Runy. Część 2: Saga o złotych rogach
Inne odcinki serii
Część 1. Inspiracja i początki
Część 3. Od fuþarku do fuþorcu
Część 4. Późne runy i zmierzch świata wikingów [w przygotowaniu]
Jedne z najwspanialszych zabytków sztuki wczesnogermańskiej odkryto w okolicznościach zaiste zdumiewających. Było to tak:
Akt I. Koronczarka z Østerby i pierwszy złoty róg
W środę 20 lipca 1639 r. Kirsten Svendsdatter, młoda koronczarka z wioski Østerby, wyruszyła w siedmiokilometrowy spacer do miasta Tønder, gdzie zamierzała sprzedać swoje wyroby.1 Polna droga wiodła obok lasu i osady Gallehus. I właśnie tam, w pół drogi do miasta, Kirsten potknęła się o coś wystającego z ziemi. W pierwszej chwili sądziła, że to korzeń drzewa, ale przyjrzawszy się dokładniej, zauważyła lśnienie metalu i zaczęła odkopywać swoje znalezisko: siedem cylindrycznych pierścieni, kunsztownie ozdobionych i wyglądających na pozłacane.
Tak głosi jedna z wersji opowieści, najczęściej opowiadana. Według innych Kirsten po prostu pracowała w polu lub kopała torf. Dogrzebanie się do prawdy (o ile to możliwe po prawie czterystu latach) pozostawiam historykom. Tak czy owak Kirsten zgłosiła się do miejscowych władz, które zleciły złotnikowi z Tønder zbadanie znaleziska i oszacowanie jego wartości. Stwierdzono, że pierścienie nie są pozłacane, ale złote. Dokładniej – składały się z dwu warstw. Wewnętrzna, gładka, wykonana była z dwunastokaratowego złota (czyli stopu złota ze srebrem w równych proporcjach), a zewnętrzna, ozdobna – z czystego złota. Złożone w całość, pierścienie okazały się segmentami dużego, wygiętego rogu. Jego wartość czysto materialna była wielka (dziś sam kruszec byłby wart setki tysięcy złotych), a z wartości historycznej jeszcze nie zdawano sobie sprawy. Ponieważ każde złote znalezisko, którego właściciel był nieznany, stawało się na mocy prawa własnością królewską, wysłano róg królowi Christianowi IV.

Na dworze kopenhaskim róg przerobiono tak, żeby nadawał się na eleganckie naczynie do picia: na węższym końcu dodano sześć gładkich segmentów i przykręcaną zatyczkę w formie okrągłej głowicy, a na szerszym końcu jeden dodatkowy pierścień, również gładki. W tej postaci róg miał 75 cm długości i ważył 3,2 kg. Szczęśliwie uniknął losu wielu innych złotych zabytków, rutynowo przetapianych, aby wybić z nich monety. Duński uczony i antykwariusz Ole Worm zbadał róg w roku 1641 i rozpoznał w nim starożytne dzieło sztuki. Opisał go w dwóch traktatach, których kopie rozesłał zagranicznym kolegom. Wkrótce róg z Gallehus stał się znany w świecie nauki od Królewca po Rzym i od Londynu po Padwę. Wypukłe ozdoby na oryginalnych pierścieniach, odrysowane przez Worma, przedstawiały uzbrojonych wojowników, jeźdźców, zwierzęta, ludzi o zwierzęcych głowach, centaury i inne postaci mityczne, a nawet długowłosą postać unoszącą w rękach podobny róg (zapewne wypełniony piwem lub miodem). Znawcy dopatrują się w tych przedstawieniach mieszanki lokalnych motywów germańskich i wpływów kultury śródziemnomorskiej.
Christian IV podarował róg swojemu najstarszemu synowi, również Christianowi, który jednak nigdy nie objął tronu. Słynął jako hulaka i pijak, co zapewne skróciło mu życie. Zmarł w wieku 44 lat, a róg wrócił w posiadanie króla. Aha, byłbym zapomniał. Znalazczyni nie ominęła nagroda: król łaskawie obdarował Kirsten elegancką czerwoną spódnicą, aby miała co nosić od święta.
