Wielkie wymierania (1): Zabójczy gatunek, czyli co się stało z plejstoceńską megafauną

Cykl: Wielkie wymierania

Ofiary i główny podejrzany

Od dłuższego czasu – na dobrą sprawę od XIX w. – trwa dyskusja na temat przyczyn wymierania megafauny plejstoceńskiej. Jak wiemy, jeszcze nie tak dawno temu, podczas epoki lodowcowej, na Ziemi żyło wiele gatunków wielkich zwierząt lądowych (głównie, choć nie wyłącznie ssaków), które z jakiegoś powodu nie dożyły do naszych czasów. Na przykład obecnie istnieją trzy gatunki trąbowców (dwa w Afryce i jeden w Azji Południowej, wszystkie zagrożone wyginięciem), podczas gdy jeszcze kilkadziesiąt tysięcy lat temu żyło ich około dwudziestu – także w Europie, Azji Północnej i obu Amerykach. Wyginęły nie tylko gatunki, ale całe rodzaje (Paleoloxodon, Stegodon, Mammuthus, Mammut, Cuvieronius, Notiomastodon).

Wymieraniem dotknięte zostały wszystkie kontynenty prócz Antarktydy (gdzie nie było ssaków lądowych), a jego ofiarami padały zwłaszcza gatunki największe, ważące setki lub tysiące kilogramów. Część z nich dożyła początków holocenu, który zaczął się 11,7 tys. lat temu. Z początku przypisywano wymieranie megafauny zmianom klimatu – ociepleniu, które zapoczątkowało holocen i doprowadziło do poważnych zmian w ekosystemach. Ale w roku 1966 amerykański paleontolog Paul S. Martin wysunął hipotezę, że głównym sprawcą wymierania był człowiek, kolonizujący kolejne kontynenty i doskonalący swoje zdolności łowieckie. Znikanie wielkich ssaków wydają się silniej skorelowane z migracjami naszego gatunku niż z topnieniem lodowców. Warto zwrócić uwagę, że tam, dokąd ludzie dotarli późno – np. na Antylach, Madagaskarze czy Nowej Zelandii – pierwotna megafauna (ssaki lub wielkie nielotne ptaki) nie wymarła na początku holocenu, natomiast zaczęła znikać wkrótce po pojawieniu się Homo sapiens.

Oczywiście wyniszczenie megafauny nie było celem łowców paleolitycznych. Nie mieli pojęcia, że zasoby najgrubszej zwierzyny nie są niewyczerpane. Nie zabijali jej dla rozrywki, tylko dla zdobycia pożywienia, skór, z których sporządzali odzież, oraz rogu czy kości, z których wytwarzali narzędzia. Na nowo kolonizowanych kontynentach presja łowiecka nie niszczyła populacji wielkich zwierząt z roku na rok ani nawet z pokolenia na pokolenie, jednak redukowała je systematycznie, podkopując przy tym równowagę ekologiczną. Kiedy jeden gatunek znikał, łowcy przerzucali się na inny. Polowali zwykle na wielkich roślinożerców, ale w ten sposób stawali się konkurentami wielkich drapieżników w rywalizacji o te same zasoby.

Ryc. 1.

Czy oskarżony przyznaje się do winy?

Nie jest miło być podejrzanym o spowodowanie masowego wymierania gatunków, toteż zwolennicy poglądu, że jego przyczyną były czynniki naturalne, zwracali uwagę na zmiany środowiskowe mniej spektakularne niż globalna odwilż na początku holocenu – wszelkie wahania klimatu i związane z nimi przekształcenia ekosystemów zachodzące jeszcze w plejstocenie. Tyle tylko, że plejstocen trwał ponad dwa i pół miliona lat i składał się z licznych zlodowaceń przeplatanych interglacjałami. Nie wywarły one zauważalnych skutków w postaci masowego wymierania gatunków, a jeśli już jacyś przedstawiciele megafauny wymierali, ich miejsce zajmowały nowe gatunki odgrywające podobną rolę ekologiczną. Ostatnie zlodowacenie i następujący po nim okres cieplejszy (w zasadzie interglacjał taki jak wiele innych) nie różniłyby się od poprzednich, gdyby nie jeden dodatkowy czynnik: ekspansja Homo sapiens poza Afryką.

Ale przecież nasz gatunek nie był pierwszym przedstawicielem Homo w Europie i Azji Południowej. Już H. erectus prawie dwa miliony lat temu zaczął penetrować Eurazję, a później jego śladem poszły inne wczesne formy ludzkie: H. antecessor, H. heidelbergensis i jego potomkowie – neandertalczycy i denisowianie.1 Dlaczego szlaków ich migracji nie znaczą trupy megafauny? Wiadomo, że już H. heidelbergensis był sprawnym łowcą. Znalezione w Niemczech szczątki drewnianej broni myśliwskiej (rzadkie w porównaniu z nieulegającymi rozkładowi narzędziami kamiennymi) świadczą o tym, że co najmniej 337−300 tys. lat temu technika jej wytwarzania osiągnęła wysoki stopień zaawansowania (Leder et al. 2024). Neandertalczycy polowali na mamuty, nosorożce włochate, renifery i inne wielkie ssaki. Dlaczego nie doprowadzili do ich wymarcia?

Jedną z przyczyn mogła być niska gęstość populacji neandertalskiej, a także denisowiańskiej. Jak się zdaje, były one mniej liczne i znacznie bardziej rozproszone niż w przypadku H. sapiens. Łatwiej było im pozostawać w długotrwałej równowadze z populacjami zwierzyny łownej. Możliwe też, że rozwój ich technik łowieckich był stopniowy i przez setki tysięcy lat dał megafaunie dość czasu na przystosowanie się do obecności dużych mięsożernych naczelnych.

Globalny pochód wymierania

Afryka (gdzie człowiek żył „od zawsze”) ucierpiała z pozoru najmniej, co nie znaczy, że nie ucierpiała w ogóle, tyle że wymieranie nie przybrało tam formy nagłej katastrofy i oszczędziło część największych gatunków: słoni, żyraf, hipopotamów, nosorożców, bawołów, lwów itp. Podobnie było w Azji Południowej, gdzie przeżyły słonie indyjskie, nosorożce, tapiry czaprakowe czy tygrysy. Megafauna europejska i północnoazjatycka poniosły duże straty, były one jednak rozłożone w czasie, a dotyczyły przeważnie gatunków naprawdę wielkich, zwłaszcza o masie ciała powyżej tony (z kilkunastu nie przeżył ani jeden).2 Najdotkliwsze i najbardziej gwałtowne były skutki wymierania ssaków plejstoceńskich tam, gdzie przed H. sapiens nie dotarli inni przedstawiciele Homo: w Australii (ok. 50–40 tys. lat temu) i w obu Amerykach (ok. 13–11 tys. lat temu). Zapewne miejscowa zwierzyna nie zdążyła się nauczyć, jak reagować na obecność człowieka, czyli przede wszystkim, jak go unikać. W krótkim czasie wymarło tam 70–90% gatunków o masie ciała powyżej 40 kg, w tym wszystkie ważące więcej niż tonę.

