Jak Joseph Lister gangrenę okiełznał

Wiedeński zwyczaj mycia rąk
W poprzednim wpisie o Ignazu Semmelweisie pisaliśmy, że jego odkrycie twórczo rozwinął i wdrożył w życie medyczny olbrzym z Wysp Brytyjskich – Joseph Lister.
„Gdy rozpalonym gorączką ciałem Semmelweisa wstrząsały śmiertelne dreszcze, w Wielkiej Brytanii działał już człowiek, który właśnie pracował nad rozwiązaniem problemów infekcji i chorób ran. Rozwiązanie to w niedługim czasie przyniesie mu bezgraniczną sławę i zaszczyty. Jego nazwisko, wówczas niemal nieznane poza Edynburgiem i Glasgow, brzmi: Joseph Lister, profesor chirurgii Uniwersytetu w Glasgow.”

Dla przypomnienia: Semmelweis znajduje związek między myciem lekarskich rąk (uprzednio zbrukanych podczas wykonywania sekcji zwłok kobiet zmarłych na gorączkę połogową) a zachorowaniami kobiet zdrowych, badanych później przez te same, nieumyte po sekcji ręce.
Dostrzega związek między przenoszeniem choroby „wektorem” rąk albo brudnej pościeli po zmarłych kobietach, ale co na tych wektorach było przenoszone – nadal nie wie. Wspomina o „zgniłym mięsie” i wyziewach zmarłych.
Geniusz Semmelweisa polega na tym, że nie mając pojęcia o prawdziwym czynniku zakaźnym, potrafi wyeliminować jego transmisję między kolejnymi pacjentkami.
Grzech prezentyzmu
Współczesnym trudno zrozumieć, dlaczego nikt nie wpadł od razu na pomysł, że to malutkie, zjadliwe stworzonka, a nie miazmaty, morowe powietrze i trupie jady powodują kolejne zachorowania wcześniej zdrowych kobiet.
Ale wyobraźmy sobie całkiem niedawną zagadkę z chorobą kuru wśród kanibali, chorobą Creutzfelda-Jacoba i chorobą wściekłych krów. Dysponując gmachem współczesnej wiedzy biologicznej, nie bardzo dostrzegaliśmy związek między jedzeniem swoich krewnych a ciężką chorobą zmieniającą mózg w gąbkę. Rozpad mózgu powoduje czynnik „niecodzienny” – prion, rodzaj białka występującego w tkance nerwowej, które ma zdumiewające, wymykające się dotychczasowej wiedzy właściwości. Teoria prionu spotykała się od początku z dużym sceptycyzmem, ponieważ uderzała w obowiązujący dogmat biologii molekularnej – nieodwracalność procesu przepływu informacji genetycznej z kwasu nukleinowego do białek. Wyjaśnienie patogenezy chorób prionowych przy jednoczesnym wykazaniu braku kwasów nukleinowych w materiale zakaźnym spotkało się z absolutnym niedowierzaniem.
Operacja udana, pacjent nie żyje
Półtora wieku temu gorączka połogowa jest dla położnic rzeczą straszną. Ale lekko nie mają też ranni, bez względu na płeć. Druga połowa XIX wieku produkuje rannych całe rzesze, bo akurat toczą się krwawe, wielkoskalowe wojny. Na przykład w wojnie secesyjnej po stronie Unii ginie 67 000 żołnierzy, ale dokładnie drugie tyle rannych i chorych umiera po lazaretach i szpitalach.

W kolejnej wielkiej wojnie, tym razem europejskiej, między Francją a Prusami, francuscy chirurdzy amputują kończyny 13 000 rannych. W ich wyniku (choć, jak sądzą amputujący chirurdzy – pomimo nich) umiera 10 000 zoperowanych. I wprawdzie od 1846 roku amputuje się w miarę możliwości pod narkozą, więc znika piekło bólu, ale i tak „komplikacje” pooperacyjne niweczą cały trud chirurga i pacjenta.
Skaleczenie się ślimaczy
Organizm po zranieniu, po krwawej operacji, po amputacji postępuje zwykle jednakowo: podejmuje procesy naprawcze. Jeśli rana jest „ładna” i czysta – jak np. po cięciu ostrym nożem – to odpowiednio wcześnie zaopatrzona goi się przez tzw. rychłozrost. Już po dwóch dniach widzimy tylko lekko zaczerwienioną kresę cięcia.

