Sprawa dwóch goździków. Historia detektywistyczna

Zlecenie przyjęte

Spytała mnie żona, dlaczego słowo goździk ma w języku polskim dwa całkiem różne znaczenia. To niebezpieczne pytanie: wiedziałem, że odpowiedź nie będzie prosta, a jeśli jej nie udzielę, stracę twarz jako językoznawca. Podjąłem się zatem wyjaśnienia. Coś tam kojarzyłem, ale nie wszystko było dla mnie jasne, więc zacząłem kopać. Oto, co znalazłem.

Po pierwsze: goździk (Dianthus) to rodzaj roślin z rodziny goździkowatych, liczący blisko 400 opisanych gatunków, występujących dziko w Eurazji i dużej części Afryki (jeden gatunek azjatycki, D. repens, przekroczył Cieśninę Beringa i skolonizował również Alaskę i Jukon). Niektóre z nich, zwłaszcza goździk ogrodowy (D. caryophyllus), a także mieszańce międzygatunkowe, uprawiane są od średniowiecza jako rośliny ozdobne. Wrócimy jeszcze do goździka w tym sensie, ale na razie włóżmy go do wazonu i odstawmy na bok.

Śladami przyprawy − drogą morską i lądową

Goździk to także przyprawa korzenna, która z punktu widzenia botaniki z tym pierwszym goździkiem nie ma wiele wspólnego. Goździki to wysuszone pączki kwiatowe czapetki pachnącej (Syzygium aromaticum), drzewa z rodziny mirtowatych. Gatunek ten rósł pierwotnie tylko na niektórych wyspach archipelagu Moluków (Maluku), należącego obecnie do Indonezji (patrz ryc. 3 i opis ilustracji). Moluki nazywano kiedyś Wyspami Korzennymi, bo słynęły jako źródło przypraw. Z tego samego archipelagu, położonego między Sulawesi a Nową Gwineą, pochodzą gałka muszkatołowa i kwiat muszkatołowy, wytwory innego tamtejszego drzewa, muszkatołowca korzennego (Myristica fragrans).

Domniemane uwęglone pozostałości goździków znaleziono w Syrii (ok. 10 tys. km od Moluków) na stanowisku datowanym na 1720 r. p.n.e., ale ani data, ani identyfikacja gatunku nie są pewne, a znalezisko jest całkowicie izolowane. Należy je zatem traktować z rezerwą, dopóki archeolodzy nie dostarczą więcej danych. Faktem jest jednak, że żeglarze austronezyjscy, skolonizowawszy „ziemiomorze” między Azją a Australią, około połowy II tysiąclecia p.n.e. zaczęli tworzyć sieć wymiany handlowej z Azją Południową, między innymi z ludami południowych Indii i Cejlonu, używającymi języków z rodziny drawidyjskiej. Stamtąd szlaki handlowe prowadziły lądem do Mezopotamii i dalej ku Morzu Śródziemnemu. W I tysiącleciu p.n.e. do handlu włączali się stopniowo kolejni gracze: Indoariowie, Persowie, hellenistyczni Seleucydzi, mieszkańcy Arabii i Rzymianie.

Dwa tysiące lat temu Rzym regularnie handlował z Indiami drogą morską przez Morze Czerwone i Arabskie. Nieco wcześniej powstał słynny Jedwabny Szlak, którym egzotyczne towary z Dalekiego Wschodu wędrowały na zachód drogą lądową. Trudno ustalić dokładnie, kiedy goździki dotarły do Europy, ale wiemy, że w pierwszych wiekach naszej ery zaczęli się nimi interesować Grecy i Rzymianie. Wcześniej (II w. p.n.e.) wspominają o nich źródła chińskie.

Ryc. 1.

Goździe i goździki

Tyle na temat przyprawy. Teraz przyjrzyjmy się jej nazwie. Słowo goździk to zdrobnienie od góźdź, obocznego wariantu słowa gwóźdź. Już w XV w. (czyli w epoce staropolskiej) występowały obok siebie pary synonimów: góźdź i gwóźdź (oznaczające oprócz metalowego gwoździa także kołek lub szpunt – coś, co można było wbić młotkiem) oraz goździk i gwoździk. Przyprawę sprowadzaną z na poły bajkowych krajów na wschodnich krańcach Ziemi nazywano zarówno goździkiem, jak i gwoździkiem. Ta druga forma była częstsza w okresie staro- i średniopolskim. Była też starsza, bo przodkiem słowa g(w)óźdź było prasłowiańskie *gvozdь o tym samym znaczeniu. Użytkownicy języka często odczuwają pokusę, żeby słowo mające dwa warianty i dwa znaczenia posegregować w dwie jednostki słownikowe dla uniknięcia wieloznaczności. Dlatego współcześnie nastąpiło zróżnicowanie znaczeń gwoździka i goździka – przynajmniej w polszczyźnie standardowej, bo oboczne góźdź i goździk ‘mały gwóźdź’ są nadal żywe np. w gwarze poznańskiej (i nie tylko).