W przypadku Australii i Ameryki Południowej próg ustawiony był jeszcze niżej: największe ssaki lądowe, jakie tam przeżyły, ważą odpowiednio ok. 30–80 kg (kangur rudy) i ok. 250 kg (tapir amerykański) lub 300 kg (jeśli uwzględnić manaty rzeczne). Pisałem już tutaj o losach pancerników olbrzymich i leniwców naziemnych, ale w chwili przybycia człowieka liczba gatunków samych trąbowców w obu Amerykach wynosiła około pół tuzina; reprezentowały one trzy rodziny (dwie z nich już nie istnieją). Znikły też między innymi olbrzymie wielbłądy północnoamerykańskie (Camelops hesternus), wszystkie koniowate Nowego Świata i ostatni przedstawiciele endemicznych kopytnych południowoamerykańskich: litopternów (Macrauchenia) i notoungulatów (Piauhytherium, Toxodon, Mixotoxodon). W Australii wymieranie objęło zarówno ogromnych roślinożerców z trzyipółtonowym Diprotodon optatum na czele, jak i duże drapieżniki, takie jak Thylacoleo carnifex (o masie ponad 100 kg), a spośród gadów – gigantycznego kuzyna „smoka z Komodo”, Varanus priscus.

Ci, którzy przeżyli, też ucierpieli

W ubiegłym roku opublikowano wyniki ciekawego badania (Bergman et al. 2023), w którym skupiono się nie na gatunkach, które wymarły, ale tych, które przeżyły. Zbadano genomy przedstawicieli 139 gatunków dużych i wielkich ssaków współczesnych, próbując oszacować wahania wielkości ich populacji efektywnej na przestrzeni ostatnich 740 tys. lat. Wahania te porównano z zapisem zmian średniej temperatury rocznej i intensywności opadów w tym okresie oraz chronologią migracji ludzkich. W przypadku 91% gatunków stwierdzono znaczące spadki liczebności populacji (na ogół tym większe, im większa była masa ciała analizowanego gatunku), nie były one jednak równo rozłożone w badanym czasie, ale skoncentrowane w okresie 76–32 tys. lat temu. Globalna wielkość populacji i biomasa megafauny pozostawały niemal stałe przez większość plejstocenu, ale załamały się nagle w ciągu ostatnich 50 tys. lat, ulegając redukcji o 92–95%. Proponuję chwilę refleksji nad znaczeniem tej liczby. Dzisiejsza megafauna jest cieniem plejstoceńskiej – i nie mówimy tylko o wymieraniu gatunków, ale o drastycznym spadku liczebności tych, które przetrwały.

Ryc. 2.

Zrekonstruowane spadki populacji nie są skorelowane z żadnymi parametrami opisującymi zmiany klimatyczne, natomiast pokrywają się w czasie z pojawieniem się H. sapiens w danym regionie. Częściowym wyjątkiem są obie Ameryki, gdzie skurczenie się populacji gatunków nadal żyjących wyprzedzało w czasie ogólnie przyjęte daty przybycia człowieka. Możliwe, że w tym przypadku ochłodzenie związane z ostatnim maksimum zlodowacenia (ok. 26–20 tys. lat temu) przetrzebiło populacje gatunków ciepłolubnych, a może po prostu człowiek pojawił się w obu Amerykach wcześniej, niż przyjmowano. W każdym razie, nawet jeśli to czynniki naturalne osłabiły megafaunę Nowego Świata, ostateczny cios zadali ludzie: masowe wymieranie całych gatunków zaczęło się około 13 tys. lat temu, w okresie, gdy z Azji i Beringii przedostała się na południe główna fala migrującej ludności paleolitycznej.

Druga fala wymierania

To, że część wielkich ssaków żyje nadal, nie oznacza, że nie musimy się o nie martwić, gdyż „dały sobie radę”. Wystarczy wspomnieć, że szacowana łączna populacja słoni afrykańskich (obu gatunków) wynosiła w XVIII w. ok. 15−30 mln. Dziś jest ich niewiele ponad 400 tys. Znacznie liczniejszy słoń sawannowy (Loxodonta africana) jest klasyfikowany jako gatunek zagrożony, a słoń leśny (L. cyclotis) jako krytycznie zagrożony: przez kilkadziesiąt lat jego liczebność spadła z 700 tys. do ok. 30 tys.3 Populacja słoni malała najpierw powoli, choć systematycznie przez XIX w., głównie z powodu stopniowej utraty siedlisk, ale rabunkowe polowania, zwłaszcza dla zdobycia kości słoniowej, dramatycznie przyśpieszyły ten spadek w XX w. Dopóki istnieje popyt na kość słoniową, kłusownikom będzie się opłacało zabijać jedne z najwspanialszych zwierząt na Ziemi tylko po to, żeby sprzedać ich ciosy. Dopóki w części krajów afrykańskich legalne są krwawe safari, dopóty znajdą się bogaci idioci, których marzeniem jest pozowanie z upolowanym słoniem do fotki, która będzie budzić zachwyt innych idiotów w mediach społecznościowych.