Ale gdy zranienie jest rozległe, uszkodzenia tkanek poważne, a do rany dostaną się ciała obce (ziemia, kawałki ubrania), to organizm musi działać energiczniej: pozbywa się obcych (lub swoich własnych – martwych) substancji, wysyłając w ich kierunku armię leukocytów. Jedne z nich, neutrofile pożerają bakterie i ciała obce, same przy tym ginąc: ich martwe ciałka, poległe w walce z zakażeniem i martwicą, tworzą wydzielinę ropną.
Od czasów Hipokratesa ropienie uważano za objaw obowiązkowy gojenia, co ilustruje sentencja pus bonum et laudabile („ropa dobra i chwalebna”). Uważano, że umiarkowane ropienie obiecuje powrót do zdrowia, wytworzenie przez ranę „dobrej” ropy jest efektem wręcz oczekiwanym. Hipokrates, komentując gojenie ran, pisze: „Jeśli ropa jest biała i nieohydna, zdrowie przyjdzie. Ale jeśli jest posokowata i błotnista, śmierć nadejdzie”.
I niestety ma rację.

Mianem oblicza Hipokratesa określa się charakterystyczne objawy nadchodzącej śmierci: zaostrzone rysy, wydłużony nos, wpadnięte oczy i zapadnięte policzki.
Unikajmy (?) świeżego powietrza
W XIX wieku nadal nieznana jest przyczyna pogarszania się stanu ran. Sądzi się, że ma to związek z „miazmatami” krążącymi w powietrzu wokół chorego. Dlatego popularna staje się metoda francuska panów Chassaignaca i Guérina, nakazująca chronić rany przed dostępem powietrza. Wpadają oni na pomysł zakładania na ranę opatrunków z kauczuku lub ze złotej folii, które skutecznie odetną dostęp powietrza.
Innym francuskim sposobem jest nakładanie na kikuty po amputacji gumowego kaptura podłączonego do pompy ssącej, wyciągającej spod kaptura powietrze.
Z kolei pan Guérin zaleca zakrywanie rany bawełnianymi opatrunkami, które mają izolować ją od powietrza. Niestety, tkwiąc w ranie przez tygodnie, rzeczywiście nie dopuszczają do niej powietrza podczas zmieniania opatrunków, ale same stają się nasączonymi krwią i ropą, smrodliwymi bombami.
Rezultaty ograniczania dostępu powietrza są bardziej niż mizerne.
Najlepsze jest ciepło. Albo zimno
Kilkadziesiąt lat wcześniej chirurdzy armii napoleońskiej w Egipcie dostrzegają, że w gorącym klimacie rany żołnierzy goją się znacznie pomyślniej niż we Francji. Stąd przypuszczenie, że na gojenie korzystnie działa ciepło, pozwalając uniknąć zakażenia i gorączki. Buduje się niewygodne w użyciu (a także nieskuteczne) skrzynie ocieplające pana Guyota. W Lozannie zranienia ciepłem raczy pan Mayor, stosując gorące kąpiele. Niemiec von Esmarch (znany do dzisiaj dzięki swemu wynalazkowi „opaski Esmarcha”, znanej dziś jako nadmuchiwany mankiet aparatu do mierzenia ciśnienia) idzie w kierunku przeciwnym i zaleca lodowate kąpiele.

Skąd dziś wieje?
Ale w tym czasie, w szarpanej wojną domową Ameryce, wznosi się szpitale w stylu pawilonowym: wojenna medycyna wykazuje, że pospiesznie wznoszone lazarety polowe w namiotach i barakach, gdzie w jednym pomieszczeniu leży niewielu chorych, w jakiś sposób zapobiegają rozprzestrzenianiu się gorączki ropnej. Budowle rozpraszające chorych buduje się w takim układzie, aby nie stały szeregowo wzdłuż linii ciągu wiatru, co ma zapobiegać przenoszeniu między budynkami fatalnego, zatrutego powietrza.
Efekty tej ostatniej metody są obiecujące i zwracają na siebie uwagę pewnego Brytyjczyka z Edynburga.
Straszliwe spektakle
Joseph Lister, bo o nim mowa, ma szczęście rozpocząć życie zawodowego chirurga od obserwacji absolutnie przełomowej operacji prowadzonej przez innego giganta medycyny owego okresu – Roberta Listona. Na salę dostaje się „po protekcji” kolegi, asystenta Listona.

