Wniebowzięci – historia ssaków latających. Część 3: Planeta nietoperzy

Inne wpisy z tej serii
Część 1: Spadochroniarze i lotniarze
Część 2: Nietoperze, czyli lotnictwo dla zaawansowanych
Część 4: Zdrów jak nietoperz
Część 5: Nietoperze i język

Mikro i mega: czy rozmiar ma znaczenie?

Jeśli chodzi o klasyfikację nietoperzy, aż do końca XX w. jedna rzecz była pewna: że współczesne nietoperze przede wszystkim dzielą się na dwa rzędy: Microchiroptera, czyli kosmopolityczne nietoperze owadożerne1 (zwane też małymi) i Megachiroptera, czyli nietoperze owocożerne (zwane też wielkimi), ograniczone do tropikalnej strefy Azji, Australii i Afryki. Różnice między nimi są uderzające: Megachiroptera są przeciętnie znacznie większe niż Microchiroptera. Największe gatunki mogą ważyć do 1,4–1,6 kg i mieć rozpiętość skrzydeł do 1,5–1,7 m. Z kolei Microchiroptera biją rekordy miniaturyzacji. Południowoazjatycki świnionios malutki (Craseonycteris thonglongyai) o długości ciała 29–33 mm i masie 2 g współzawodniczy o tytuł najmniejszego żyjącego ssaka z owadożerem, ryjówką etruską (Suncus etruscus). Ryjówka może ważyć nieco mniej, ale za to jest odrobinę dłuższa, więc tytuł dzielą ex aequo.

Megachiroptera mają charakterystyczny pokrój głowy, przywodzący na myśl pysk lisa (stąd potoczna nazwa „lisy latające”), ewentualnie psa lub lemura. Ich uszy są niewielkie, podobne jak u drapieżnych lub kopytnych, ale niepodobne do uszu Microchiroptera, które wyglądają – i działają – jak czasze anten. Ma to związek z faktem, że Megachiroptera nie używają echolokacji ultradźwiękowej. Mają za to czuły węch oraz świetny wzrok i widzenie przestrzenne; dobrze widzą w słabym świetle nocy. Większość Megachiroptera ma pazur nie tylko na kciuku, ale także na drugim palcu, tworzącym część przedniej krawędzi skrzydła.

Ryc. 1.

Megachiroptera obejmują tylko jedną rodzinę: rudawkowate (Pteropodidae), z dużym bogactwem gatunków (196 opisanych), ale o wyjątkowo ubogim zapisie kopalnym. Wyewoluowały one gdzieś w regionie australijsko-melanezyjskim, skąd rozprzestrzeniły się na Azję Południową, Afrykę i wyspy Oceanu Indyjskiego. Od Microchiroptera różnią się pod tyloma względami, że zastanawiano się nawet, czy aby na pewno są z nimi blisko spokrewnione. Istniała hipoteza, że Megachiroptera są ewolucyjnie bliższe naczelnym i latawcom. Oznaczałoby to, że zdolność do aktywnego lotu rozwinęła się niezależnie w dwu grupach ssaków.

Yin–yang, czyli złamana symetria

W latach osiemdziesiątych XX w. zaproponowano podział Microchiroptera na dwie grupy, zdefiniowane na podstawie różnic w budowie kości przedszczękowych. Nazwano je Yinochiroptera i Yangochiroptera. Nazwy te oczywiście nawiązywały do tradycyjnej filozofii chińskiej, w której yin i yang oznaczają przeciwstawne, ale dopełniające się nawzajem siły tworzące Wszechświat. Nazwa rzędu Chiroptera składa się z elementów greckich i oznacza dosłownie ‘rękoskrzydłe’. Zatem pod koniec XX w. klasyfikacja nietoperzy nabrała elegancji: dzielono je na rękoskrzydłe wielkie i małe, a te drugie (obejmujące ok. 87% gatunków rzędu) znów na dwie grupy (yin i yang) według wyraźnych kryteriów anatomicznych.

