Przynieś dwa wiadra prądu!

O ile samo polecenie jest bezsensowne z uwagi na to, że prąd to – jak pamiętamy z poprzednich wpisów – uporządkowany przepływ ładunków elektrycznych, toteż ma to tyle samo racji bytu, co prośba o przyniesienie dwóch wiader strumienia, o tyle istnieją urządzenia, które można nazwać takimi wiadrami na ładunki elektryczne.

Jak zapewne się domyślacie, chodzi mi o akumulatory. Czym one są i co je odróżnia od tego, co zwykło się nazywać “bateriami”? Przyznam szczerze, że nie lubię słowa “bateria”, gdyż jest ono nie do końca precyzyjne. Otóż zarówno swojski “paluszek”, jak i akumulator tego samego formatu, są bateriami. Wracając do poprzedniego wpisu O napięciu, elektrodzie i elektrolicie – to, co daje nam prąd, to ogniwo galwaniczne – dwie elektrody zanurzone w elektrolicie. Ogniwo, którego nie da się naładować, to ogniwo pierwotne; ogniwo, które taką możliwość posiada, to ogniwo wtórne. To, co potocznie nazywamy “baterią”, to bateria ogniw pierwotnych; to, co nazywamy “akumulatorem”, to bateria ogniw wtórnych.

O różnych typach akumulatorów już za chwilę, a teraz skupmy się nad tym, jak to działa. Skoro rozładowywanie akumulatora polega, tak jak w przypadku baterii, na przemianie energii chemicznej w elektryczną, to intuicyjnie w przypadku jego ładowania można założyć, że będzie ono polegało na przemianie energii elektrycznej w chemiczną – i tak jest. Reakcje chemiczne, które zachodzą na stykach elektrod i elektrolitu, są dokładnie takie same, tyle że przebiegają w odwrotnym kierunku w zależności od tego, czy są wymuszone przepływem prądu w przypadku ładowania, czy też same go generują podczas jego pracy. Oczywiście – jak każde urządzenie będące wytworem ludzkich rąk – także akumulator nie jest idealny i oprócz opisanych reakcji zachodzą w nim również inne, które mają wpływ na utratę jego właściwości. Kluczowa dla użytkownika jest jego pojemność, wyrażana w jednostkach znanych jako amperogodziny (Ah). Co oznacza ta jednostka? Czym jest godzina, to myślę, że każdy wie: 60 minut lub 3600 sekund; amper zaś to jednostka natężenia przepływającego prądu. Spójrzmy na jakiś przewód. Gdybyśmy mogli obserwować jego pojedynczy, cieniutki “plasterek”, to moglibyśmy obserwować przepływające ładunki. Jeśli przez taki przekrój w ciągu sekundy przejdzie ładunek jednego kulomba, to mówimy, że przepływający prąd ma natężenie jednego ampera. Stąd wzór 1A= 1C/s. Jedna amperogodzina oznacza w takim razie, że akumulator o takiej pojemności jest w stanie wytwarzać prąd o natężeniu 1A przez godzinę, tak więc 1 Ah = 1 C/s × 3600 s, co oznacza, że taki akumulator może wytworzyć łączny ładunek 3600 C. Czy to dużo? Sprawdźcie, jaką pojemność mają ogniwa w waszych smartfonach. W moim przypadku jest to 4510 mAh czyli 4,51 Ah. Myślę że odpowiedź nasuwa się sama. Jeśli nie, to poczytajmy, co to właściwie za rodzaj akumulatora i dlaczego akurat taki.

Ogniwa, które możemy znaleźć w smartfonach, laptopach itp. są najczęściej opisane symbolami Li-ion lub Li-Po. Pierwszy ze skrótów z pewnością obił się wam o uszy, bo chodzi o swojskie ogniwa litowo-jonowe, drugi zaś to ogniwo litowo-polimerowe.

Ogniwa litowo-jonowe, jak sama nazwa wskazuje, mają jakiś związek z litem i jonami. I jest to prawda, bo rolę elektrolitu pełni w nich ciecz, na którą składają się złożone sole litowe i rozpuszczalniki organiczne, a rolę elektrod porowaty węgiel i sole metali. Taki akumulator pozwala na skumulowanie dużych ilości energii przy względnie niewielkiej masie. Przeciętne ogniwo wykonane w tej technologii ma pojemność od 120 mAh do 190 mAh na każdy gram masy. Reakcji zachodzących w cyklach ładowania i pracy opisywać nie będę. Sam elektrolit zawiera w sobie takie chemiczne literki jak Li2SO4, LiPF6 czy też LiClO4 – siarczan litu, heksafluorofosforan litu czy jego nadchloran, a więc wspomniane wcześniej “złożone sole litowe” rozpuszczone w mieszaninie węglanów etylu i metylu oraz innych substancji. Skupmy się lepiej na tym, co z takimi akumulatorami wolno robić i jak je traktować, aby służyły nam jak najdłużej.