Motywacja dla nazwania przyprawy g(w)oździkami wydaje się dość oczywista: suszone goździki przypominają małe gwoździe. Ale sprawa ma drugie i trzecie dno. Francuską nazwą goździka-przyprawy jest clou de girofle, co dosłownie oznacza ‘gwóźdź rośliny zwanej girofle’. Girofle pochodzi od ludowego łacińskiego gariofilum, a to z kolei stanowi zniekształcenie greckiego karuóphullon (w wersji zlatynizowanej caryophyllum), będącego nazwą egzotycznej rośliny rodzącej goździki. Francuskie słowo clou w tym sensie spotykamy już w XIII w. Język angielski zapożyczył je jako clow lub clow-gelofre, przekształcone w dzisiejsze clove ‘goździk-przyprawa’, ale np. język średnio-dolno-niemiecki, funkcjonujący jako lingua franca imperium handlowego Hanzy, przetłumaczył je i zdrobnił jako negelken ‘mały gwóźdź, gwoździk’, stąd niemieckie Nelken ‘goździk-przyprawa’. Polacy najwyraźniej zaadaptowali je w podobny sposób, tłumacząc na własny język, a nie zapożyczając w oryginalnej formie.

Zawikłanym tropem starych nazw

Ale dlaczego karuóphullon? Dosłownie znaczy to coś w rodzaju ‘orzecholist’. Jednak po pierwsze – czapetka pachnąca nie ma liści podobnych jak orzech (czy to włoski, czy leszczyna, czy jakikolwiek inny), a po drugie – Grecy nie mieli bladego pojęcia, jak wygląda roślina dostarczająca goździków, choć oczywiście zakładali jej istnienie. Skąd więc taka nazwa? Najprawdopodobniej Grecy zracjonalizowali sobie na zasadzie etymologii ludowej krążące po Azji słowo oznaczające ‘goździk’ (przyprawę), które dotarło do nich przez ciąg zapożyczeń. Za jego prawdopodobne pierwotne źródło uchodzi jedno ze staroindyjskich określeń goździków, *kalikā-phala-, dosłownie ‘pąk-owoc’, które pozostawiło wiele słów potomnych w językach Indii, np. marathi kaḷāphūl.

Arabska nazwa goździka-przyprawy, qaranful, często bywa uważana za zapożyczenie z greckiego, ale trudno wykluczyć inne źródła – na przykład niezależny import z Indii. Z arabskiego słowo to przeniknęło do wielu innych języków, między innymi do perskiego i do tureckiego (karanfil). Podobne słowa występują w językach drawidyjskich, np. tamilskie kirāmpu ~ karāmpu, ale nie są one znane z okresu przedkolonialnego, więc ich historia jest niepewna. Same mogą być zapożyczeniami – może arabizmami. W tym natłoku nazw o niejasnej etymologii, podobnych do siebie fonetycznie (zacytowałem ich tylko kilka dla ilustracji), panuje galimatias, wobec którego nawet specjalistom opadają ręce. Tak to bywa z nazwami handlowymi: szerzą się jak wirusy, a rekonstrukcja ich transmisji bywa trudna.

Ryc. 2.

Wątek austronezyjski i zapach eugenolu

Pierwotną nazwą goździka (przyprawy) w Indiach było importowane z Moluków słowo lawan, które za pośrednictwem języka staromalajskiego i języków drawidyjskich dotarło do sanskrytu jako lavaṅga- (stąd hindi lauṅg, paszto lawong itd.). Ta austronezyjska nazwa zakończyła wędrówkę na subkontynencie indyjskim i otarła się o Afganistan, nie podbijając jednak świata zachodniego. Warto zauważyć, że słowo molukańskie odpowiada zachodnio-malajsko-polinezyjskiemu *laBaŋ ‘gwóźdź’. Stąd wyrażenie malezyjskie bunga lawang (etymologicznie: ‘kwiat-gwóźdź’), oznaczające obecnie inną wonną przyprawę, anyż gwiazdkowy (badian), a w przeszłości gałkę muszkatołową, ale pierwotnie odnoszące się do goździków. W innych językach regionu malajskiego i w językach drawidyjskich lawang i słowa pokrewne mogą też oznaczać cynamon.

