Uszkodzony budynek w Bitburgu, w Niemczech, sfotografowany 1 marca 1945 przez fotografa US Army. Wikimedia Commons

WSPÓLNOTA CZERWIENI cz. 52

Prace nad bronią rakietową z wykorzystaniem niemieckich zasobów miały u Stalina priorytet, ale nie od razu – niektórzy jego podwładni z tego powodu toczyli między sobą administracyjne wojny. Broń rakietowa mogła w szybki sposób pomóc w zdobyciu przewagi militarnej w wojnie, którą musiał planować sowiecki dyktator, do obrony nie była bowiem potrzebna po oficjalnym zwycięstwie nad rzekomo największym wrogiem.

Gdy Instytut Rabe zaczął działać sobie w najlepsze, a Czertok tworzył plany pozyskiwania niemieckich naukowców z zachodnich stref okupacyjnych (w drodze werbunku i porwań), na miejscu zjawił się generał Kuzniecow, dowódca GAU, czyli głównego zarządu artylerii i oznajmił mu, że od tej pory Instytut znajduje się pod komendą właśnie GAU. Oponowanie generałowi nie miało sensu – przynajmniej jego stanowisko oznaczało poparcie dla pracy Czertoka i jego Niemców, gdy wielu sowieckich notabli nadal z niepokojem spoglądało w stronę Stalina, nie wiedząc, czy opłaca się pozytywnie mówić o broni rakietowej.

Wiernopoddańczy plakat ze Stalinem, 1945. Napis brzmi (w wolnym przekładzie): “Mieliśmy szczęście, że przez trudne lata wojny Armię Czerwoną i naród radziecki przeprowadził mądry i doświadczony wódz Związku Radzieckiego, Wielki Stalin”. (Wikimedia Commons)

Po Kuzniecowie pojawił się w Bleicherode jeszcze generał Gajdukow, odpowiedzialny za gwardyjskie jednostki moździerzy, te, którym podlegały baterie “Katiusz” – Gajdukow także zaczął naciskać w Moskwie, aby przeznaczono jak największe siły i środki na pozyskanie owoców hitlerowskiego programu rakietowego. Liczono się z jego zdaniem, bo sam Stalin kazał wydać dekret nr 9716ss, na podstawie którego specjalna komisja do spraw rakiety A-4 (V-2) mogła swobodnie dysponować personelem z dowolnych instytucji ZSRR. Wydanie dekretu miało miejsce 3 sierpnia 1945 roku. Już pięć dni później rozmaici naukowcy sowieccy, którzy wcześniej badali znalezione na terenie Polski resztki V-2, otrzymali indywidualne wezwania do Komitetu Centralnego WKP(b). Zapewne sparaliżowani strachem, dotarli do sali, w której spotkali równie przerażonych kolegów. Tam dowiedzieli się, że zostali praktycznie powołani do wojska i że następnego dnia jadą do Niemiec. Zapytano, czy mają pytania – samobójcami nie byli, nikt nie miał.

PS-84, czyli sowiecki licencyjny Douglas DC-3, później znany jako Lisunow Li-2. (Wikimedia Commons)

W niedopasowanych mundurach bez oznaczeń rodzaju sił zbrojnych, ale za to z dystynkcjami majorów i pułkowników, spotkali się nazajutrz na jednym z podmoskiewskich lotnisk, zostali zapakowani zapewne do Li-2, czyli licencyjnego DC-3 z licencyjnymi silnikami, i na podłodze pozbawionego foteli transportowego samolotu przeprowadzili pierwsze zebranie organizacyjne zespołu – raczej pełne spekulacji, bo nie powiedziano im, po co do Berlina lecą. Na miejscu ktoś zakomunikował im, że mają zająć się odtworzeniem dokumentacji konstrukcyjnej rakiety A-4 oraz ponownym uruchomieniem jej produkcji. Od tej pory międzyresortowej komisji podlegały takie jednostki, jak Instytut Rabe, zakłady produkcyjne Mittelwerk oraz berliński ośrodek badawczo-rozwojowy rakietowej broni przeciwlotniczej i rakiet kierowanych. Nim skończył się rok 1945, w Niemczech pracowało już 284 radzieckich specjalistów rakietowych.