Wówczas jednak nabrała rozmachu filogenetyka molekularna, czyli metoda ustalania pokrewieństwa na podstawie analizy porównawczej genomów (DNA), transkryptomów (RNA) lub białek. W wielu przypadkach wyniki badań molekularnych nie dawały się pogodzić z klasyfikacją opartą na cechach fenotypu (anatomicznych, fizjologicznych lub behawioralnych), zmuszając biologów do zmiany poglądów na pochodzenie, ewolucję i stosunki pokrewieństwa badanych organizmów. Chiropterologia, czyli nauka o nietoperzach (nie mylić z chiromancją i chiropraktyką), nie uniknęła podobnego losu.

Na przełomie tysiącleci okazało się, że nietoperze stanowią porządny klad, czyli domkniętą grupę monofiletyczną, wywodzącą się od jednego wspólnego przodka i zawierającą wszystkich jego potomków. Nie ma zatem podstaw do rozbicia ich na dwa rzędy. To akurat przyjęto z ulgą. Jednak ku ogólnemu zdziwieniu, choć Megachiroptera także okazały się jednostką porządnie zdefiniowaną, nie da się tego powiedzieć o Microchiroptera. Grupa ta jest parafiletyczna, co w zwykłym języku oznacza, że wprawdzie pochodzi od jednego wspólnego przodka, ale nie obejmuje wszystkich jego potomków. Wyszło bowiem na jaw, że niektóre Microchiroptera – z grubsza te, które zaliczano do grupy „yin”, są bliżej spokrewnione z Megachiroptera niż z grupą „yang”. Obowiązująca obecnie taksonomia ewolucyjna wymaga, żeby proponowane jednostki systematyczne były kladami. Jest pod tym względem bezlitosna, toteż podrząd Microchiroptera musiał odejść do lamusa jako grupa sztuczna, zdefiniowana na podstawie podobieństwa, a nie rzeczywistego pokrewieństwa. Nowy podział nietoperzy na dwie podstawowe gałęzie zawierał po jednej stronie Megachiroptera oraz siostrzaną względem nich grupę „yin”, a po drugiej stronie – Yangochiroptera.

Megachiroptera straciły wskutek tego rangę podrzędu, co było w gruncie rzeczy mało istotne, ponieważ i tak stanowią tylko jedną rodzinę. Dołączyło do nich w charakterze najbliższych krewnych pięć rodzin (jedna duża i cztery małe) z nieco ponad setką gatunków. Są to wcześniejsze Yinochiroptera, traktowane obecnie jako nadrodzina (Rhinolophoidea). Jednocześnie Yangochiroptera (zawierające aż 15 rodzin i grubo ponad tysiąc gatunków) awansowały do rangi podrzędu. Nie miały już jednak symetrycznego odpowiednika rodem z chińskiej filozofii. Ich grupą siostrzaną stał się podrząd obejmujący łącznie niegdysiejszą grupę „yin” i rudawkowate. Nazwano go Yinpterochiroptera. Trudno o nazwę brzydszą, a do tego niepraktyczną, dlatego należy z ulgą przyjąć pojawienie się alternatywnych nazw obu podrzędów: Pteropodiformes i Vespertilioniformes. Dają się one przełożyć na polski jako rudawkokształtne i mroczkokształtne.

Ryc. 2.

Z kontynentu na kontynent, z wyspy na wyspę

W faunie Polski rudawkokształtne reprezentowane są przez dwa gatunki podkowców (Rhinolophus), a mroczkokształtne – przez 9 rodzajów z 25 lub 26 gatunkami (w jednym przypadku pozostaje kwestią dyskusyjną, czy mamy do czynienia z dwoma gatunkami, czy odmianami jednego). W całej Europie liczba gatunków nietoperzy wynosi ok. 45. Jest to zaledwie 3% ich globalnej różnorodności, bo choć nietoperze potrafią radzić sobie z zimą, hibernując, a czasem migrując do cieplejszych krajów, to jednak w dużym stopniu pozostają ssakami strefy tropikalnej. Liczba gatunków w USA i Kanadzie jest podobna jak w Europie, ale już Meksyk może się poszczycić 142 gatunkami, z których większość zamieszkuje lasy na południu kraju. Australia ma ok. 80 gatunków nietoperzy, z których 60% żyje w lasach deszczowych Queenslandu.2