Liston znany jest jako chirurg precyzyjny, dokładny i – co najważniejsze – szybki. A szybkość operowania w tych czasach ma znaczenie kluczowe. Rżnięty, piłowany, rozkrawany i szyty na żywca pacjent krępowany jest do stołu, trzymany przez osiłków, a w zęby dla ich ochrony przed połamaniem ma wdławiony drewniany kołek. A i tak nieszczęśnik miota się i zwierzęco wyje z straszliwego bólu, nie bacząc, że to wszystko dla jego dobra. Ból czasami doprowadza do śmierci operowanego z powodu szoku, zanim ten będzie miał okazję zemrzeć z pooperacyjnego zakażenia.
Sprinter z nożem w zębach
Za życia Liston chwali się, że jest w stanie przeprowadzić amputację nogi w dwie i pół minuty. Jest zwolennikiem bardzo przydatnego w szybkich amputacjach noża o ostrzu obusiecznym – lancetu. Pozwala on ciąć mięśnie i ścięgna z dużą siłą, szybko i głęboko. Pozwala też, bez zmiany ułożenia ręki, przeciąć mięśnie amputowanego np. uda dookoła jego górnej części i natychmiast potem od dołu kończyny. Ale lancet jest też narzędziem niebezpiecznym: co w pośpiechu dostanie się pod prowadzone silnie i szybko ostrze, zostaje odcięte.
Liston dzierży bardzo wyśrubowany rekord amputacji – 30 sekund! Ma on jednak swoją cenę. Anegdota (być może nawet prawdziwa) głosi, że w strasznym sportowym (choć mającym przecież uzasadnienie medyczne!) pośpiechu Liston wraz z błyskawicznie okrawaną nogą obrzyna pacjentowi także jądra. W innej historii Liston podczas zabiegu wykonuje szybkie, bardzo mocne i głębokie cięcie amputowanej nogi, ale jednocześnie amputuje palce asystenta tę nogę przytrzymującego. Pacjent amputacji nie przeżywa, jeden z obserwatorów na widowni z wrażenia umiera na zawał serca, a ranny asystent, wskutek udzielonej mu pomocy, umiera po odpowiednim dla rozwoju gangreny czasie.

Eterek – tu się oddycha !
Prowadzone przez Listona amputacje gromadzą tłumy obserwatorów. W grudniowy poranek 1846 r. przeprowadza jedną ze swoich słynnych amputacji – tym razem jednak usypiając pacjenta absolutnie nowatorską, eksperymentalną narkozą eterową.
Operacja pierwszy raz przebiega bez bólu!
Wszyscy, w tym także wybudzony pacjent, są pod wielkim wrażeniem.
Liston już wcześniej jest wrogiem powszechnego przekonania wśród medyków, że potworny ból towarzyszący operacji przyspiesza gojenie ran.
Liston to człowiek bardzo uporządkowany i pedantyczny: jego operacje poprzedza mycie rąk, golenie pola operacyjnego, zakładanie czystego fartucha (dotychczas chirurg oznaczał brak fartucha albo fartuch, szumnie zwany „płaszczem lekarskim”, na znak zawodu powalany krwią po poprzednich operacjach). Rany osusza czystymi gąbkami chirurgicznymi, a skalpela nie odkłada na stolik, ale trzyma go w zębach. Dzięki temu procent powikłań ropnych a tym samym śmiertelność pooperacyjna są u jego pacjentów wyraźnie mniejsze.
Kwakier w poszukiwaniu piękna
Joseph Lister w czasie obserwacji przełomowej operacji z użyciem eteru jest już studentem medycyny. Ale jego medyczny zapał stygnie. Zastępuje go narastające poczucie, że wobec chorób śmiertelnych medycyna jest bezsilna. O lichości medycznego warsztatu przekonuje go śmierć obu braci: jeden umiera z powodu tętniaka aorty, drugi zaś – guza mózgu. Niedługo potem jest świadkiem śmierci po zakażeniu prosektoryjnym znajomego wykładowcy anatomii. Zaczyna rozmyślać nad porzuceniem studiów i wyborem kariery duszpasterza (jest kwakrem).
Szczęśliwie dla przyszłych pacjentów słucha rady ojca, aby studia skończyć i udać się w kształcącą podróż w świat, gdzie być może w kontakcie z cudami natury odzyska ukojenie.
I ukojenie nadchodzi.
W ostatnim roku studiów Lister otrzymuje bardzo wysokie wyróżnienia: za znakomite wyniki egzaminów końcowych oraz za „największą biegłość medyczną, rzetelne wykonywanie obowiązków na stanowiskach w szpitalu”.

Zostaje rezydentem chirurgii w londyńskim University College Hospital. I tu bez przerwy styka się z przeklętą „wielką czwórką” ówczesnych szpitali: różą, szpitalną gangreną, ropnicą i posocznicą. Zbierają one nieustannie śmiertelne żniwo; na różę umiera jego matka.
Na histologię przynieś kredki
Lister jest mężczyzną niskiego wzrostu, o dobrodusznej twarzy, od dziecka wyjątkowo nieśmiałym. Ma skłonność do ciągłego jąkania się, zwłaszcza w chwilach emocji, więc z tego powodu jest fatalnym mówcą. Sam siebie określa jako człowieka wprawdzie pozbawionego iskry geniuszu, ale za to wyjątkowo pilnego.
Ale wśród studentów zdobywa spory autorytet, co bardzo pomaga mu częściowo pokonać wrodzoną nieśmiałość.

Dysponuje mikroskopem, który pozwala mu prowadzić szczegółowe obserwacje tkanek.
Drobnowidz optycznie doskonały
Warto wspomnieć, że wielki wkład w obserwacje drobnowidzeniowe (termin odkurzony przez prof. Gotszalka, który o widzeniu takich drobiazgów jak atomy wiedział dosłownie wszystko) miał ojciec Listera – z zawodu handlarz winem porto, a z zainteresowań i sławy fizyk oraz konstruktor znakomitych mikroskopów.