Życie w sowieckiej strefie okupacyjnej, lato 1947. (Deutsche Fotothek/Wikimedia Commons)

Ale bez Niemców, jak się szybko zorientowano, niczego się wskórać nie dało. Wiedzieli to Amerykanie i śmietanka ludzi z Peenemünde trafiła do nich. Szansa na zbudowanie nowoczesnych sił zbrojnych, które byłyby w stanie sprawnie pokonać niedawnych sojuszników, mogła Sowietom umknąć i niektórzy zdawali sobie z tego sprawę, proponując rozwiązania dobrze znane – kierujący przemysłem lotniczym ZSRR towarzysz Szachurin napisał w czerwcu 1945 list do Komitetu Centralnego, w którym proponował ustanowienie systemu zatrudniania niemieckich specjalistów pod zarządem NKWD. Marszałek Żukow, dowódca wojskowej administracji sowieckiej strefy okupacyjnej, nakazał podwładnym przygotowanie zasad zatrudnienia obywateli niemieckich i wynagradzania ich za pracę. Jak pisałem wcześniej, Sowieci mieli otrzymać matryce do druku okupacyjnej waluty, więc środki finansowe, de facto kradzione aliantom, nie stanowiły problemu. Władze sowieckie uruchomiły specjalną radiostację w Lipsku, która po niemiecku zachęcała byłych pracowników Peenemünde do zatrudniania się po wschodniej stronie. Tragiczne warunki bytowe większości byłych naukowców, konstruktorów, techników stanowiły istotny czynnik w wyborze dalszej drogi życia – gotowi byli pracować dla radzieckiego okupanta, byle tylko wyżywić rodziny i siebie.

50 marek niemieckich, banknot wydrukowany przez ZSRR i ważny w całych okupowanych Niemczech. 1948 rok. (Wikimedia Commons)

Nadal szukano ludzi, którzy bezpośrednio współpracowali z von Braunem, ale do świadomości Sowietów zaczął przenikać rozsądny pogląd, że może po prostu wystarczy pozyskać specjalistów z właściwych dziedzin, którzy posiadają potrzebną wiedzę i umiejętności praktyczne. Podążając tym śladem, zatrudniono na przykład znakomitego znawcę żyroskopów, Kurta Magnusa, Dr. Hocha, specjalistę od przyrządów pokładowych czy Dr. Blaziga, który wcześniej pracował u jednego z poddostawców, dostarczających podzespoły dla programu produkcji seryjnej rakiet V-2. Powolnym strumieniem płynęli zdesperowani Niemcy do Instytutu Rabe. Borys Czertok nie zaprzestał jednakże agresywnych poszukiwań w pozostałych strefach okupacyjnych – korzystając prawdopodobnie z ludzi organizacji Smiersz Iwana Sierowa, namówił czołowego eksperta od systemów kierowania lotem pocisków rakietowych A-4/V-2, Helmuta Gröttrupa, by zgodził się na relokację do Niemiec Wschodnich. Człowiek ten stać się miał centralną postacią niewyobrażalnie wielkiego wysiłku sowieckiego kierownictwa, zmierzającego do stworzenia niezawodnej broni rakietowej. Nie wszystkie tajne operacje Czertoka miały równie szczęśliwy epilog – podczas jednej z nich jego emisariusz, próbujący dotrzeć w amerykańskiej strefie okupacyjnej do samego Wernhera von Brauna (!), został pojmany przez wojsko amerykańskie i odtransportowany na granicę strefy.

Lipiec 1949, granica stref okupacyjnych, między Turyngią i Bawarią. (Bundesarchiv)

Zapoznając się z tym fascynującym okresem “niezależnego rozwoju” sowieckiej techniki rakietowej, ponownie napotykamy typowy dla propagandy ZSRR brak wewnętrznej logiki: historycy rosyjscy przyznali się wreszcie dwie dekady temu, że z ogromna intensywnością pozyskiwano dokumentację, sprzęt i ludzi z niemieckiego programu rakietowego. I ci sami historycy asekurancko twierdzą, że Niemcy właściwie niczego nie wnieśli, że nie wolno przeceniać ich wkładu, że Sowieci wszystko sami zrobili… To po co im byli Niemcy, dekret Stalina, specjalna komisja i tysiące ton towaru w setkach pociągów? Ot, tajemnica.

cdn.