Niestety te akumulatory są dość wrażliwe na przeładowanie, przegrzanie i nadmierne rozładowanie. O ile w pierwszym przypadku da się temu zapobiec i większość urządzeń posiada odpowiednie zabezpieczenia, o tyle dwa pozostałe wymagają już pewnej uwagi ze strony użytkownika. Akumulatory tego typu należy po prostu ładować zaraz po ich pełnym rozładowaniu, a najlepiej do tego nie dopuszczać. Jeśli nie planujemy używać jakiegoś sprzętu z takimi bateriami, to najlepiej naładować je “do połowy” i tak zostawić, gdyż zapewni to największą żywotność. Najlepiej znoszą temperatury od około 8 do 28 stopni Celsjusza i w takich należy je ładować. Niska temperatura grozi uszkodzeniem ogniwa, a wysoka – pożarem. Wbrew popularnemu mitowi nie trzeba ich na samym początku formować, tj. przeprowadzić kilku cykli ładowania i rozładowania w krótkim czasie, ani nie występuje w nich “efekt pamięci”.

“Efekt pamięci” czyli zjawisko, którego objawem jest malejąca pojemność akumulatora, dotyczy akumulatorów wykonanych w technologiach Ni-Cd, czyli niklowo-kadmowych, i Ni-MH, czyli niklowo-metalowo-wodorkowych. Ogniwa poddawane kilkudziesięciu cyklom ładowania, gdy nie były rozładowywane do końca, zaczynały się zachowywać tak, jakby miały połowę swojej normalnej pojemności. Jak sprawdzono, wynikało to z nagłego spadku napięcia w trakcie poboru prądu. Przyczyną tego zjawiska okazały się kryształy i stopy. Kryształy kadmu, które powstawały z porcji metalu niewykorzystanej w trakcie rozładowywania akumulatora, i stopy kadmu oraz niklu. W jednym i drugim przypadku nie biorą one udziału w reakcjach, z których czerpiemy energię elektryczną. Zaznaczam, że to zjawisko pojawia się dopiero po wielokrotnym powtórzeniu takiego cyklu niepełne rozładowanie – nadmierne ładowanie i może zostać łatwo usunięte przy pomocy wcześniej wspomnianego formowania baterii. Ogniwa Li-ion i Li-Po nie są narażone na taki efekt tak długo, jak są ładowane w prawidłowy sposób – stąd zalecenia producentów, aby używać oryginalnych ładowarek.

Wartymi uwagi są również akumulatory kwasowe, które można znaleźć w praktycznie każdym samochodzie – praktycznie każdym, gdyż ostatnio podobno wzrosła liczba ich kradzieży. Spójrzmy na ich cechy:

Jak widać, mają o wiele wyższe napięcie niż te w smartfonach, a oprócz tego o wiele większą pojemność i masę. Elektrody w nich wykonane są z metalicznego ołowiu oraz jego dwutlenku. Rolę elektrolitu spełnia 37% roztwór kwasu siarkowego z dodatkami. Prąd elektryczny powstaje na obydwu elektrodach w wyniku reakcji ołowiu z anionem siarczanowym, co powoduje powstanie siarczanu ołowiu. Stąd pełne rozładowanie takiego akumulatora polega na całkowitym przekształceniu elektrod w siarczan ołowiu i jest to proces odwracalny. Efekt pamięci w przypadku tego typu akumulatorów polega na przekształceniu siarczanu ołowiu w jego formę krystaliczną, która jest izolatorem. Należy tego unikać, gdyż proces odsiarczania takiego akumulatora jest drogi i czasochłonny. Akumulatory tego typu nie są w pełni szczelne, co wymusza ostrożność, aby uniknąć rozlania elektrolitu. Niepełna szczelność tego typu akumulatorów wynika z tego, że należy regularnie uzupełniać w nich poziom elektrolitu poprzez dolewanie wody destylowanej. Ubytek wody następuje w nich podczas ładowania, gdy woda jest rozkładana elektrolitycznie na wodór i tlen. Gdyby wodór nie mógł ulatniać się z akumulatora, jego nagromadzenie się mogłoby doprowadzić do eksplozji.