Wielce zainteresowany historią naturalną zauważa, że dostępne mikroskopy nie zapewniają odpowiedniej rozdzielczości, aby ujawnić strukturę komórek. Bierze więc sprawy w swoje ręce (oczywiście w czasie wolnym od handlu winem) i przez 30 lat udoskonala soczewki, przy okazji odkrywając prawo ognisk aplanatycznych.

W efekcie buduje mikroskop, w którym punkt obrazu jednej soczewki pokrywa się z punktem ogniskowym drugiej. Do tego czasu najlepsze soczewki o dużym powiększeniu wytwarzały olbrzymią aberrację wtórną, która uniemożliwiała obserwacje małych obiektów. Jego mikroskop zapewnia nie tylko duże powiększenie, ale także obraz pozbawiony wad optycznych zacierających widok powiększanych obiektów. Prawo Listera dotyczące ognisk aplanatycznych do dziś pozostaje podstawową zasadą w mikroskopii.
Kiedy Lister junior rusza na studia, ojciec daje mu w wianie mikroskop własnej konstrukcji. Nowy przełożony Listera wspomina: „Pamiętam go, nieśmiałego kwakra. Miał on mikroskop lepszy niż ktokolwiek inny na uczelni”.

Jest to mikroskop achromatyczny ze złożonym obiektywem automatycznym. Na pytanie: „Czy na spadzistym stoliku da się obejrzeć kroplę wody z kałuży?” odpowiadamy: tak! Całą konstrukcję w łatwy sposób można ustawić pionowo.
W jego epoce mikroskop nie jest jeszcze uważany za szczególnie pomocne narzędzie, stąd szczegółowe rysunki histologiczne Listera juniora robią furorę wśród studentów, którymi się opiekuje.
Chirurgiczne laszowanie
Opis pierwszej operacji przeprowadzonej przez Listera odnaleziono dopiero w 2013 roku.
Operację przeprowadza Lister jako student drugiego roku medycyny (sic!), pracujący na oddziale ratunkowym. Przed nim na stole leży pani Sullivan, matka ośmiorga dorosłych dzieci, dźgnięta nożem w brzuch przez swojego męża – „pijaka i nicponia”.
Z dolnej części otwartych ran brzucha wystaje metr jelita cienkiego, uszkodzonego w dwóch miejscach. Po oczyszczeniu jelit ciepłą wodą Lister nie może umieścić ich w ciele, zatem przedłuża cięcie, umieszcza jelita z powrotem w jamie brzusznej i zszywa rany. Pacjentce podaje opium, aby wywołać zaparcia i umożliwić nieruchomym jelitom powrót do zdrowia.
Pacjentka odzyskuje zdrowie. Nicpoń-mąż po procesie udaje się do Australii, aby odsiedzieć tam dwudziestoletni wyrok.
Świetne wyniki końcowych egzaminów nie przekonują Listera, że będzie dobrym chirurgiem. Rozterki te dostrzega jego pryncypał Sharpey i wysyła go w zawodowe tournée: najpierw do Edynburga. Pobyt w Szkocji ma trwać miesiąc. Ale Lister w Edynburgu zostaje na wiele lat.

Szkocki „Napoleon chirurgii”
Nowym szefem Listera zostaje „Napoleon chirurgii” – James Syme, profesor Uniwersytetu Edynburskiego, szef szpitala z 228 łóżkami (dwukrotnie większego niż londyński szpital uniwersytecki!). Jego podwładni nazywają go przydomkiem „Mistrz”. Syme natychmiast spostrzega w Listerze jego zalety i bez przerwy korzysta z jego asysty podczas operacji. Tworzy dla niego unikalne stanowisko asystenta nadetatowego.

Pierwowzór doktora House`a
Niedługo potem Lister staje się chirurgiem rezydentem z absolutnie unikatowym prawem wybierania sobie pacjentów. Podlega mu 23 asystentów chirurgicznych, którzy z szacunku i entuzjazmu nadają mu przydomek „Szef”. Przydomek ten funkcjonuje do końca życia Listera. Jego praca przypomina nieco postać genialnego House’a z amerykańskiego serialu.
Losy „Mistrza” i „Szefa” zacieśniają się: Lister bywa zapraszany do domu Syme’a, razem spędzają czas na rodzinnych wycieczkach. W takich okolicznościach Lister poznaje córkę zwierzchnika – Agnes, i najwyraźniej skutecznie pokonawszy uprzednią nieśmiałość, wiedzie ją do ołtarza.

