Etymologiczna opowieść zimowa. Część 2: O śnieżeniu

Inne wpisy z tej serii
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 1: Zima i jej kuzyni
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 3: Rzecz na Nowy Rok
Etymologiczna opowieść zimowa. Część 4: Zagadka baraniego skoku

Wstęp dotyczący śniegu

Dwie rzeczy mogą dziwić, jeśli chodzi o indoeuropejskie określenia śniegu. Po pierwsze to, że występują powszechnie w różnych gałęziach naszej rodziny językowej, podczas gdy nie da się tego samego powiedzieć o deszczu. Istnieją ogólnoindoeuropejskie słowa oznaczające np. mgłę czy chmurę, natomiast słowa o znaczeniu ‘deszcz’ mają zwykle zasięg ograniczony do pojedynczych grup blisko spokrewnionych języków. Dlaczego? Tego nie wiemy.

Druga dziwna rzecz, to fakt, że czasownik odnoszący się do spadania śniegu na ziemię jest pierwotniejszy niż rzeczowniki oznaczające śnieg. W polskim (podobnie jak w innych językach słowiańskich) jest na odwrót: śnieżyć to czasownik utworzony od rzeczownika śnieg, tak jak głodzić od głód. Także angielskie to snow jest czasownikiem utworzonym za pomocą tzw. konwersji, czyli bezprzyrostkowo, od rzeczownika snow. Nie zawsze tak jednak było: język staroangielski posiadał jeszcze czasownik snīwan ‘śnieżyć’, który nie był utworzony od snāw ‘śnieg’, choć był z nim spokrewniony. Odpowiada to relacji między współczesnym niemieckim schneien (czasownik) a Schnee (rzeczownik).

Choć zatem wydawałoby się, że ‘śnieg’, jako widzialne i namacalne zjawisko przyrodnicze, posiada wyrazistą naturę rzeczownikową, najwyraźniej bywa traktowany jako pojęcie wtórne wobec procesu, jakim jest śnieżenie. Zauważmy, że czasownik śnieżyć i odpowiadające mu słowa w innych językach są używane niemal wyłącznie w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Jeśli dany język (np. polski) dopuszcza zdania bez wyrażonego podmiotu, to powiemy po prostu: śnieży. Co śnieży? Nic konkretnego – siły przyrody. Po angielsku powiemy: it snows, ale it nie oznacza tu określonego działacza; wypełnia tylko miejsce zarezerwowane dla podmiotu, które w angielskim nie powinno pozostać puste. A zatem nawet taki ułomny czasownik o niekompletnej odmianie i nie posiadający własnego wykonawcy może być traktowany jako forma podstawowa, nieredukowalna do prostszych składników.

Słowiańskie *sněgъ i bałtyjskie *snaigas to oczywiście słowa pokrewne. Oba pochodzą od prajęzykowego rzeczownika *snojgʷʰos. Dziwna spółgłoska praindoeuropejska *gʷʰ wymawiana była podobnie jak *g, ale towarzyszyło jej silne zaokrąglenie warg i jednocześnie półdźwięczny przydech. Tak skomplikowane artykulacje są z natury mało stabilne, toteż żaden język dzisiejszy nie zachował *gʷʰ w niezmienionej postaci. Przekształciło się ono w inne dźwięki w sposób często zależny od tego, z jakimi głoskami sąsiadowało. Nie powinno nas zatem dziwić, że jego refleksy w językach potomnych byłyby trudne do rozpoznania, gdyby nie to, że zmiany fonetyczne, choćby dziwne, są na szczęście przeważnie regularne. Na przykład w języku prasłowiańskim regularnym wynikiem zmian *gʷʰ było *g, które już na gruncie słowiańskim mogło ulec kolejnym zmianom – na przykład zmiękczeniu, którego wynikiem (w zależności od kontekstu) jest polskie ż lub dz. Regularne przekształcenia charakterystyczne dla poszczególnych języków słowiańskich zmieniły *sněgъ w polskie śnieg, rosyjskie sneg, ukraińskie snih, czeskie sníh, serbsko-chorwackie sneg, snijeg lub snig (zależnie od dialektu), bułgarskie snjag itd.

Natomiast w językach germańskich w pozycji między samogłoskami dawne *gʷʰ najpierw regularnie zmieniło się w *, fonetycznie realizowane jako szczelinowe [ɣʷ], które szybko utożsamiło się półsamogłoską *w, wymawianą niemal identycznie. Dlatego *snojgʷʰos przekształciło się w pragermańskie *snaiwaz. Ta forma nadal regularnie (a zatem przewidywalnie w każdej linii rozwojowej języków germańskich) ewoluowała w gockie snaiws, staroangielskie snāw (ang. snow), staro-wysoko-niemieckie snēo (niem. Schnee), staronordyjskie snjór (szwedzkie snö itd.).

Ryc. 1.

Krótki wykład teoretyczny

Ale zostawmy w spokoju rzeczownik i przyjrzyjmy się spokrewnionemu z nim czasownikowi. Język praindoeuropejski miał to do siebie, że jego słowotwórstwo oparte było w bardzo dużej części na tzw. rdzeniach czasownikowych, czyli jednostkowych (nierozkładalnych) morfemach wyrażających czynność, proces lub stan. Często całe rodziny rzeczowników czy przymiotników tworzone były na podstawie morfemów czasownikowych. Rdzeń składał się z co najmniej jednej nagłosowej spółgłoski lub grupy spółgłosek (nie całkiem dowolnej, bo musiała spełniać praindoeuropejskie normy wymawialności) oraz z grupy wygłosowej, między którymi znajdowało się pojedyncze miejsce na samogłoskę. W typowym przypadku samogłoską tą było *e (taką postać rdzenia nazywamy kanoniczną i w takiej postaci jest on cytowany), ale możliwe były także rozmaite komplikacje. Tu wystarczy nam wiedza o dwu z nich. Proces słowotwórczy mógł spowodować zastąpienie *e przez *o albo usunięcie samogłoski (najczęściej wtedy, gdy rdzeń nie był akcentowany i ulegał wskutek tego redukcji fonetycznej). Te trzy stany rdzenia nazywamy odpowiednio „stopniem e”, „stopniem o” i „stopniem redukcji” (lub „stopniem zero”).