Stalin i Wierszynin. Dzień Czołgisty. Wikimedia Commons

WSPÓLNOTA CZERWIENI cz. 51

Stalina bardzo interesowała nazistowska technika rakietowa, w szczególności metody kierowania pociskami ziemia-ziemia oraz ziemia-powietrze. W tym celu nakazał podwładnym, by ci zgromadzili jak najsilniejszy zespół niemieckich naukowców, inżynierów i techników. Wiedział, że coś takiego jak V-2, tylko wytwarzane na większą skalę, jest w stanie zapewnić mu przewagę podczas przyszłej inwazji Europy Zachodniej.

Wprawdzie ekipa Wernhera von Brauna i generała Dornbergera dostała się w ręce Amerykanów, ale to sowieckie wojsko zajęło Peenemünde i zabrało stamtąd do ZSRR dosłownie wszystko. Na celowniku ekip poszukiwawczych z Moskwy byli ludzie nie tylko wywodzący się bezpośrednio z programu V-2 (i V-1), ale także naukowcy, którzy potencjalnie mogli przejąć prowadzenie takiego programu dla Związku Sowieckiego. Nadto interesowano się ekipami, które stworzyły rozmaite pociski kierowane, w tym przeciwokrętowe i przeciwlotnicze. Zakres działalności najpierw “trofiejszczyków”, potem specjalnych ekspedycji na teren Niemiec, a następnie ośrodków i zakładów w Niemczech Wschodnich oraz w ZSRR nie jest w pełni znany, a informacje na jego temat – wyrywkowe i skąpe. Rosyjscy entuzjaści tematu zaczęli coś pisać w internecie na początku XXI wieku, ale szanse na dogłębne, uczciwe badania pod rządami Putina są zerowe. Program kosmiczny i broń rakietowa są fundamentami propagandy o samowystarczalności technicznej ZSRR i Rosji – naruszenie fundamentów rozbić może całkowicie mit potężnego mocarstwa.

Start V-2 w Peenemünde. (Bundesarchiv)

Wykorzystanie niemieckich doświadczeń, projektów i ludzi w zakresie techniki rakietowej przez Moskwę można podzielić na trzy etapy. Pierwszy to działalność batalionów zbierających trofea wojenne, drugi to praca Niemców dla Sowietów na terenie Niemiec, w latach 1945-1947 i trzeci, obejmujący pracę w ZSRR w latach 1946-1953. “Trofiejszyczki” działali formalnie od dekretu z lutego 1945 roku, ale de facto różne grupy Sowietów prowadziły podobną działalność już wcześniej. Każde dowództwo frontu na terenie okupowanej Polski i Niemiec (ale nie innych zajętych krajów; potem dołączono Czechosłowację) miało w swoim składzie komisję, której zadaniem było gromadzenie sprzętu i wiedzy. Warto wspomnieć, że montowane w ZSRR w latach 20. i 30. przez niemieckich i amerykańskich specjalistów tokarki miały prędkość roboczą tylko 600 obr./min, a to ze względu na niepewne parametry sowieckich sieci energetycznych. Ukradzione z terenów Polski i Niemiec tokarki pracowały z prędkością 3000 obr./min, co skokowo poprawiło precyzję wykonywania elementów obrabianych skrawaniem.

Borys Jewsiejewicz Czertok. (Wikimedia Commons)