Żabę smarujemy musztardą
Małżonkowie stają się bardzo zgodną parą zapaleńców naukowych – żona towarzyszy mężowi w czasie obserwacji mikroskopowych i robi obszerne notatki z dyktowanych przez Listera opisów preparatów. Dzięki ich współpracy w ciągu roku pojawia się dziewięć publikacji, w ciągu trzech lat ta liczba zwiększa się do piętnastu. A tematy tych obserwacji to nie jest byle co: obejmują one badanie kontroli nerwowej tętnic, najwcześniejszych stadiów stanu zapalnego, wczesnych stadiów krzepnięcia, struktury włókien nerwowych oraz badanie kontroli nerwowej jelit przez nerwy współczulne.


W lipcu 1859 roku z „przyczyn naturalnych” zwalnia się stanowisko szefa Królewskiej Katedry Chirurgii Klinicznej. Stanowisko jest bardzo prestiżowe i bardzo zaszczytne. Wniosek o powołanie Listera popierają James Syme, William Sharpey i John Eric Erichsen. Dzięki poparciu, ale przede wszystkim dzięki swoim badaniom nad procesami zapalnymi i krzepnięciem krwi, w 1860 roku Lister obejmuje nowe stanowisko.
Z czasem na jego wykłady chirurgii systematycznej zapisuje się ponad 150 studentów, co jest w Wielkiej Brytanii liczbą rekordową. Lister własnym sumptem musi starać się o wyposażenie sali wykładowej, ale robi to znakomicie: może teraz demonstrować okazy anatomiczne, modele i rysunki. Studenci treścią i formą wykładów są zachwyceni.
Rok później Lister otrzymuje angaż w szpitalu miejskim w Glasgow. Szpital rozbudowuje się o nowe skrzydło i tworzy wakat, w który wkracza Lister. Szpital jest stale przepełniony, więc i dobudówka błyskawicznie zapełnia się chorymi. Tym samym staje się zainfekowana, zmieniając się w zapowietrzoną jaskinię gorączki.

Szpital staje się miejscem edukacji studentów „przy łóżku pacjenta” (jak w modelu angielskim, w Szkocji niezbyt cenionym). Dla studentów to spełnienie marzeń (dla pacjentów, także współczesnych – niekoniecznie).
Lister w kontaktach z chorymi daje przykład wielkiej empatii i cierpliwości. Często powtarza swoją dewizę: „Każdy pacjent, nawet najbardziej upodlony, powinien być traktowany z taką troską i szacunkiem, jakby był samym księciem Walii”.
Pan Condy i jego kryształki
W roku 1864 Lister zapoznaje się z doniesieniem Semmelweisa o gorączce połogowej (dla przypomnienia – traktuje ono o myciu rąk, narzędzi czy zmienianiu pościeli jako prostym a skutecznym sposobie unikania śmiertelnej gorączki połogowej u położnic. Jako środek wspomagający walkę z infekcją wiedeński położnik zaleca stosowanie roztworu kwasu karbolowego).
W tym czasie pewną popularnością cieszą się płyn i kryształki Condy`ego, czyli nadmanganian potasu. antyseptyki. Ciemne kryształki tworzą piękne, fioletowe roztwory o silnych właściwościach „oczyszczających” przedmioty, tkaniny i rany. Jednocześnie silnie i trwale barwią na fioletowoczarno, a dodoatkowo niszczą odkażane tkaniny. Ale nadal nie wiadomo, na co właściwie działają.

Lister dostrzega też związek między doniesieniem z wiedeńskiego szpitala oraz londyńskiej oczyszczalni ścieków: obie placówki stosują kwas karbolowy! Skoro karbolem nasącza się drewno podkładów kolejowych, wręgi statków, co zapobiega ich gniciu, karbolem odsmradza się gnijące miejskie nieczystości – to dlaczego nie lać go na rany?
W tamtych czasach nie rozróżniano jeszcze zbyt dokładnie kreozotu, uzyskiwanego z węglowej smoły pogazowej i samego fenolu. Obie substancje w smole są ze sobą zmieszane, obie działają odkażająco, ale i bardzo drażniąco na tkanki.
I wtedy dla światowej biologii nadchodzi przełom.
„Wino w smaku nieco octowe”
W roku 1856 we Francji grupa producentów wina ma nie lada kłopot: trunki z ich winnic na wczesnym etapie produkcji zamiast fermentować – kwaśnieją i tym samym nadają się do wyrzucenia. Oczywiście da się je jeszcze sprzedawać jako ocet, ale to jednak nie to samo. W dodatku kwaśnieje także piwo. I sok z buraków.
Czasami jest to tak dolegliwe, że (jak dzisiaj powiemy) „zakażeniu” ulega cały browar i można go spokojnie przerobić na halę magazynowania cementu. Taki los w XIX wieku spotyka na przykład browarnika spod Wrocławia.
Skoro coś działa od tysięcy lat – uważają winiarze – to nie ma co się zastanawiać nad przyczynami. Ale kiedy działać przestaje…
O ratunek zwracają się do Ludwika Pasteura, wówczas już dość znanego uczonego. A ten z użyciem mikroskopu zauważa, że w prawidłowo fermentującym winie są dostrzegalne dość duże, proste w obserwacji skupiska komórek – komórek drożdży. Ale, co ważniejsze, w winie zepsutym zauważa się dodatkowe małe komórki – komórki bakteryjne!