Jak widać, skojarzenie ususzonych pąków czapetki pachnącej z gwoźdźmi pojawiało się niezależnie w różnych kulturach. Widać też skłonność do przenoszenia nazwy goździków na inne rzeczy o „korzennym” zapachu. Nieprzypadkowo cynamon i gałka muszkatołowa zawierają eugenol, główny składnik olejku goździkowego, odpowiedzialny za jego łatwo rozpoznawalną, charakterystyczną woń.

Ryc. 3.

Powrót do ogrodu

I tu wracamy do goździka jako rośliny ozdobnej. Dzicy protoplaści goździka ogrodowego pochodzą z południowej Europy (Grecja, Włochy). Grecki uczony Teofrast, zwany „ojcem botaniki” (IV–III w. p.n.e.), nadał goździkowi nazwę diòs ánthos ‘boski kwiat’, stąd nazwa rodzajowa Dianthus, zaproponowana w XVIII w. przez Linneusza, który dodał goździkowi ogrodowemu nazwę gatunkową caryophyllus (nawiązującą do goździka-przyprawy). Ale kiedy i dlaczego powstało to skojarzenie?

Nastąpiło to ok. XIV w. i wydaje się, że inicjatywa wyszła od ogrodników perskich, którzy na poważnie zaczęli hodować goździki jako kwiaty ozdobne, otrzymali ich odmiany o dużych, silnie pachnących kwiatach i nadali im nazwę gul-i qaranful ‘róża goździkowa’, wskutek czego znaczenie nazwy goździka-przyprawy rozszerzyło się na goździki ogrodowe. Wśród licznych składników bukietu zapachowego tych drugich jest i eugenol, występujący w dostatecznym stężeniu, żeby w zapachu goździków-kwiatów dało się wyczuć silną nutę goździka-przyprawy.

Identyczne rozszerzenie znaczenia zaszło w arabskim qaranful i tureckim karanfil, a wkrótce potem w językach romańskich, bo nowinki ogrodnicze szerzyły się szybko. Niektóre języki używające jako nazwy przyprawy pochodnych późnołacińskiego gariofilum przeniosły je na kwiat (stąd np. włoskie garofano i francuskie giroflée). Ze średnioangielskiego gelofre ‘drzewo goździkowe’ przeniesionego na goździk-kwiat etymologia ludowa zrobiła gillyflower (nazwa dziś przestarzała, zastąpiły ją oficjalne carnation i potoczne clove pink).

Clou – tu tkwi gwóźdź

W innych językach, gdzie utożsamiono słownikowo goździki-przyprawę z gwoźdźmi (lub zdrobniale gwoździkami), to samo słowo przeniosło się na goździki ogrodowe. Stąd mamy katalońskie clavell (poświadczone już w XV w.), hiszpańskie clavel i portugalskie cravo. W języku niemieckim także kwiat nazwano tak jak przyprawę. Zapożyczone z dolnoniemieckiego zdrobnienie Nelken (pierwotnie liczba pojedyncza rodzaju nijakiego) wyglądało jak liczba mnoga, więc wstecznie dorobiono do niej liczbę pojedynczą rodzaju żeńskiego Nelke ‘goździk-kwiat’. W języku polskim już w XV w. nazywano g(w)oździkami niektóre wonne rośliny, zwłaszcza kukliki (Geum urbanum). W ich przypadku goździkami-przyprawą pachnie nie kwiat, ale świeżo wykopany korzeń. Jednak w XVI w. Polacy podążyli za szerzącą się ogólnoeuropejską modą i nazwa g(w)oździk zaczęła oznaczać (oprócz małego gwoździa i przyprawy) także nowe kwiaty wyhodowane w ogrodach Persji.

Czesi mają i hvozdík (jak Polacy), i karafiát (jedną z dalekich pochodnych caryophyllum). Tu można wspomnieć, że i w dawniejszej polszczyźnie alternatywną nazwą goździka-kwiatu było karafioł, karafior lub karofiał. Pierwszy wariant przetrwał na Śląsku Cieszyńskim ze zmienionym znaczeniem (jako nazwa fiołka). Z Polski nazwa goździka powędrowała na wschód, stąd litewskie gvazdikas ‘goździk-kwiat’ i gvazdikėlis ‘goździk-przyprawa’ oraz wschodniosłowiańskie nazwy zarówno kwiatu, jak i przyprawy: ukraińskie hvozdýka, białoruskie hvazdzík i rosyjskie gvozdíka.