To na koniec może sprawdźcie, na ile powinna wystarczyć bateria w waszym telefonie, wiedząc, że przeciętny pobór prądu w czasie użytkowania to od 100 mA do 500 mA 😉

(c) by Lucas Bergowsky
Jeśli chcesz wykorzystać ten tekst lub jego fragmenty, skontaktuj się z autorem
.

Smród nie z tej ziemi. Odcinek 1: Tioaceton

Ze względu na swoje właściwości do pobudzania zmysłów (np. smaku, zapachu) związki chemiczne można uszeregować i stworzyć ranking tych, które najintensywniej pobudzają odpowiednie receptory. W przypadku odorantów (substancji pobudzających zmysł węchu) o najbardziej intensywnym i nieprzyjemnym zapachu sprawa jest bardziej skomplikowana i nie ma jednoznacznych wskazań, który ze związków chemicznych jest najbardziej śmierdzący. I dodam tylko, że mówimy o poziomie fetoru o kilka poziomów wyższym, niż te najbardziej nośne medialnie, jak: szwedzki przysmak Surströmming (sfermentowany śledź), południowo-azjatycki owoc Durian, czy  islandzki specjał Hákarl (sfermentowane mięso rekina).

Dlatego też różne źródła podają czasami wymiennie różne związki jako te najbardziej cuchnące, ale przeważnie czołówka to te same cząsteczki, tylko inaczej przetasowane. Jednym z nich jest tioaceton, uważany przez wielu naukowców jako źródło najgorszego zapachu, jaki można sobie wyobrazić i właśnie o tioacetonie będzie pierwszy odcinek cyklu o wyjątkowo śmierdzących cząsteczkach.

Struktura

Tioaceton (nazwa IUPAC: propan-2-tion) to związek należący do grupy tioketonów, czyli ketonów, które zamiast tlenu (w grupie karbonylowej >C=O) posiadają atom siarki, tworząc grupę tiokarbonylową >C=S. Jego organicznym odpowiednikiem zawierającym tlen, jest aceton – popularny rozpuszczalnik, składnik np. zmywacza do paznokci.

Struktura tioacetonu i acetonu (materiały autora)

Obecność atomu siarki związana jest z ostrymi i cuchnącymi zapachami związków siarkoorganicznych. Przykładem są np. tiole (starsza nazwa merkaptany) występujące w niektórych warzywach jak cebula, szparagi, czy w wydzielinie skunksa.

Właściwości

Tioaceton to lotna, pomarańczowa lub brązowa ciecz o niezwykle silnej i ostrej woni. Zapach opisywany jest jako kombinacja czosnku, zgniłej kapusty i spalonej gumy. Jego obecność w powietrzu w nawet w niewielkim stężeniu powoduje ból głowy,  nudności, wymioty, a nawet utratę przytomności. W przypadku zanieczyszczonej tioacetonem odzieży (nawet kilka kropel), nie ma możliwości jej wyczyszczenia/wyprania, a w przypadku kontaktu z ludzką skórą, zapach może utrzymywać się do kilku miesięcy.  Jeśli chodzi o stabilność, to warto zaznaczyć, ze  tioaceton może być wyizolowany tylko w niskiej temperaturze i powyżej -20 °C polimeryzuje do trimeru – tritioacetonu, który posiada również ostry zapach, chociaż nie tak mocny jak tioaceton.

Struktura tritioacetonu (materiały autora)

Co ciekawe sam tioaceton nie jest toksyczny, ani nie ma właściwości wybuchowych. Jego zapach jest jednak wystarczająco groźny, żeby klasyfikować go do grupy chemikaliów niebezpiecznych i zachować szczególne środki ostrożności przy jakichkolwiek pracach z nim.

Kto go odkrył i po co?

