Etymologiczna opowieść zimowa. Część 3: Rzecz na Nowy Rok

Inne wpisy z tej serii
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 1: Zima i jej kuzyni
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 2: O śnieżeniu
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 4: Zagadka baraniego skoku

Prolog

O ile pojęcie zimy nie było obce naszym przodkom z epoki praindoeuropejskiej (8-6 tys. lat temu), a wiele ludów starożytnych potrafiło precyzyjnie określać porę roku na podstawie obserwacji astronomicznych, o tyle kalendarz z formalnym podziałem na miesiące i numeracją dni jest wynalazkiem stosunkowo niedawnym. Wczesne kalendarze księżycowo-słoneczne próbowały jakoś wybrnąć z faktu, że długości dnia, miesiąca księżycowego i roku astronomicznego nie da się wyrazić za pomocą prostych proporcji w liczbach całkowitych. Pierwotnie precyzyjną rachubę czasu w krótkiej skali zapewniały cykle księżycowe z dobrze widocznymi fazami, a cykl pór roku traktowano raczej całościowo: mówiono, że ktoś przeżył pięć lub dwadzieścia takich cykli, ale bez dzielenia ich na krótsze miary czasu. Dlatego w językach indoeuropejskich ‘miesiąc’ i ‘księżyc’ były synonimami, a odnoszące się do nich słowo *meh₁ns- ma związek z czasownikiem *meh₁- ‘zmierzyć’ (patrz wpis O księżycu, księdzu, książętach i księżniczkach). Natomiast w celu określenia wieku często zliczano jakąś wybraną porę roku (pięć zim, pięć wiosen), mającą reprezentować pełny rok. W tradycji słowiańskiej często było to lato, wskutek czego funkcję liczby mnogiej rzeczownika rok przejęły w języku polskim lata. Bardziej skomplikowana sytuacja występuje w rosyjskim, gdzie liczbą mnogą od słowa god ‘rok’ jest zasadniczo góda, ale po liczebnikach wymagających dopełniacza używane jest słowo let (dopełniacz liczby mnogiej od léto ‘lato’) zamiast godóv. Czyli na przykład tri góda ‘trzy lata’, ale pjatʹ let ‘pięć lat’.

Roki, lata i gody

Samo słowo rok na określenie cyklu kalendarzowego nie jest szczególnie stare. Pochodzi od słowiańskiego czasownika *rek- ‘mówić’ (bezokolicznik *rekti > *retji > polskie rzec) i ma związek z takimi słowami jak prorok (ktoś, kto przepowiada), wyrok (orzeczenie), urok (wypowiedzenie zaklęcia, dawniej też coś ustalonego w umowie), rzecz (to, o czym mówimy, dawniej także opowieść), rokowania (umawianie się, pertraktacje) i wiele, wiele innych. Słowo *rokъ (po staropolsku rok z liczbą mnogą roki) oznaczało z początku wyznaczony termin odbycia lub ukończenia jakiejś czynności (którą można było odroczyć, czyli przesunąć na późniejszy termin). Wyrażenie roki sądowe oznaczało terminy regularnych posiedzeń sądu (bez względu na to, jak często się odbywały), a czynić roki oznaczało ‘procesować się’. A zatem rok był bliski znaczeniowo dzisiejszemu termin, data i dopiero wtórnie zaczął oznaczać cykl, względem którego wyznaczano sezonowe terminy. W staropolszczyźnie oba znaczenia występowały obok siebie. Tradycja ma jednak twardy żywot: w XXI w. upływ czasu nadal liczymy po dawnemu w latach (tyle że przed laty miejscownik brzmiał w leciech). W językoznawstwie taki mieszany typ odmiany, gdy różne formy tej samej jednostki słownikowej (np. liczba pojedyncza i mnoga) są różnego pochodzenia (jak rok/lata), nazywamy supletywnym.

W kilku językach słowiańskich słowo *lěto (o podstawowym znaczeniu ‘lato’) pojawia się w znaczeniu ‘rok’ także w liczbie pojedynczej. Tak jest w języku słoweńskim, w językach łużyckich, w wymarłym języku połabskim i – rzecz godna uwagi – w staro-cerkiewno-słowiańskim. Taka szeroka dystrybucja wskazuje, że w okresie prasłowiańskim znaczenie nazwy ‘lata’ rozciągało się na cały rok. Dopiero po okresie wielkich migracji Słowian pojawiły się bardziej wyspecjalizowane określenia roku: *rokъ (< ‘termin’) rozprzestrzenił się na części obszaru zachodniosłowiańskiego (języki czeski, słowacki, polski i kaszubski), a z polskiego został zapożyczony także do ukraińskiego (rik, liczba mnoga róky). Innowacją pierwotnie charakterystyczną dla obszaru wschodniosłowiańskiego (zachowaną w rosyjskim i białoruskim) był *godъ, a na południu Słowiańszczyzny (w grupach bułgarsko-macedońskiej i serbsko-chorwackiej) pokrewne słowo *godina. Rzeczownik *godъ oznaczał pierwotnie stosowną, odpowiednią porę na coś. W języku polskim utrzymał się tylko w liczbie mnogiej jako gody ‘święto, wesele, okres świąteczny’, a także ‘okres reprodukcyjny zwierząt’. Natomiast pełna lista polskich słów utworzonych od niego byłaby sążnista: godny/godzien, dogodny, wygoda, pogoda, ugoda, zgodzić się, pogodzić itd., a nawet godzić w znaczeniu ‘trafiać, uderzać’. Słowo godzina występuje w polskim nie tylko w pierwotnym znaczeniu ‘czas, pora, termin’, lecz także jako jednostka czasu. Tyle że nie oznacza roku, jak w większości języków południowosłowiańskich, ale 1/24 doby. Takie samo znaczenie przybrała *godina w innych językach zachodniosłowiańskich, a także w ukraińskim i białoruskim.

Ryc. 1.

Jak Juliusz i Grzegorz naprawiali rok

Wraz z chrześcijaństwem wprowadzono w krajach słowiańskich kalendarz stanowiący pamiątkę po Cesarstwie Rzymskim. Dzielił on rok na 12 miesięcy o długości takiej, jaką znamy dziś (30 lub 31 dni), zrywając związek między miesiącem kalendarzowym a księżycowym (liczącym 29,53 doby). We wczesnym okresie rzymskim rok zaczynał się w miesiącu zwanym mārtius (na cześć boga Marsa). Ostatni miesiąc roku, zwany februārius, był nieco krótszy od pozostałych i służył tradycyjnie do okresowego regulowania średniej długości roku kalendarzowego, tak aby była mniej więcej zgodna z długością roku astronomicznego. Tę funkcję regulacyjną zachowano w kalendarzu juliańskim. Odtąd februārius miał liczyć sobie zwykle 28 dni, ale co cztery lata – 29 dni. Zwiększało to liczbę dni roku z 365 do 366 w latach przestępnych i dawało średnią długość roku kalendarzowego 365,25 doby. Oczywiście nadal stosujemy tę samą sztuczkę, dlatego w tym roku luty będzie miał 29 dni. Rzymianie nie wprowadzili jednak dalszych, długookresowych poprawek, a ponieważ długość roku astronomicznego mierzona w dobach nie wynosi dokładnie 365,25, ale raczej 365,2425…, po odpowiednio długim czasie pojawiała się zauważalna rozbieżność między cyklicznymi zjawiskami astronomicznymi (jak przesilenie zimowe bądź letnie i równonoc wiosenna bądź jesienna) a przypisaną im pierwotnie datą.