„Tradycyjna medycyna chińska”, pseudonauka pozbawiona podstaw empirycznych, tak bardzo ceni róg nosorożca, że na czarnym rynku cena tego „panaceum” sięga 30–100 tys. dolarów amerykańskich za kilogram. Z tej przyczyny dwa gatunki azjatyckie, nosorożec jawajski (Rhinoceros sondaicus) i sumatrzański (Dicerorhinus sumatrensis), są już bliskie wymarcia i prawdopodobnie nie do uratowania. Rogi są nielegalnie importowane także z Afryki, dlatego północny podgatunek nosorożca białego (Ceratotherium simum) liczy już tylko dwa osobniki (dwie samice w niewoli). Podgatunek południowy „uciekł śmierci spod kosy” po tym, jak liczebność jego dzikiej populacji spadła do kilkudziesięciu sztuk na początku XX w. Dziś wzrosła do 20 tys., ale kłusownicy polujący na rogi nadal stanowią dla niej zagrożenie: w latach 2012–2017 zabili ok. 15% nosorożców białych. Krytycznie zagrożony jest także afrykański nosorożec czarny (Diceros bicornis): z populacji liczącej kilka tysięcy osobników kilkaset rocznie pada ofiarą kłusowników. Nosorożec indyjski (Rhinoceros unicornis) stracił większość siedlisk; kilkanaście niezbyt licznych i izolowanych populacji stanowi łatwy cel dla łowców rogów. Tymczasem „róg” nosorożca to częściowo zmineralizowana (wzmocniona hydroksyapatytem) keratyna, taka sama jak ta, z której zbudowane są nasze włosy, paznokcie czy naskórek. Gdyby amatorzy chińskich cudów medycyny ogryzali i zjadali własne paznokcie, wzmocniłoby to ich wigor i potencję w równym stopniu jak sproszkowany róg nosorożca.

Ryc. 3.

W Ameryce Północnej na początku XIX w. żyło kilkadziesiąt milionów bizonów preriowych (Bison bison subsp. bison)4 – jednego z zaledwie kilku wielkich ssaków tego kontynentu, które uniknęły zagłady na początku holocenu. Bizony tworzyły wielkie stada, świetnie przystosowane do życia na preriach i odporne na zaburzenia demograficzne. Mimo że rdzenni Amerykanie polowali na nie od tysięcy lat, ustaliła się równowaga ekologiczna niezagrażająca odtwarzaniu się populacji bizonów. Jednak w ciągu kilkudziesięciu lat biali przybysze z bronią palną doprowadzili bizony na skraj wymarcia, tępiąc je szczególnie intensywnie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX w. W znacznej części była to zagłada gatunku prowadzona z premedytacją: w ten sposób pozbawiano rdzenne ludy Wielkich Prerii jednej z podstaw egzystencji ich tradycyjnych społeczności. Po tej rzezi pozostało kilka stad liczących łącznie nieco ponad 100 sztuk. Choć w końcu objęto bizony ochroną i zaczęto odtwarzać ich dziką populację, jej obecna liczebność jest sto razy razy mniejsza niż 200 lat temu, a do tego narażona na skutki dramatycznego zubożenia różnorodności genetycznej, ponieważ wszystkie dzisiejsze bizony pochodzą od kilkudziesięciu ocalałych osobników założycielskich. Z własnego podwórka dobrze znamy losy europejskich turów, dzikich koni i żubrów (dziś często mylonych z dzikami przez ludzi, którzy najchętniej oglądają megafaunę przez celownik sztucera).

Smutna konkluzja

Można zatem przyjąć, że Homo sapiens stał się dla innych dużych ssaków śmiertelnym zagrożeniem mniej więcej w czasie, gdy zaczął eksplorować świat poza rodzinną Afryką. Nowa krucha równowaga, która ustaliła się po zubożeniu fauny plejstoceńskiej, została ponownie złamana, kiedy zaczęła się kształtować współczesna cywilizacja. Ta druga fala destrukcji, w odróżnieniu od pierwszej, nie oszczędziła Afryki ani Azji Południowej.5 Tamtejsze gatunki największych ssaków lądowych – już ostatnie na Ziemi – są dziś zagrożone w stopniu, którego często nie ogarnia wyobraźnia opinii publicznej. To samo zresztą dotyczy wielu ssaków mniejszych, które pierwszą falę wymierania przeżyły bez wielkiego szwanku. Wysiłki organizacji zajmujących się ochroną przyrody i co światlejszych rządów często rozbijają się w zderzeniu z ludzką chciwością, głupotą, myśleniem życzeniowym (które skłania do ignorowania ostrzeżeń) i zakorzenionym w wielu kulturach przekonaniem, że środowisko naturalne istnieje po to, aby służyło ludziom, a człowiek jest „gospodarzem Ziemi”, który powinien po gospodarsku zarządzać jej pozostałymi mieszkańcami, na przykład kontrolując ich pogłowie.

Wątpię, żeby mogło się to skończyć dobrze.

Przypisy

  1. Można też wspomnieć o karłowatych wyspiarskich odmianach wczesnych ludzi, jak Homo floresiensis, który notabene polował na karłowate trąbowce z wyspy Flores, Stegodon florensis subsp. insularis. Choć skarłowaciały, słoń ten należał do megafauny, miał bowiem 130 cm wysokości w kłębie i ok. 570 kg masy ciała. Wymarł − zapewne nieprzypadkowo − ok. 50 tys. lat temu, wkrótce po pojawieniu się na Flores ludzi współczesnego gatunku. ↩︎
  2. Mamuty włochate (Mammuthus primigenius) przeżyły dłużej na izolowanych wyspach niezasiedlonych przez człowieka we wczesnym holocenie. Populacja z Wyspy św. Pawła (Alaska) wymarła ok. 5650 lat temu wskutek naturalnego zmniejszenia się powierzchni wyspy, zaniku wegetacji i procesów erozyjnych spowodowanych przez same mamuty. Na o wiele większej Wyspie Wrangla na Oceanie Arktycznym ostatnia populacja mamutów zanikła ok. 4 tys. lat temu. Udział człowieka jest w tym przypadku możliwy, ale nieudowodniony. ↩︎
  3. Dopiero około 2000 r. w wyniku badań DNA powszechnie uznano istnienie dwóch odrębnych gatunków słoni afrykańskich, których drogi ewolucyjne rozdzieliły się 5−2 mln lat temu. ↩︎
  4. Istnieje ponadto alaskański i kanadyjski bizon leśny (B. b. subsp. athabaskae), również zagrożony wymarciem. ↩︎
  5. Co gorsza, współczesne zagrożenie wymarciem dotyczy także wielkich ssaków morskich, zwłaszcza waleni. Pierwsza fala wymierania fauny plejstoceńskiej praktycznie nie dotknęła gatunków oceanicznych. Wyjątkiem była syrena morska (Hydrodamalis gigas) z rzędu brzegowców (Sirenia), której zasięg w rejonie Beringii skurczył się w holocenie z przyczyn naturalnych. Jednak ostatnią reliktową populację syren na Wyspach Komandorskich na Morzu Beringa wybili łowcy fok przed końcem XVIII w., tuż po jej odkryciu przez Europejczyków. ↩︎

