, podobnie jak przez obóz w Łabędach, więzienie w Gliwicach itd. Nawet bezmyślni apologeci zbrodniarza Bieruta muszą przyznać, że nigdy nie upomniał się o Polaków, zmuszonych do niewolniczej pracy u rzekomego sojusznika. Ani on, ani Gomułka nie ośmielili się zaryzykować gniewu swoich mocodawców – dopiero w 1956 roku pojawiła się szansa oficjalnego powrotu tych wywiezionych, którzy przeżyli. W obozach śmiertelność sięgała często 60%, zaś pełna lista wywiezionych nie istnieje. Szacuje się, że w ramach “reparacji ludzkich”, tych samych, na które powoływali się Sowieci z NKWD, wywożący hitlerowskich naukowców, deportowano pomiędzy 50 i 150 tys. Górnoślązaków. Przyobozowe, prowizoryczne cmentarze zlikwidowano w latach 60. XX wieku i zabudowano tereny po nich pozostałe. Cóż, bracia z ZSRR znacznie lepiej potraktowali wrażych nazistów niż “przyjaciół” z Polski.

Plakat propagandowy: Józef Stalin i Bolesław Bierut. (Wikimedia Commons)

Na świecie istnieje sieć – i to nie jest żadna teoria spiskowa – historyków, którzy są w stanie wykonać najgłupsze nawet fikołki intelektualne, aby tylko wspierać i umacniać Wielkie Sowieckie Kłamstwo. Przykład: bardzo popularny historyk Michael Jabara Carley, pracujący w Montrealu, autor wielu książek o historii ZSRR, zaraz po próbie zamordowania Skripala wysmarował pamflet, uwalniający Putina i podległe mu instytucje od odpowiedzialności za zamach, a oskarżający rząd brytyjski. Między innymi z tego powodu, dla przeciwdziałania dalszej propagacji sowieckich i rosyjskich kłamstw historycznych, powstał niniejszy cykl tekstów.

cdn.