W 1889 r. w niemieckim Freiburgu, dwóch chemików: Eugen Baumann i Emil Fromm prowadziło badania nad polimerami i w trakcie optymalizacji procesu otrzymywania tritioacetonu (wspomnianego powyżej), przypadkowo wyizolowali związek o zapachu trudnym do zniesienia (był to właśnie tioaceton). Tak opisują to w swojej pracy [2]:

„Kiedy świeżo otrzymany produkt reakcji: acetonu, stężonego kwasu solnego i siarkowodoru został poddany destylacji z parą wodną, wydzielający się ostry zapach rozprzestrzenił się szybko na odległość 0.74 km, do odległych części miasta. Mieszkańcy ulic przyległych do laboratorium, zaczęli alarmować że fetor spowodował u niektórych mdłości i omdlenia”

Kolejne próby prac laboratoryjnych z użyciem próżni zredukowały nieco powstający fetor, ale i tak na skutek protestów mieszkańców Freiburga i pozwów, które wysyłali do ratusza, Baumann i Fromm zmuszeni byli przerwać badania nad procesem. Bauman nie zniechęcił się niepowodzeniem i swoja uwagę skierował na syntezę amidów, a stosowana na szeroką skalę w chemii organicznej reakcja Schottena-Baumana, to jeden z jego naukowych sukcesów.

Eugen Baumann (Źródło: Wikipedia /PL/)

W annałach XIX-wiecznej nauki można jeszcze odnaleźć historie prac Juliusa Lewkowitscha nad tioacetonem. Ten wybitny brytyjski chemik (autorytet w przemyśle tłuszczów i olejów) próbował wykorzystać „śmierdzącą” właściwość tego związku i prowadził prace nad wykorzystaniem go jako dodatku do gazu wodnego (syntezowego), aby wykrywać nieszczelności w instalacjach. Okazało się, że tioaceton jest…za dobry. Nawet niewielka jego ilość rozcieńczona znacznie powietrzem powodowała, że zapach był nie do zniesienia. Lewkowitsch również przerwał prace badawcze i zalecał użycie jako nawaniacza znacznie mniej nieprzyjemnej zapachowo akroleiny [3].    

Dalsze prace

Pomimo że właściwości redukujące tioacetonu były zachęcające do użycia go w różnych reakcjach w syntezie chemicznej, przez długi czas nikt nie prowadził badań nad tioacetonem, czemu trudno się zresztą dziwić. Dopiero w latach 60-tych XX w. pojawił się ponownie w literaturze naukowej, kiedy w ośrodku badawczym Esso Research Centre w UK, prowadzono prace nad tioketonami, jako potencjalnymi źródłami nowych polimerów. Dwóch naukowców (V.Burnop i K.Latham) tak opisywało prace z tioacetonem [4]:

„W trakcje prowadzenia eksperymentu napotkaliśmy problemy z wydzielającym się zapachem, który przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. W trakcie prowadzenia prac, z jednej z butelek z pozostałością reagentów wyskoczył korek i pomimo szybkiego zamknięcia naczynia, straszny fetor rozszedł się błyskawicznie powodując wymioty i omdlenia u kolegów pracujących w innych budynkach 200 yardów dalej. Dwóch chemików, którzy badali depolimeryzacje niewielkich ilości tritioacetonu, spotkało się (z powodu zapachu) z wrogim nastawieniem innych pracowników, a kelnerka w kantynie pracowniczej publicznie ich upokorzyła, pryskając ich dezodorantem”.

Jak pracować z tioacetonem?

Czy da się w ogóle pracować ze związkiem chemicznym, który ma zapach z piekła rodem? Okazuje się, ze zachowując pewne środki ostrożności, można. Jakie? Oto wytyczne [4]:

„Agresywny zapach wydzielający podczas rozkładu tritioacetonu jest ograniczony lub wyeliminowany poprzez prace w komorze rękawicowej (glovebox), uszczelnionej zasadowym nadmanganianem, a pary tioacetonu mogą być wyeliminowane oparami brunatnego dwutlenku azotu. Wszystkie pozostałości poreakcyjne powinny być poddane termicznej utylizacji w palenisku.”

Komora rękawicowa/glovebox (Źródło: Wikipedia /ENG/)

Trzeba przyznać, ze wymagane środki ostrożności są (na szczęście) dość zniechęcające i raczej ciężko będzie o chętnych do pracy z tioacetonem.

Słowo końcowe

Myślę, ze ten krótki opis jednego z najbardziej śmierdzących związków chemicznych, zainteresował Was czytelnicy na tyle, że będziecie czekać z ciekawością na kolejny odcinek, w którym przedstawię Wam kolejnego fascynującego „śmierdziela”.