Udział Ameryki Południowej w globalnej różnorodności nietoperzy wynosi ok. 20%. Podobnie jest w przypadku Afryki. Ale prawdziwym królestwem nietoperzy jest Azja, a szczególnie jej część południowo-wschodnia i sąsiadujące z nią „Ziemiomorze” – liczne wyspy i archipelagi położone między Azją a Australią. W samej Indonezji liczba gatunków nietoperzy wynosi grubo ponad dwieście (z tego ponad jedna trzecia to rudawkowate). Szacuje się przy tym, że może nawet ok. 40% gatunków faktycznie żyjących w Azji Południowo-Wschodniej – kontynentalnej i wyspiarskiej – pozostaje nieznane nauce.

Ciekawa jest różnorodność nietoperzy południowoamerykańskich. Duża część z nich należy do rodzin endemicznych, niespotykanych na innych kontynentach (z ewentualnym wyjątkiem południowej części Ameryki Północnej). Jedną z nich jest ogromna rodzina liścionosowatych (Phyllostomidae) z podrzędu mroczkokształtnych, obejmująca współcześnie 61 rodzajów i 227 znanych gatunków. Jest to zapewne najbardziej zróżnicowana ekologicznie rodzina ssaków, a przy tym druga co do wielkości wśród nietoperzy – po bezkonkurencyjnych mroczkowatych (Vespertilionidae), które żyją na wszystkich kontynentach poza Antarktydą i liczą sobie ponad pięćset opisanych gatunków.

Liścionosowate miały ostatniego wspólnego przodka we wczesnym oligocenie, ok. 30 mln lat temu, a pierwsze 10 mln lat swojej historii poświęciły na rozwinięcie różnorodnych przystosowań pokarmowych, doskonalonych przez kolejne 20 mln lat. Stereotyp nietoperza spoza rodziny rudawkowatych jako łowcy owadów zupełnie nie pasuje do liścionosowatych. Niektóre odżywiają się stawonogami – chwytanymi w locie lub zbieranymi z ziemi – podobnie jak ich ostatni wspólny przodek, ale inne polują na drobne kręgowce, a jeszcze inne stały się owocożerne lub żywią się pyłkiem i nektarem kwiatów (przy okazji spełniając ważną rolę jako zapylacze roślin). Jedne są wyspecjalizowane z zdobywaniu pokarmu określonego typu, inne wolą dietę urozmaiconą i można je określić jako wszystkożerne. Trzy gatunki z podrodziny wampirów (Desmodontinae) rozwinęły osobliwą skrajną specjalizację: krwiożerność, czyli odżywianie się wyłącznie krwią kręgowców. Słynny wampir zwyczajny (Desmodus rotundus) preferuje krew dużych ssaków (nie gardząc także ludzką). Jego kuzyni z rodzajów Diaemus i Diphylla częściej spożywają krew ptasią.3

Ryc. 3.

Na wyspach Nowej Zelandii endemiczne nietoperze (dwa żyjące gatunki i jeden niedawno wymarły) są jedynymi ssakami lądowymi niesprowadzonymi przez ludzi. Wąsonos mniejszy (Mystacina tuberculata) jest ostatnim żyjącym przedstawicielem rodziny Mystacinidae, która pochodzi z Australii, ale nie występuje tam od milionów lat. Nietoperze te prowadzą głównie naziemny tryb życia i potrafią zwinąć błonę lotną, żeby nie przeszkadzała im w sprawnym poruszaniu się na czterech kończynach. Rodzaj Mystacina znany jest w stanie kopalnym od miocenu (19–16 mln lat temu). Żył wówczas w Nowej Zelandii także inny przedstawiciel tej rodziny, Vulcanops jennyworthyae, większy od dzisiejszych wąsonsów, ale podobnie jak one wszystkożerny. O dziwo, Nowa Zelandia miała w tym czasie także co najmniej jednego ssaka lądowego niebędącego nietoperzem, zwanego nieformalnie „ssakiem z Saint Bathans”. Był on, podobnie jak tuatary, reliktem fauny mezozoicznej o nieustalonej na razie przynależności – w każdym razie nie był łożyskowcem, torbaczem ani stekowcem. Co do Mystacinidae, spokrewnione są one z liścionosowatymi i czterema innymi rodzinami występującymi tylko w Nowym Świecie.4