Od 45 r. p.n.e. na mocy edyktu Juliusza Cezara początek roku urzędowego (choć nie religijnego) zaczęto w Rzymie liczyć od pierwszego dnia miesiąca iānuārius, poświęconego bogu o imieniu Janus (Iānus). Bóg ten był strażnikiem bram (iānua) oraz opiekunem przejść, początków i zakończeń, więc nadawał się symbolicznie na patrona początku nowego roku i zakończenia starego. Ten nowy system rzymski, po drobnych poprawkach ustabilizowany za czasów Oktawiana Augusta, służył Europejczykom przez około 1600 lat pod nazwą kalendarza juliańskiego. Zreformował go dopiero papież Grzegorz XIII w 1582 r., wprowadzając prócz zwykłych lat przestępnych dodatkowe korekty (stosowane co 100 i 400 lat) redukujące rozbieżność między urzędową rachubą czasu a czasem astronomicznym.

Szczególne zaniepokojenie kościoła budziła niestabilność kalendarzowej daty Wielkanocy, ustalanej (w nawiązaniu do tradycji kalendarza żydowskiego) względem równonocy wiosennej i faz Księżyca, a zatem według kryteriów astronomicznych. W roku 45 p.n.e. przesilenie zimowe wypadło 25 dnia miesiąca zwanego december (pierwotnie, zgodnie z etymologią nazwy, dziesiątego, a od tamtej pory – dwunastego). W roku 1581 przesilenie wypadło 11 dnia tegoż miesiąca, czyli cofnęło się o dwa tygodnie wskutek narastającej rozbieżności między kalendarzem a pozycją Ziemi na orbicie wokółsłonecznej. Nowy Rok, który zgodnie z intencją Juliusza Cezara miał się zaczynać tydzień po zimowym przesileniu, w XVI w. wypadał trzy tygodnie po nim, dryfując w stronę wiosny i ciągnąc za sobą Boże Narodzenie. Groziło to katastrofą teologiczną: zderzeniem Bożego Narodzenia z Wielkanocą po dalszych paru tysiącach lat.

Reforma gregoriańska nie tylko poprawiła regulację średniej długość roku (tempo narastania błędu zredukowano do 1 doby na ok. 3300 lat), ale także jednorazowo wycięła z kalendarza 10 dni, aby skompensować narosłe przez wieki przesunięcie: po 4 października 1582 r. nastąpił bezpośrednio 15 października. Dopasowanie dni roku do konfiguracji Ziemi i Słońca cofnięto w ten sposób do stanu z początków IV w. n.e. Nie był to przypadkowy wybór „punktu przywrócenia systemu”, ale starannie przemyślana decyzja, albowiem na soborze nicejskim I w 325 r. uzgodniono obowiązujący od tej pory algorytm obliczania daty Wielkanocy. Kościół postanowił więc zakonserwować ówczesny stan kalendarza, aby nie było wątpliwości, że główne święta chrześcijańskie wyznaczające rytm roku liturgicznego mają solidne umocowanie astronomiczne nadane im za czasów cesarza Konstantyna Wielkiego. Polska, wzorem większości krajów katolickich, przyjęła reformę natychmiast po jej ogłoszeniu.

Ryc. 2.

Tajemnica pierwszego miesiąca

W XVI w. ustaliły się z grubsza polskie nazwy miesięcy. Już wcześniej próbowano je nazywać za pomocą nazw zaczerpniętych z tradycji słowiańskiej, które odnosiły się niezbyt konkretnie do pewnych charakterystycznych fragmentów cyklu rocznego bez szczególnej dbałości o to, kiedy jeden się kończy, a drugi zaczyna. Robiono to bardzo nieformalnie i wiele miesięcy miało nazwy alternatywne. Na przykład februārius był często określany jako luty (z prasłowiańskiego *ljutъ ‘srogi, okrutny’), ale nazywano go również sieczniem, strąpaczem, jatniem (mianownik jacień), a także styczniem. Z kolei nazwa luty odnosiła się okazyjnie także do pierwszego miesiąca (iānuārius), jako że nadal odczuwano jej opisowość (czas srogich mrozów), niekoniecznie uwiązaną do konkretnych dat. Pierwszy miesiąc roku nazywano także ledniem (mianownik ledzień, oczywiście od lodu), prosińcem (nazwa ta mogła też odnosić się do grudnia), tyczniem, ale najczęściej styczniem. Kiedy wymagana była precyzja, na użytek urzędowy trzymano się nazw łacińskich.

Słowiańskie nazwy niektórych miesięcy są przejrzyste etymologiczne i nawet laik potrafi poprawnie zgadnąć, na jakiej podstawie je utworzono. Inne z kolei bywają zagadkowe. Dotyczy to między innymi słowa styczeń. Pokrewna nazwa pierwszego miesiąca, stëcznik, występuje w języku kaszubskim, ale poza tym styczeń nie ma odpowiedników w innych językach słowiańskich. Popularne wyjaśnienie, że chodzi o miesiąc „styczny” (czyli na styku starego i nowego roku), pachnie na milę tzw. etymologią ludową, opartą wyłącznie na podobieństwie brzmienia, na dokładkę słów współczesnych, nie piętnastowiecznych. Inna możliwość zakłada, że wariant tyczeń jest starszy i oznacza miesiąc „tyczny” od rzeczownika tyka lub tycza/tycz. Miał to bowiem być okres, w którym – obok zimowej zrywki drewna i zbierania opału – pozyskiwano materiał na potrzebne w gospodarstwie tyczki, żerdzie i paliki.

Hipoteza ta nie wyjaśnia jednak nagłosowego s w formie styczeń, która dominowała już w XV w. Najpopularniejsze obecnie wyjaśnienie zakłada, że nastąpiła tzw. kontaminacja – skojarzenie nazwy tyczeń z którąś z powierzchownie podobnych nazw miesięcy zimowych, mającą jednak inne pochodzenie. Dobrym kandydatem jest sieczeń (*sěčьnjь ‘okres wyrębu’), w różnych językach słowiańskich kojarzony z kalendarzowym lutym lub styczniem. Hybrydyzacja pary sieczeń ~ tyczeń jest według tej koncepcji źródłem nazwy stycznia. W każdym razie w XVI w. styczeń utrwalił się w Polsce na dobre jako rodzimy zamiennik nazwy iānuārius i pozostał nim do dziś.