Na przykład praindoeuropejski rdzeń cytowany jako *wert- ‘obrócić (się)’ mógł przybierać dwa inne stany: *wort- i *wr̥t-. W tym ostatnim przypadku usunięcie samogłoski powodowało, że sąsiadująca z nią spółgłoska płynna *r przejmowała funkcję ośrodka sylaby (co indoeuropeiści zwyczajowo oznaczają kółeczkiem pod symbolem spółgłoski). Te trzy formy zachowały się w językach słowiańskich, przekształcając się w prasłowiańskie *vert-/*vort-/*vьrt-, np. w słowach *verteno, *vorta, *vьrtlo, które w języku polskim dają wrzeciono, wrota i wiertło – trzy rzeczowniki połączone ideą obracania się (zresztą czasownik obrócić, pochodzący od prasłowiańskiego *ob-vortiti, zawiera ten sam rdzeń). Zauważmy, że w języku czeskim dawny stopień zero nadal realizowany jest z sylabicznym [r̩] (= praindoeur. *) – patrz vrtak ‘wiertło’, vrtět ‘wiercić’, wymawiane dwusylabowo.

Jak zbudować czasownik

Podstawą słowotwórczą „śniegu” był rdzeń czasownikowy *snejgʷʰ-, który mógł też przybierać formy *snojgʷʰ- i *snigʷʰ- (w tej ostatniej po usunięciu samogłoski jej funkcję zgłoskotwórczą przejmowało *j, zmieniając się w swój sylabiczny odpowiednik, czyli *i). Ważną cechą rdzeni praindoeuropejskich było to, że w swojej podstawowej formie posiadały one „wrodzony” aspekt – dokonany albo niedokonany. Mogły zatem wyrażać czynność bądź stan albo jako przydarzające się lub zakończone w danym momencie, albo jako trwające i rozciągnięte w czasie. Aspekt rdzenia można było zmienić, ale wymagało to utworzenia na jego podstawie nowego, bardziej złożonego czasownika. Czasem nie trzeba było tego robić, bo istniały pary różnych czasowników o tym samym znaczeniu, ale różniących się aspektem. Dobrym przykładem polskim jest czasownik niedokonany brać. Można mu nadać aspekt dokonany albo za pomocą środków słowotwórczych, przez dodanie przedrostka (zabrać), albo zastępując go przez niezwiązany z nim etymologicznie czasownik o bardzo podobnym znaczeniu, ale dokonany (wziąć).

Rdzeń *snejgʷʰ- miał „sam z siebie” aspekt dokonany. Podobnie jak w języku polskim, czasownik dokonany nie mógł tworzyć czasu teraźniejszego (polskie formy czasowników dokonanych z końcówkami „teraźniejszymi”, np. weźmie, trzaśnie, runie interpretowane są jako czas przyszły). Najprostszy czasownik, jaki mógł być utworzony od *snejgʷʰ-, składał się z samego rdzenia z dołączonymi do niego końcówkami osobowymi. A że używany był niemal wyłącznie w trzeciej osobie liczby pojedynczej, dołączaną końcówką było *-t. Forma osobowa *snéjgʷʰt oznaczała mniej więcej ‘naśnieżyło’ (tzn. ‘spadł śnieg’). Interpretowana była jako czas przeszły dokonany (tzw. aoryst, ale nie musimy się tu zajmować fachowym żargonem indoeuropeistów). Podmiot, tak jak w języku polskim, mógł pozostać niewyrażony wprost. Gdyby ktoś koniecznie chciał utworzyć liczbę mnogą o znaczeniu ‘naśnieżyły/naśnieżyli’ (uznając za podmiot chmury, niebiosa lub bóstwa odpowiedzialne za pogodę), dodałby końcówkę trzeciej osoby liczby mnogiej, -ent. Końcówka ta miała własną samogłoskę i przyciągała akcent. Wskutek tego rdzeń przybierał stopień redukcji: *snigʷʰént ‘(bogowie) naśnieżyli’. Ot i cała tajemnica koniugacji praindoeuropejskiej (w dydaktycznym skrócie).

Ryc. 2.

Czas teraźniejszy miał w trzeciej osobie końcówki rozszerzone o dodaną na końcu samogłoskę *i, sygnalizującą, że coś się dzieje „tu i teraz”: *-ti/*-enti. Aby ich użyć, trzeba było najpierw przekształcić czasownik na odpowiednik niedokonany. W epoce rozpadu wspólnoty indoeuropejskiej, już po odłączeniu się języków anatolijskich i tocharskich od wspólnego przodka wszystkich współczesnych przedstawicieli rodziny, istniało kilka popularnych mechanizmów przekształcania rdzenia dokonanego w „temat” (bardziej rozbudowaną formę czasownika) posiadający aspekt niedokonany. Jedną z możliwości było dodanie do rdzenia przyrostka samogłoskowego, który w zależności od końcówki osobowej przybierał formę *-e- lub -o-: *snéjgʷʰ-e/o-. Trzecia osoba miała wtedy formę *snéjgʷʰeti ‘śnieży’ w liczbie pojedynczej i *snéjgʷʰonti ‘śnieżą’ w liczbie mnogiej. Warto zauważyć, że ten wtórnie utworzony czasownik miał ustalony akcent na pierwszej sylabie, dzięki czemu jego rdzeń nie zmieniał formy w zależności od osoby. Ta prostota odmiany sprzyjała szerzeniu się czasowników tej kategorii w późnej historii języków indoeuropejskich. Wspomniane wyżej staroangielskie snīwan (3 os. snīwþ) i niemieckie schneien (3 os. schneit) pochodzą w prostej linii od *snéjgʷʰeti.