Podstawowa bibliografia

Opis ilustracji

Ryc. 1. Mastodont amerykański (Mammut americanum), trąbowiec o wysokości 2,8 m i masie 5 t, jedna z ofiar wymierania ok. 11,5 tys. lat temu. Rekonstrukcja zakłada, że mastodonty pokryte były gęstą sierścią, co niekoniecznie odpowiada prawdzie, był to bowiem gatunek znacznie bardziej ciepłolubny niż mamut włochaty (Mammuthus primigenius), przystosowany do życia w skrajnie surowym klimacie. Autor: Dantheman9758. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 3.0).
Ryc. 2. Żyrafa zachodnioafrykańska (Giraffa camelopardalis subsp. peralta) z okolic Kouré (Niger). Choć tradycyjnie zalicza się żyrafy do jednego gatunku, badania genetyczne sugerują podział na cztery gatunki i ok. 8 podgatunków. W latach dziewięćdziesiątych XX w. liczebność żyrafy zachodnioafrykańskiej spadła do 49 osobników; obecnie jest ich ponad 400. Ale łączna populacja wszystkich żyraf w tym samym czasie zmalała o ponad 30% wskutek polowań i utraty siedlisk. Foto: Roland H. 2006. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 2.0).
Ryc. 3. Przedstawiciel Homo sapiens, William Frederick Cody (1846−1917), znany jako „Buffalo Bill”. Pracując jako licencjonowany dostawca mięsa dla robotników zatrudnionych przy budowie linii kolejowej Kansas Pacific, osobiście zastrzelił ponad 4 tys. bizonów w ciągu półtora roku (1867/1868). Foto: Napoleon Sarony 1880. Źródło: Wikipedia (domena publiczna).

EM poleca (#3): Elsa Panciroli – „Bestie, które żyły przed nami. Nowa historia pochodzenia i ewolucji ssaków”

Książka, którą chciałbym polecić, została wydana po polsku w roku 2023, w serii „Na ścieżkach nauki” (z charakterystycznym rysunkiem labiryntu) wydawnictwa Prószyński i S-ka. Seria w ogóle jest ciekawa, przedstawia bowiem nowe odkrycia i nowe spojrzenie na świat z perspektywy różnych dyscyplin naukowych. Tym razem wybraną dyscypliną jest paleontologia, a tematem – historia ewolucyjna ssaków. Autorka, Elsa Panciroli, jest szkocką paleontolożką specjalizującą się w badaniu ssaków kopalnych – ale nie tych, które zdominowały świat po zagładzie wielkich dinozaurów i kojarzone są z „erą ssaków”, czyli kenozoikiem. Elsa Panciroli zwraca uwagę, że ostatnie 66 mln lat to tylko około 20% rzeczywistej historii ssaków, i postanawia zająć się bliżej tymi 80%, o których wspomina się rzadko i pobieżnie.

Przodek ssaków oddzielił się od przodka zauropsydów (gadów i ptaków) ponad 300 mln lat temu. Wszystkie gatunki znajdujące się po ssaczej stronie tego podziału (synapsydy) są „bardziej ssakami niż gadami”, toteż autorka zaczyna od nich opowiadanie o historii naszej linii ewolucyjnej. Pokazuje, jak dramatyczne wielkie wymierania i następujące po nich radiacje przystosowawcze kształtowały naszych przodków w karbonie i permie, kiedy synapsydy należały do największych i najważniejszych kręgowców lądowych. Ale także w „erze dinozaurów”, od triasu do końca kredy, ssaki nie były tylko drobnicą kręcącą się pod stopami władców Ziemi, ale ewoluowały dynamicznie i ulegały zróżnicowaniu: istniały wówczas na przykład ssaki wodne, szybujące, wyspecjalizowani roślinożercy, a nawet duże drapieżniki potrafiące upolować i zjeść niewielkiego dinozaura.

Takie spojrzenie na pierwsze 240 mln lat niezależnej ewolucji ssaków powinno być oczywistością, biorąc pod uwagę współczesną wiedzę paleontologiczną, ale anachroniczne myślenie w kategoriach następujących po sobie „dynastii” (ryby → płazy → gady → ssaki) powoduje, że wyobrażamy sobie ssaki mezozoiczne jako mało interesującą grupę „uśpioną”, która mogła wybudzić się z letargu i wykorzystać swoją szansę dopiero wówczas, gdy upadek planetoidy wykończył silniejszą konkurencję. Książka Elsy Panciroli obala ten mit, a także wiele innych.

Ryc. 1.

Warto zwrócić uwagę na szczególną rolę kobiet na tym polu badań. Polskiemu czytelnikowi miło będzie stwierdzić, że Elsę Panciroli fascynuje postać Zofii Kielan-Jaworowskiej (dzięki której także piszący te słowa zainteresował się wczesną ewolucją ssaków). Autorka poświęca polskiej uczonej spory fragment książki, stawiając ją wręcz na piedestale i przypisując jej – w dużym stopniu słusznie – zrewolucjonalizowanie badań nad ssakami mezozoicznymi.

Podejście zaprezentowane przez Elsę Panciroli i jej wizja ewolucji ssaków są mi bardzo bliskie. Oryginał angielski został opublikowany w 2021 r., co oznacza, że książka uwzględnia aktualny stan badań. To ważne, bo paleontologia rozwija się szybko i praktycznie co roku dowiadujemy się czegoś nowego i fascynującego. Od dawna jednak nikt nie proponował podsumowania zebranej wiedzy w formie strawnej i atrakcyjnej dla czytelników zainteresowanych ewolucją, ale niekoniecznie śledzących na bieżąco najnowsze odkrycia i ich konsekwencje. W każdym razie brakowało takich syntetycznych ujęć tematu na polskim rynku popularnonaukowym, toteż chwała wydawnictwu Prószyński i S-ka za wypełnienie tej luki.