I jeszcze ten baran…

Wyjaśniwszy w ten sposób kilka problemów noworocznych, chciałbym się podzielić z Czytelnikami refleksją na temat jednego z licznych porzekadeł związanych z początkiem roku. Otóż mówi się: „Na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok”. Chyba wszyscy znają to powiedzenie, ale co ono właściwie oznacza? I czy „na barani skok” to dużo, czy mało? Nie tylko w internecie, ale nawet w uczonych artykułach można się natknąć na sprzeczne opinie. Jedni twierdzą, że baran jest zwierzęciem skocznym, a porzekadło oznacza, że długość dnia na początku roku zaczyna dynamicznie rosnąć. Inni – przeciwnie – utrzymują, że baran skacze wprawdzie wysoko, ale praktycznie w miejscu, co oznacza, że choć na Nowy Rok długość dnia już rośnie, to jest to wzrost z początku nieznaczny i ledwo zauważalny. Często towarzyszy tym egzegezom sugestia, że skaczący baran niesie jakieś ukryte znaczenie jako metafora płodności i życia odradzającego się po najkrótszych dniach zimowych.

Żeby poważnie podejść do problemu, musimy najpierw ustalić stan faktyczny i przyjrzeć się długości dnia w zależności od daty. Jak zmienia się ta długość po przesileniu zimowym? Kiedy względne przyrosty długości dnia stają się największe? Ponieważ w niniejszym wpisie nie ma już na to miejsca, zagadką baraniego skoku zajmę się w ostatnim odcinku tego cyklu.

Opis ilustracji

Ryc. 1. Rzymska herma (ozdobne popiersie) przedstawiająca Janusa, boga o dwóch obliczach (czasem jedno było twarzą młodzieńca, a drugie – starszego mężczyzny z brodą). Muzeum Watykańskie. Foto: Paolo Bondielli (domena publiczna).
Ryc. 2. Tzw. kalendarz wieczny – tabela z prostym algorytmem umożliwiającym powiązanie dowolnej daty (dzień–miesiąc–rok) z dniem tygodnia – sporządzony dla kalendarza gregoriańskiego przez flamandzkiego rytownika Jana Sadelera w 1595 r. (trzy lata po papieskiej reformie kalendarza). Rijksmuseum, Amsterdam (domena publiczna).

Zaginione ludy i odrodzone pismo Berberów

Inne wpisy na podobny temat
Trudna rodzina pełna nierówności, czyli języki afroazjatyckie
Imazighen, czyli Berberowie

Addendum
Orselki z Makaronezji a sprawa Guanczów

Wstęp

Omawiając poszczególne języki berberyjskie i ich wzajemne pokrewieństwa nie wspomniałem o dwóch, które zostały fragmentarycznie udokumentowane, ale nasza wiedza o nich jest skromna. Mają one jednak duże znaczenie historyczne nie tylko ze względu na rolę, jaką odegrały posługujące się nimi ludy, ale także dlatego, że świadczą o dawnej berberyjskiej tradycji posługiwania się pismem. Może nie tak starej jak w przypadku języka egipskiego i języków semickich, ale i tak starszej niż np. używanie pisma przez Germanów, nie wspominając o Słowianach.

Zacznijmy od tego, co da się powiedzieć o najdawniejszej historii Berberów. Wspominałem, że podrodzina berberyjska musiała się wyodrębnić jako osobna gałąź rodziny afroazjatyckiej wiele tysięcy lat temu, ale ostatni wspólny przodek dzisiejszych języków berberyjskich istniał stosunkowo niedawno, zapewne w I tysiącleciu p.n.e. Przodkiem większości z nich mógł być dominujący język królestwa Numidii, istniejącego przez dwa ostatnie stulecia p.n.e.

Językowi przodkowie Imazighen musieli żyć w Afryce Północnej gdzieś poza obszarami zajmowanymi przez ludy semicko- i egipskojęzyczne. Egipcjanie od XIII w. p.n.e. określali swoich zachodnich sąsiadów (z którymi łączyła ich historia wojen i najazdów) nazwą zapisywaną rbw, co odpowiada mniej więcej wymowie /lebu/. W VII w. p.n.e. Grecy z Santorynu założyli kolonię w Cyrenie (Kyrḗnē). Ludność okoliczną nazywali podobnie jak Egipcjanie Líbues (l.poj. Líbus), stąd grecka nazwa ziem na zachód od Nilu, wzmiankowana już w Odysei: Libúē, zlatynizowana później jako Libya. Libowie, podobnie jak Numidyjczycy, byli zapewne protoplastami Berberów. Mogli być nimi także jeszcze dawniejsi „mieszkańcy oaz”, których Egipcjanie już przed 3100 r. p.n.e. nazywali ṯḥn.w, a później także ṯmḥ.w.1 Wiele poszlak sugeruje taką identyfikację, ale trudno o twarde dowody, gdy mówimy o ludach, które nie pozostawiły trwałych śladów swojego języka w formie pisanej.

Fenicjanie i pochodzenie pism libijsko-berberyjskich

Sytuacja zmieniła się w I tysiącleciu p.n.e., gdy na terenie starożytnej Libii zaczęto używać pisma. Inspiracja pochodziła od Fenicjan. Zakładali oni na wybrzeżach Afryki Północnej kolonie takie jak Utyka (ʕatiq), Hadrumet (ha-Drūmīt) czy Kartagina (Qart Ḥadašt). Alfabet fenicki (a ściślej mówiąc, abdżad, czyli pismo spółgłoskowe, o którym pisałem tu wcześniej) rozwinął się w XI w. p.n.e. i szybko rozprzestrzenił się w basenie Morza Śródziemnego wraz z kolonizacją fenicką. Był łatwy w użyciu, bo w odróżnieniu od pism ideograficznych lub sylabicznych korzystał tylko z 22 znaków (liter odpowiadających spółgłoskom fenickim). Alfabet grecki i pisma paleohiszpańskie (o mieszanym charakterze sylabiczno-alfabetycznym) to przykłady wczesnych systemów pisma powstałych jako adaptacja albo twórcze przekształcenie idei przejętej od Fenicjan.