Innym sposobem dającym podobny efekt było użycie tzw. infiksu nosowego, czyli morfemu o postaci *-né- (wariant akcentowany) lub *-n- (wariant nieakcentowany) umieszczanego wewnątrz rdzenia przed jego ostatnią spółgłoską (po uprzednim usunięciu samogłoski rdzennej). Brzmi to skomplikowanie, ale nie jest takie trudne. Bierzemy *snejgʷʰ-, wyrzucamy *e i wstawiamy infiks we właściwym miejscu, otrzymując *sni-né-gʷʰ-/*sni-n-gʷʰ-. Pierwszy wariant był używany przed końcówkami osobowymi niemającymi własnego akcentu, a drugi – przed akcentowanymi. Mamy zatem alternatywne formy czasu teraźniejszego: *sninégʷʰti ‘śnieży’, *sningʰʷénti ‘śnieżą’.

Infiks nosowy (w formie trochę zniekształconej przez procesy ewolucyjne) przetrwał w niektórych czasownikach łacińskich. Łacina uogólniła niekcentowany wariant infiksu, używając go także w liczbie pojedynczej, a także wstawiła przed końcówką osobową samogłoskę przez analogię do tematów samogłoskowych. Dlatego w łacinie mamy ninguit ‘śnieży’ i ningunt ‘śnieżą’. Co się stało z początkowym *s? Otóż w niektórych językach indoeuropejskich, między innymi w łacinie i grece, nagłosowa zbitka *sn uległa uproszczeniu, tracąc *s. Praitalskie formy osobowe wyglądały tak: *sningʷeti/*sningʷonti (ze zmianą *gʷʰ > * po spółgłosce nosowej). Można je uznać za efekt hybrydyzacji między tematami zakończonymi na samogłoskę a czasownikami z infiksem nosowym. Ich dalszy rozwój w łacińskie ninguit/ningunt był już całkowicie regularny. Labializowane (zaokrąglone) * traciło zaokrąglenie przed samogłoską u (jak w liczbie mnogiej), ale zachowywało się jako gu (wymawiane [gw]) przed samogłoską przednią (jak w liczbie pojedynczej). Rzymianom trudno było zrozumieć, skąd się bierze ta oboczność, dlatego obok regularnego ninguit spotykamy także ningit (utworzone przez analogię do form, w których wcześniej zanikło zaokrąglenie warg).

Podobna była historia litewskiej formy sninga ‘śnieży’, w której także pojawia się ślad infiksu nosowego. Jest to trzecia osoba liczby pojedynczej czasu teraźniejszego od czasownika snigti ‘śnieżyć’. Obok niej istnieją też warianty oboczne lub gwarowe: sniega (od tematu *snejgʷʰ-e/o-, jak w językach germańskich) i sniegti (od pierwotnego *snejgʷʰ-).

Spójrzmy teraz na czasownik ‘śnieżyć’ w języku greckim. Mamy tu formę neípʰei ‘śnieży’. O zaniku początkowego *s przed spółgłoską nosową już wiemy. Przydechowe (pisane po grecku φ) to typowy refleks dawnego *gʷʰ w języku starogreckim (w grece mykeńskiej, czyli w najstarszym dialekcie, jaki znamy, widzimy pośredni etap ewolucji, kʷʰ). Czasownik grecki jest zatem (po formach germańskich i bałtyjskich) kolejnym przykładem na występowanie tematu samogłoskowego *snejgʷʰ-e/o-. Jak by brzmiał ten czasownik, gdyby przetrwał w językach słowiańskich? W języku polskim odmieniałby się podobnie jak strzyc: bezokolicznik *śnic, czas teraźniejszy *śniże/*śnigą. Znikł jednak, ponieważ wyparł go czasownik utworzony od rzeczownika: prasłowiańskie *sněžitь/*sněžǫtь > śnieży/śnieżą.

Śnieg dla zaawansowanych

Wróćmy teraz do królestwa rzeczowników. Śnieg w pewnym sensie jest wykonawcą czynności śnieżenia. Indoeuropejczycy znali kilka sposobów na utworzenie rzeczownika tego typu od morfemu czasownikowego. Jeden przepis wyglądał tak: weź rdzeń czasownika, zamień *e na *o, a na końcu doklej przyrostek *-o-, do którego będziesz przyłączał końcówki przypadków. W ten sposób od rdzenia *snejgʷʰ- tworzymy rzeczownik *snojgʷʰ-o- ‘coś, co sypnęło z nieba’. Teraz możemy go uzupełnić o końcówkę mianownika (*snojgʷʰos) albo na przykład biernika (*snojgʷʰom). Jest to nasz dobry znajomy, przodek polskiego słowa śnieg (a także litewskiego sniegas, angielskiego snow itd.).

Ale był i drugi sposób, znacznie starszy, choć mniej produktywny w czasach historycznych. Polegał on na tym, że rdzeń czasownika konwertowano wprost na rzeczownik i dołączano do niego bezpośrednio końcówki przypadków. Niektóre z tych końcówek miały własny akcent, co powodowało zanik samogłoski w rdzeniu (ten mechanizm już znamy). Wyglądało to tak: mianownik *snéjgʷʰ-s, biernik *snéjgʷʰ-m̥, ale dopełniacz z końcówką „kradnącą” akcent – *snigʷʰ-és. Ten rzeczownik także oznaczał ‘śnieg’. Już w epoce praindoeuropejskiej istniała tendencja do uproszczenia odmiany rzeczowników rdzennych, jeśli zawierały one spółgłoski płynne lub półsamogłoski, które mogły przejąć funkcję ośrodka sylaby. Wskutek tego wyrównania mianownik i biernik przekształciły się w *snigʷʰs, *snigʷʰm̥.

Wiemy już, że *gʷʰ dawało łacińskie gu [gw] po spółgłosce nosowej. Między samogłoskami natomiast, tak jak w językach germańskich, zmieniało się w łacińskie v, wymawiane [w]. Przed spółgłoską s ulegało ubezdźwięcznieniu i upraszczało się do [k]. W ten sposób formy *snigʷʰs, *snigʷʰm̥, *snigʷʰes zmieniły się w łacińskie nix [niks], nivem, nivis (rzeczownik rodzaju żeńskiego). Podobny był rozwój grecki, aczkolwiek w tym języku stary rzeczownik rdzenny prawie całkiem zanikł; zachowała się tylko forma biernika *snigʷʰm̥ > greckie nípʰa. Znaczenie ‘śnieg’ przeniesiono na inny wyraz, znany nam z poprzedniego odcinka niniejszej serii: kʰiṓn, spokrewniony ze słowem zima.