Stay tuned…


Bibliografia wykorzystana w tekscie:

[1]. https://www.technology.org/how-and-why/thioacetone-worst-smelling-substance-on-earth/

[2]. E. Baumann and E. Fromm, “Ueber Thioderivate der Ketone,” Berichte der Deutschen Chemischen Gesellschaft 22 (1889): 2592 – 2599

[3]. Water gas is a combination of carbon monoxide and hydrogen used in gasification. Julius Lewkowitsch, “Odorising Water-Gas,” Chemical News and Journal of Industrial Science 61, no. 1589 (1890): 219

[4]. Chemistry and Industry, 1967, p. 1430

Zimowe grzybobranie

Aczkolwiek zima nie kojarzy nam się zwykle z grzybobraniem, kilka gatunków grzybów jadalnych wytwarza owocniki właśnie wtedy i można się wybrać na ich poszukiwanie w grudniu, styczniu lub lutym, zwłaszcza w cieplejsze dni, jeśli śnieg nie zalega zbyt grubo. Grzyby rosnące w sezonie zimowym mają tę zaletę, że brak w tym czasie ich trujących sobowtórów. Choć więc zazwyczaj unikam wypowiadania się o toksyczności bądź walorach kulinarnych grzybów, tym razem z czystym sumieniem mogę zaprezentować trójkę moich osobistych zimowych faworytów. Wszystkie ilustracje to moje własne zdjęcia grzybów z okolicznych lasów, a sugestie kulinarne wypróbowałem na sobie samym.

1. Płomiennica zimowa (Flammulina velutipes)

Płomiennica zimowa, znana też pod dawniejszymi  nazwami zimówki aksamitnotrzonowej lub monetki aksamitnej (nie wspominając o licznych nazwach ludowych, jak pieniążek lub bedłka wierzbowa), rośnie zazwyczaj od października do maja. Owocniki wyrastają sporymi grupami na obumarłych osikach lub wierzbach albo na ich pieńkach, a także na innych drzewach liściastych. Łatwo je rozpoznać po płomienistej barwie kapelusza i po trzonie, który w dolnej części pokryty jest aksamitnym meszkiem i jest zdecydowanie ciemniejszy niż u góry, a bywa nawet całkiem czarny. Płomiennica nie ma pierścienia wokół trzonu, a blaszki kapelusza są jasne – u młodych owocników białawe, później żółtawe.

Plomiennice można przyrządzać na wszelkie sposoby: nadają się do zup, sosów i do marynowania. Można też z nimi eksperymentować: moja własna, rodzinna specjalność to płomiennice podsmażone lekko na maśle i posolone, a następnie upieczone na grzankach. Do jedzenia bierze się tylko kapelusz.

W kuchniach Dalekiego Wschodu popularne są grzyby zwane enokitake (nazwa oznacza dosłownie ‘grzyb rosnący na enoki, czyli wiązowcu chińskim’). Są to także płomiennice, ale hodowane w szczególny sposób, dzięki czemu wyrastają wiązki owocników białych, silnie wydłużonych, o małych kapeluszach. Uważano dawniej, że płomiennice dalekowschodnie należą do tego samego gatunku co nasze płomiennice zimowe, jednak w roku 2015 dokładne badania genetyczne wykazały, że enokitake trzeba wyodrębnić w osobny gatunek, Flammulina filiformis. Z kulinarnego punktu widzenia nie ma to żadnego znaczenia, bo oba gatunki są jadalne i równie smaczne.

2. Uszak bzowy (Auricularia auricula-judae)

Uszaki bzowe znane są popularnie jako bzowe uszy lub uszy judaszowe. Ta ostatnia nazwa utrzymuje się w różnych wariantach od średniowiecza w folklorze wielu krajów (stąd też łacińska nazwa gatunkowa). Rosną na wielu gatunkach drzew i krzewów, ale szczególnie chętnie na bzie czarnym (Sambucus nigra), żywym lub obumarłym. Podobnie jak płomiennica zimowa, uszak bzowy, uważany dawniej za gatunek kosmopolityczny, został po badaniach DNA rozbity na kilka gatunków łudząco do siebie podobnych. Jednym z nich jest bliski krewny z Dalekiego Wschodu, Auricularia heimuer. Heimuer to nazwa chińska uszaków, natomiast po japońsku nazywają się one kikurage – dosłownie ‘meduza drzewna’. Z przyczyn nieznanych nauce (czy to mykologii, czy językoznawstwu), w Polsce – i tylko w Polsce – używa się nazwy handlowej grzyby mun lub mung.