Podobnie stało się w Afryce Północnej. Ludy mieszkające w okolicy miast fenickich i kontaktujące się regularnie z Fenicjanami przejęły ideę pisma spółgłoskowego i zastosowały ją do własnego języka. Nie wiadomo dokładnie, kiedy doszło to tego transferu intelektualnego. Najdawniejsze wiarygodnie datowane teksty w tzw. piśmie libijsko-berberyjskim pochodzą z II w. p.n.e. (czyli z czasów królestwa Numidii), ale ponieważ miało ono już formę skonwencjonalizowaną i rozwiniętą, zapewne było w użyciu od pewnego czasu. Jednak trzeba traktować z rezerwą często spotykane cofanie jego początków w głęboką starożytność – po prostu nie ma realnych podstaw do spekulacji na ten temat. Można ostrożnie szacować, że pismo to opracowano gdzieś między VII a III wiekiem p.n.e. – i to raczej bliżej końca tego okresu.

Alfabet libijsko-berberyjski, podobnie jak fenicki, używał liter odpowiadających spółgłoskom. Dopasowano go do języka, którego system fonologiczny był zbliżony do fenickiego, ale nie we wszystkich szczegółach. Kilka liter prawie nie zmieniło kształtu, inne przekształcono graficznie albo w ogóle zastąpiono nowo opracowanymi znakami. Pismo libijsko-berberyjskie rozwinęło się w wiele wariantów lokalnych. Największe różnice – dotyczące około połowy znaków – istnieją między wschodnią a zachodnią odmianą alfabetu. Tę pierwszą rozumiemy znacznie lepiej dzięki inskrypcjom dwujęzycznym, w których ta sama treść zapisana jest również pismem fenickim po punicku (dialekt języka fenickiego używany w koloniach). Porównując częste w inskrypcjach imiona własne, można bez trudu ustalić wartość fonetyczną prawie wszystkich spośród 24 liter tej odmiany pisma libijsko-berberyjskiego.

Ryc. 1.

Alfabetem tym pisano albo tak jak po fenicku, czyli od prawej do lewej w każdym wierszu (czym wiersze układały się z góry na dół), albo w bardzo oryginalny sposób, pionowymi kolumnami od dołu do góry (przy czym kolumny układały się od lewej do prawej). Ten drugi styl był znacznie częstszy, zwłaszcza w napisach naskalnych. Pierwszy natomiast występuje na przykład w dwóch dość długich (kilkuzdaniowych) numidyjskich inskrypcjach upamiętniających z Thuggi (północna Tunezja), których sens znamy dzięki równoległemu tłumaczeniu tekstu na punicki. Były to napisy monumentalne, starannie wykonane; jeden zdobił mur mauzoleum, drugi – świątyni.

Niektóre litery miały różny kształt w zależności od tego, czy pisano wierszami, czy kolumnami. Napisy nagrobkowe należą do najczęstszych, ale choć potrafimy je zrozumieć, niewiele z tego wynika, bo zwykle są typu „X, syn Y”. Zdarzają się też napisy o innej treści, np. „Ja, X, kocham Y”, ale większości spośród tysięcy krótkich, często niekompletnych inskrypcji po prostu nie rozumiemy, bo po pierwsze są zbyt krótkie, żeby coś się dało wydedukować z ich struktury, a po drugie – nie znamy kontekstu sytuacyjnego, jaki towarzyszył ich powstaniu.

Dające się zinterpretować imiona własne i pojedyncze wyrazy wykazują dość nawiązań berberyjskich, żeby uprawdopodobnić hipotezę, że pismem libijsko-berberyjskim pisano po berberyjsku. Nie mamy jednak dość materiału, żeby ustalić związki genetyczne języka napisów z językami i dialektami współczesnymi. Możliwe, że pismo libijsko-berberyjskie było stosowane także przez inne ludy, używające języków niespokrewnionych z berberyjskimi, ale o zasięgu pokrywającym się częściowo z obszarem, na którym spotykamy inskrypcje (w grę wchodzą np. języki saharyjskie i z rodziny songhaj).

Tifinagh – pismo Tuaregów

Pismo libijsko-berberyjskie powoli wyszło z użycia po podporządkowaniu sobie Numidii przez Rzymian i wprowadzeniu alfabetu łacińskiego. Pozostałoby tylko ciekawostką historyczną, gdyby nie Tuaregowie. Ich migracja na południe spowodowała, że nie ulegli asymilacji i zachowali własne tradycje, w tym system pisma. Śladem jego pierwotnie oficjalnej funkcji są częściowo zachowane napisy w monumentalnym grobowcu tuareskiej królowej Tin Hinan w południowej Algierii (IV w. n.e.). Tę znacznie zmodyfikowaną, późną odmianę pisma libijsko-berberyjskiego nazywamy alfabetem tifinagh. Wciąż było to pismo spółgłoskowe. Co ciekawe, tradycyjny przekaz kulturowy Tuaregów był par excellence ustny. Pisma używali ubocznie w rozmaitych nieformalnych funkcjach – do zapisu krótkich prywatnych notatek i wiadomości, formułek magicznych, w liścikach miłosnych, jako formę gry językowej lub po prostu w celach dekoracyjnych (gdzie liczyła się forma liter, a nie treść napisu). Kultura Tuaregów była matrylinearna (oparta na linii żeńskiej), jeśli chodzi o system pokrewieństwa rodów i dziedziczenia. Kobiety także częściej niż mężczyźni posługiwały się pismem tifinagh. Aczkolwiek z czasem zakres jego używania ulegał redukcji, nigdy nie zostało do końca zapomniane i pozostało elementem tradycyjnego pakietu kulturalnego, a którym opiera się tożsamość tuareska.

Tifinagh współczesny – pismo Imazighen

O piśmie tifinagh przypomniano sobie, kiedy na fali odrodzenia etniczno-kulturalnego Imazighen pojęto próby standaryzacji języka berberyjskiego (tamazight). Najpierw (około roku 1970) współczesną wersję tifinagh (neotifinagh) opracowała Akademia Berberyjska, organizacja działająca w środowisku francuskiej diaspory Kabylów. W pierwszych latach XXI w. pałeczkę przejął Królewski Instytut Kultury Amazigh w Maroku. Opracowany ostatecznie alfabet służy (z niewielkimi modyfikacjami) do zapisu różnych oficjalnych wersji tamazight, zarówno marokańskiej, jak i kabylskiej. Natomiast Tuaregowie preferują własny, tradycyjny system (tifinagh tuareski).

Ryc. 2.

Między starym a nowym tifinagh istnieje kilka znaczących różnic. Neotifinagh jest pełnym alfabetem – uzupełniono go litery oznaczające samogłoski. Zmieniono także kierunek zapisu: obecnie od lewej do prawej. Nie jest to rekonstrukcja systemu „klasycznego” ani jego kontynuacja w prostej linii, ale system stworzony od nowa, choć inspirowany przez dawne pisma Berberów. Na obszarach, gdzie używa się języków berberyjskich, normą jest występowanie w przestrzeni publicznej napisów informacyjnych w dwóch, a często w trzech językach (arabskim, tamazight i francuskim) i trzech systemach pisma (arabskim, tifinagh i łacińskim). Nie każdy wie, że wszystkie one mają w ostatecznym rachunku te same korzenie historyczne: wywodzą się nieco krętymi drogami ze spółgłoskowego alfabetu Fenicjan.