Ssaki prawie niewidzialne

Liczba nowo odkrywanych gatunków nietoperzy rośnie niemal z roku na rok, co wynika stąd, że są to zwierzęta, które łatwo przeoczyć: zazwyczaj małe, prowadzące nocny tryb życia i kryjące się za dnia w dziuplach, szczelinach skalnych lub jaskiniach (a także w zakamarkach budynków, fortyfikacji, opuszczonych kopalni itp.). Większość zasiedla trudno dostępne obszary tropikalnych lasów deszczowych. Inną przyczyną jest fakt, że nietoperze od dziesiątków milionów lat ewoluują dynamicznie, szybko dzieląc się na nowo powstające gatunki. Wiele z tych, które tradycyjnie wyróżniano, to w istocie zespoły tak zwanych gatunków kryptycznych, niemal nieróżniących się wyglądem. Dopiero badania DNA pozwalają udowodnić ich odrębność. Przykładem może być nocek Natterera (Myotis nattereri), występujący także w Polsce. Już kilkakrotnie okazywało się, że któraś z jego domniemanych populacji regionalnych stanowi osobny gatunek. Najnowszy taki przypadek to M. nustrale z gór Korsyki, opisany i nazwany w 2023 r. – żywy dowód, że nawet w dość ubogiej w nietoperze Europie jest jeszcze miejsce na takie odkrycia. Rodzaj Myotis dzielony jest obecnie na 139 gatunków, ale w miarę postępu badań liczba ta na pewno wzrośnie.

Laicy zwykle niewiele wiedzą na temat nietoperzy, nawet jeśli w ich sąsiedztwie żyje kilka gatunków. Widujemy je czasem po zmierzchu, jak z cichym trzepotem przemykają nam nad głową i znikają w mroku. Nietoperze, naruszające naiwny podział zwierząt na „czworonogi” i „ptaki”, mogą się wydawać groteskowym wybrykiem natury. Często budzą zabobonny lęk, kojarząc się z upiorami i wysłannikami zaświatów. Liczba absurdalnych przesądów na ich temat nie przynosi chluby ludzkiej inteligencji.

Ryc. 4.

W  kolejnym odcinku tej serii przekonamy się, że nietoperze bywają – nie z własnej winy – źródłem bardzo realnych zagrożeń dla ludzi. Jednak to ludzie są o wiele większym zagrożeniem dla nietoperzy, zwłaszcza tych, które nie potrafią się przystosować do degradacji swoich naturalnych siedlisk i padają ofiarą rabunkowej gospodarki ludzkiej, zatruwania środowiska lub zmian klimatycznych. Nietoperze odgrywają ogromną rolę w regulacji ekosystemów, a trzeba pamiętać, że kilka ich gatunków wymarło w czasach historycznych. Inne mogły wymrzeć, zanim zostały odkryte, a kolejne setki są poważnie zagrożone. Wszystkie bez wyjątku gatunki żyjące w Polsce otoczone są ścisłą ochroną. Nie wolno ich zabijać, chwytać, trzymać w niewoli, płoszyć ani niepokoić.

Kochajmy nietoperze, ale nie wchodźmy im w drogę.