Od łacińskiego nix, nivem, nivis pochodzą – czasem wprost, czasem nieco krętymi drogami – słowa oznaczające ‘śnieg’ w językach romańskich: włoskie neve, hiszpańskie nieve, francuskie neige, rumuńskie nea itd. Z łacińskiego przymiotnika nivātus ‘ośnieżony’ rozwinęło się hiszpańskie nevado (o tym samym znaczeniu). W Grenadzie (południowa Hiszpania) wznosi się masyw Gór Śnieżnych, czyli Sierra Nevada. Nazwę tę przeniesiono na kilka ośnieżonych pasm górskich w Nowym Świecie. Jedno z nich znalazło się w obrębie Stanów Zjednoczonych, a w XIX w. nazwano od niego Terytorium Nevady, które następnie przekształciło się w stan Nevada. Innym pokrewnym przymiotnikiem było łacińskie niveus ‘śnieżnobiały’. Jego forma żeńska stała się w 1911 r. nazwą kremu Nivea i linii kosmetyków wciąż popularnej po ponad stu latach.

Ryc. 3.

Śnieg topnieje w Indiach

Zarówno rdzeń *sneigʷʰ-, jak i jego pochodne zachowały się w językach indoirańskich, ale w grupie języków indoaryjskich, których wspólnym przodkiem był staroindyjski, nastąpiła zmiana semantyczna. W sanskrycie czasownik snihyati < *snigʷʰ-jé/ó- (jeszcze jeden wariant aspektu niedokonanego) oznacza ‘kleić się, przywierać’, a metaforycznie ‘przywiązywać się (do kogoś), być zakochanym’. Przymiotnik odczasownikowy snigdha- < *snigʷʰ-tó- znaczy ‘kleisty, lepki’, a także ‘przywiązany, kochający’. Rzeczownik sneha- < *snojgʷʰo-, dokładnie odpowiadający polskiemu śnieg, znaczy ‘smar, maść’ itp. Także rzeczownik rdzenny snih- (mianownik sniṭ < *snigʷʰs), odpowiednik łacińskiego nix, przybrał w sanskrycie znaczenie ‘wilgoć’.

Hipoteza, że to znaczenie ‘kleić się’ jest pierwotne, cieszyła się w swoim czasie pewną popularnością. Jednak nawet w językach irańskich, najbliżej spokrewnionych z indoaryjskimi, słowa pochodzące od *sneigʷʰ- mają podobny zakres znaczeń jak w innych językach indoeuropejskich (patrz np. awestyjskie snaēž- ‘śnieżyć’). Co więcej, choć znaczenia „śnieżne” zanikły w klasycznym sanskrycie, istniały w innych dialektach dawnych Indii i występują reliktowo tu i ówdzie we współczesnych językach indoaryjskich. Świadczy to o tym, że znaczenia ‘sypnąć śniegiem’, ‘śnieżyć’, ‘śnieg’ itd. są starsze, a zmiana widoczna w Indiach spowodowana była tym, że poza regionami górskimi na północy subkontynentu świadomość, jak wygląda śnieg, uległa zatarciu. Tylko w słownictwie, przekazywanym z pokolenia na pokolenie, przechowała się niejasna pamięć o czymś, co było mokre i lepkie.

Kolejny odcinek serii poświęcony będzie styczniowi, czyli miesiącowi, w którego środku właśnie się znajdujemy.

Opisy ilustracji

Ryc. 1. Kilka okazów z wielkiej kolekcji Wilsona Bentleya (1865–1931), pioniera fotografii płatków śniegu. Zdjęcia wykonane ok. 1902 r. Źródło: Wikipedia (domena publiczna).
Ryc. 2. Wielka zamieć śnieżna (Snowzilla lub Snowmageddon) w USA w roku 2016. NOAA Photo Library. Foto: Joe Flood. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 2.0).
Ryc. 3. Bałwan śniegowy z Auburn (Alabama, USA). Bałwany zawdzięczają swoje istnienie faktowi, że śnieg (w odpowiednich warunkach) dobrze się lepi. Foto: Thomas Cook 2009. Źródło: Wikimedia (licencja CC BY-SA 2.0).

Zapomniane liczebniki (2): idąc samotrzeć, zyskujesz w trójnasób

Poprzednia część serii

Zapomniane liczebniki (1): Federico Fellini, Półdziewięta

Jak pokazałem w pierwszej części tej miniserii, w języku staropolskim istniały formy proste liczebników porządkowych, odziedziczone z języka prasłowiańskiego:

liczebnikrodzaj męskirodzaj nijakirodzaj żeński
1pirzwpirzwopirzwa
2wtórwtorowtora
3trzećtrzeciétrzeciå
4cz(t)wartcz(t)wartocz(t)warta
5piętpiętopięta
6szostszostoszosta
7siodmsiodmosiodma
8osmosmoosma
9dziewiętdziewiętodziewięta
10dziesiętdziesiętodziesięta

W razie potrzeby można je było tworzyć od liczebników jeszcze wyższych, ale ograniczmy się do tych, które faktycznie można spotkać w konstrukcjach staropolskich. Trzeba wspomnieć, że nawet w tych językach słowiańskich, które zachowały zarówno prostą, jak i złożoną odmianę przymiotników, w przypadku liczebników porządkowych zdecydowanie przeważała odmiana złożona. Formy proste są tak rzadkie, że można by było wątpić w ich realne istnienie, gdyby nie fakt, że to właśnie one zostały wykorzystane do tworzenia niektórych specjalnych typów liczebników: połówkowych (już omówionych) i zespołowych, o których będzie za chwilę mowa. Ponadto zdarzało się ich użycie przysłówkowe lub rzeczownikowe. Na przykład staropolski liczebnik pirzw < prasłow. *pьrvъ jest zawarty w takich słowach współczesnych jak pierw, wpierw, najpierw, a wtór został zaadaptowany jako rzeczownik o znaczeniu ‘akompaniament’.