Wygląd uszaka bzowego jest bardzo charakterystyczny. Owocnik o kształcie odwróconej miseczki ma konsystencję zwięzłej galarety, jest lekko przejrzysty, czerwonobrązowy do bordowego, o powierzchni matowej, lekko omszałej. Nie ma trzona, blaszek ani widocznych porów. Z wiekiem staje się pofałdowany. Skojarzenia zarówno z małżowiną uszną, jak i z meduzą są całkowicie zrozumiałe. Uszaki mogą wyrastać przez cały rok, ale latem są zwykle niepozorne, zasuszone i twarde. Zima to dla nich najlepszy czas.

Uszak bzowy nie ma wyraźnego smaku ani zapachu, ale kolor i konsystencja sprawiają, że po posiekaniu w cienkie paski jest interesującym dodatkiem do zup lub sosów w stylu orientalnym; można go także łączyć z innymi grzybami jako neutralny smakowo składnik mieszanki. Wysuszone uszaki można przechowywać tak jak importowane „grzyby mun” ze stoiska z żywnością azjatycką i po namoczeniu w wodzie wykorzystywać w identyczny sposób.

3. Boczniak ostrygowaty (Pleurotus ostreatus)

W Polsce rośnie kilka gatunków boczniaków, ale nasz bohater wyróżnia się tym, że można go spotkać od późnej jesieni do wiosny. Podobny do niego i także jadalny boczniak łyżkowaty (P. pulmonarius) zdecydowanie woli lato i wczesną jesień. Boczniak ostrygowaty wyrasta dużymi grupami na pieńkach, ale także na obumierających częściach żywych drzew liściastych. Przyrośnięty jest do drewna krótkim trzonem osadzonym przy krawędzi kapelusza. Kolor górnej powierzchni kapelusza bywa różny: od popielatego przez szarobrązowy do odcieni fioletu. Blaszki, trzon i miąższ są jasne, prawie białe. Kształt kapelusza może przywodzić na myśl dużą muszlę małża.

Ciekawostką jest fakt, że boczniaki należą do grzybów drapieżnych. Zaspokajają zapotrzebowanie na związki azotu, zabijając i trawiąc nicienie zamieszkujące butwiejące drewno. Grzybnia boczniaka wydziela toksynę, która szybko paraliżuje nicienia, a jednocześnie wywołuje martwicę jego tkanek, ułatwiając grzybni wniknięcie do ciała ofiary i pożywienie się zwierzęcymi białkami.

Na szczęście boczniaki nie tylko nie szkodzą ludziom, ale zawierają związki stymulujące układ odpornościowy i działające przeciwnowotworowo. Komu nie chce się ich zbierać, może w prawie każdym sklepie spożywczym kupić boczniaki pochodzące z hodowli, ale moim prywatnym zdaniem nie dorównują one grzybom dzikim konsystencją ani aromatem.

Podobnie jak płomiennice i uszaki, boczniaki ostrygowate (w tym przypadku ten sam gatunek co w Europie) uchodzą za delikates na Dalekim Wschodzie. Jeżeli powiem, że po japońsku boczniak nazywa się hiratake, czytelnik, który porówna tę nazwę z enokitake, być może domyśli się, że take to po japońsku ‘grzyb’. Słowo hira oznacza ‘płaski’, a zatem Japończycy nazywają boczniaka „płaskogrzybem’”.

Trzon boczniaka jest łykowaty i należy go odciąć. Jeśli komuś żal go wyrzucić, można go wysuszyć, sproszkować i używać jako przyprawy (tak robi Tomasz Kubowicz z naszego zespołu). Kapelusz zaś ma w kuchni niezliczone zastosowania. W niektórych potrawach z powodzeniem zastępuje mięso. Moje ulubione danie z boczniaków to flaczki. Wykonanie nie jest skomplikowane. Cebulę i pora kroi się drobno, podsmaża na oliwie, następnie dodaje się grubo starte warzywa: marchew, pietruszkę i selera – a po kilku minutach boczniaki pokrojone w paski w poprzek blaszek. Całość zalewa się bulionem lub jego wegetariańskim odpowiednikiem i przyprawia solą, pieprzem, papryką słodką i ostrą oraz koniecznie majerankiem, imbirem w proszku i startą gałką muszkatołową. Zresztą takie szczegóły każdy kucharz może sobie dopracować według własnego gustu.