Ryc. 4.

Epilog

Oto zatem rozwiązanie zagadki. Celowo pominąłem pochodzenie angielskiej nazwy carnation, bo choć ciekawa, nie ma z naszymi goździkami bezpośredniego związku. Pominąłem także historię olejku goździkowego i właściwości chemicznych oraz zastosowań medycznych eugenolu, bo także nie należą do sprawy, a wśród autorów bloga mamy chemików, którzy mogą to zrobić lepiej.

Opowiedziałem to wszystko żonie, ale być może będę musiał powtórzyć jeszcze raz, bo za pierwszym podejściem niewiele da się spamiętać.

Opis ilustracji

Ryc. 1. Suszone pączki kwiatowe Syzygium aromaticum. Foto: Piotr Gąsiorowski (licencja CC BY-SA 3.0).
Ryc. 2. Czapetka pachnąca (Syzygium aromaticum), czyli „drzewo goździkowe″, z owocami. Foto: Forest & Kim Starr 2009. Lokalizacja: Maui, Hawaje (licencja CC BY-SA).
Ryc. 3. Moluki (Maluku). Naturalną ojczyzną czapetki pachnącej był łańcuch niewielkich wysp na zachód od Halmahery (od Ternate do grupy wysp Bacan). Te same wyspy obejmuje zasięg naturalny muszkatołowca korzennego (Myristica fragrans), ale gatunek ten wyewoluował pierwotnie na wyspach Banda w południowych Molukach. Autor: Lencer. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 3.0).
Ryc. 4. Tulipany, goździki, róża i inne kwiaty w szklanym naczyniu na parapecie. Jacob van Hulsdonck (1582−1647), malarz flamandzki z Antwerpii, jeden z prekursorów „martwej natury z kwiatami″. Zarówno tulipany, jak i goździki należały wówczas do najmodniejszych kwiatów ozdobnych. Źródło: Wikipedia (domena publiczna).

Skąd się wzięła czerwień. Część 1: Rozprawa o robokach

Inne wpisy z tej serii
Skąd się wzięła czerwień. Część 2: Od czerwia do nazw kolorów
Skąd się wzięła czerwień. Część 3: Pluskwiaki w sklepie spożywczym

Roboki som wselenijako łezmajte: zwycajne i zmutowane

W naiwnej, przednaukowej klasyfikacji robakiem nazywano w zasadzie dowolne zwierzę niebędące ssakiem, ptakiem ani rybą, mające sześć lub więcej odnóży albo beznogie. Nie jest to definicja ścisła i jednoznaczna, bo nie o ścisłość chodziło, ale o ogólne wrażenie: robak to coś, co pełza i wije się, a często także dokucza (patrz załączona pod wpisem Rozprawa o robokach Kazimierza Grześkowiaka). Język praindoeuropejski dysponował na określenie takich zwierząt słowem *kʷr̥mis (z sylabicznym *r). Jest ono solidnie poświadczone w językach celtyckich, bałtosłowiańskich i indoirańskich, a także w albańskim. Natomiast w grupie italskiej i germańskiej spotykamy refleksy bardzo podobnego słowa *wr̥mis, które zapewne powstało wskutek zniekształcenia szerzej rozpowszechnionego wariantu. Przyczyną mogła być kontaminacja, czyli upodobnienie – wskutek przypadkowego skojarzenia – do jakiegoś innego słowa o podobnym znaczeniu, ale po tysiącach lat trudno ustalić szczegóły tego procesu.

Końcowe *-s było końcówką mianownika liczby pojedynczej, a nie nieodłączną częścią rzeczownika, więc możemy je pominąć i zapisywać powyższe słowa jako *kʷr̥mi- i *wr̥mi- (z dołączanymi końcówkami odmiany). Od *wr̥mi- pochodzi łacińskie vermis, a także germańskie *wurmiz > gockie waurms, staroislandzkie ormr (orm we współczesnych językach skandynawskich), niemieckie Wurm, angielskie worm itd.