Ponieważ już wiemy, skąd się wzięły te dziwne liczebniki, rzućmy okiem na ich kolejne zastosowanie. Polszczyzna (podobnie jak inne języki słowiańskie) posiadała tzw. liczebniki zespołowe, informujące o tym, że rzeczownik, do którego się odnoszą, jest członkiem grupy działających podmiotów o liczebności n. Były one złożeniami przymiotnika sam (w znaczeniu ‘we własnej osobie’) z liczebnikiem porządkowym w formie prostej. Do naszych czasów najlepiej zachowały się słowa samowtór ‘on sam jako drugi’ (czyli we dwójkę z kimś innym) i samotrzeć ‘on sam jako trzeci’ (czyli w towarzystwie dwu innych osób), ale w starszej literaturze (choćby w Trylogii Sienkiewicza, gdzie język dialogów, a miejscami i narracji stylizowany jest na średniopolski) można spotkać przykłady innych liczebników tego typu. Weźmy jako przykład deklarację Onufrego Zagłoby w Ogniem i mieczem:

Dalibóg, z waćpanami i z księciem naszym na czele ruszyłbym samopięt, choćby na Stambuł.

Samopięt oznacza tu ‘sam jako piąty’ (w towarzystwie was trzech i księcia). Bez księcia, ale z Wołodyjowskim, Skrzetuskim i Podbipiętą Zagłoba ruszałby samoczwart. Liczebniki zespołowe mogły przybierać także formę żeńską (rzadko nijaką). Utrwalonym w tradycji przykładem jest święta Anna samotrzecia (z Matką Boską i małym Jezusem) jako motyw ikonografii chrześcijańskiej. O ile jednak element -trzecia jest łatwo rozpoznawalny dla współczesnego oka i ucha, to trudno to samo powiedzieć o jego męskim odpowiedniku -trzeć. Dlatego jeśli ktoś, kto mało wie o starszej polszczyźnie, natyka się w literaturze na słowo samotrzeć, rozpoznaje w nim głównie element samo- i często interpretuje go jako ‘sam, w pojedynkę’, nie zawracając sobie głowy analizowaniem reszty wyrazu. Kontekst nie zawsze wyjaśnia, że chodzi o zespół. Skutek bywa taki, że słowo zostaje przyswojone w błędnym znaczeniu: ‘samodzielnie, bez towarzystwa’. I nie jest to praktyka wyłącznie współczesna ani ograniczona do osób słabo wykształconych. Ze zdumieniem natknąłem się na kilkakrotne użycie samotrzeć ewidentnie w znaczeniu ‘w pojedynkę’ w powieści Księżna łowicka Wacława Gąsiorowskiego (1869–1939; zbieżność nazwisk przypadkowa). Na przykład jeden z bohaterów (Walery Łukasiński) mówi:

– Wybornie! Tedy, mój Jędrzejowski, stawcie czoło bryce, a ja tymczasem opłotkami samotrzeć. W razie czego, nie widziałeś mnie.

… po czym samotnie kieruje się ku furtce między opłotkami.

Błędem bardzo pospolitym i popełnianym nawet przez historyków sztuki jest święta Anna samotrzeć, co można odebrać jako sugestię, że święta Anna była mężczyzną. Łatwo jednak zrozumieć, jak dochodzi do takich wykolejeń. Świadomość, że liczebniki zespołowe zawierają liczebnik porządkowy z końcówką wyrażającą rodzaj, zatarła się w świadomości użytkowników polszczyzny. Formy samowtór i samotrzeć (nawet poprawnie interpretowane pod względem semantycznym) wydają się współczesnym użytkownikom języka nie przymiotnikami, ale nieodmiennymi przysłówkami. Używamy ich rzadko i gdyby nawet strzeliło nam do głowy – na zasadzie „staropolszczyznę się mnie zachciało” – nadać styl archaiczny stwierdzeniu, że Marysia wracała ze szkoły w towarzystwie jednej bliżej nieokreślonej osoby, to powiemy raczej „Marysia wracała ze szkoły samowtór” niż „samowtóra”. Nawiasem mówiąc, w dawniejszej polszczyźnie trzeba było uważać, mówiąc tak o kobiecie, bo samowtora mogło oznaczać ‘ciężarna, brzemienna’.

Leonardo da Vinci, Święta Anna samotrzecia (albo raczej samoczwarta, jeśli doliczyć baranka). Muzeum Luwru, Paryż. Źródło: Wikipedia (domena publiczna).

W XV–XVI w. łatwo było tworzyć w ten sposób nawet dość skomplikowane liczebniki, na przykład samowtórnaćcie. Co to znaczy? Zacznijmy od tego, że liczebniki od 11 do 19 tworzono, dodając do liczebnika z zakresu 1–9 wyrażenie na dziesięcie (odpowiadające dzisiejszemu na dziesięciu): jeden na dziesięcie, dwa na dziesięcie itd. Z czasem wyrażenie to uległo uproszczeniu fonetycznemu, wskutek czego zatarła się jego struktura: na dziesięcie > -naćście, -naćcie, -naście. Liczebnikowi dwa na dziesięcie (dwanaćcie, dzisiejsze dwanaście) odpowiadał zatem liczebnik porządkowy w formie prostej wtór na dziesięcie > wtórnaćcie ‘dwunasty’. A zatem samowtórnaćcie to ‘sam plus jedenaście innych osób’ (razem dwanaście). Podobnie samotrzećnaćcie to ‘on sam plus dwanaście osób’ (razem trzynaście). Zapewne istniał także liczebnik zespołowy *samopirzwnaćcie (*samopierwnaście) ‘sam i dziesięć innych osób’ (razem jedenaście), ale nie jest on bezpośrednio udokumentowany w zachowanych tekstach staropolskich.

Fakt, że w liczebnikach połówkowych i zespołowych zachowały się formy proste liczebników porządkowych, niemal nieużywane samodzielnie nawet w najstarszej polszczyźnie, świadczy o ich bardzo dawnym pochodzeniu. Ponieważ komponent liczebnikowy przybierał w nich nietypową, niekiedy trudno rozpoznawalną postać, nic dziwnego, że bywały one przekształcane na różne sposoby, przybierając nieco przejrzystszą strukturę. Na przykład zamiast samodziesięt z czasem spotykamy samodziesiąt, samodziesięć, ewentualnie forma prosta mogła być zastępowana przez złożoną: samodziesiąty, samdziesiąty (podobnie samotrzeci, samoczwarty itp.). Zamiast wspomnianego wyżej samotrzećnaćcie w XVI w. widzimy wersję „unowocześnioną” samotrzynast. Takie rozchwianie strukturalne i mnożenie się nowych wariantów jest charakterystyczne dla formacji archaicznych i stopniowo wychodzących z użycia. Fani Andrzeja Sapkowskiego mogą się jeszcze od biedy natknąć na samoszóst (zamiast samoszost).