To jest przełom, który nie tylko uratował wina czerwone, kiszone ogórki i piwo dolnej fermentacji, ale także kolejne pokolenia ludzi!
Pasteur uznaje, że do fermentacji doprowadzają żywe organizmy (w tym wypadku – drożdże). To straszna myślozbrodnia, bo według Liebiga, naukowego guru epoki, rozkład winogron, wina i innych substancji biologicznych następuje wyłącznie na drodze chemicznych przemian bez udziału żywych czynników. Zbrodniarz Pasteur musi zostać wyszydzony i zapomniany.
Dla winiarzy ratunek Pasteur przynosi pod postacią kolb odcinających balonom z winem dostęp powietrza (używane do dzisiaj szklane świńskie ogonki zalane w kolanku wodą, przez które uchodzą rytmicznie pęcherzyki gazu powstałego w czasie fermentacji).

Oczywiście wskazanie na rolę drobnoustrojów w banalnym procesie fermentacji skazuje Pasteura na trwające całymi latami ataki zwolenników Liebiga: obrazoburca podkopuje fundamenty Gmachu! Przecież Pasteur z bakteriami wiąże także procesy gnilne w ludzkich ciałach!
Bakterie atakują Pasteura
W roku 1859, w wyniku duru brzusznego, Pasteur traci pierwszą córkę. W ciągu kolejnych sześciu lat z tego samego powodu umierają kolejne dwie dziewczynki.
Zrozpaczony i bezradny ojciec pisze: „Jaka szkoda, że nie mam […] specjalistycznej wiedzy, której potrzebuję, by energicznie zająć się badaniami doświadczalnymi nad jedną z chorób zakaźnych”.
Prace Pasteura o bakteriach w zasadzie pozostają niezauważone. Jednym z nielicznych czytelników jest dr Wells, chirurg królowej Wiktorii. Ale poza lekturą nic z tego nie wynika.
Pasteur ze swą rewelacją musi żyć sam.
Przełomowa wycieczka do Londynu
Lecz kiedy Pasteur przebywa w Londynie z wizytą u Johna Tyndalla (to on zauważył aerozole w wydychanym powietrzu – efekt Tyndalla), ten wspomina mu o znanym angielskim chirurgu, który poszukuje przyczyn chorób zakaźnych. Panowie poznają się, nawiązują długoletnią korespondencję. I nagle wiele elementów zazębia się w logiczny, zwarty ciąg przyczyn i skutków!

Oświecony mikrobiologicznym odkryciem Pasteura Lister wdraża sposób postępowania antyseptycznego. Teraz już jest pewien, że do rany dostają się mikroskopijne ciałka bakterii, a gdy nie napotykają wystarczającego oporu organizmu – mnożą się co kilkadziesiąt minut, doprowadzając chorego do różnych, zwykle nieprzyjemnych komplikacji.
Brytyjska mgła – z karbolu
Zatem drobnoustrojom Lister stawia tamy: skrupulatnie odkaża karbolem narzędzia chirurgiczne, nici (a te wyrabiane są z chłonnego lnu, jedwabiu, równie chłonnych baranich jelit – katgutu), opatrunki, pole operacyjne, w końcu ręce operatora. Dodatkowo całe pole operacyjne zrasza mgiełką karbolowego roztworu rozpylanego przez bardzo skuteczny „zraszacz karbolowy Listera”.

Karbol działa
Pierwsze próby z opatrunkami karbolowymi nie są szczególnie udane. Na rany Lister nakłada nasączone karbolem tekstylia albo kłębki szarpii, a na to dopasowuje cynowe lub ołowiane arkusze cienkiej blaszki, mające zapobiegać odparowywaniu fenolu. Nie jest to ani poręczne, ani skuteczne. Zbyt silne roztwory fenolowe doprowadzają do poważnych poparzeń tkanek i skóry, czasem nawet do ich martwicy. Z czasem jednak Lister dochodzi do właściwych stężeń fenolowego antidotum i zaczynają się cuda.
Wyniki są znakomite. Liczba pooperacyjnych zakażeń spada ogromnie, rany przestają ropieć i mazać się, gangrena staje się rzadkością, a nie normą, a gangrenowe amputacje – wyjątkiem. Poważne zranienia, które dotąd równały się co najmniej poważnym kłopotom, goją się pod karbolowym nadzorem wspaniale. Zwłaszcza ulgę mogą czuć ofiary otwartych złamań kości: dotąd w większości wypadków taka rana była wskazaniem do natychmiastowej amputacji złamanej kończyny. Teraz Lister pokazuje zainteresowanym gojenie się (po tygodniach od urazu) otwartych złamań – w tym zaróżowione końce wystających kości, powoli pokrywające się zdrową, różową ziarniną.
Dla odwiedzających Listera w jego szpitalu największą wyczuwalną różnicę na salach chorych stanowi zapach. Jest to lekko chemiczny, specyficzny zapach fenolu, który zupełnie wyparł przeraźliwy, ciężki, słodkawy zapach septycznej ropy i zakażonych ran. Smród ten był dotąd niejako przyrodzoną cechą oddziałów chirurgicznych. W nadchodzącej wojnie francusko-pruskiej pruskie lazarety polowe będą możliwe do zwęszenia z wielu kilometrów (jak twierdzić będą Francuzi).
System leczenia antyseptycznego istnieje. Istnieje i doskonale działa. Badania statystyczne jasno pokazują, że przy sumiennym stosowaniu jego zaleceń zapobiega dużej części szpitalnych infekcji.