Wyspy Kanaryjskie i tajemnica Guanczów

Starożytne napisy libijsko-berberyjskie spotyka się także w dość nieoczekiwanym miejscu: na Wyspach Kanaryjskich. Wyspy znajdują się niezbyt daleko od atlantyckiego wybrzeża południowego Maroka. Najbliższą, Fuerteventurę, dzieli od Afryki 97 km. Z pewnością bywały sporadycznie odwiedzane przez starożytnych żeglarzy i rybaków, ale przez długi czas nie były trwale kolonizowane. Jednak gdy na początku XV w. rozpoczął się ich krwawy podbój przez Hiszpanów (a właściwie przez ekspedycje pod wodzą dwóch francuskich konkwistadorów na żołdzie królestwa Kastylii), wyspy miały liczną ludność tubylczą, zasiedziałą tam od wieluset lat i znakomicie zaadaptowaną do lokalnych warunków. Część ludności (zwłaszcza męska) zginęła wskutek walk i represji albo padła ofiarą deportacji; część została zasymilowana przez najeźdźców. Nazywamy ich zbiorowo Guanczami, choć nazwa ta odnosiła się pierwotnie tylko do mieszkańców Teneryfy. Rdzenni Kanaryjczycy dysponowali jedynie bardzo prymitywnymi substytutami łodzi morskich, toteż kontakty między wyspami były bardzo ograniczone. Stąd różnice, które zdążyły się rozwinąć wskutek wielowiekowej izolacji. Styl życia, tradycje i dialekty poszczególnych wysp ewoluowały niezależnie w różnych lokalnych warunkach.

A jednak Guanczowie jakoś dostali się na Wyspy Kanaryjskie. Co więcej, wraz z nimi dotarły zwierzęta hodowlane – kozy, świnie i owce (obecne na wszystkich głównych wyspach archipelagu), nie wspominając o psach, kotach i myszach domowych. Dotarły też rośliny uprawne – przede wszystkim jęczmień, ale też pszenica, soczewica, bób i groch. Guanczowie byli zatem ludem rolniczo-pasterskim. Nie używali żadnych metali, bo archipelag pozbawiony jest rud miedzi czy żelaza. Z konieczności zatem ich kultura stała się neolityczna (a na niektórych wyspach z upływem czasu zaczęła ewoluować wstecz ku łowiectwu–zbieractwu). Otacza ich aura tajemniczości, wzmocniona wspomnieniem zaciętego i – przynajmniej przez pewien czas – skutecznego oporu, jaki stawili Europejczykom (podbój Teneryfy zakończył się dopiero w roku 1496). Stąd krążące w literaturze pseudonaukowej i po internecie opowieści, według których Guanczowie – rzekomo odznaczający się nadludzką posturą – byli ocalałymi potomkami olbrzymów z Atlantydy. Inne romantyczne koncepcje przedstawiają Guanczów jako spadkobierców atlantyckich kultur megalitycznych, ewentualnie starożytnych Egipcjan lub Fenicjan z domieszką krwi wikingów. Jednak już we wczesnych opisach kronikarzy europejskich podkreślane było podobieństwo fizyczne i kulturowe tubylców do ludów północno-zachodniej Afryki, a szczątkowa dokumentacja języka Guanczów, utrwalona przed jego wymarciem (liczebniki, listy słownictwa), wyraźnie wiąże ich z Berberami. Często cytowanym przykładem jest słowo oznaczające świnię, zapisane przez Hiszpanów jako ilfe, odpowiadające północnoberberyjskiemu iləf (o tym samym znaczeniu).

Pochodzenie Guanczów nie zostało dotąd wyjaśnione w szczegółach, ale archeologia Wysp Kanaryjskich kilka rzeczy ustaliła z dużą dozą pewności. Jeśli odrzucić datowania wątpliwe lub ewidentnie błędne, nie ma dowodów na jakiekolwiek stałe osadnictwo na wyspach przed II w. n.e. Wiadomo natomiast, że na przełomie er na wyspach bywali Rzymianie; archipelag był zresztą dobrze znany rzymskim geografom. Pliniusz Starszy opisał go dość dokładnie w I w. n.e. jako Insulae Fortunatae ‘Wyspy Szczęśliwe’.2 Badania genetyczne zarówno zachowanych szczątków Guanczów sprzed podboju kastylijskiego, jak i ich współczesnych potomków, wskazują na migrację z Afryki w co najmniej dwóch falach w pierwszych stuleciach naszej ery.3

Można się natknąć na spekulacje, że  przodkowie Guanczów byli więźniami lub jeńcami wojennymi skazanymi na przymusowe osiedlenie się na wyspach przez Rzymian lub królów Numidii i Mauretanii, ale byłaby to praktyka niepodobna do niczego, co notuje historia. Migracja z kontynentu na archipelag była zapewne dobrowolna i miała jakiś cel, być może po prostu ucieczkę przed kryzysami politycznymi i anarchią trapiącymi Afrykę Północną. Okazało się, że była to podróż z biletem w jedną stronę, bo choć niewątpliwie wymagała użycia statków, to osadnicy sami nie potrafili lub nie chcieli ich budować na miejscu, stopniowo izolując się nawet od sąsiednich wysp. Możliwe, że tylko część osadników była berberyjskojęzyczna, bo wiele słów zanotowanych przez kronikarzy hiszpańskich nie ma ani wyraźnych odpowiedników berberyjskich, ani w ogóle przekonującej etymologii.

Przodkowie Guanczów nie byli analfabetami. Znali pismo i pozostawili po sobie wiele napisów naskalnych. Używali zarówno jednej z zachodnich odmiany pisma libijsko-berberyjskiego (przed jego przekształceniem się w tifinagh), jak i rozpowszechnionej w Afryce Północno-Zachodniej odmiany kursywnego pisma łacińskiego. Przy tym inskrypcje libijsko-berberyjskie – z reguły zapisywane kolumnami z dołu do góry – spotyka się w różnych częściach archipelagu (przy czym różne wyspy stosowały nieco odmienne warianty alfabetu), a zapisy pismem łacińskim – tylko na Lanzarote i Fuerteventurze. Podobnie jak gdzie indziej, teksty są krótkie i trudne do zinterpretowania. Nie udało się w nich wyodrębnić berberyjskich końcówek fleksyjnych ani innych elementów, które pomogłyby w odczytaniu. Większość z nich jest także niedatowalna metodami bezpośrednimi.