Istniała jeszcze jedna seria liczebników opartych na odmianie prostej przymiotników, mianowicie liczebniki zbiorowe. Do dziś używamy ich rodzaju nijakiego: dwoje, oboje, troje, czworo, pięcioro itd. Miały one pierwotnie także rodzaj męski (np. dwój, czwór) i żeński (dwoja, czwora) i zachowywały się jak przymiotniki. Dodane do rzeczownika oznaczały, że coś lub ktoś tworzy zbiór n elementów: dwój sposób, dziesięcioro przykazanie, pięciora księga. Wyrażenie dwój duch (podwójna dusza) widzimy jeszcze u Mickiewicza w wierszu Przyjaciele (o Leszku i Mieszku). W rodzaju męskim i nijakim  liczebniki dwój (dwoje), obój (oboje) i trój (troje) już w języku staropolskim upodobniły się do podobnie wyglądających zaimków (mój, twój, swój), przybierając w dopełniaczu formę dwojego, obojego, trojego (zamiast *dwoja, *oboja, *troja). Pod ich wpływem formy dopełniacza liczebników od czwór w górę zaczęły również wstawiać -g- do dopełniacza: czworaczworga. To „pasożytnicze” -g- zainfekowało pozostałe przypadki zależne (czworgu, czworgiem), a kolejny rzut infekcji ogarnął formy, z których -g- pierwotnie przywędrowało: zamiast dwojego mamy dziś dwojga. Czasem nawet mianownik poddawał się tej tendencji (siedmiorgo). Był to proces stopniowy, rozciągnięty na całe stulecia. Wyrażenia takie jak obojego rodzaju albo obojej płci można było spotkać sporadycznie jeszcze w XIX, a nawet XX w.

Już w XV w. pojawiła się konstrukcja alternatywna: liczebnik zbiorowy zaczął się zachowywać jak rzeczownik rodzaju nijakiego, a określany przezeń rzeczownik (dowolnego rodzaju) występował w dopełniaczu. Zamiast dziesięcioro przykazanie (dopełniacz: dziesięciora przykazania) pojawiło się dziesięcioro przykazań (dopełniacz: dziesięciorga przykazań). Stąd mamy także dziewiętnastowieczne Królestwo Obojga Sycylii (Sycylia właściwa plus Królestwo Neapolu). Nie było błędem użycie liczebników zbiorowych tego typu z rodzajem męskim (czworo rycerzy) lub żeńskim (dwoje panien). Ponieważ jednak poręczniej było w takich razach używać zwykłego liczebnika (czterej rycerze, dwie panny), zakres użycia liczebników zbiorowych był coraz bardziej ograniczany. Dziś używamy ich niemal wyłącznie z rzeczownikami rodzaju nijakiego oznaczającego istoty ożywione, zwłaszcza ludzi, ale fakultatywnie też zwierzęta (dwoje dzieci, troje piskląt), z rzeczownikami nieposiadającymi liczby pojedynczej (czworo drzwi), z takimi, których liczba mnoga jest dawną liczbą podwójną (ośmioro oczu) i dla wyrażenia liczebności zbioru ludzi różnej lub niewiadomej płci (trzydzieścioro demonstrantów, troje uczestników). Ponadto zachowało się kilka połączeń zakonserwowanych przez tradycję, jak dziesięcioro przykazań, trojga imion albo obojga płci (jako synonim obu płci).

Forma prosta liczebników zbiorowych rodzaju męskiego (dwój, trój, czwór) w zasadzie wyszła z użycia, ale widzimy ją okazyjnie w pierwszym członie złożeń  złożeń (trójkąt, trójnóg) oraz jako składnik serii liczebników „krotnych”, których drugim składnikiem jest zapomniany dziś rzeczownik rodzaju męskiego nasób ‘taka sama ilość, tyle samo’. Dosłownym znaczeniem wyrażenia dwój nasób było ‘podwojona ilość’. Stąd zachowane do dziś połączenia w(e) dwójnasób, w trójnasób, w(e) czwórnasób (czyli podwójnie, potrójnie, poczwórnie). Dawniej równie dobrze mogło być w dziesięciórnasób.

Nawet ludzie wykształceni i oczytani łatwo mylą te egzotyczne typy liczebników. Zdarza się w szczególności mylenie liczebników zespołowych z krotnymi. Jeśli już musimy się popisywać stylem archaizującym, to pamiętajmy: można coś komuś wynagrodzić w czwórnasób (poczwórnie, po czterykroć), ale jeśli na przykład ktoś podróżuje z trojgiem towarzyszy, to robi to samoczwart, a nie w czwórnasób. Wpadki zdarzają się każdemu. Profesor Jan Miodek, który przecież jest wybitnym polonistą i zna polszczyznę na wylot, w jednym krótkim felietonie podał dwie fikcyjne, błędnie utworzone formy: !samoczwór i !samopiąć (zamiast samoczwart, samopięt). Niech to pocieszy mniej utytułowanych koneserów staropolszczyzny.

Zapomniane liczebniki (1): Federico Fellini, Półdziewięta

Kolejna część serii

Zapomniane liczebniki (2): idąc samotrzeć, zyskujesz w trójnasób

Łatwo się śmiać z kogoś, kto powie półtora godziny (zamiast półtorej godziny) albo półtorej roku (zamiast półtora roku), ale trudniej wyjaśnić, dlaczego używamy takich a nie innych form liczebnika połówkowego (1½) w zależności od wyrażanego przez nie rodzaju gramatycznego. Formy półtora, półtorej nie są przejrzyste morfologicznie, nic zatem dziwnego, że użytkownicy języka niezbyt się zastanawiają nad ich pochodzeniem i logiką ich użycia. Jeśli już się zastanowią, to mogą dotrzeć do informacji etymologicznej: półtora to rezultat ściągnięcia zwrotu pół wtora, czyli ‘(jeden cały i) pół drugiego’. Ale skoro występuje tu przymiotnik wtóry ‘drugi’ (wciąż używany, choć odczuwany jako archaiczny), to dlaczego nie mówiono pół wtórego?