Akt II. Drugi złoty róg i najstarszy wiersz germański
Minęło prawie 95 lat. W czwartek 21 kwietnia 1734 r. gospodarz z Gallehus nazwiskiem Erik Lassen wykopał drugi złoty róg, tym razem złożony z sześciu segmentów, zaledwie 15–20 m od miejsca pierwszego odkrycia. Znalazca przekazał zabytek hrabiemu Schackenborgowi z pobliskiego Møgeltønder i otrzymał przyzwoite znaleźne: 200 talarów duńskich (równowartość około dwóch kilogramów srebra). Drugi róg znalazł się w posiadaniu króla Christiana VI, praprawnuka Christiana IV, i w ten sposób dołączył w monarszej kolekcji do pierwszego, wraz z którym spoczywał poprzednio w ziemi przez ponad tysiąc lat. Choć nieco krótszy (zachowało się 5 segmentów o łącznej długości pół metra), ważył więcej – 3,7 kg. Wykonany był w podobnym stylu, choć niekoniecznie przez tego samego artystę. Jednak oba rogi wyraźnie stanowiły parę: musiały być pierwotnie podobnej wielkości, były podobnie ozdobione, pochodziły z tej samej epoki (mniej więcej pierwsza połowa V w. n.e.), a ktokolwiek był ich właścicielem, musiał być bogaczem, członkiem ścisłej elity plemiennej.
Tym, co wyróżniało drugi róg, był napis runiczny w starszym fuþarku, starannie wygrawerowany na najszerszym segmencie:

Czyli
ek Hlewagastiz Holtijaz horna tawidō
co można przetłumaczyć następująco, zachowując szyk oryginału: „Ja, Hlewagast z Holtu [ewentualnie: syn Holta], róg sporządziłem”.

Z językowego punktu widzenia inskrypcja reprezentuje bardzo dawne stadium rozwojowe, odpowiadające wspólnemu przodkowi języków zachodnio- i północnogermańskich. W V w. tworzyły one już odrębne grupy dialektów, ale nadal były wzajemnie zrozumiałe. Jutlandia była obszarem, na którym granica między nimi mogła być cokolwiek rozmyta. Z jej terenu pochodziły, według starych tradycji, niektóre z plemion zachodniogermańskich, które od połowy V stulecia podbijały Wielką Brytanię – Anglowie i Jutowie. Nazwa Jutlandii oznacza dosłownie ‘krainę Jutów (*Euta‑)’. Z drugiej strony – około roku 500 zajmowali ją już północnogermańscy Danowie (*Dani‑). Staronordyjska i staroangielska nazwa Danii (Danmǫrk, Denemearc < *Dani‑markō) oznaczają ‘rubież Danów’.2 Być może napis na rogu był celowo archaizowany; w każdym razie brak w nim cech dialektalnych pozwalających jednoznacznie przypisać go Germanom Zachodnim lub Północnym.
Imię Hlewagast (*Xlewa‑gastiz) oznacza ‘gość honorowy’ lub ‘mający sławnych gości’, podobnie jak słowiański Sławogost lub grecki Kleoksenos (oba zbudowane z pokrewnych elementów!). Przydomek Holtijaz zawiera przyrostek *‑ija‑, który może tworzyć nazwy patronimiczne, ale także zawodowe lub wskazujące na miejsce pochodzenia. Żeby utrudnić interpretację, element holt‑ (pragermańskie *xulta‑) może być rzeczownikiem pospolitym o znaczeniu ‘las, zagajnik, drewno’ bądź pochodzącym od niego imieniem osobowym albo nazwą miejscową. Ostatnią możliwość uprawdopodabnia fakt, że Holt to także stara nazwą pobliskiego Holsztynu.3 Nie jest jasne, czy Hlewagast z Holtu osobiście stworzył róg z inskrypcją (a może nawet oba rogi z Gallehus), czy raczej był lokalnym naczelnikiem plemiennym, który „sporządził róg” jedynie w tym sensie, że zlecił robotę artyście złotnikowi (tak jak np. Ludwik XIV „zbudował Wersal”). W tym drugim przypadku napis nie byłby znakiem firmowym, tylko własnościowym, wykonanym przez złotnika w imieniu zleceniodawcy.