Czy książka ma jakieś wady? Przyznam, że niezbyt odpowiada mi sposób prezentacji, w którym duży nacisk położony jest na osobiste przeżycia w formie udramatyzowanej: „Psy szczekały. Samochody mruczały. Świerszcze cykały. Gdzieś nad moją głową jakiś malutki ptaszek dreptał po blaszanym dachu pensjonatu. Za ścianą ktoś oglądał operę mydlaną w telewizji i zapomniał zamknąć drzwi”. Rozbudowane opisy wietrznej i deszczowej pogody w Szkocji także bywają nużące. To samo dotyczy historii badań opowiedzianej w konwencji beletrystycznej: „Otulony długim czarnym płaszczem i szczelnie owinięty szalikiem wielebny William Buckland wkroczył na Bedford Street, do domu numer 20”. Tego rodzaju manierę kojarzę z amerykańskim stylem popularyzacji nauki – kiedy zanim realizatorzy filmu dokumentalnego przejdą do rzeczy, muszą najpierw zrelacjonować epicką historię o tym, jak dotarli na miejsce mimo trudności logistycznych, nieznośnych komarów, targowania się o zapłatę z lokalnymi przewodnikami, utopienia zapasowych baterii w odmętach Amazonki i faktu, że operator omal nie stracił palca u nogi w kontakcie z piraniami. Wolę czysty profesjonalizm Davida Attenborough, który od razu jest na miejscu w sercu lasu deszczowego i nie opowiada o sobie, tylko o tym, co zamierza pokazać widzom. Ale to rzecz gustu, a przedstawienie osobistego doświadczenia pracy paleontologa oczywiście też bywa zajmujące.

Nieco zastrzeżeń można mieć do przekładu, który choć poprawny (tłumacz na ogół nieźle sobie radzi z terminologią specjalistyczną), bywa chropowaty – głównie z powodu zbyt niewolniczego trzymania się frazy angielskiej. Co dobrze wygląda w jednym języku, niekoniecznie sprawdza się w innym. Dotyczy to także tytułu, który w oryginale brzmi: Beasts before us. The untold story of mammal origin and evolution. Angielskie słowo beasts to nie to samo, co polskie bestie. Może oznaczać po prostu „zwierzaki” (zwłaszcza ssaki) i nie kojarzy się nieuchronnie z czymś wielkim i groźnym. W szczególności ssaki mezozoiczne zdecydowanie nie należały do zwierząt objętych w języku polskim kategorią „bestii”.  Także korekta, za którą powinno odpowiadać wydawnictwo, przepuściła znaczną liczbę błędów i usterek. Takie drobiazgi irytują, ale nie zmniejszają znacząco przyjemności z lektury.

Polecam książkę Elsy Panciroli wszystkim, których interesuje historia życia na Ziemi, a w szczególności nasza własna historia. Dobrze jest wiedzieć, skąd przybywamy i co robili nasi przodkowie przez prawie ćwierć miliarda lat, którym inni popularyzatorzy na ogół nie raczyli poświęcić dość uwagi.

Ryc. 2.

Polecana książka

Elsa Panciroli. 2023. Bestie, które żyły przed nami. Nowa historia pochodzenia i ewolucji ssaków [oryginał: Beasts before us. The untold story of mammal origin and evolution, Bloomsbury Publishing 2021]. Prószyński i S-ka. Przekład: Bartosz Sałbut.
https://www.proszynski.pl/product/bestie-ktore-zyly-przed-nami

Ilustracje

Ryc. 1. Okładka polskiego przekładu. Zwracam uwagę na labirynt − znaczek serii.
Ryc. 2. Dimetrodon grandis, synapsyd z rodziny sfenakodontów (czyli przedstawiciel ssaczej linii owodniowców) sprzed ok. 280 mln lat. Rekonstrukcja: Max Bellomio 2019. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 4.0).

Ab ovo, czyli wielkanocna etymologia jajeczna

Co było pierwsze, jajo czy kura?

Badania archeologiczne i genetyczne sugerują, że kury (Gallus gallus domesticus) udomowiono mniej więcej na początku II tysiąclecia p.n.e. (często podawane wcześniejsze datowania są mało wiarygodne). Przodkiem kur był głównie dziki podgatunek G. g. spadiceus, zamieszkujący (także w naszych czasach) lasy południowo-zachodnich Chin, Tajlandii i Birmy. Z tej praojczyzny kur ich hodowla rozszerzyła się szybko na całą Azję Południową, a dzięki żeglarzom austronezyjskim również na wyspy Oceanii. Tam, gdzie żyły inne dzikie gatunki i podgatunki rodzaju Gallus – na subkontynencie indyjskim wraz z Cejlonem, w Indochinach, na Filipinach i wyspach Indonezji – krzyżowały się one z drobiem domowym i dodawały swój skromniejszy wkład do jego DNA. Z Indii już około 1200 lat p.n.e. hodowla kur dotarła do Iranu i Mezopotamii. Na początku I tysiąclecia p.n.e. kury były rozpowszechnione na Bliskim Wschodzie; zaczęły też pojawiać się w Afryce i w Europie.1 Od VIII w. p.n.e., zapewne dzięki Fenicjanom i Grekom, hodowano kury na wybrzeżach Morza Śródziemnego, a około 500 r. p.n.e. można je było spotkać w Europie od Wielkiej Brytanii po Morze Czarne. Przodkowie Słowian poznali je nieco później.

Nie ma jednej indoeuropejskiej nazwy kur domowych. Zamiast tego mamy nazwy lokalne, zwykle o przejrzystej etymologii. Na przykład w językach germańskich koguta nazywano *xanan-/*xanin- (mianownik *xanô, patrz niemieckie Hahn, staroangielskie hana), co pierwotnie oznaczało ‘śpiewaka’ lub ‘śpiewającego ptaka’ (praindoeuropejskie *kan-on-). Nie znaczy to, że znaczenie ‘kogut’ jest praindoeuropejskie; zostało po prostu przeniesione na nowo poznanego ptaka o donośnym głosie. Różne pochodne od tego słowa oznaczały z kolei kurę lub kurczaka (stąd niemieckie Huhn, angielskie hen itd.). Nie brakuje też nazw ewidentnie onomatopeicznych, jak *kukka- > angielskie cock, a do tego cała seria germańskich pochodnych od podstawy słowotwórczej *kjuk-, w tym angielskie chicken i staronordyjskie kjúklingr.

Tymczasem wspólne słowo oznaczające ‘jajo’ jest starsze o tysiąclecia i szeroko rozpowszechnione w językach indoeuropejskich. A zatem z językowego punktu widzenia jajo (przynajmniej indoeuropejskie) jest starsze od kury. W naszej części świata na długo przed pojawieniem się kur zaczęto udomawiać gęsi, dostępne były zatem jaja gęsie. Jednak słowo o znaczeniu ‘jajo’ istniało wcześniej niż ptactwo domowe. Wybieranie jaj z gniazd dzikich ptaków było praktyką znaną ludziom od najdawniejszych czasów. Także symbolika jaja jako źródła życia jest znacznie starsza niż hodowla jakiegokolwiek gatunku drobiu. Ale za chwilę przekonamy się, że jeśli chodzi o etymologię, od jaja starszy jest ptak.

Ryc. 1.