Powody są następujące:

Z formalnego punktu widzenia liczebnik porządkowy jest przymiotnikiem. Przymiotniki słowiańskie (i staropolskie) miały podwójną odmianę. Przypominały pod tym względem przymiotniki bałtyjskie i germańskie. Jeden typ odmiany nazywamy prostym, a drugi – złożonym. Weźmy jako przykład przymiotnik ‘zdrowy’, którego prasłowiańska forma prosta wyglądała tak: *sъdorvъ. Odmieniał się on tak samo jak rzeczowniki o podobnej budowie, z tą jedną różnicą, że jako przymiotnik mógł przybierać także rodzaj nijaki, *sъdorvo, lub żeński *sъdorva. Te formy w języku staropolskim przybrały postać: zdrōw, zdrowo, zdrowa (pozioma kreska, czyli makron nad samogłoską oznacza wzdłużenie, które w tym przypadku kompensowało zanik końcowej sylaby ze słabą samogłoską, czyli tzw. jerem).

Nie będę was zanudzał szczegółami odmiany, ale muszę wspomnieć przynajmniej o dopełniaczu (kogo? czego?), który dla rodzaju męskiego i nijakiego miał formę zdrowa (tak jak np. Krakowa albo drzewa), a dla żeńskiego zdrowy (tak jak mowy albo krowy). Formy te znikły w języku nowopolskim, ale pozostawiły po sobie trochę reliktów. Rodzaj nijaki zdrowo został przekwalifikowany na przysłówek. Kiedy dziś mówimy: „Chodzę na spacery, bo to zdrowo” – to używamy dawnej formy prostej rodzaju nijakiego. Mianownik rodzaju męskiego zdrów nadal funkcjonuje jako orzecznik: jestem zdrów, bywaj zdrów itd. Dawniej można było również powiedzieć: dziecko jest zdrowo. Zachowało się kilka innych form prostych tego typu używanych jako orzeczniki: gotów, godzien, pełen, winien, wesół, żyw, rad, łaskaw, wart, a niektóre mogą także pełnić funkcję przydawki: sam (samo), jeden (jedno), żaden, pewien. Jednak straciły one swój pierwotny system odmiany: zachował się tylko odrębny mianownik liczby pojedynczej w rodzaju męskim (wyjątkowo też w nijakim).

Forma złożona przymiotnika ‘zdrowy’ wyglądała tak: *sъdorvъ-jь, *sъdorvo-je, *sъdorva-ja. Sylaba doczepiona na końcu to odpowiednia forma rodzajowa zaimka *. Był to zaimek anaforyczny (odsyłający do rzeczownika określanego przez przymiotnik). We współczesnym języku polskim zanikł jego mianownik, ale pozostałe formy deklinacyjne zostały przejęte przez zaimek osobowy on, ono, ona. Dlatego na przykład dopełniacz zaimka trzeciej osoby brzmi dziś jego, jej, ich, a nie onego, onej, onych. W języku prasłowiańskim w odmianie złożonej zarówno przymiotnik, jak i towarzyszący mu zaimek przybierały końcówki przypadków. Dopełniacz brzmiał zatem: *sъdorva-jego (rodzaj męski i nijaki), *sъdorvy-jejě (rodzaj żeński w dialektach północnosłowiańskich).

Zaimek z czasem utracił samodzielność i zaczął być odczuwany jako część końcówki przymiotnika. Końcówki te stały się wskutek tego dwu- lub trzysylabowe. Nikt nie lubi nadmiaru komplikacji w odmianie, więc pomiędzy rozpadem języka prasłowiańskiego a początkami języka polskiego zaszły w nich procesy uproszczenia. Polegały one przede wszystkim na zaniku słabej spółgłoski *j między samogłoskami, a następnie ściągnięciu następujących po sobie samogłosek w jedną sylabę. Efekt (widoczny w języku staropolskim) był następujący: zdrowy, zdrowē, zdrowā, a w dopełniaczu zdrowēgo i zdrowē.

Pod koniec XV w. kontrast długości zanikł w języku polskim, a zamiast tego pojawił się kontrast barwy samogłoski. Dawne krótkie e, o, a (tzw. samogłoski „jasne”) wymawiane były mniej więcej tak jak dzisiaj, czyli [ɛ], [ɔ], [a], natomiast ich długie odpowiedniki ē, ō, ā zmieniły się w é, ó, å (tzw. samogłoski „pochylone”), wymawiane [e], [o], [ɒ]. Powstały zatem formy zdrowy, zdrowé, zdrowå, a w dopełniaczu zdrowégo i zdrowé (do tej ostatniej formy w XVI w. dodano końcowe -j: zdrowéj). Były one niemal identyczne z dzisiejszymi z tą różnicą, że aż do XVIII w. samogłoski é, ó, å były odrębnymi fonemami. Dopiero w ciągu ostatnich 300 lat w języku warstw wykształconych é i å uległy utożsamieniu z e i a, natomiast ó utożsamiło się fonetycznie z u. Jednym ze skutków tego uproszczenia systemu samogłosek był całkowity zanik różnicy między formą prostą zdrowa < *sъdrova a formą złożoną zdrowå < *sъdrovaja w rodzaju żeńskim.*

Za często pouczamy, jak „się mówi”, za rzadko tłumaczymy, dlaczego tak się mówi. Grafika: KŻ/Polityka.

Teraz możemy wrócić do liczebników połówkowych.