Przypisy

1) Duża część Microchiroptera jest rzeczywiście owadożerna, ale jak zobaczymy, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.
2) Wśród rodzimych, niezawleczonych przez człowieka ssaków lądowych Australii jedynymi – ale za to licznymi – reprezentantami łożyskowców są właśnie nietoperze oraz gryzonie z rodziny myszowatych. Te drugie odkryły dawny kontynent Sahul (Australię wraz z Tasmanią i Nową Gwineą) pod koniec miocenu, natomiast nietoperze, jak już widzieliśmy, są tam obecne co najmniej od eocenu. Kto wie, czy nie wprowadziły się w tym samym czasie, co torbacze.
3) Wampiry, wyodrębniwszy się jako osobna linia ewolucyjna liścionosowatych, błyskawicznie (w ciągu kilku milionów lat) rozwinęły wyrafinowane przystosowania związane ze ścisłą krwiożernością. Desmodus miał kiedyś do dyspozycji niezmiernie bogatą megafaunę południowoamerykańską, która jednak została dotknięta masowym wymieraniem po zjawieniu się ludzi w tej części świata. Kilka szczególnie dużych gatunków wampirów (z których jeden obejmował zasięgiem także dzisiejsze południe USA) wymarło, być może z powodu utraty głównych żywicieli. D. rotundus może atakować dzikie ssaki, np. tapiry, ale przede wszystkim korzysta z faktu, że człowiek sprowadził do Ameryki Południowej wielkie stada bydła, koni i innych zwierząt domowych, a także sam się narzucił jako potencjalny krwiodawca.
4) Wszystkie te rodziny (jedna nowozelandzka i pięć południowoamerykańskich) tworzą wspólnie nadrodzinę Noctilionoidea. Ich bliskie pokrewieństwo jest silnym argumentem na rzecz hipotezy, że nietoperze, podobnie jak torbacze, migrowały między Ameryką Południową a Australią przez Antarktydę, póki szlak ten był jeszcze dostępny, czyli nie później niż w eocenie.

Opisy ilustracji

Ryc. 1. Krótkonosek krótkouchy (Cynopterus brachyotis). Jeden z mniejszych przedstawicieli rudawkowatych (rozpiętość skrzydeł do ok. 45 cm). Widoczne pazury nie tylko na kciuku, ale także na drugim palcu. Foto: Anton 17. Lokalizacja: Maḍakalapuva, Sri Lanka. Źródło: Wikipedia (licencja CC BY-SA 4.0).
Ryc. 2. Mroczek późny (Cnephaeus serotinus) z rodziny mroczkowatych. Gatunek eurazjatycki, występujący także w Polsce, wybitnie synantropijny (zasiedla niemal wyłącznie zabudowania ludzkie). Foto: Martiño Cabana Otero. Lokalizacja: Lugo, Hiszpania. Źródło: iNaturalist (licencja CC BY 4.0).
Ryc. 3. Widmowiec wielki (Vampyrum spectrum) z rodziny liścionosowatych, występujący od Brazylii i Boliwii do południowego Meksyku. Największy przedstawicieli mroczkokształtnych (rozpiętość skrzydeł do 1 m). Jest to gatunek drapieżny, polujący na ptaki, gryzonie i na mniejsze nietoperze. Foto: David Hörmann. Lokalizacja: Kostaryka. Źródło: iNaturalist (licencja CC BY-NC).
Ryc. 4. Budki szczelinowe dla mopka zachodniego (Barbastella barbastellus) z rodziny mroczkowatych. Puszcza Zielonka, Wielkopolska. Być może widzieliście podobne podczas spacerów w lasach. Budki te są chętnie wykorzystywane przez mopki (a także niektóre inne gatunki nietoperzy) jako kryjówki i bardzo się przyczyniają do ich skutecznej ochrony. Foto: M. Łochyński. Źródło: Wydział Leśny i Technologii Drewna, Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu (fair use).

Lektura dodatkowa

Blog „Eksperyment Myślowy” moim okiem – Tomasz Kubowicz

Z blogiem Eksperyment Myślowy zetknąłem się kilka miesięcy temu. Jestem chemikiem z wykształcenia i szukałem w sieci jakiegoś bloga/serwisu, którego zawartość byłaby pośrednio związana z moim zawodem, ale również z innymi naukami, niekoniecznie ścisłymi. Dobrze, żeby wszystko było podane lekko (bardziej publikacja popularnonaukowa, niż uniwersytecki wykład), oraz napisane przystępnym i zrozumiałym językiem. Sporo tych wymagań, nieprawdaż?