Germanie uogólnili pojęcie robaka podobnie jak Grześkowiak, rozciągając je nie tylko na beznogie gady (padalec nazywa się po angielsku slowworm), ale nawet na mityczne monstra przypominające gady, czyli na smoki, które przecież także mogą pełzać i wić się. Staroangielskie słowo wyrm (przodek dzisiejszego worm) mogło oznaczać dżdżownicę (reġn-wyrmrobak deszczowy’) lub larwę muchy, ale także smoka. W finale poematu Beowulf tytułowy bohater zostaje śmiertelnie ranny w walce ze strzegącym skarbów potworem określanym na zmianę jako wyrm lub draca (to drugie to synonim zapożyczony z języków klasycznych). W mitologii skandynawskiej świat ludzi, Midgard, opasany był przez żyjącego w oceanie gigantycznego węża, tak wielkiego, że otoczywszy wszystkie lądy, mógł chwycić w zęby własny ogon. Jednym z imion, jakimi go określano, było Miðgarðsormr, czyli ‘robak Midgardu’, przy czym oczywiście nie chodziło o dżdżownicę.

Roboki indoirańskie i bałtosłowiańskie

Z przyczyn, które później staną się oczywiste, bardziej jednak będą nas interesowały słowa pochodzące od *kʷr̥mis w dwóch gałęziach rodziny indoeuropejskiej: indoirańskiej i bałtosłowiańskiej. W obu grupach początkowe * straciło labializację (towarzyszące spółgłosce zwartej zaokrąglenie warg) i zmieniło się w zwykłe *k. Stąd mamy praindoirańskie *kr̥mi- (np. w staroindyjskim kṛ́mi- ‘robak, owad’). Zapamiętajmy sobie na późniejszy użytek kilka typowych refleksów irańskich: średnioperskie kirm (od III w. p.n.e. do VII w. n.e.) i nowoperskie kerm.

Teraz możemy przejść do języków bałtosłowiańskich W tej grupie sylabiczne *r̥ rozwinęło się w sekwencję *ir, stąd prabałtosłowiańskie *kirmi-, dobrze widoczne w litewskim kirmis i łotewskim cirmis ‘robak, larwa, gąsienica’ (itp.). Słowo to dało początek wielu bałtyjskim wyrazom pochodnym, zwłaszcza zdrobnieniom. Jedno z nich, litewskie kirmėlė, straciło (co się często zdarza) odcień zdrobniały i zaczęło oznaczać to samo co starsze kirmis. Z jakiegoś wczesnego stadium języków bałtyjskich zapożyczyli omawiane słowo przodkowie ludów fińskich w znaczeniu ‘wąż’ (dzisiejsze fińskie käarme).

Etymologia i entomologia: na scenę wkraczają czerw i czerwiec

A co widzimy w językach słowiańskich? Widzimy ślady oczekiwanego prasłowiańskiego *čьrmь, które dałoby hipotetyczne polskie *czerm, niepoświadczone bezpośrednio, ale powrócę jeszcze do tej kwestii. Zdecydowanie przeważa inny wariant, mianowicie *čьrvь (polskie czerw, dopełniacz czerwia, dowodzący historycznej miękkości końcowej spółgłoski). O ogólnosłowiańskim zasięgu tego zmutowanego wariantu świadczą liczne wyrazy pokrewne w wielu językach: rosyjskie červʹ, ukraińskie, czeskie i słowackie červ, słoweńskie črv, górnołużyckie čerw, serbsko-chorwackie crv, staro-cerkiewno-słowiańskie črьvь, bułgarskie červej itd.

Słowo *čьrvь nie ma odpowiedników poza językami słowiańskimi, ale musiało powstać już w języku prasłowiańskim jako wariant *čьrmь, które zostało przez nie prawie całkowicie wyparte. Żadna regularna słowiańska zmiana językowa nie wyjaśnia zastąpienia *m przez *v, więc tak jak w przypadku *wr̥mi- można podejrzewać kontaminację. Moim zdaniem słowem, które mogło wpłynąć na zniekształcenie pierwotnego *čьrmь, było zbliżone fonetycznie *morvь ‘mrówka’ (z licznymi pochodnymi tworzonymi przez dodawanie sufiksów), również o bardzo szacownym indoeuropejskim rodowodzie. I jak od *morvь można było urobić derywat *morvьcь (spotykany w dialektach polskich jako mrowiec, alternatywne określenie mrówki), tak od *čьrvь pochodzi *čьrvьcь > polski czerwiec.