Podwójną odmianę miały także liczebniki porządkowe. Obok form złożonych: pirzwy (pirzwé, pirzwå)**, wtory (wtoré, wtorå), trzeci (trzecié, trzeciå), cz(t)wårty (cz(t)wårté, cz(t)wårtå), piąty (piąté, piątå), szosty (szosté, szostå) itd., istniały także formy proste: pirzw (pirzwo, pirzwa), wtór (wtoro, wtora), trzeć (trzecié, trzeciå)***, cz(t)wart (cz(t)warto, cz(t)warta), pięt (pięto, pięta), szost (szosto, szosta). I właśnie od tych form prostych tworzono liczebniki połówkowe. W rodzaju męskim i nijakim dopełniaczem od wtór ‘drugi’ było wtora (jak wór | wora); dopełniacz rodzaju żeńskiego brzmiał wtory (jak zmora | zmory). Stąd wyrażenia (bardzo stare, pochodzące z czasów, gdy odmiana prosta była jeszcze w pełni żywa):

  • pół wtora > półwtora > półtora
  • pół wtory > półwtory > półtory

Żeńska forma półtory pozostawała w użyciu aż do początku XX w., kiedy częstszy stał się wariant półtorej, istniejący już od pewnego czasu i szerzący się pod wpływem odmiany złożonej (mianownik wtorå, dopełniacz wtoréj, a w nowszych czasach wtóra, wtórej). Jednak w XIX w. częściej pisano „weź półtora funta cukru i półtory szklanki wody”, a nawet i po I wojnie światowej część gramatyków protestowała przeciwko „błędnej” formie półtorej.

Podobne pary istniały dla kolejnych liczebników:

  • 2½ – półtrzeciå, półtrzecié (w staropolskim także -éj, później półtrzeci, w XX w. półtrzeciej)
  • 3½ – półcz(t)warta, półcz(t)warty (półczwartej)
  • 4½ – półpięta, półpięty (z wariantami: półpiąta, półpiąty ~ półpiątej)
  • 5½ – półszosta, półszosty (z wariantami: półszósta, półszósty ~ półszóstej)

Warianty brały się między innymi stąd, że na przestrzeni stuleci Polacy zdążyli całkiem stracić orientację, gdzie powinny pojawiać się samogłoski jasne, a gdzie ich odpowiedniki pochylone. Nie winiłbym ich za to, bo iloczas samogłosek staropolskich, często zależny od prasłowiańskiego akcentu melodycznego, potrafi konfundować nawet językoznawców. Z dość oczywistych powodów im wyższy liczebnik, tym rzadziej używano pochodzących od niego form połówkowych, ale jeszcze w pierwszej połowie XX w. dużą żywotność zachowywały nawet formy w rodzaju półdziewięta (= osiem i pół, stąd tytuł niniejszego wpisu). Po II wojnie światowej większość z nich wyszła z użycia; tylko najczęściej używane półtora | półtorej pozostały w obiegu potocznym. A może ktoś jeszcze pamięta nieco okryty kurzem liczebnik półtorasta, czyli półtorej setki (150)? Liczebniki połówkowe nie są jednak całkiem martwe. Nawet w XXI w. zdarza się, że jakiś erudyta, smakosz języka i miłośnik barokowego stylu napisze półtrzynasta wieku, ryzykując być może, że mniej wyrobieni czytelnicy nie zrozumieją, iż chodzi o około 1250 lat.****

Błędne z historycznego punktu widzenia użycie półtora z rzeczownikiem w rodzaju żeńskim albo półtorej (dawniej półtory) z rodzajem męskim lub nijakim nie jest niczym nowym. Zdarzało się dość nagminnie w XIX w., czego liczne ślady widać w literaturze z tego okresu oraz w ostrzeżeniach gramatyków, że „tak się nie mówi” (a dobrze wiemy, że jeśli ostrzegają, to niewątpliwie ktoś tak jednak mówi). Wyrażenia takie jak półtora mili bywały określane jako „powiatowszczyzna Wschodniéj Galicji” (nie wiem, czy słusznie, czy tylko na podstawie jakiegoś ówczesnego stereotypu).

Celem tego wpisu było przygotowanie gruntu pod szerszą dyskusję kilku kategorii liczebników, które – choć nieco zapomniane i rzadko dziś używane – nadal funkcjonują w polszczyźnie. W drugiej części zobaczymy, że wiedza przyswojona w celu zrozumienia budowy liczebników połówkowych może się jeszcze na coś przydać. Jednak już obecnie mam nadzieję, że jeśli ktoś w starym tekście znajdzie zwrot typu „półczwarta łokcia bez ćwierci”, to błyskawicznie zrozumie, że chodzi o 3¼ łokcia (czyli 2 m ± margines niepewności wynikający z faktu, że w Polsce używano kilku różnych lokalnych długości łokcia).

Przypisy

*) Dla ścisłości – to uproszczenie dotyczy polszczyzny ogólnej, „standardowej”, ale nie większości gwar regionalnych, gdzie dawne é, ó, å często zachowują refleksy inne niż e, u, a (np. w wyrażeniu młodå żona przymiotnik i rzeczownik mają różne końcówki). Osobnym zagadnieniem jest oboczność ę i ą, również odzwierciedlająca dawne różnice długości, której poświęciłem wcześniej specjalny wpis.

**) Forma pirzw(y) rozwinęła się następnie w piérzw(y), pierw(y). Współczesne pierwszy zawiera przyrostek stopnia wyższego.

***) Prasłowiańską formą prostą liczebnika ‘trzeci’ w rodzaju męskim było *tretьjь, a formą złożoną – *tretьjь-jь. Obie rozwinęłyby się regularnie w staropolskie trzeci, ale ponieważ we wszystkich innych liczebnikach porządkowych forma prosta była o jedną sylabę krótsza od złożonej, w języku staropolskim polskim (i kilku innych językach słowiańskich) utworzono przez analogię wariant skrócony trzeć. Oczywiście staropolski dopełniacz każdej z tych form był inny: w odmianie prostej trzeciå < *tretьja, a w odmianie złożonej trzeciégo < *tretьja-jego.

****) Co prawda po staropolsku 12½ wyrażano raczej jako półtrzeciånaście (ściągnięcie zwrotu pół trzeciå na dziesięcie), a w rodzaju żeńskim półtrzeciénaście (pół trzecié na dziesięcie), ale wyrażenia półtrzecianaście wieku już na pewno nikt by nie zrozumiał prócz znawców historii języka.