Autor inskrypcji nie tylko potrafił pisać i dobrze znał starszy fuþark, ale był także poetą. Inskrypcja stanowi nienaganną linię starogermańskiej poezji aliteracyjnej.4 Linia taka składała się z dwóch wersów (zwanych też półliniami), w których pierwsze akcentowane słowa musiały się aliterować, czyli zaczynać na tę samą spółgłoskę (bądź na „brak spółgłoski”, czyli na samogłoskę, niekoniecznie tę samą).5 W pierwszym – ale nie w drugim – wersie aliteracja mogła być wzmocniona przez powtórzenie, czyli obejmowała dwie silnie akcentowane sylaby. Najczęściej aliterowały się rzeczowniki (w tym imiona) lub przymiotniki. Dokładnie tak zbudowana jest inskrypcja:
(ek) Hléwagastiz Hóltijaz hórna táwidō
Zaznaczyłem tu samogłoski akcentowane i średniówkę między wersami (zaimek ek ‘ja’ pozostaje poza strukturą wiersza). Aliterującą się spółgłoską jest oczywiście h. Jest to jeden z tych przypadków, gdy znalezisko jest tak doskonałe pod każdym względem, że aż trudno uwierzyć w jego autentyczność. Jednak okoliczności odkrycia obu rogów, a także ich wartość materialna, wykluczają oszustwo. Jakiż dowcipniś (notabene – ze świetną znajomością germańskiego językoznawstwa historycznego) zakopałby 7 kg kunsztownie obrobionego złota na duńskim polu, żeby przypadkowe osoby znalazły je na raty w odstępie niemal stuletnim?
Akt III. Rabusie, czyli klątwa Hlewagasta
Rogi spoczywały w Królewskim Gabinecie Sztuki w kopenhaskim Christianborgu aż do nocy z 4 na 5 maja 1802 r., gdy do siedziby kolekcji wtargnął złodziej posługujący się podstępnie dorobionym kluczem. Oba rogi znikły. Za pomoc w ujęciu rabusia wyznaczono ogromną nagrodę, ale aresztowano go dopiero w następnym roku, gdy policja zebrała dość dowodów obciążających głównego podejrzanego – złotnika nazwiskiem Niels Heidenreich, notowanego już wcześniej jako fałszerz monet. Niestety, motywowany wyłącznie chciwością i nadzieją na szybki zysk, przetopił on rogi wkrótce po kradzieży, a uzyskane w ten sposób złoto wykorzystał do produkcji biżuterii i falsyfikatów monet indyjskich (tzw. pagód). Złoczyńca spędził w więzieniu 37 lat, a nabywcy jego wyrobów zwrócili je sumiennie niemal co do sztuki. Królewska mennica przerobiła odzyskane złoto na monety.6 Dopiero znacznie później ujawniono dwie pary kolczyków prawdopodobnie wykonanych ze złota Hlewagasta, które uniknęły tego losu, ponieważ nie zwrócono ich królowi; to dziś jedyna muzealna pamiątka po oryginałach.
Skarb utracono zatem bezpowrotnie, zachowały się tylko dość szczegółowe szkice i rysunki rogów oraz raport policyjny opisujący ich wymiary i masę. W XVIII w. wykonano kilka gipsowych odlewów obu rogów. Jedna para miała stanowić prezent dla kardynała Stefana Borgii, zapalonego kolekcjonera książek, sztuki i kosztowności. Jednak odlewy poszły na dno wraz z wiozącym je statkiem gdzieś w Cieśninie Świętego Bonifacego, między Korsyką a Sardynią. Zapodziały się także inne odlewy, przeznaczone dla znakomitego niemieckiego archeologa, profesora Karla Böttigera. Zapewne gdyby zdawano sobie sprawę z tego, jak bezcenne mogą być takie „kopie zapasowe” umożliwiające wierną rekonstrukcję rogów, wykonano by ich więcej i dbano by o nie pieczołowicie.