Podsumowanie

Widzimy zatem, że współczesny alfabet (neo)tifinagh, choć utworzony współcześnie na nowo, nawiązuje do bardzo długiej, barwnej i w dużym stopniu tajemniczej historii pism berberyjskich. Gorąco zachęcam do zapoznania się z nim choć na tyle, żeby móc odczytywać nazwy miejscowości na marokańskich lub algierskich drogowskazach. Na tym w zasadzie kończę przegląd zagadnień związanych z językami i pismami Berberów/Imazighen, ale planuję jeszcze nieduży dodatek do tej serii. Wyjaśnię w nim, jak pewien porost skłonił pewnego szlachcica z Normandii do zbrojnej ekspedycji i czynów, które dziś nazwalibyśmy ludobójstwem. A także – co ma z tym wspólnego papierek lakmusowy.

Ryc. 3.

Przypisy

1)  Spółgłoska transkrybowana była wymawiana jako palatalne /tʲ/ lub /c/, a jako bezdźwięczne gardłowe /ħ/; dokładna rekonstrukcja samogłosek nie jest niestety możliwa. Konwencjonalnie używa się przybliżonej wymowy T(i)ehenu, T(i)emehu.
2) Jedną z nich nazwał Canaria Insula ‘Wyspa Psia’ (dzisiejsza Gran Canaria), dając w ten sposób początek dzisiejszej nazwie całego archipelagu.
3) Choć z drugiej strony np. kozy na wszystkich siedmiu głównych wyspach pochodziły z tej samej małej populacji założycielskiej, czyli zostały sprowadzone na wyspy jednorazowo.

Opisy ilustracji

Ilustracja w nagłówku: Gumersindo Robayna y Lazo (1829–1898), Pierwsza bitwa w Acentejo (domena publiczna). Miejskie Muzeum Sztuk Pięknych, Santa Cruz de Tenerife. 31 maja 1494 r., dwa lata przed zakończeniem konkwisty kanaryjskiej, ekspedycja hiszpańska poniosła druzgocącą klęskę w bitwie ze sprzymierzonymi plemionami Guanczów z Teneryfy. Straty Hiszpanów wyniosły ok. 80% (prawie tysiąc zabitych). Było to ostatnie wielkie zwycięstwo rdzennych Kanaryjczyków, nie zapobiegło jednak całkowitemu podbojowi wysp.

Ryc. 1. Dwujęzyczny napis na ścianie świątyni w Thugdze (138 r. p.n.e.), upamiętniający króla Numidii Masynissę. Górna część napisu w języku punickim, dolna – w języku staroberberyjskim. Jest to najdłuża znana inskrypcja zapisana pismem libijsko-berberyjskim. Odlew gipsowy oryginału, przechowywany w Muzeum Luwru (domena publiczna).
Ryc. 2. Oficjalna wersja współczesnego alfabetu tifinagh dla marokańskiego standardu języka tamazight (33 litery). Autor: Serg!o. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 3.0).
Ryc. 3. Przykład współczesnej inskrypcji dwujęzycznaj: nowa marokańska wersja znaku drogowego STOP. Na górze napis po arabsku: qif (od prawej do lewej). Na dole napis w standardowym marokańskim tamazight (od lewej do prawej): bedd [bədd]. Oba oczywiście oznaczają to samo: ’zatrzymaj się!′ (domena publiczna).

Lektura dodatkowa

Inskrypcje libijsko-berberyjskie: https://africanrockart.britishmuseum.org/thematic/written-in-stone/
Historia współczesnego ruchu Amazigh: Vorbrich 2020.
Najnowsze ustalenia archeologii kanaryjskiej: Mitchell 2023.

Imazighen, czyli Berberowie

Inne wpisy na podobny temat
Trudna rodzina pełna nierówności, czyli języki afroazjatyckie
Zaginione ludy i odrodzone pismo Berberów

Tło historyczne

Jak chyba wszyscy wiedzą, w Afryce Północnej wzdłuż brzegów Morza Śródziemnego absolutnie dominuje język arabski. Jest to oczywisty skutek błyskawicznego podboju tej części świata przez Arabów w VII-VIII w. n.e. O ile na przykład Persja czy emirat Kordoby przyjęły islam, ale zachowały własne języki i część wcześniejszych tradycji kulturalnych, o tyle asymilacja Egiptu i krajów Maghrebu była bardzo gruntowna.

W Egipcie czasów rzymskich w miastach dominowała ponadregionalna greka epoki hellenistycznej, czyli koine, służąca jako lingua franca wschodniej części imperium. Ludność wiejska mówiła – podobnie jak trzy tysiące lat wcześniej – po egipsku, czyli we własnym rdzennym języku, który właśnie wchodził w okres koptyjski, ostatnią fazę swojej długiej historii. W pozostałej części Afryki Północnej, czyli w częściach imperium rzymskiego zwanych Africa i Mauretania, używano jako języka ponadetnicznego kontaktu prowincjonalnej łaciny. Obok niej kwitły liczne inne języki – zarówno miejscowe, jak i importowane. Na przykład w okolicach dzisiejszego Tunisu aż do V w. n.e. część ludności mówiła nadal w punickim dialekcie języka fenickiego, odziedziczonym po założycielach Kartaginy z IX w. p.n.e.

W 429 r. n.e. król Wandalów Gajzeryk wraz ze swoim ludem przeprawił się przez Cieśninę Gibraltarską, zajął rzymską Ceutę i rozpoczął podbój, który po dziewięciu latach uwieńczył założeniem potężnego państwa ze stolicą w Kartaginie, kontrolującego także Sycylię, Sardynię, Korsykę i Baleary. Na tym etapie swojej historii Wandalowie ulegli już częściowej romanizacji, jednak przynajmniej ich starsze pokolenie (w tym sam król, urodzony gdzieś w Panonii), znało jeszcze wandalski – język wschodniogermański przyniesiony z terenów dzisiejszej Polski. Wandalom towarzyszyli inni uczestnicy „wędrówek ludów”, jak zachodniogermańscy Swebowie i irańscy Alanowie; świadczą o tym utrwalone w inskrypcjach imiona osobowe. Po stu latach istnienia państwo Wandalów zostało pokonane przez armię bizantyjską pod wodzą Belizariusza. Kartagina znalazła się pod władzą wschodniorzymską, z grecką koine jako językiem urzędowym, aż do 698 r., gdy zdobyli ją prący na zachód Arabowie.

Tutejsi od tysiącleci

W czasie tych burz historycznych, powstawania i upadania imperiów i mieszania się ludów – jedno pozostało niezmienne. Mimo wpływów punickich, rzymskich i silnej  presji języka arabskiego (a współcześnie także francuskiego) część miejscowej ludności Afryki Północnej zachowała swój język. A właściwie języki, bo mówimy o całej grupie połączonej wspólnym pochodzeniem – o podrodzinie berberyjskiej języków afroazjatyckich.