W sumie na terenie Polski i Niemiec rozpoczęło działalność 48 tzw. brygad roboczych “trofiejszczyków”. Większość funkcjonowała na terenie Niemiec, reszta w Polsce i Czechosłowacji. O randze tej organizacji niechże świadczy fakt, że na jej czele znalazły się takie osoby jak Malenkow i Bułganin. W ramach owych struktur powstały sowieckie ekipy, które jako pierwsze zaczęły aktywnie poszukiwać ludzi, dokumentacji i sprzętu związanych z nazistowskim programem rakietowym. Pierwszą była ekipa generała Pietrowa, która, choć teoretycznie miała szukać nowoczesnej awioniki, przyrządów pokładowych, uzbrojenia lotniczego i urządzeń radiolokacyjnych, to w swoim składzie miała niejakiego Czertoka. Borys Jewsiejewicz Czertok, urodzony w 1912 roku w Łodzi, w rodzinie rosyjskich okupantów Polski (wynika to domniemanie z faktu, iż jego ojca przeniesiono służbowo do Moskwy, gdy Borys miał trzy lata) jest opisywany w internecie jako ojciec sowieckich systemów kierowania lotem rakiet kosmicznych – oczywiście jako marksistowsko-leninowski geniusz, który sam z siebie, znienacka, nagle wszedł w posiadanie stosownej wiedzy od razu w 1946 roku. W zespole Pietrowa Czertok i jego ludzie zajmowali się poszukiwaniami śladów niemieckich programów rakietowych. Już w sierpniu 1944 roku na terenie ośrodka szkoleniowego SS w widłach Wisły i Sanu, nieopodal Dębicy (SS-Truppenübungsplatz Heidelager) sowieckie wojsko znalazło kompletne rakiety V-2 oraz zdemontowane platformy startowe. Wcześniej wojska rakietowe SS szkoliły się w odpalaniu rakiet na poligonie Blizna, tym samym, z którego wywiad Armii Krajowej elementy V-2 wysłał do Londynu.

Artillerie-Zielfeld Blizna/Poligon Blizna. (Wikimedia Commons)

Drugim zespołem był team generała Sokołowa. Złożony był po części z inżynierów, którzy mieli za sobą pracę przy wyrzutniach “Katiusza”. Jednym z pierwszych zadań zespołu było zbadanie kompleksu w Peenemünde. Sama skala przedsięwzięcia dała sowieckim delegatom do myślenia – bez wątpienia hitlerowskiej broni rakietowej należał się priorytet. Znaleziono co najmniej jeden kompletny pocisk V-2 oraz różne dokumenty, w tym projekt naddźwiękowego samolotu bombowego o napędzie rakietowym. Do Peenemünde przyjechała też inna radziecka delegacja, z resortu produkcji amunicji, w której składzie znalazł się Siergiej Korolow, autentyczny specjalista od rakiet, wcześniej więziony w obozie, a z którego potem propaganda sowiecka zrobiła samodzielnego ojca programu kosmicznego ZSRR.

Siergiej Korolow po aresztowaniu w 1938 roku. (Wikimedia Commons)

Na podstawie porozumień z Poczdamu Amerykanie przekazali Sowietom Turyngię. Ta kraina została włączona do sowieckiej strefy okupacyjnej i znajdowały się tam obiekty, które mocno interesowały Moskwę – głównie ogromny podziemny kompleks fabryczny koło Nordhausen (ten sam, któremu siły roboczej dostarczały obozy koncentracyjne Dora). Dokumentację wcześniej zabrali wysłannicy z USA, ale nagle pojawiło się sporo Niemców, którzy liczyli na to, że pracować na rzecz ZSRR będą mogli w Niemczech. W dodatku znaleziono sporo niekompletnych rakiet V-2, silników do nich i mnóstwo podzespołów. Amerykanie zabrali z Nordhausen tylko 400 ton gotowych rakiet, elementów do nich oraz urządzeń. Sowieci załadowali 717 wagonów towarowych maszynami, głowicami bojowymi i nieukończonymi rakietami o łącznej masie 5647 ton. Pod koniec 1946 roku radzieckie władze okupacyjne zmontowały jeszcze jedną falę transportów: 2270 wagonów wywiozło do ZSRR 14256 ton towaru z niemieckich fabryk broni rakietowej.

SIlniki dla rakiet V-2 w kompleksie produkcyjnym Nordhausen. (Wikimedia Commons)

Jednym z nielicznych miejsc, ważnych dla hitlerowskiego programu rakietowego, które wpadły nietknięte w ręce Sowietów, był zespół stanowisk startowych w Lehesten. Przyjechał tam Walentin Głuszko, jeden z nielicznych radzieckich inżynierów o znacznej wiedzy na temat silników rakietowych – wcześniej zajmował się rozwojem startowych silników rakietowych dla samolotów. Głuszko wraz z kolegami zadomowili się w Lehesten, gdzie pozostali aż do 1947 roku. Już we wrześniu 1945 roku udało się dokonać pierwszych uruchomień silników, w czym ważną rolę odegrał dr Karl-Joachim Umpfenbach, urodzony w Oppeln (dziś Opolu) matematyk i inżynier-mechanik.