Słowo to z pochodzenia było prasłowiańskim zdrobnieniem, czyli początkowo wyrażało zabarwienie uczuciowe, ale formant -ec w języku polskim nie ma już tej funkcji i tworzy tzw. „rzeczowniki ogólnikowo pochodne”. Na przykład chłopiec to wyraz pozostający dziś z chłopem w luźnym związku historycznym; nie oznacza chłopa niskiego wzrostu ani traktowanego protekcjonalnie (tę rolę przejął chłopek). Czerwiec oznaczało więc mniej więcej to samo co czerw, ale jako słowo nacechowane morfologicznie (ozdobione sufiksem) miało tendencję do specjalizacji semantycznej – zawężania znaczenia do jakiegoś szczególnego rodzaju czerwia. Taki „podział pracy” między synonimami jest zjawiskiem częstym w historii języków i może prowadzić do skomplikowanych modyfikacji znaczenia. Od starego słowa kół ‘pal’ mamy derywaty kolec (starszy) i kołek (młodszy i bardziej przejrzysty). Im starszy wyraz pochodny, tym bardziej różni się znaczeniowo od swojej historycznej podstawy słowotwórczej, ponieważ miał więcej czasu na samodzielną ewolucję. Podobnie stółstolec (≠ stołek) albo dwórdworzec (≠ dworek).

Robok polski, czyli Porphyrophora polonica, i jego miesiąc

W języku polskim czerw (staropolskie czyrzẃ, czyrẃ, czérẃ) oznaczał początkowo dowolnego „robala”, zawłaszcza larwę owada uważanego za szkodnika (np. w XVI w. larwa wołka zbożowego bywała określana jako żytny czerw), ale dziś odnosi się bardziej szczegółowo do larw błonkówek (pszczół, os, mrówek itp.) oraz muchówek. Jako termin fachowy (pszczelarski, entomologiczny) lub słowo książkowe raczej nie występuje w języku potocznym. Zastąpiło je słowo chrobåk > robåk (dzisiejsze robak).

Natomiast czerwiec (czyrzwiec, czérwiec itp.) uległ jeszcze dalej posuniętej specjalizacji. W tej części Słowiańszczyzny, gdzie obecnie leży Polska, zawęził się znaczeniowo do nazwy konkretnego gatunku owada, zwanego przez entomologów czerwcem polskim (Porphyrophora polonica). Jest to pluskwiak żerujący na roślinie, na którą również przeniesiono „ogólnikowo pochodną” nazwę czerwiec. Chodzi o czerwiec trwały (Scleranthus perennis), raczej niepozorną roślinę z rodziny goździkowatych. Występuje ona dość pospolicie w Europie i zachodniej Azji; lubi suche, piaszczyste gleby i chętnie rośnie na nieużytkach przekształconych przez człowieka, na przydrożach i ugorach. Dziś mało kto zwraca na nią uwagę, jednak dawniej była tak ważna, że za jej sprawą słowo czerwiec uzyskało jeszcze jedno znaczenie – nazwy miesiąca, w którym na miejscach porośniętych przez czerwiec rośliny wykopywano specjalną łopatką z korzeniami, otrząsano na rozłożone na ziemi płachty, a następnie wsadzano z powrotem do ziemi. A wszystko po to, żeby zebrać przyczepione do korzeni ciemnoczerwone lub fioletowe napęczniałe cysty pluskwiaka – okrągłe larwy, u których na tym etapie życia zanikały odnóża i czułki. Stąd się wzięło dawne powiedzenie cytowane przez Zygmunta Glogera w Encyklopedii staropolskiej (1900–1903): „W czerwcu pod czerwcem siedzi czerwiec”.

Ryc. 1.

Wcześniejszą nazwą miesiąca był czerwień (z wariantami czyrzwień, czyrwień, dopełniacz czerwnia), wyraz będący w takim stosunku do czerwia, jak sierpień i wrzesień do sierpa i wrzosu (czyli oznaczający po prostu ‘miesiąc czerwia’). Zresztą także lipiec był nazywany lipień. Oba warianty były używane wymiennie do XVI w., po czym utrwaliły się formy czerwiec i lipiec. Podobnie zbudowane są nazwy czerwca w sąsiednich językach słowiańskich: białoruskie červjenʹ, ukraińskie červenʹ, czeskie červen). Żeby nie było zbyt prosto, lipiec nazywa się po czesku červenec, a w XV w. mamy też poświadczony polski czyrwień w znaczeniu ‘sierpień’. Z północnych języków słowiańskich wyraz przeniknął na Bałkany jako nazwa lipca (staro-cerkiewno-słowiańskie črъvljenyi, bułgarskie červen). Ogólnie można zatem stwierdzić, że „sezon czerwia” zaczynał się jego zbiorem na na początku czerwca, ale trwał przez całe lato, zapewne w związku z przetwarzaniem zbiorów w produkt handlowy i jego wędrówką szlakami kupieckimi.