Tak przemierzając przepastny Internet, poprzez serwis społecznościowy Twitter, trafiłem na blog Eksperyment Myślowy założony przez chemika i popularyzatora nauki – Mirosława Dworniczaka i skupiający autorów z różnych dziedzin. Lektura kilku interesujących wpisów tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że trafiłem na wyjątkowe miejsce.

Zdjecie: Tomasz Kubowicz

Gdyby, ktoś spytał mnie o kilka powodów, dla których powinien odwiedzić ten blog, a może nawet go subskrybować, mógłbym ich kilka wymienić i przekonać go do odwiedzin. Spróbujmy wiec:

Po pierwsze:

Wpisy pojawiające się na blogu mają dużą rozpiętość tematyczną: można poczytać teksty o chemii, fizyce kwantowej, wirusologii, a także historii, marynistyce, mykologii, astrofizyce, a nawet o starożytnych i zapomnianych językach. W zespole autorów bloga są ludzie z różnych dziedzin i środowisk naukowych i niemal każdy wpis gwarantuje ciekawy temat.

Po drugie:

Autorzy wielką uwagę przykładają do merytorycznej strony, stąd każdy wpis jest publikowany niemal jak mini artykuł naukowy i zawiera ciekawe wykresy, zdjęcia, a także przypisy, czy nawet glosariusz. Istotna jest również redakcja – każdy wpis przed publikacją jest czytany przez innych autorów i sprawdzany pod względem merytorycznym, a także językowym. Wszystko to w trosce o poziom publikacji. To pozwala zagwarantować, ze „wypuszczany” wpis nie zawiera błędów, czy nieścisłości.

Po trzecie:

Blog Eksperyment Myślowy to nie jest zamknięta, szklana kula – każdy, kto ma wiedzę, umiejętność pisania i pomysł na jakieś teksty, może zgłosić swój akces i skontaktować się poprzez zakładkę kontakt. Tak właśnie ja (piszący te słowa) trafiłem do zespołu bloga. Póki co z jednym tekstem na koncie (zachęcam do przeczytania – link), ale mam mocne postanowienie, żeby częściej publikować wpisy z zakresu chemii i dzielić się wiedzą.

Podsumowując:

Pod adresem internetowym www.eksperymentmyslowy.pl czeka na Was, przyszli czytelnicy, zbiór niezwykle interesujących tematów z pogranicza wielu dziedzin. Z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie i czas spędzony na lekturze wpisów, nie będzie w żadnym razie stracony.

Pozostaje mi tylko podziękować Mirkowi Dworniczakowi (to on jest spiritus movens tego projektu) za stworzenie takiego miejsca w sieci, a wszystkich innych zapraszam na bloga Eksperyment Myślowy – odwiedzajcie, czytajcie i polecajcie.

Mołotow z Hitlerem w listopadzie 1940 roku.

WSPÓLNOTA CZERWIENI cz. 30

Natychmiast po udzieleniu sojusznikowi obiecanej pomocy przy napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku, do Niemiec ruszyły dosłownie setki sowieckich inżynierów, oficerów i pilnujących ich enkawudzistów. Jechali na zakupy.

Powitanie Mołotowa w Berlinie przez ministra von RIbbentropa i marszałka Keitla. Rok 1940. (NAC)

Najpierw zajęto się masowymi zakupami maszyn i narzędzi dla fabryk przemysłu zbrojeniowego. Pełne dane na ten temat pozostają nieznane, ale Niemcy np. tylko w okresie od stycznia do czerwca 1941 roku dostarczyli Sowietom 4500 maszyn i urządzeń o łącznej wartości 65 milionów Reichsmarek. Na samym początku zintensyfikowanej po sierpniu 1939 roku wymiany handlowej Niemcy planowali wysłać do ZSRR maszyny o wartości 90 milionów RM, niestety nie mam jak zweryfikować tych wielkości – skoro jednak eksport trwał przez kolejne lata, należy domniemywać, że słowa dotrzymano. Nadto eksportowano na wschód także aluminium (początkowo 50 tysięcy ton) dla sowieckich fabryk lotniczych, być może głównie jako blachę duraluminiową (Dural był wszak wynalazkiem niemieckim).