Od ptaka do jaja

Znamy kilka praindoeuropejskich słów oznaczających różne gatunki ptaków. Istniało też słowo ogólne, obejmujące wszelkie ptactwo: *h2awi-/*h2wej-. Od tego prasłowa pochodzi na przykład łacińskie avis. Niemal wszyscy specjaliści są zgodni, że to od tej indoeuropejskiej podstawy utworzono słowo pochodne, rekonstruowane tradycyjnie jako *ōwjom ‘jajo’. Szczegóły pokrewieństwa między ‘ptakiem’ a ‘jajem’ są jednak trudne do zrekonstruowania. Przeważa opinia, że mamy do czynienia z formą przymiotnikową zawierającą wzdłużoną samogłoskę *o, której towarzyszy przyrostek samogłoskowy o znaczeniu dzierżawczym tzn. *h2ōwi- + *ó- → *h2ōwjó- ‘należące do ptaka’. Trzeba ten pogląd traktować z pewną rezerwą, bo niezależne przykłady takiego procesu słowotwórczego są nieliczne, trudno więc uznać zagadkę pochodzenia ‘jaja’ za w pełni rozwiązaną. Ponieważ jednak hipotezy alternatywne budzą jeszcze poważniejsze zastrzeżenia, przyjmijmy roboczo, że rekonstrukcja *h2ōwjóm jest poprawna. Na jej korzyść świadczą formy zachodnioirańskie, takie jak średnioperskie xāyag < *Hāwya(-ka)- < *h2ōwjo- (z przyrostkiem zdrabniającym). W tej grupie języków spółgłoska *h2 zachowała się na początku wyrazu jako h- lub x- (wymawiane jak polskie ch), można więc uznać jej obecność w ‘jaju’ za potwierdzoną. Ogólnie zresztą języki irańskie zachowały praindoeropejską nazwę jaja bardzo dobrze, z czym kontrastuje jej zanik w językach indoaryjskich: w sanskrycie widzimy zamiast starej formy neologizm āṇḍá- ‘jajo’ (oznaczający także ‘jądro męskie’).

Kombinacja dźwięków *-ōwj- (z dwiema półsamogłoskami po długiej samogłosce) była rzadka i nietypowa; łatwo ulegała nieregularnemu uproszczeniu przez utratę którejkolwiek z półsamogłosek. Powstawały wówczas warianty *h2ōwom lub *h2ōjom. Pierwszy z nich widzimy w łacińskim ōvum, a drugi w słowiańskim *aje (do którego jeszcze wrócimy).2 W języku starogreckim nastąpiła prawdopodobnie asymilacja *ōwjóm > *ōjjón > ōión (z wariantami dialektalnymi nie zawsze łatwymi do wytłumaczenia). W grece hellenistycznej długi dyftong ōi stracił drugi element: ōión zmieniło się w ōón. Stąd mamy w terminologii naukowej grecki element słowotwórczy oo- (np. oocyt ‘niedojrzała komórka jajowa’, oogeneza ‘powstawanie jaja’, oologia ‘nauka o jajach’). Natomiast owulacja ma etymologię łacińską (od średniowiecznego łacińskiego ovulum ‘jajeczko’, czyli zdrobnienia od ovum). Łaciński zwrot ab ōvō, oznaczający dosłownie ‘od jaja’, a metaforycznie ‘od samego początku’, wprowadził Horacy, który był zdania, że dobry poeta powinien wzorem Homera zaczynać opowieść in mediās rēs (czyli wkraczając w środek akcji), natomiast opowiadanie w nudnym porządku chronologicznym, poczynając od chwili, gdy z jaja złożonego przez Ledę wykluła się Helena, należy pozostawić grafomanom.

W epoce hellenistycznej greckie ōón miało liczbę mnogą ōá. Z rodzajnikiem określonym tworzyło połączenie ta ōá. W grece średniowiecznej samogłoska ō uległa skróceniu. Dalszy rozwój fonetyczny wyglądał mniej więcej tak: [taoa] > [tawa] > [tava] > dzisiejsze greckie [tavɣa] (pisane ta abgá) ‘(te) jaja’. Od formy tej urobiono współczesną postać liczby pojedynczej, to abgó [avɣo]. Związek tego wyrazu ze starogreckim ōión jest jak najbardziej realny, ale przestał być oczywisty.

W języku praceltyckim dawne *ō poza sylabą końcową zmieniło się w *ā, stąd praceltyckie *āwjom ‘jajo’. Słowo to zachowało się w brytońskiej grupie języków celtyckich, dając na przykład walijskie wy, wymawiane jako długi jednosylabowy dyftong [uːɨ], i bretońskie vi. Na tym zakończę przegląd, bo rozważania na temat albańskich czy armeńskich nazw jaja prowadziłyby do dyskusji zanadto specjalistycznej.

Osobliwe jaja germańskie i kłopoty z porozumieniem się po angielsku

Rozwój germańskiej nazwy jaja był mniej więcej następujący: *h2ōwjo- > *ōwjo- > *owjo- > *ojjo- > pragermańskie *ajja-. I tu zaczyna się jedno z dziwniejszych rozwidleń ewolucyjnych w historii języków germańskich. Na samym początku swojej historii rozpadły się one na dwie gałęzie: wschodnią (obecnie wymarłą) i północnozachodnią. Ta druga wkrótce uległa kolejnemu rozszczepieniu na grupę zachodniogermańską (języki takie jak niemiecki, niderlandzki, fryzyjski czy angielski) i północnogermańską, czyli skandynawską (tu należą islandzki, norweski, farerski, duński i szwedzki). Sekwencja *-jj- rozwinęła się na trzy różne sposoby: w grupie wschodniogermańskiej powstało z niej *-ddj-, w północnogermańskiej *-ggj-, a w zachodniogermańskiej *-ij- (pierwsze *j utraciło charakter spółgłoski i połączyło się w dyftong z poprzedzającą je samogłoską).3 W konsekwencji nazwa jaja rozwinęła się odpowiednio we wschodniogermańskie *addja-, północnogermańskie *aggja- i zachodniogermańskie *aija-.