Ryc. 2.

Zapomniany bohater

Tak się złożyło, że choć czerwiec polski (czyli pluskwiak) był szeroko rozsiedlony w północnej Eurazji, od Francji po Chiny (szczególnie wzdłuż strefy stepów i lasostepów), to centrum jego występowania znajdowało się na obszarze dzisiejszej Polski, Ukrainy i Białorusi, zahaczając także o Niemcy, Czechy, Litwę i Łotwę. Na tym obszarze było go tyle, że mógł być zbierany w celach komercyjnych (a jakich konkretnie, o tym będzie mowa w kolejnym odcinku).

Ryc. 3.

Jeszcze w XVIII i XIX w., choć czerwiec stracił znaczenie handlowe, pozostawał (pod postacią charakterystycznych poczwarek) owadem dobrze znanym. Jak jest obecnie, trudno stwierdzić, bo od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku publikowanych doniesień o obserwacji czerwca mamy jak na lekarstwo. Nawet na stronach projektu iNaturalist, gdzie miłośnicy fotografii przyrodniczej dzielą się swoimi nieformalnymi obserwacjami (często rzadkich gatunków o zasięgu słabo zbadanym przez specjalistów), liczba obserwacji czerwca polskiego wynosi równe zero. Na pewno nie wyginął całkowicie, bo pojedyncze stanowiska są dokumentowane tu i ówdzie, ale z równą pewnością można stwierdzić, że jest gatunkiem silnie zagrożonym. Z niezrozumiałych powodów owad wyjątkowo zasłużony w historii Polski i noszący oficjalnie nazwę gatunkową polonica nie jest w naszym kraju objęty ochroną gatunkową.

Czym konkretnie zasłużył się czerwiec i co z tego wynika dla nazewnictwa kolorów – to temat na drugą część miniserii.

Opisy ilustracji

Ryc. 1. Czerwiec trwały (Scleranthus perennis), okolice Głuszyny pod Poznaniem, Wielkopolska. Foto: wojtest Źródło: iNaturalist (licencja CC BY-NC 4.0).
Ryc. 2. Stadia życiowe czerwca polskiego. Rycina z dzieła Johanna Philippa Breynego (1731), Historia naturalis Cocci radicum tinctorii, quod Polonicum vulgo audit. Źródło: Pomorska Biblioteka Cyfrowa (domena publiczna).
Ryc. 3. Uskrzydlony samiec czerwca polskiego, sfotografowany w południowej Francji. Samice są znacznie większe, bezskrzydłe i neoteniczne (dorosłe wyglądają nadal jak larwy). Foto: brigitte. Źródło: Galerie du Monde des insectes (licencja CC BY-C).

Lektura dodatkowa

Występowanie czerwca polskiego w Polsce współczesnej
https://baza.biomap.pl/pl/getpdf/11064_Lagowska_B_et_al_2006.pdf
https://baza.biomap.pl/pl/taxon/species-porphyrophora_polonica/default

Dodatek obowiązkowy

Rozprawa o robokach.

Kolory jesiennych liści, czyli rzecz o chlorofilach i antocyjanach

Jesień to niesamowita pora roku dla ludzi fotografujących, ale i dla każdego, kto spaceruje w parkach czy lasach. W miarę jednolite zielone lasy liściaste zaczynają malowniczo zmieniać barwy. Magia? Nie, po prostu chemia.

Zacznijmy jednak od tego, dlaczego liście są przez kilka miesięcy zielone. W komórkach liści znajdują się chloroplasty. Są to organella komórkowe występujące u roślin oraz glonów eukariotycznych, które zawierają niesamowity związek chemiczny – chlorofil.

Chloroplasty w komórkach płaskomerzyka pokrewnego (Plagomnium affine)

źródło: Wikimedia, licencja: GNU FDL

To właśnie on jest odpowiedzialny za kolor liści. W zasadzie nie powinniśmy mówić w tym przypadku o chlorofilu w liczbie pojedynczej, ponieważ jest to cała grupa związków. Mamy więc chlorofil a, chlorofil b (te są właśnie w liściach), ale też są takie, które opisujemy kolejnymi literami, aż do g.

Ich struktura chemiczna jest różna, ale wszystkie są zbudowane na takim samym szkielecie, który nazywamy układem porfirynowym. W centrum tego układu zawsze znajduje się atom (dokładniej jon) magnezu.