Tajny protokół o podziale Polski do paktu Hitler-Stalin, niesłusznie nazywanego paktem Ribbentrop-Mołotow. (Wikimedia Commons)

Liczne sowieckie delegacje zbrojeniowe już w październiku rozpierzchły się po terytorium Niemiec. Pokazano im bardzo dużo, szokująco dużo w przemyśle lotniczym, stoczniowym i produkującym artylerię oraz broń strzelecką. Choć dziś każdy rosyjski historyk ad nauseam wmawia swoim czytelnikom, że Sowieci wiedzieli, iż Niemcy pokazują im “same stare rzeczy”, że ukrywają najnowsze produkty, że tak naprawdę przyjaciół z ZSRR oszukują, to po przeczytaniu list sprzętu zakupionego przez ZSRR m.in. za ropę naftową i ukraińskie zboże jasno widać, że Niemcy udostępnili swojemu najbliższemu sojusznikowi towary absolutnie aktualne, stosowane w tym samym czasie przez siły zbrojne Niemiec. Ba, ulegając żądaniom Moskwy nadawano zamówieniom Stalina wysoki priorytet, opóźniając dostawy dla innych krajów! Göring utworzył specjalną komisję ds. handlu z ZSRR, której zadaniem było poganianie przemysłu. Sam wygłosił apel do tegoż przemysłu, nakłaniając go do włożenia maksymalnego wysiłku w zaspokajanie sowieckich potrzeb. Dało to efekt na pewno w kwestii samolotów, gdyż partię 23 sztuk różnych typów dostarczono do ZSRR między 26 kwietnia i 11 maja 1940 roku.

Adolf Hitler w rozmowie z Hermannem Göringiem na Oksywiu we wrześniu 1939 roku. (Wikimedia Commons)

Co jakiś czas podpisywano nowe umowy, a Ribbentrop i Mołotow kursowali między stolicami niczym kurierzy. Ostatnia z umów, podpisana w 1940 roku przez Mołotowa w Berlinie (przyjętego z honorami niczym głowa państwa), sięgała do sierpnia 1942 roku. Kupiono niewiarygodne wprost ilości broni, prototypów/wzorców broni oraz dokumentacji technicznej. Dość powiedzieć, że Sowieci chcieli kupić trzy ciężkie krążowniki klasy Admiral Hipper (“Lützow”, “Seydlitz” i “Prinz Eugen”) – odmówiono im, albowiem brakowało w Niemczech stali wysokiej jakości i mocy przerobowych stoczni. W końcu Niemcy zgodzili się sprzedać nieukończony krążownik “Lützow” – niemieccy inżynierowie i technicy pracowali w Leningradzie przy jego wykończeniu, już pod nazwą “Pietropawłowsk”, jeszcze 22 czerwca 1941 roku.

Ciężki krążownik Lützow dostarczony do Leningradu. (Wikimedia Commons)

Sprzedano także Moskwie kompletne plany konstrukcyjne pancernika Bismarck (!), kompletną maszynownię dla ciężkiego niszczyciela, różne działa ciężkiej artylerii okrętowej, trzy kompletne dwudziałowe wieże z działami kalibru 381 mm, rysunki techniczne trzydziałowej wieży z działami kalibru 406 mm, osiem takich gotowych dział, dokumentację techniczną wieży okrętowej z działami kalibru 280 mm, mnóstwo innego sprzętu dla marynarki wojennej, w tym urządzenia łączności, narzędzia stoczniowe, dwa peryskopy dla okrętów podwodnych, pięć dźwigów pływających, torpedy, urządzenia nawigacyjne. O tym, dzięki poszukiwaniach w wielu źródłach, wiemy.