Jedynym językiem wschodniogermańskim, jaki zachował się w zabytkach pisanych, był gocki. Dysponujemy częściowym przekładem Biblii na ten język, spisanym ok. 369 r., ale tak się składa, że nie ma w tym przekładzie mowy o jajach. Jednakże Goci w początkach naszej ery stworzyli państwo na terenach dzisiejszej Ukrainy, a choć zostało ono zniszczone przez Hunów pod koniec IV w., jeden z dialektów gockich istniał na Krymie jeszcze w XVI w. (była o tym mowa tutaj). Lista około setki słów, jakie z niego wynotowano, zawiera krymskogockie ada, przetłumaczone jako ‘jajo’, ale prawdopodobnie będące formą liczby mnogiej (oczekiwane formy w klasycznym biblijnym gockim brzmiałyby: l.poj. *addi/l.mn. *addja). Jest to jeden z dowodów na to, że język Gotów krymskich był w rzeczy samej wschodniogermański.

Jajo zachodniogermańskie, czyli *aija-, reprezentowane jest np. przez niemieckie Ei i staroangielskie ǣġ, wymawiane [æːj].4 W grupie zachodniogermańskiej przesunięto ‘jajo’ do deklinacji tzw. tematów na *-z rodzaju nijakiego. Oznacza to w praktyce, że w liczbie mnogiej dawną końcówkę * zastąpiło *-izō > zachodniogermańskie *-iru > staroangielskie -ru. Zatem po staroangielsku na jaja mówiło się ǣġru [æːjrʊ]. W języku średnioangielskim (XI–XV w.), a w każdym razie w jego dialektach południowych, jajo nazywało się ei, a jaja eiren.5 Formy te pisano też ey/eyren. Dla porównania – współczesny język niemiecki ma Ei/Eier (stąd ajerkoniak, czyli koniak z jajami). Podobieństwo jest naturalne i oczekiwane, bo języki angielski i niemiecki są bliskimi kuzynami.

Ale skąd w takim razie wzięło się dzisiejsze angielskie egg? Przywędrowało z północy, gdzie od VIII–IX w. osiedlali się Skandynawowie mówiący dialektami języka staronordyjskiego. W ich języku jajo nazywało się egg < *aggja- (patrz dzisiejsze duńskie æg, szwedzkie ägg, islandzkie i norweskie egg). Ludność północnej Anglii była mieszana etnicznie i w dużym stopniu dwujęzyczna, toteż dialekty angielskie tego regionu przejęły bardzo wiele słów północnogermańskich. Jak przystało na zapożyczenie, egg zostało zaliczone do najbardziej regularnej klasy rzeczowników, otrzymując liczbę mnogą egges (dzisiejsze eggs). Choć słowa ei/eiren i egg/egges były z sobą blisko spokrewnione, odrębny rozwój zachodniogermański i skandynawski spowodował, że przestały brzmieć podobnie. Z biegiem czasu nazwa zapożyczona od wikingów rozszerzała swój zasięg na południe, wypierając oryginalne słowo staroangielskie.

William Caxton, pierwszy drukarz angielski, zwierzał się w przedmowie do wydanego przez siebie w roku 1490 przekładu Eneidy, jak trudno jest wydawcy ustalić jeden standard literacki dla języka angielskiego z powodu zmian językowych i współistniejących różnorodnych wariantów. Zilustrował swoje rozważania anegdotą o tym, jak pewien kupiec z północy, czekający wraz z towarzyszami u wybrzeży Kentu na pomyślne warunki, aby wyruszyć w rejs do niderlandzkiej Zelandii, udał się do gospodarstwa na lądzie, żeby kupić nieco żywności. Poprosił gospodynię o egges, ta zaś, nie rozumiejąc, o co gościowi chodzi, odparła, że nie rozumie po francusku. Na to kupiec zapałał złością, ponieważ także nie znał francuskiego, powtarzał jednak, że życzy sobie egges. Dopiero gdy ktoś lepiej zorientowany w regionalnych dialektach wytłumaczył gospodyni, że chodzi o eyren, zakupy doszły do skutku.

Słowiańskie jaje i – za przeproszeniem – jajca

Wspomniałem już wyżej, że *h2ōwjom > *ō(w)jom dało prasłowiańskie *aje. Był to rozwój całkowicie regularny, bo zarówno dawne *ā, jak i *ō utożsamiły się jako prasłowiańskie *a, a ich krótkie odpowiedniki zlały się w *o. Już w języku prasłowiańskim w sekwencji *jo sąsiedztwo „miękkiej” półsamogłoski powodowało zmianę *o w *e, mamy zatem następujący ciąg form: *ōjo- > *ajo- > *aje. Słowianie już w tych prastarych czasach uwielbiali zdrobnienia. Najczęściej używanym sufiksem zdrabniającym było *-iko-, które w języku prasłowiańskim przekształciło się w *-ьko-, a następnie w *-ьce (wskutek procesu znanego jako palatalizacja progresywna). Obok słowa *aje pojawiło się zatem *ajьce. Słowiańska niechęć do rozpoczynania wyrazu samogłoską powodowała, że słowa zaczynające się na *a- otrzymywały regularnie „podpórkę” fonetyczną w postaci półsamogłoski *j. Proces ten długo pozostał żywy w gwarach polskich – zob. ludowe formy imion takie jak Jagna (od Agnieszki) albo Jambroży. Mamy zatem prasłowiańskie *agnę, *ablъko, ale polskie jagnię, jabłko. Z tego samego powodu *aje, *ajьce przekształciły się w staropolskie (piętnastowieczne) jaje, jajce, a w liczbie mnogiej jaja, jajca.

W XVI w. jaje było formą wyłączną (nie istniał jeszcze wariant jajo), nastąpiła jednak dziwna redystrybucja form odmiany. Liczba pojedyncza jajce wyszła z użycia, rzadka stała się także liczba mnoga jaja. Pozostałe formy, osierocone, postanowiły się połączyć w nową parę. Dlatego w szesnastowiecznej polszczyźnie mamy rzeczownik jaje, którego liczba mnoga brzmi niemal zawsze jajca.6 Dotyczyło to zarówno jajec (rzadko jåj)7 ptasich, jak i jajec (jąder) męskich. Zilustruję to dwiema fraszkami Jana Kochanowskiego z Czarnolasu (1584). W pierwszej (Na ucztę) narzeka on na wygórowane ceny toalet publicznych (zwanych wychodami) w renesansowym Krakowie:

Szeląg dam od wychodu, nie zjem, jeno jaje:
Drożej sram, niźli jadam; złe to obyczaje.

W drugiej fraszce (zatytułowanej Do fraszek) istotna jest dwuznaczność ostatniego słowa:

Fraszki, za wszeteczne was ludzie poczytają
I dlatego was pewnie uwałaszyć mają.
A tak ja upominam: Nie mówcie plugawie,
Byście potym nie były z wałachy na trawie;
Ale mówcie przykładem mego Mikołajca:
„Co to niesiesz?” – „Gospodze, z odpuszczeniem: jajca”.8

Ryc. 2.