Kradzież i bezmyślne zniszczenie rogów uprzytomniły duńskiej opinii publicznej, że zabytki kultury są jak zdrowie: ile je cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto je stracił. Dopiero wówczas rogi stały się naprawdę sławne, albo jak byśmy dziś powiedzieli – kultowe. Opiewano je w patriotycznych wierszach; przyczyniły się do wzrostu zainteresowania głęboką historią Danii i do rozwoju narodowego romantyzmu w wersji północnoeuropejskiej. Trzeba było jakoś skompensować stratę, sporządzano zatem na podstawie dostępnej dokumentacji rekonstrukcje z cienko pozłacanego mosiądzu lub srebra, które trafiały do duńskich muzeów. W roku 1979 Muzeum Narodowe w Kopenhadze zastąpiło stare repliki (1859–1860) nowymi, wierniej naśladującymi pierwowzory. W 2007 r. starsze kopie rogów z Gallehus znalazły się w muzeum w Jelling, wypożyczone jako element wystawy tymczasowej. Rankiem 17 września włamywacze bez cienia finezji rozbili gablotę siekierą, ukradli oba rogi oraz kilka innych eksponatów i zbiegli.7 Dwa dni później czterej sprawcy byli już w rękach policji. Rogi odzyskano, choć jeden z nich został uszkodzony podczas próby przepiłowania go na części. Nie była to pierwsza próba rabunku. W 1993 r. inna para replik została skradziona ze zbiorów archeologicznych Muzeum w Moesgaard. Złodzieje porzucili wówczas swój łup w lesie.
Trudno zrozumieć motywację rabusiów. W głupocie swojej, którą zakasowaliby gang Olsena, przeceniali oni wartość materialną rogów i zamierzali je zapewne przetopić, nie zdając sobie sprawy, że kopie są tylko pozłacane, a nie szczerozłote. Możliwość, że jakiś szalony kolekcjoner kupi kradzione eksponaty, żeby je trzymać w swojej tajnej kolekcji, raczej nie wchodziła w grę. Prościej i mniej ryzykownie byłoby zamówić u specjalisty własne, legalne repliki. Biorąc pod uwagę dziwne dzieje rogów, można się jednak zastanowić nad możliwością, że ciąży na nich klątwa Hlewagasta, zdolna mącić ludzki rozum.
Lektura dodatkowa
Strona Muzeum Narodowego w Kopenhadze poświęcona rogom z Gallehus.
Przypisy
- Tønder, położone w południowej Jutlandii, tuż przy dzisiejszej granicy między Danią a Niemcami, słynęło od XVI w. jako główny duński ośrodek produkcji koronek. ↩︎
- Tego okresu dotyczą opowieści o legendarnym duńskim królu Hrothgarze i wojowniku Beowulfie z południowoszwedzkiego ludu Gautów (staroangielskie Ġēatas), spisane kilkaset lat później przez anonimowego poetę staroangielskiego. ↩︎
- Saska nazwa etniczna Holt-sǣtan, zniekształcona później na Holstein, oznaczała ‘mieszkańców Holtu’ (dosłownie: krainy zwanej Lasem). ↩︎
- Przekład Biblii na język gocki, przypisywany biskupowi Wulfili, pochodzi z II połowy IV w., jest więc nieco starszy od rogów z Gallehus, ale jego autor lub autorzy dokonali tłumaczenia prozą, nie używając starogermańskich konwencji poetyckich. ↩︎
- Aliteracja oznacza schemat powtarzalności dźwięków w jednostkach rytmicznych wiersza, przypomina zatem rym. Rym wymaga jednak zgodności brzmienia końca wyrazu, a aliteracja – początku. Ma ona sens w językach, w których akcentowana jest pierwsza sylaba wyrazu (a tak było we wczesnych językach germańskich). ↩︎
- Decyzja niezrozumiała z dzisiejszego punktu widzenia. Można było przynajmniej spróbować odtworzyć rogi, wykorzystując oryginalny materiał. Ale – jak już mówiłem – złote zabytki nieraz spotykał podobny los. Jak to się mówi: „To były inne czasy”. ↩︎
- Zrządzeniem losu złodzieje przeoczyli towarzyszącą rogom parę kolczyków – jedną z dwu, o których wspomniałem wyżej. ↩︎
Opis ilustracji
Ilustracja w nagłówku. Patrz część 1 serii.