Zaprojektowany w Bremie sowiecki okręt podwodny klasy “Staliniec”. (Wikimedia Commons)

Związek Sowiecki udostępnił nadto Niemcom bazę dla U-bootów w porcie Zapadnaja Lica na zachód od Murmańska (Basis Nord) oraz możliwość żeglugi Północną Drogą Morską na Pacyfik (skorzystał z tej możliwości co najmniej jeden niemiecki okręt-pułapka, “Komet”). Od 1935 roku wszystkie sowieckie stocznie budowały wyłącznie okręty wojenne. Gdy zaczynała się wojna, w 1939 roku, Niemcy dysponowali np. 51 okrętami podwodnymi. A ZSRR miał ich 165! Radzieckie U-booty powstawały według projektów, przygotowanych w niemieckiej stoczni DeSchiMAG AG Weser w Bremie – tu ciekawostka: okręty projektu E-2, których pierwsze egzemplarze zawierały także niemieckie urządzenia, skierowano do produkcji w 1933 roku jako klasę “Staliniec” i wyprodukowano w liczbie ponad 40 egzemplarzy. Bez niemieckiego wkładu sowiecka flota wyglądałaby kiepsko.

Sowieckie działo morskie, zbudowane według niemieckiego projektu. (Wikimedia Commons)

Jakby tego było mało, Rzesza wysyłała do swego najlepszego sojusznika oleje silnikowe, turbiny dla elektrowni, lokomotywy, silniki wysokoprężne (w tym lotnicze Jumo), czołgi, okręty inne niż “Lützow” (o tych nic konkretnego nie wiemy), materiały wybuchowe, amunicję, sprzęt dla wojsk chemicznych i cały przegląd najnowszej broni artyleryjskiej wojsk lądowych wraz z dokumentacją techniczną (ma to zapewne związek z powstaniem wówczas “skonstruowanych samodzielnie” nowych typów sowieckich dział). Umożliwiono Niemcom korzystanie z Kolei Transsyberyjskiej za pół ceny, a dodatkowo zezwolono na tranzyt towarów na liniach kolejowych wiodących do Rumunii, Iranu i Afganistanu. Stalin naprawdę bardzo chciał, by Niemcy uznali zaopatrzenie swojej armii w surowce i żywność za wystarczające do szerokiej ofensywy w zachodniej Europie. W tym samym czasie Ribbentrop dwoił się i troił, by przekonać Stalina do jawnego wstąpienia do grona państw Osi.

Pistolet Walther PP kalibru 7,65 mm. Taką broń Moskwa zakupiła w Niemczech dla NKWD. (Wikimedia Commons)

Wśród broni zakupionej przez Sowietów znalazła się znaczna liczba pistoletów Walther PP/PPK kalibru 7,65 mm oraz ogromna ilość amunicji do nich, wyprodukowanej przez firmę GECO. Zamówiono je dla NKWD, bo lepiej się sprawdzały przy masowych egzekucjach, nie męczyły morderców strzelających ofiarom w tył głowy i nie nawalały tak często jak tandetna broń radziecka. Tej właśnie broni użyto do wymordowania polskich jeńców w Katyniu – a sowiecka propaganda użyła niemieckiego pochodzenia amunicji jako “dowodu” na niemieckie pochodzenie sprawców zbrodni. Tak zamieszano naiwnym ludziom w głowach, że najgłupsi z nich do dziś wierzą w tę wersję – tylko skąd niemieckie, sojusznicze wobec ZSRR wojska mogły się wziąć w okolicy Smoleńska w 1940 roku? Skłonność do przyjmowania sowieckiej wersji wydarzeń jako obowiązującej to niestety nadal bolączka zachodnich historyków i publicystów, którzy za wszelką cenę nie chcą przyznać, że Stalin rozpoczął druga wojnę światową wespół z Hitlerem.

cdn.