Ale jaja! Ewolucja jajek nowopolskich

Tymczasem stary przyrostek *-ьce (widoczny także np. w słowach słońce i serce) w języku polskim zatracił swoją dawną funkcję zdrabniającą, podobnie jak jego odpowiednik męski *-ьcь (ociec, wieniec) i żeński *-ьca (owca). Polacy jednak nadal lubili zdrobnienia, toteż gdy stare się zużywały, tworzyli nowe za pomocą najbardziej produktywnych procesów słowotwórczych. Jako najpopularniejszy formant zdrabniający wyspecjalizował się przyrostek -ek/-ka/-ko (dający się zastosować w każdym rodzaju gramatycznym). Na wzór oknookienko (w XV w. istniała jeszcze starsza forma okieńce) powstało nowe zdrobnienie, jåjko. Istnieje ono od czasów staropolskich, ale jeszcze w XVI w. znacznie ustępowało częstością występowania słowu jaje przynajmniej w tekstach (jak było w języku mówionym, nie mamy pojęcia). Miało jednak pewną drobną przewagę: liczba mnoga była całkowicie regularna: jåjka. Regularność produktywnych zdrobnień jest jedną z przyczyn ich popularności: jeśli dziecko nie jest pewne, czy powiedzieć w celowniku kotu, czy kotowi, może zastosować sprytny unik, mówiąc kotkowi. Ktoś, kto wahał się, czy użyć formy jajca, czy jaja, mógł wybrnąć z dylematu, mówiąc jåjka. Dlatego z biegiem czasu jajko i jajka coraz częściej zastępowały jaje i jajca.

Doszło wreszcie do tego, że słowo jajko zaczęło być odczuwane jako neutralne, niezdrobniałe, a jaje (od XIX w. zastępowane przez jajo na wzór rzeczowników twardotematowych) nabrało nacechowania formalnego albo zgrubiałego. Jego odmiana uległa wyrównaniu do zwykłych form rodzaju nijakiego: jajo/jaja, natomiast do liczby mnogiej jajca dorobiono analogiczną liczbę pojedynczą jajco. Mamy dziś zatem bogaty wybór form, z których w języku potocznym zdecydowanie dominuje jajko/jajka, rozumiane najczęściej w sensie dosłownym (jajko kurze itp.). Wariant jajo/jaja jest w tym znaczeniu bardziej formalny (i używany np. jako termin biologiczny), natomiast często stanowi synonim jądra i wówczas nabiera zabarwienia potocznego. Wariant jajco/jajca jest cokolwiek rubaszny. Zwykle używamy go w liczbie mnogiej w znaczeniu ‘wygłupy, kpiny’ lub ‘kłopotliwa, żenująca sytuacja’. Podobnie funkcjonują jaja, np. w wyrażeniu robić sobie jaja. Oczywiście robić sobie jajka można jedynie w sensie kulinarnym. Stara i szacowna forma jaje niemal całkowicie wyszła z obiegu. Może tylko czasem ktoś zacytuje fredrowskie od kury mędrsze jaje w wersji oryginalnej.

W ten sposób, wraz z neutralizacją słowa jajko, zużyło nam się kolejne zdrobnienie, tracąc swoją wartość ekspresywną. Ale od czego mamy słowotwórstwo? Dodajemy do jajka (lub, co na jedno wychodzi, do jajca) kolejny przyrostek zdrabniający i otrzymujemy jajeczko. A zatem życzę wszystkim Czytelnikom wesołego jaja, jajca, jajka lub jajeczka.

Przypisanki

  1. O tym, skąd przyszły, świadczy starogreckie określenie koguta, używane m.in. przez Arystofanesa, persikòs órnis, czyli ‘perski ptak’. ↩︎
  2. Rzecz szczególna: podczas gdy języki bałtyjskie całkowicie straciły odziedziczoną nazwę jaja, słowiańskie znakomicie ją zachowały. Przypomina to wspomnianą wyżej sytuację indoirańską. Być może bliskie związki kulturowe słowiańsko-irańskie miały wpływ na słownictwo dotyczące jaj. ↩︎
  3. Dla porządku dodam, że równolegle pragermańskie *-ww- rozwinęło się we wschodnio- i północnogermańskie *-ggw- oraz w zachodniogermańskie *-uw-. Oba procesy były z sobą ściśle związane. ↩︎
  4. Pomimo pisowni słowo ǣġ pochodzi od *āj < *aij i nigdy nie zawierało *g. Litera g była po prostu używana przez skrybów staroangielskich między innymi do zapisu głoski [j]. Taką „miękką” wymowę oznacza się dla wygody dzisiejszego czytelnika kropką: ġ. ↩︎
  5. Z dodatkową końcówką liczby mnogiej -en dodaną do odziedziczonej formy ǣġru > eire, która widocznie wydawała się zbyt słabo nacechowana jako liczba mnoga. ↩︎
  6. Istniała też liczba podwójna: dwie jai. ↩︎
  7. Zaznaczam tu i poniżej (w słowie jåjko) samogłoskę „pochyloną” å [ɒ], cofniętą artykulacyjnie i wymawianą z lekkim zaokrągleniem warg. Kontynuowała ona staropolską samogłoskę długą, a w literackiej polszczyźnie mniej więcej do połowy XVIII w. była odróżniana od zwykłego a [a]. W wielu gwarach rozróżnienie nadal istnieje („ptok wysiaduje jojka”). ↩︎
  8. Innymi słowy: „Jaśnie panie, za przeproszeniem – jaja”. Czasownik uwałaszyć oznacza ‘uczynić wałachem’, czyli ‘wykastrować’. ↩︎

Opis ilustracji

Ryc. 1. Bankiwa (Gallus gallus spadiceus), dziki protoplasta kur domowych. Foto: Sam Hambly 2023. Lokalizacja: Song Phi Nong, prowincja Phetchaburi, Tajlandia. Źródło: iNaturalist (licencja CC BY-NC 4.0).
Ryc. 2. Ukraińskie pisanki wielkanocne. Barwienie i zdobienie jaj znane są w wielu kulturach, ale europejskie jaja wielkanocne, zaadaptowane przez chrześcijaństwo, mogą kontynuować irańskie tradycje święta Nowego Roku (perskie Nowruz) obchodzonego w dniu równonocy wiosennej. Foto: Luba Petrusha 2011. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 3.0).