Karbol? Bądźmy poważni…
Lister swoją metodę próbuje upowszechnić i w Wielkiej Brytanii, i na kontynencie po drugiej stronie Kanału, i w Ameryce. Ale „drobnoustroje” to dla świata medycyny jednak za wiele. Strasznie to rewolucyjne, bardzo kłopotliwe, no i kto te żyjątka widział? Doświadczeni chirurdzy jeden po drugim odrzucają rewolucyjną nowinkę. Niektórzy walczą z nią aktywnie. Jeszcze w 1873 roku czasopismo medyczne The Lancet ostrzega środowisko medyczne przed „nadto postępowymi” ideami Listera.

Widzimy asystenta trzymającego lancet za ostrze, a nie za rękojeść. Asystenci mają brudne ręce, a zapłakany członek rodziny obecny podczas operacji wprowadza do niej kolejne „zarazki”.
I choć Listera odwiedzają entuzjaści nowej medycyny, to bądźmy szczerzy: cóż oni mogą? Jednym z nich jest w 1869 r. Just Lucas-Championnière, który po powrocie do Francji bezskutecznie zachęca paryskich chirurgów do stosowania systemu leczenia antyseptycznego.
Rezultaty swoich badań publikuje Lister w pracy „A Method of Antiseptic Treatment Applicable to Wounded Soldiers in the Present War”. Wołanie na puszczy.
Haratamy się na wiele sposobów
Na efekty długo czekać nie trzeba. „Present war” nadchodzi pod postacią wojny 1871 roku. Rzesze rannych trafiają do lazaretów, francuskie kartaczownice, pruskie odtylcowe iglicówki, kartacze i tradycyjne rżnięcie bronią białą mnożą paskudne zranienia. Francuska chirurgia wojskowa traci po amputacjach 7 z 10 operowanych rannych, „pruskie lazarety śmierdzą z daleka”.
Ale jednak coś zaczyna się zmieniać! Już następna wojna, rosyjsko-turecka (1877), pokazuje skuteczność zastosowania metody antyseptycznej. Jej szerokie, powszechne wdrożenie przypisuje się w Europie niemieckiemu chirurgowi Ernstowi von Bergmannowi.

Dobrze się kroi królową Wiktorię
Joseph Lister sam stosuje z powodzeniem swoją metodę antyseptyczną. Okazuje się ona tak skuteczna, że nie waha się z jej użyciem operować własnej siostry (gdy znakomity chirurg – teść Syme – nie widzi szans powodzenia). Kobieta chora na raka piersi skazana jest na jej usunięcie wraz z węzłami chłonnymi pachy. W wyniku takiego działania powstanie ogromna rana pooperacyjna, która była dotąd gwarancja utworzenia otwarte szeroko wrót gwałtownego zakażenia kończącego się śmiercią pacjentki. Ale nie tym razem! Pod karbolowymi opatrunkami wielka powierzchnia rany goi się w ciągu kilku tygodni niemal bez ropienia.
Ale przełom w świadomości świata medycznego przynosi prawdopodobnie rok 1871. W królewskiej posiadłości Balmoral Lister pod królewską pachą królowej Wiktorii przeprowadza otwarcie i drenaż ogromnego ropnia. Wydarzenie to, a zwłaszcza osoba czcigodnej pacjentki, odgrywa kluczową rolę w popularyzacji metod antyseptycznych w medycynie. Operacja prowadzona jest oczywiście w znieczuleniu, królewska skóra zraszana jest (dla jej powierzchownego oziębienia) eterem, a królewskie drogi oddechowe raczone są chloroformem. Całe pole operacyjne spowija mgła rozpylanego z rozpylacza karbolu. Zaszyty w ranie gumowy dren przez kolejne dni pozwala spływać na zewnątrz powstającym wydzielinom.