Ich dalekie pokrewieństwo z językiem egipskim i podrodziną semicką nie ulega wątpliwości. Część badaczy sugeruje nawet (na podstawie podobieństw gramatycznych i słownikowych), że te trzy gałęzie wspólnie stanowią genetycznie spójną jednostkę taksonomiczną: grupę północno-afroazjatycką. Trudno jednak wykluczyć, że wspomniane zbieżności nie są odziedziczone, ale rozwinęły się wskutek „transferu poziomego”, czyli oddziaływania na siebie języków pozostających w kontakcie przez tysiące lat. Niewątpliwie kontakty Berberów z Egipcjanami czy Fenicjanami były bliskie i intensywne, czego nie da się powiedzieć np. o ludach używających języków czadyjskich.

Sytuacja języków berberyjskich jest nieco paradoksalna. Wiadomo, że musiały się wyodrębnić na długo przed początkiem historii królestw egipskich, a jednak jest to gałąź słabo zróżnicowana. Oprócz dwóch dość odmiennych grup izolowanych geograficznie – języków zachodnioberberyjskich (w zachodnim Nigrze oraz na pograniczu Mauretanii i Senegalu) i języków tuareskich (w Mali, Nigrze, południowej Algierii oraz przyległych rejonach Libii i Burkina Faso) – pozostałe języki berberyjskie, skupione głównie na obszarze Algierii i Maroka (ale także rozproszone po enklawach na terenie całego Maghrebu) są z sobą blisko spokrewnione i tworzą raczej sieć dialektów niż wyraźnie rozdzielone języki. Dlatego pytanie o liczbę języków berberyjskich jest trudne. Jedni językoznawcy wyróżniają ich „około pół tuzina”, inni kilkanaście – zależnie od przyjętych kryteriów. Ogółem posługuje się nimi 15–25 mln użytkowników (dokładną liczbę trudno ustalić).

Po grupie tak starej i obejmującej spory region geograficzny można by się było spodziewać różnorodności podobnej jak w przypadku języków semickich. Najwyraźniej jakieś wydarzenia historyczne spowodowały redukcję tej różnorodności. Być może nastąpiła ekspansja któregoś z pierwotnych języków berberyjskich kosztem innych, tak jak łacina wymazała z mapy inne języki italskie. W starożytności na obszarze Maghrebu istniały silne federacje plemienne utrzymujące stosunki polityczne z Kartaginą, a po wojnach punickich zjednoczone w królestwo Numidii, które z czasem podporządkował sobie Rzym. Jeden z języków tego obszaru zapewne uzyskał pozycję dominującą jako medium polityki, kultury i handlu. Mimo późniejszego pofragmentowania wskutek dominacji rzymskiej i podbojów arabskich zdecydowana większość dzisiejszych języków berberyjskich nosi ślady wspólnego pochodzenia od stosunkowo niedawnego wspólnego przodka (2–3 tys. lat temu).

Spośród ludów berberyjskich Tuaregowie dość wcześnie oddzielili się od pozostałych plemion. W IV w. n.e. powędrowali z marokańskiej części północnego obrzeża Sahary na południe, w kierunku południowej Algierii i Sahelu. Ich dialekty nie uległy późniejszym wpływom spajającym języki północnoberberyjskie, toteż zachowały wiele cech konserwatywnych. Tuaregowie byli ludem pasterskim, a ich wojownicza arystokracja miała monopol na posiadanie wielbłądów – konkretnie dromaderów (Camelus dromedarius), słusznie nazywanych okrętami pustyni i znakomicie ułatwiających penetrację Sahary. Tuaregowie przechowali także tradycję używania pisma, ale tej sprawie poświęcę kolejny wpis.

Ryc. 1.

W centralnej grupie języków berberyjskich największą liczbą użytkowników wyróżniają się tamazight ze środkowego Atlasu, taszelhit z południowo-zachodniego Maroka, tarifit z gór Rif w północnym Maroku i kabylski z północnej Algierii. Nomenklaturę komplikuje fakt, że prócz języków lokalnych, tradycyjnych, używanych częściej na wsi niż w wielkich miastach, istnieją oficjalne języki standardowe, sztucznie skodyfikowane: jeden w Maroku (oparty na kombinacji składników zaczerpniętych z trzech głównych języków berberyjskich w tym kraju), a drugi w Algierii (oparty na kabylskim). Oba często są nazywane tak samo – „tamazight” albo „standardowy berberyjski” – co może zmylić niespecjalistę.

Skomplikowana tożsamość rdzennych mieszkańców Maghrebu

W ogóle tożsamość berberyjska, kształtowana obecnie przez renesans świadomości etnicznej, zwłaszcza w Maroku i Algierii, jest skomplikowana – kilkuwymiarowa i kilkupiętrowa. Jeden Algierczyk może się uważać za przede wszystkim za Kabyla (Aqbayli, członka tradycyjnej wspólnoty językowej), a ubocznie, w bardziej abstrakcyjnym sensie, za Berbera, a inny – właśnie przede wszystkim za Berbera, poczuwającego się do uczestnictwa w ponadpaństwowej wspólnocie etniczno-kulturowej. Oczywiście są i tacy, dla których podstawą tożsamości jest uważanie się za Algierczyka, a przynależność etniczna i językowa mają znaczenie drugorzędne. Co do Tuaregów, ich sytuację komplikuje niestabilność polityczna Mali. Próba uzyskania niepodległości przez Tuaregów z Azawadu (północne Mali) przerodziła się w wojnę domową 2012–2014, a groźba brutalnych konfliktów wewnętrznych i zamachów stanu stale wisi nad krajem. Niemniej w tym roku – w wyniku referendum – trzynastu językom etnicznym Mali, w tym językowi tamaszek (tămašăɣt lub tămašăqq) z grupy tuareskiej, przyznano status języków urzędowych. Tamaszek jest także jednym z 11 języków urzędowych Nigru.

Aczkolwiek językoznawcy dla uniknięcia nieporozumień zachowują tradycyjną etykietkę „języki berberyjskie”, określenie Berber bywa uznawane za niepoprawne politycznie. Pochodzi bowiem z arabskiego barbariyy, a to z kolei z greckiego bárbaros ‘barbarzyńca’ (a dokładniej ktoś, kto mówi językiem niezrozumiałym dla wykształconego Greka lub Rzymianina). Aczkolwiek Arabowie nie mieli na myśli nic złego, przejmując po prostu słowo, którego Bizantyjczycy używali w odniesieniu do północnoafrykańskich autochtonów, można temu słowu przypisać wydźwięk pejoratywny, jak to się często zdarza z egzonimami, czyli nazwami etnicznymi narzuconymi „z zewnątrz”, w tym przypadku przez kolonizatorów. Ruch odrodzenia Berberów preferuje nazwę etniczną Amazigh (Amaziɣ, l.mn. Imaziɣen), gdzie gh (ɣ) oznacza dźwięczną spółgłoskę szczelinową języczkową, podobną do francuskiego r [ʁ]. Preferowaną nazwą języka berberyjskiego (któregokolwiek) jest wówczas przymiotnik pochodny tamazight (tamaziɣt) ‘język ludu Imazighen’. Etnonim Amaziɣ, o dyskusyjnej etymologii, znany jest w tej czy innej formie formie od starożytności. Nazwy głównych języków/dialektów tuareskich (tămašăqq, tămahăqq, tămažăqq) są po prostu lokalnymi odpowiednikami północnoberberyjskiego tamaziɣt.