Ryc. 1. Dziewczyna, która znajduje złoty róg (1906). Obraz Haralda Slotta-Møllera (1864–1937) – jedno z kilku znanych dzieł malarstwa duńskiego poświęconych rogom z Gallehus. Przedstawiona tu scena niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Kirsten Svendsdatter znalazła siedem luźnych segmentów, tymczasem róg na obrazie jest nie tylko złożony w całość, ale uzupełniony o siedem dodatkowych segmentów i zatyczkę z okrągłą głowicą. Muzeum w Haderslev. Źródło: Wikimedia (domena publiczna).
Ryc. 2. Rycina z roku 1734 ilustrująca opis rogu z napisem runicznym, autorstwa Richarda Joachima Pauliego. Dział Starożytności Muzeum Narodowego w Kopenhadze. Foto: Francesco Bini 2024. Źródło: Wikimedia (licencja CC BY-SA 4.0).
Autor
-
Językoznawca specjalizujący się w językoznawstwie historycznym, badaniu zmian językowych i językoznawstwie ewolucyjnym. Miłośnik nauk ścisłych i przyrodniczych ze szczególnym naciskiem na biologię, nie tylko ze względu na jej powiązania z językoznawstwem i analogie między ewolucją organizmów i języków. Gorący zwolennik popularyzowania nauki i niezamykania się naukowców w wieży z kości słoniowej.
X (Twitter): @P_Gasiorowski,
BlueSky: @piotrgasiorowski.bsky.social
Ostatnie wpisy
językoznawstwo14 sierpnia 2026Runy. Część 3: Od fuþarku do fuþorcu
astronomia7 sierpnia 2026Superksiężyc, czyli dziwny jest ten Wszechświat
językoznawstwo27 lipca 2026Człowiek a ludzie
językoznawstwo15 lipca 2026Runy. Część 2: Saga o złotych rogach




Hm, V wiek to czas, gdy grupa zachodniogermańska zaczęła się już różnicować, w momencie gdy zaczął się saski podbój Brytanii musiała już istnieć wyodrębniona grupa anglo-fryzyjska. No chyba że Fryzowie to jakaś migracja zwrotna z Brytanii, ale nigdy nie zetknąłem się z takim poglądem. Na jakiej podstawie datowano te rogi na V wiek?
Datowanie jest w tym przypadku czysto typologiczne (motywy graficzne, etap rozwoju fuþarku), bo nie zachował się żaden kontekst archeologiczny datowalny w inny sposób. Nie ma to w gruncie rzeczy wielkiego znaczenia. Istotne jest to, że napis nie ma wyraźnych cech dialektalnych, natomiast ma cechy archaiczne (np. zachowanie formy biernika horna i -ō w końcówce czasu przeszłego), które wcześnie zanikły zarówno w językach zachodnio-, jak i północnogermańskich. Można go zatem uznać za „praktycznie pra-północno-zachodni”. Pismo to w tym przypadku „klasyczny” stary fuþark, na pewno nie runy anglofryzyjskie (o których będzie następny odcinek). Jak jednak pisałem, istnienie już wyraźnie odrębnych dialektów zachodniogermańskich (wciąż w pełni wzajemnie zrozumiałych) nie wyklucza istnienia obok nich wspólnej odmiany archaizującej („literackiej”), nieuwzględniającej różnic. Dziesiejszy angielski brytyjski mocno się różni od amerykańskiego zwłaszcza pod względem fonologicznym, ale pisownia (ukształtowana z grubsza w XIV/XV w.) niemal całkowicie ignoruje te różnice.