Podziemne zakłady produkcyjne V-2. (Bundesarchiv)

Przejmując po kolei tereny opuszczane przez Amerykanów, Sowieci zaraz po Nordhausen wybrali się do Bleicherode, gdzie znajdowała się ostatnia siedziba zespołu badawczo-rozwojowego Wernhera von Brauna. Wprowadził się tam wspomniany wcześniej Czertok, któremu udało się szybko zwerbować do pracy 12 Niemców. Jak widać, rzekoma nienawiść do faszystów zupełnie nie przeszkadzała ludziom radzieckim w realizacji planu rozbudowy wojsk rakietowych… Wprawdzie Niemcy ci nie mieli doświadczenia bezpośrednio w pracy nad rakietami, ale byli wprawnymi inżynierami i technikami. Zadaniem grupy Czertoka, pracującej w tej samej willi, którą wcześniej zajmował von Braun, było odtworzenie systemu kierowania lotem rakiety V-2 (A-4). Ośrodek nazwano “Institut Rabe”, przy czym “Rabe” to skrót od “Raketenbau” (budowa rakiet) i “Entwicklung” (rozwój). Do instytutu zaczęły ściągać grupy szukających pracy niemieckich specjalistów.

Układ sterujący rakiety V-2. (Bundesarchiv)

cdn.

Urodziny Stalina: Mao, Bułganin, Stalin, Ulbricht, Cedenbał. (Wikimedia Commons)

WSPÓLNOTA CZERWIENI cz. 50

Opisane powyżej obszary działalności niemieckich konstruktorów lotniczych, tworzących spektakularne samoloty bojowe oraz silniki turboodrzutowe i turbośmigłowe, nie wyczerpują zakresu prac Niemców na rzecz sowieckiego lotnictwa. Ekipa generała Sierowa w swoje sieci złapała także pokaźną grupę specjalistów z innych pokrewnych dziedzin.

Gdyby Związek Radziecki sam potrafił produkować nowoczesne przyrządy dla statków powietrznych, układy autopilotów, elektronikę radiową i radarową czy przyrządy laboratoryjne, czyniłby to, nie żywiąc tabunów Niemców z rodzinami. W kompleksie Zakładu Nr 2 w Uprawlienczeskim Gorodku koło Kujbyszewa, oprócz biur konstrukcyjnych OKB-1 i OKB-2, które omówiłem wyżej, znalazły się jeszcze dwa. OKB-3, złożone z pracowników zakładów Askania w Berlinie, kierowane przez niejakiego Lehrtesa, zajmowało się kilkoma projektami. Naprawiano i modernizowano tam układy kierowania pocisków V-1, zaprojektowano i zbudowano prototyp autopilota, a także pracowano nad układami automatycznego startu i lądowania.

Samolot B-25 Mitchell. Na takim płatowcu testowano w ZSRR autopilota konstrukcji Niemców z OKB-3. (Wikimedia Commons)

System automatycznego pilota zamontowano w 1949 roku w samolocie B-25 z wojennych dostaw Lend-Lease i sprawdzono jego działanie w locie – spisywał się znakomicie. Niemieccy specjaliści stworzyli także układ autopilota o ograniczonych możliwościach, przeznaczony dla myśliwców. W tym samym ośrodku badawczym przygotowano układ sterowania dla pocisku manewrującego 16X, teoretycznie konstrukcji Czełomieja, a tak naprawdę stanowiącego kontynuację broni V-1. Pierwsze zestawy montażowe wraz z serwomechanizmami były gotowe już w 1947 roku. W 1950 pozwolono części Niemców wyjechać do NRD, ale 43 ludzi przeniesiono do innego zakładu, gdzie włączono ich w skład grupy hitlerowskich specjalistów rakietowych.