Aczkolwiek przynależność do Imazighen jest coraz częściej przedmiotem dumy, w przeszłości odmienność Berberów bywała raczej powodem do dyskryminacji, skłaniając wielu z nich do ulegania asymilacji narzucanej przez wpływy arabskie lub – w Algierii – francuskie. W reakcji na przeszłość kolonialną pojawiła się chęć odnajdywania korzeni etnicznych. Wiele znanych postaci publicznych zarówno w Afryce Północnej, jak i w diasporze algierskiej czy marokańskiej (zwłaszcza, choć nie wyłącznie we Francji) jest pochodzenia berberyjskiego. Na przykład Zinedine „Zizou” Zidane urodził się we Francji, ale jego rodzice byli imigrantami z wioski w Kabylii w północnej Algierii, gdzie mówiło się dialektem berberyjskim. Urodzona w Algierze pieśniarka Souad Massi ma wielu fanów także w Polsce. W jej wielojęzycznym repertuarze są też teksty w języku kabylskim. Marokańskim Berberem (urodzonym w Mogadorze) był nawet jeden z pradziadków Édith Piaf.

Ryc. 2.

W górach Atlasu spółgłoskom wolno więcej

Ciekawostek dotyczących języków berberyjskich jest więcej, niż mógłbym zmieścić we wpisie na blogu. Tu wspomnę jeden przykład. Język taszelhit (taclḥiyt) fascynuje fonologów z następującego powodu: choć posiada on trzy fonemy samogłoskowe (/a/, /i/, /u/), nie każda sylaba musi zawierać którykolwiek z nich. To jeszcze małe piwo, bo przecież nie brakuje języków, w których spółgłoski nosowe (jak [m], [n]) lub płynne (jak [l], [r]) mogą pod nieobecność samogłoski pełnić rolę ośrodka sylaby – jako przykłady bliskie nam geograficznie wystarczy wspomnieć czeskie vlk ‘wilk’, trh ‘targ’, krk ‘szyja, gardło’ itp. Ale w taszelhit każda spółgłoska, nawet zwarta lub szczelinowa, może być sylabiczna. Czy jest, czy nie jest, to już kwestia reguł sylabifikacji zastosowanych do ciągu spółgłosek. Sam ciąg może być praktycznie dowolny, bo taszelhit nie narzuca żadnych ograniczeń na to, jaka sekwencja spółgłoskowa może stać na początku, w środku czy też na końcu wyrazu.

Słowo takie jak tbdg ‘to było mokre’ składa się z dwu sylab: [tb̩] i [dg̩] (pionowa kreseczka pod spółgłoską oznacza jej sylabiczność). Rozkaźnik ‘jedz!’ brzmi w taszelhit cc. Litera c oznacza tu spółgłoskę [ʃ] (jak angielskie sh), przy czym pierwsze [ʃ] stanowi nagłos sylaby, a drugie jej ośrodek: [ʃʃ̩]. Także dłuższe wyrażenia, nawet kompletne zdania, mogą nie zawierać żadnej samogłoski ani nawet żadnej spółgłoski z klasy tych, które w innych językach, takich jak czeski, mogłyby być sylabiczne. Wyrażenie tsskcftstt tftxtstt ‘wysuszyłeś i rozwałkowałeś ją’ wymawiane jest [ts̩.sk̩.ʃf̩.ts̩tt tf̩.tχ̩.ts̩tt], gdzie kropki oznaczają granice sylab. Innymi słowy – zawiera siedem sylab, ale ani jednej samogłoski czy choćby spółgłoski dźwięcznej. Podczas jego wymawiania od początku do końca fałdy głosowe nie wibrują ani przez chwilę, co sprawia wrażenie, że całe zdanie jest wypowiedziane szeptem.

Analizę językoznawczą potwierdza metrum poetyckie. W poezji w języku taszelhit liczy się zarówno liczba sylab, jak ich „ciężar”. Sylaba ciężka to taka, w której po segmencie sylabicznym następuje jeszcze spółgłoska. Sylaba lekka to taka, która kończy się na głoskę sylabiczną. Wyraz taki jak tsbɣt [ts̩.bʁ̩t] ‘namalowałeś’ liczy się na potrzeby wersyfikacji jako dwie sylaby, lekka i ciężka.

Kolejny wpis z tej serii będzie poświęcony dwóm ciekawym językom martwym, o których nie było dotąd mowy, a które z dużym prawdopodobieństwem także należały do podrodziny berberyjskiej, oraz unikatowemu systemowi pisma, opracowanemu przez przodków Berberów/Imazighen w I tysiącleciu p.n.e., przechowanemu w tradycji, a obecnie propagowanemu jako rodzimy system zapisu języków berberyjskich, używany obok pisowni opartej na piśmie arabskim lub alfabecie łacińskim.

Mapa w nagłówku

Zasięg współczesnego występowania języków berberyjskich. Po lekturze wpisu nie powinno sprawić trudności skojarzenie poszczególnych barwnych plam z językami tuareskimi, północnoberberyjskimi i zachodnioberberyjskimi. Autor: Ajellid-n-arif Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 4.0).

Opisy ilustracji

Ryc. 1: Tuarescy jeźdźcy wielbłądów podczas Festiwalu Soli w Agadez (Niger), 2007. Inaczej niż zwykle w krajach arabskich, mężczyźni noszą stale chusty tagelmust zasłaniające usta i dolną część twarzy, natomiast kobiety nie zasłaniają twarzy. Foto: Dr Ralf Kosma. Źródło: Mostly Mammoths (fair use).
Ryc. 2: Zinadine Zidane, jeden z najsławniejszych potomków Imazighen, syn rodowitych Kabylów z wioski Aguemoune w prowincji Béjaïa (kabylskie Bgayet) w Algierii. Sam podobno tak definiuje swoją tożsamość: w pierwszym rzędzie Kabyl z dzielnicy La Castellane, w drugim Algierczyk z Marsylii, w trzecim Francuz. Foto: Tasnim News Agency. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY 4.0).

Dodatek

Mała próbka języka taszelhit (znanego też jako szilha). Warto porównać wymowę z użytą tu konwencją zapisu alfabetem łacińskim: litera e nie oznacza samogłoski; nie jest wymawiana, tylko sygnalizuje, że następująca po niej spółgłoska jest sylabiczna.
O drugim z użytych w napisach systemów pisma będzie mowa w następnym wpisie.