A propos aliteracji, to pięknymi jej przykładami są tytuły innych Pańskich artykułów w EM:
Sąpierz i jego sąsiedzi z Santoka
Wągroda i wątek wąchocki
Pacholę w pasiece na pagórku
Przyznaję bez bicia, że jako amator poezji staroangielskiej mam nabytą skłonność do aliteracji.
Tak mi coś jeszcze się przypomniało. Czy germańskie liczebniki 4 i 5 mogą być celtyckimi zapożyczeniami? W gockim, czyli względnie blisko stanu pragermańskiego, to było bodajże fidwor i fimf. Nie wygląda to chyba na regularny rozwój odziedziczonych form praindoeuropejskich. Natomiast w walijskim to jest pedwar i pimp. Czyli bardzo podobnie, do tego forma gocka w zasadzie wygląda jak walijska po zadziałaniu prawa Grimma. W galijskim, z którego zapewne pochodzą te celtyckie zapożyczenia w pragermańskim, musiało to brzmieć podobnie jak w walijskim bo tak samo zaszła tam zmiana kw>p. Ma to jakiś sens?
Pragermańskie *fimf jest mniej więcej regularne, bo mamy kilka solidnychɸ przykładów na „dewelaryzację” pragermańskiego *xʷ po rezonantach. Być może spółgłoska wargowa występująca wcześniej w tym samym słowie mogła zwiększyć prawdopodobieństwo takiej zmiany, patrz *wĺ̥kʷos > *wúlxʷas > *wulfaz. Z kolei początkowe *f w *fedwōr/*fedur tłumaczy się zwykle upodobnieniem nagłosu do kolejnego liczebnika, co jest zjawiskiem częstym (patrz dziewięć–dziesięć itp.). Jeśli bezpośrednio po operacji prawa Grimma germańskie *f było wymawiane dwuwargowo jako [ɸ], to jego podobieństwo akustyczne do [xʷ] jeszcze bardziej ułatwiało obie zmiany.
Zpożyczenie celtyckie nie jest absolutnie niemożliwe, jeśli źródłem miałby być galijski już po zmianie *kʷ w p (starszej niż prawo Grimma) w praceltyckich *kʷetwores, *kʷenkʷe (z italoceltycką asymilacją początkowej spółgłoski). Ale diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład w językach germańskich mamy wyraźne refleksy indoeuropejskiego collectivum *kʷetwṓr, niepoświadczonego ani w galijskim, ani w ogóle w językach celtyckich. Ponadto hipoteza zapożyczenia nie tłumaczy istnienia słów pochodnych, w których zachowała się spółgłoska welarna z powodu wczesnej delabializacji przed spółgłoską. Mamy *pēnkʷrós ‘jeden z pięciu’ > przedgermańskie *penkrás > *fingraz ‘palec’ i złożenie *pn̥kʷ-st(h₂)-i-s > *punkstis > *funxstiz ‘pięść’. No i oczywiście pozostaje pytanie, dlaczego akurat te dwa liczebniki miałyby zostać zapożyczone. Nie wydaje się, żeby ‘4’ i ‘5’ miały jakieś szczególne znaczenie kulturowe. A ponieważ liczebniki germańskie można wyjaśnić na gruncie rodzimym, wpływ celtycki wydaje się po prostu zbędny.
„Pragermańskie *fimf jest mniej więcej regularne, bo mamy kilka solidnychɸ przykładów na „dewelaryzację” pragermańskiego *xʷ po rezonantach. Być może spółgłoska wargowa występująca wcześniej w tym samym słowie mogła zwiększyć prawdopodobieństwo takiej zmiany, patrz *wĺ̥kʷos > *wúlxʷas > *wulfaz.”
Tylko czy te przykłady same nie dają się objaśnić jako zapożyczenia p-celtyckie?
„Z kolei początkowe *f w *fedwōr/*fedur tłumaczy się zwykle upodobnieniem nagłosu do kolejnego liczebnika, co jest zjawiskiem częstym (patrz dziewięć–dziesięć itp.).”