Komsomolcy w Budapeszcie, 1949. (Bundesarchiv)

OKB-4 wywodziło się z wydziału badawczo-rozwojowego Siemensa, a jego zadaniem było udoskonalenie oscylografów Siemensa, usprawnienie konstrukcji tychże, a nadto ich produkcja seryjna dla sowieckich instytutów badawczych. Ekipa z Siemensa, pod kierunkiem Kurta Müllera, stworzyła także dla ZSRR urządzenia do badania grubości powłok, w tym powłok lakierniczych. Notabene wszystkie wspomniane tu jednostki badawcze, wypełnione niemieckimi naukowcami, inżynierami i technikami, po przyjeździe do Związku Sowieckiego musiały najpierw własnoręcznie wyremontować zapuszczone budynki i pomieszczenia, które dla nich przeznaczono.

MiG-9 (San Diego Air & Space Museum/Wikimedia Commons)

Mniej lub bardziej liczne grupy Niemców z przemysłu lotniczego pracowały do wczesnych lat pięćdziesiątych w rozlicznych sowieckich ośrodkach badawczych o charakterze tajnym. I tak ekipa Karla Prestela z zakładu BMW w Stassfurcie opracowała “radziecki” silnik turboodrzutowy RD-20, stanowiący wersję oryginalnego BMW 003. Późniejszy wariant, o nazwie RD-21, napędzał samolot MiG-9. Samolot ten, wyprodukowany w liczbie ponad 600 sztuk, wyraźnie cierpiał na niedobór niemieckiej wiedzy lotniczej – w konstrukcji popełniono kardynalne błędy, a pierwszy prototyp niemal od razu zabił pilota. Wszyscy niemieccy silnikowcy musieli sobie radzić z katastrofalnym poziomem jakości sowieckiego przemysłu, wszechobecnym niechlujstwem i zwyczajną tępotą – sowiecki stop stali o nazwie EI-403, stosowany w silnikach turbinowych, znacznie ustępował niemieckiemu Tinidurowi, powstałemu w DVL ok. roku 1936.

Jak-15 z silnikiem RD-10. (Wikimedia Commons)

Grupa inżynierów z fabryki Junkersa w Dessau, którzy nie pracowali z Brandnerem nad silnikiem dla Tu-95, zbudowała “radziecki” silnik odrzutowy RD-10, czyli wariant jednostki Jumo 004 – zespołem kierował A. Scheibe. Silnik ten produkowano seryjnie i montowano w powstałych na bazie konwencjonalnego Jaka-3 myśliwcach odrzutowych Jak-15 i Jak-17 oraz w dwumiejscowym samolocie szkolno-treningowym Jak-17UTI (w sumie ponad 700 płatowców). Jak-17 miał być nawet produkowany w Polsce na polecenie Moskwy (po pewnym czasie zdecydowano, że Mielec będzie wytwarzać MiGa-15). Jeden egzemplarz dwumiejscowego Jaka-17UTI dość długo wykorzystywano w warszawskim Instytucie Lotnictwa. Scheibe i spółka już w 1946 roku pracowali dla Sowietów nad silnikiem odrzutowym P130, zaopatrzonym w sprężarkę napędzaną silnikiem tłokowym – projekt porzucono, gdy Niemcy zaczęli przygotowywać do produkcji seryjnej w ZSRR silniki brytyjskie Rolls-Royce Nene i Derwent. Ekipa ekspertów z Dessau, żyjących w kiepskich warunkach w ZSRR, mogłaby – gdyby wiedziała – pozazdrościć tym swoim kolegom, którzy wraz z głównym konstruktorem Franzem Anselmem (głównym twórcą Jumo 004) zdecydowali się oddać do dyspozycji Amerykanów. Trafili oni do Lycominga, gdzie stworzyli rodziny silników turbinowych T53 i T55 (napędzających legendarne śmigłowce UH-1, Huey Cobra i Chinook). Ich dziełem jest także jednostka napędowa czołgu M1 Abrams.

Jak-17UTI w warszawskim Instytucie Lotnictwa, rok 1960. (Wikimedia Commons)