My, prości pacjenci, królowej Wiktorii winniśmy wdzięczność za dwa wydarzenia z jej udziałem. W roku 1853 królowa raczyła zażyć chloroformowego znieczulenia w czasie porodu, co ogromnie popularyzuje instytucję anestezji ogólnej. 20 lat później, nurzając się w karbolowych aerozolach, przełamuje niechęć Gmachu do antyseptyki.

Życie w pięciu punktach
Dla naszego zdrowia Lister przysłużył się na cztery sposoby:
Jako chirurg wprowadził kwas karbolowy do odkażania narzędzi chirurgicznych, skóry pacjentów, szwów, rąk chirurgów oraz sal operacyjnych, propagując zasadę antyseptyki.
Stworzył fundamenty wiedzy o roli stanu zapalnego i perfuzji tkanek w gojeniu się ran.
Rozwinął diagnostykę dzięki analizie mikroskopowej tkanek.
Opracował strategie mające na celu zwiększenie szans pacjentów na przeżycie operacji.
Ale za jego najdonioślejszy wkład uznajemy jednak dostrzeżenie, że przyczyną gnicia ran są bakterie. Nawiązał w ten sposób do nowatorskiej wówczas teorii fermentacji Louisa Pasteura.

Doceniony za życia, doceniany po śmierci
Gdy w 1912 roku Lister umiera w wieku 84 lat, nabożeństwo żałobne odbywa się w Opactwie Westminsterskim. Trumnę zmarłego niosą ówcześni luminarze świata nauki, sztuki i polityki. Wieniec przesyła cesarz Wilhelm II. Tego dnia „The Times” publikuje liczne hołdy nadesłane przez towarzystwa naukowe z całego świata.
Uznanie za jego dokonania przychodzi jeszcze za życia: otrzymuje liczne odznaczenia (w tym pruski order Pour le Mérite), tytuł baroneta nadany przez królową, następnie tytuł barona, godność tajnego radcy oraz wiele zaszczytnych funkcji i członkostw.

Jeszcze za jego życia jego imieniem – Mount Lister – nazwano górę na Antarktydzie.

W 1879 roku Amerykanin Joseph Lawrence opracował antyseptyczny preparat chirurgiczny Listerine, obecnie najbardziej znany jako płyn do ust.
Mikrobiologia zna bakterię Listeria monocytogenes, wywołującą – oczywiście – listeriozę.

Lister po śmierci doczekał się dwóch pomników w Londynie (taki zaszczyt spotkał tylko dwóch chirurgów – Listera i Huntera).

Autor
-
Laborant we wrocławskim Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN. W naszej fabryce nauki dumnie dzierżę funkcję sekretarza Wrocławskiego Towarzystwa Lemologicznego, gdzie (po godzinach) na kawałki rozbieramy twórczość, życie i czasy Stanisława Lema.
Jeszcze bardziej po godzinach rozważam powrót do aktywnej fotografii amatorskiej i aktywnego kontaktu z górami. Na tych jałowych rozważaniach na razie szczęśliwie poprzestaję.
Ostatnie wpisy
historia medycyny31 lipca 2026Jak Joseph Lister gangrenę okiełznał
historia medycyny24 kwietnia 2026Myjmy ręce, czyli kłopoty pana Semmelweisa
druga wojna światowa1 lutego 2026Bałtycki grobowiec – M/S „Gustloff”
Bez kategorii26 grudnia 2025Złoto z morskiej wody





Bardzo ciekawy artykuł, pomagający zrozumieć postęp nauki. Proszę tylko zauważyć: związana z prionami choroba mózgu nosi nazwę Creutzfelda-Jacoba a nie jak podano w tekście Leśniowskiego- Crohna
Kryjąc rumieńce zażenowania kaolinowym pudrem – poprawiam natychmiast i dziękuję za bezcenną poprawkę!!!
Pięknie się czyta i świetnie pokazuje, jak trudno jest przełamywać mentalne nawyki przez uznane grono naukowe. Dobry przykład na spojrzenie z pokorą na dzisiejszy świat, w którym jesteśmy przekonani o naszej świadomości i nowoczesności. Dziękuję. Aż się prosi, żeby Państwa artykuły były dostępne w formie podcastu. Przykład sukcesu Radia Naukowego czy Wojennych Historii świetnie pokazuje, że jest dużo ludzi chcących poszerzać wiedzę, ale nie mają czasu na czytanie, więc słuchają zamiast radia w drodze do pracy.
Pięknie dziękuję za miłe słowa!
Sam jestem wielkim miłośnikiem słuchania w samochodzie. Muszę jednak przyznać, że poprzeczka zawieszona przez Radio Naukowe tkwi bardzo wysoko! W Eksperymencie Myślowym mamy (jako czytelnicy) jednak do czynienia z artykułami, nie dialogiem. Ale…
Ale teoretycznie: wyobraźmy sobie samochodową kabinę, włączony odtwarzacz, a z głośnika magiczny głos pana Fronczewskiego wygłaszającego spiżową frazę: „Wojna to system, Kamilu”…