Hm, tam to wynikało z liczenia „parami” w prasłowiańskim. 4 i 5 nie tworzą takiej pary.
” Ale diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład w językach germańskich mamy wyraźne refleksy indoeuropejskiego collectivum *kʷetwṓr”
Czy można coś więcej o tym?
„Ponadto hipoteza zapożyczenia nie tłumaczy istnienia słów pochodnych, w których zachowała się spółgłoska welarna z powodu wczesnej delabializacji przed spółgłoską. Mamy *pēnkʷrós ‘jeden z pięciu’ > przedgermańskie *penkrás > *fingraz ‘palec’ i złożenie *pn̥kʷ-st(h₂)-i-s > *punkstis > *funxstiz ‘pięść’.”
Ale te pochodne to jeszcze praindoeuropejszczyzna. Pytanie, czy we wczesnej epoce żelaza w ogóle jeszcze kojarzono te słowa z liczebnikami. Do tego są przykłady z Dalekiego Wschodu, gdzie często zapożyczano chiński system liczebników, ale równolegle utrzymywano rodzimy.
„złożenie *pn̥kʷ-st(h₂)-i-s > *punkstis > *funxstiz ‘pięść’.”
Polskie pięść nie jest aby z tego samego źródła?
„No i oczywiście pozostaje pytanie, dlaczego akurat te dwa liczebniki miałyby zostać zapożyczone. Nie wydaje się, żeby ‘4’ i ‘5’ miały jakieś szczególne znaczenie kulturowe.”
Hm, tylko te dwa wyraźnie różniły się między galijskim a wczesnogermańskim. Do przesuwki jedyną wyraźną różnicą w rozwoju praindoeuropejskich spółgłosek było chyba tylko to gallobrytańskie kw>p.
„A ponieważ liczebniki germańskie można wyjaśnić na gruncie rodzimym, wpływ celtycki wydaje się po prostu zbędny.”
Zwróciło mi uwagę podobieństwo w gockim i walijskim. Bo ono jednak jest uderzające.
Upodobnienie niekoniecznie musi występować w takich samych parach jak w językach bałtosłowiańskich. Grupowanie liczebników zależy od rytmu seryjnego liczenia. Uproszczenie nagłosu w ‘6’ też przypisuje się wpływowi ‘7’ (germańskie *sexs, *sebun).
Celtyckie formy liczebnika ‘4’ pochodzą od *kʷetwores i *kʷetesres (stara forma żeńska); w galijskim występuje też petru- < *kʷetru- jako element złożeń, ale collectivum *kʷetwōr (pełniące też funkcję liczebnika rodzaju nijakiego) nie zostawiło śladów celtyckich. A to trudno pogodzić z faktem, że w językach germańskich to właśnie *kʷetwṓr > *fedwōr uogólniono dla wszystkich trzech rodzajów.
Słowiańskie *pęstь i germańskie *funxstiz > staroang. fȳst > angielskie fist są oczywiście spokrewnione.
Porównanie z Dalekim Wschodem jest wątpliwe, bo nie ma podstaw do przypuszczeń, że Germanie używali równolegle dwóch systemów liczebników. Podobieństwo – nawet uderzające – nie musi świadczyć o zapożyczeniu, jeśli można je wyjaśnić zwykłą kontynuacją form odziedziczonych.
Germańskie *wulfaz na pewno nie jest zapożyczeniem P-celtyckim, bo po pierwsze języki celtyckie w ogóle nie zachowały dokładnych odpowiedników indoeuropejskiego *wĺ̥kʷos, po drugie *ul jest normalnym germańskim, ale nie celtyckim refleksem *l̥, a po trzecie feminatyw *wl̥kʷ-íh₂ ‘wilczyca’ > pragermańskie *wulgī/*wulg(i)jō- > staronordyjskie ylgr (z delabializacją wcześniejszą niż prawo Vernera) dowodzi, że i tutaj występowała pierwotnie rodzima spółgłoska (labio)welarna.
Rozumiem i dziękuję.