Ciekawa jest historia zdolnego inżyniera z berlińskiej firmy Argus, znanej z produkcji tłokowych silników lotniczych tudzież silnika pulsacyjnego dla V-1. W końcowej fazie wojny jej biuro konstrukcyjne zostało także obciążone pracą nad silnikami turboodrzutowymi. Inżynier ten nie trafił do ZSRR w ramach Operacji Osoawiachim. Dlaczego? Skala zadań niemieckich specjalistów lotniczych w ZSRR była tak ogromna, że Sowietom wciąż brakowało ludzi. Sięgnęli zatem po ekspertów, którzy osadzeni byli w obozach jenieckich w ZSRR, i stamtąd pozyskali około 1600 osób – czyli poza kilkoma-kilkunastoma tysiącami fachowców przywiezionych w ramach Operacji Osoawiachim znaleziono w obozach tylu speców z III Rzeszy, ilu W SUMIE w ramach operacji Paperclip do USA zabrali Amerykanie… Manfred Christian był czołowym inżynierem biura konstrukcyjnego firmy Argus i autorem projektów wielu seryjnych silników tłokowych (niektóre produkowano we Francji jeszcze w latach 60. XX wieku). Po wydobyciu z obozu Sowieci skierowali go do Rybińska, gdzie nakazano stworzonemu wokół niego zespołowi pracę nad silnikiem odrzutowym TRD-7B, który prawdopodobnie doprowadzono do stadium prototypu. Pracował także skutecznie nad silnikiem turbośmigłowym TRDV (TRDW), który zapewne miał stanowić zabezpieczenie na wypadek niepowodzenia prac zespołu Brandnera. Przy tym ostatnim projekcie zatrudniono w sumie około tysiąca (!) osób.

Gułag. (Wikimedia Commons)

Christian ukończył ostateczną wersję projektu w 1949 roku i liczył na to, że zgodnie z obietnicą Sowietów będzie mógł wrócić do Niemiec. Moskwa miała wobec niego jednak inne plany. Wysłano go na wschód, do ośrodka w Uprawlenczeskim Gorodku, aby razem ze swoją ekipą dołączył do teamu Brandnera i pracował nad doskonaleniem silnika turbośmigłowego, który ostatecznie nazwano NK-12. Niemiecki inżynier z doktoratem zbuntował się i rozpoczął coś w rodzaju strajku. Ukarano go zsyłką do kolonii karnej na Magadanie. Zapadł tam na ciężką chorobę i po jakimś czasie wywieziono go do NRD.

Samolot transportowy An-12. (Wikimedia Commons)

Niemieccy inżynierowie lotniczy pracowali w ZSRR także nad rozwojem silników Jumo 004 i BMW 003 w wersjach z dopalaniem oraz, w przypadku tego drugiego, dodatkowym silnikiem rakietowym na paliwo ciekłe. Ekipa Prestela budowała nowy wariant zaprojektowanego w czasie wojny silnika turbośmigłowego BMW 028 – prace przerwano w 1948 roku ze względu na niedobór stanowisk badawczych i wyposażenia laboratoryjnego. Z kolei silnik Jumo 022 rozwinięty został, przez połączone od 1948 biura Scheibego i Prestela (co najmniej kilkuset Niemców) w silnik TW-2, z którego wywodziły się silniki oficjalnie zaprojektowane przez Kuzniecowa i Iwczenkę, a napędzające samoloty An-8, An-10, An-12, Ił-18, pierwsze śmigłowce Mi-6 oraz prototyp helikoptera Kamow Ka-22.

Eksperymentalny śmigłowiec Kamow Ka-22. (Wikimedia Commons)

Doprowadzono do stadium prototypów wersje powstałych przed 1945 silników odrzutowych Jumo 012 i BMW 018. Skala działań niemieckich specjalistów w dziedzinie silników lotniczych, pracujących od 1946 roku w ZSRR, jest trudna do przecenienia – bez nich Związek Sowiecki po prostu nie miałby w tak krótkim czasie przemysłu zdolnego produkować jednostki turboodrzutowe i turbośmigłowe, nie miałby własnych konstruktorów i kadry technicznej. Niektórzy Niemcy, tacy jak Baade i Brandner, cieszyli się specjalnym względami stalinowskich mocodawców i jeździli na urlopy do Soczi. Ich koledzy marzli w niedogrzanych barakach, a niektórzy prawdopodobnie dokonali żywota w syberyjskich kopalniach.

Samolot Ił-18 w służbie PLL LOT. Silniki – NK-4, wywodzące się z zaprojektowanych przez Niemców w ZSRR silników TW-2. (Wikimedia Commons)

W kolejnym odcinku zajmę się nazistowską kadrą specjalistów od pocisków rakietowych i jej osiągnięciami w ZSRR.

cdn.