Wzór strukturalny chlorofilu a
licencja: domena publiczna

Zwróćcie jednak uwagę na cały wzór strukturalny. Widać tam bardzo szczególny układ wiązań podwójnych, które są rozdzielone wiązaniem pojedynczym. Są one rozmieszczone w całej cząsteczce. Taką szczególną strukturę nazywamy układem sprzężonych wiązań podwójnych. Nie wdając się w szczegóły – im więcej wiązań podwójnych w takiej cząsteczce, tym ciemniejsza będzie jego barwa. Kolor będzie też zależeć od jonu, który znajduje się w samym środku porfiryny. W chlorofilu jest to, jak już wspomniałem, magnez, a np. w hemoglobinie żelazo. Drobna uwaga nomenklaturowa: nazwa chlorofil nie pochodzi od pierwiastka chloru, ale od zielonego koloru tego związku.

Jesienny krajobraz Webster’s Falls, Ontario (Kanada)
licencja: GNU FDL

No i właśnie te chlorofile nadają liściom barwę. Ich podstawowym zadaniem jest przetwarzanie energii słonecznej w chemiczną w procesie fotosyntezy. Esencja życia po prostu. Mam nadzieję, że ktoś z naszych autorów opisze kiedyś proces fotosyntezy, ponieważ jest naprawdę fascynujący.

No ale wracajmy do jesieni. Temperatura spada, dni są coraz krótsze, a więc do liści dociera coraz mniej światła. Procesy fotosyntezy powoli ustają, a więc spowalnia też produkcja chlorofilów, która trwała całą wiosnę i lato. Chlorofile powoli rozpadają się, a wtedy do głosu dochodzą inne barwniki, które cały czas są obecne w liściach, ale ich kolory są do pewnego stopnia stłumione przez zieleń chlorofilu. Są to między innymi karotenoidy (takie jak w marchwi i dyni) czy flawonoidy (w tym przede wszystkim antocyjany). Wszystkie te związki mają różnorodne barwy – od jasnożółtej do ciemnoczerwonej i fioletowej.

Struktura β-karotenu
licencja: domena publiczna

Przykładowy wzór antocyjanu
licencja: domena publiczna

Antocyjany wiosną i latem są obecne w liściach w niewielkich ilościach, ich zwiększona produkcja zaczyna się dopiero na początku jesieni. Wynika to z faktu, że w tym czasie spada zawartość fosforanów w liściach, co powoduje zwiększenie szybkości syntezy czerwonych i fioletowych antocyjanów. Związki te są obecne także w owocach – od jeżyn do śliwek.

Jesienny las w górach Adirondack (USA)
licencja: CC BY SA 4.0

Rzecz jasna nie wszystkie liście zmieniają barwy jednocześnie. Jeśli przyjrzymy się drzewom uważniej, zobaczymy liście w różnych stadiach zmiany barw. Te, które są wystawione lepiej na słońce, będą nieco dłużej zielone, inne będą zmieniać kolor szybciej. Zielone liście zżółkną, potem staną się pomarańczowe, czasem czerwone, a na końcu brązowe.

Barwy jesieni w Alpach Japońskich (wyspa Honsiu, Japonia)
licencja: GNU FDL

A nieco później drzewo zacznie się jeszcze bardziej zmieniać, przygotowując się na zimę. Substancje odżywcze oraz woda powoli przestaną dopływać do liści. I wtedy liście uschną i jeszcze bardziej ciemnieją, aż wreszcie zaczną opadać. Przez zimę drzewo będzie korzystać ze zmagazynowanej w postaci węglowodanów energii chemicznej. Tak będzie aż do wiosny, gdy cały cykl zacznie się powtarzać. Drzewo będzie syntetyzować chlorofil, aby znowu magazynować energię do wzrostu.

Na koniec warto dodać, że oczywiście nie wszystkie drzewa zmieniają kolory na zimę. Wszyscy znamy drzewa szpilkowe, takie jak choćby sosna, jodła czy świerk. Są to rośliny zimozielone. Z kolei na takich szerokościach geograficznych, gdzie istnieją tylko niewielkie różnice pomiędzy długością dnia i nocy, drzewa także nie tracą liści w okresie zimowym, choć ulegają one usychaniu i powolnej wymianie.

Tymczasem ruszajcie do parków i lasów napawać się jesiennym kolorytem. Jest pięknie. Przy okazji warto posłuchać cudnego głosu nieodżałowanej Evy Cassidy w evergreenie “Autumn leaves”.