„Anatomia porównawcza słów” – jak nauki przyrodnicze kształtowały lingwistykę

„Podobnie jak niegdyś chemia oddzieliła się od alchemii, tak lingwistyka musi uwolnić się od dawnych mrzonek i erudycyjnych spekulacji” – postulował w roku 1870 Auguste Brachet, francuski filolog i popularyzator wiedzy o języku, w swoim Słowniku etymologicznym języka francuskiego. Żeby nauka była nauką, musi mieć metody i koncepcje, które pozwolą w sposób systematyczny objaśniać obserwowane zjawiska. Innymi słowy: musiała lingwistyka, na wzór nauk przyrodniczych, stać się nauką empiryczną. To właśnie od nauk przyrodniczych rozwijająca się w XIX wieku lingwistyka historyczna wzięła swe koncepty i narzędzia badawcze. Lecz proces ten nie mógł być jedynie adaptacją naturalistycznego formalizmu – u jego podstaw leżeć musiał szereg kreatywnych operacji intelektualnych, rozumowań przez analogię i obrazowych metafor, które pozwoliłyby uchwycić złożoną mechanikę języka, dynamikę jego przemian, ontologię słów.

Proces formowania się nowej dziedziny wiedzy ma więc podłoże semantyczne. Lingwistykę historyczną nazywano „organiczną”, wszak za punkt wyjścia przyjmowała metaforę SŁOWA to ORGANIZMY ŻYWE, za główną zaś metodę – porównawcze studium ich anatomii. Przykład ten pokazuje, że metafora jest czymś więcej, niż tylko ozdobnym tropem retorycznym, jaki spotykamy w poezji. Dzisiejsze nauki o procesach poznawczych, w tym semantyka kognitywna, postulują, że metafora jest wynikiem operacji mentalnej, w której jedno nowe, nieznane lub trudno uchwytne zjawisko przyjmuje strukturę innego – lepiej znanego, bardziej namacalnego. Pomyślmy o utartej metaforze CZAS to PIENIĄDZ. Czasu co prawda nie da się zobaczyć ani uchwycić, łatwo jednak pojąć go jako cenny zasób, który można zyskać lub stracić, oszczędzić lub roztrwonić. Podobnie też kształtują się pojęcia w naukach przyrodniczych: potrzeba zaiste bujnej wyobraźni, by w biologicznej komórce dostrzec cechy małego pomieszczenia mieszkalnego lub gospodarczego, od którego przecież wzięła swą nazwę. Nie mówiąc już o czarnych dziurach, horyzontach zdarzeń i kwantowych splątaniach. Metafora jest w tym sensie kluczowym mechanizmem ludzkiego rozumowania organizującym naszą złożoną rzeczywistość w oparciu o to, co bliskie, znane i pojmowalne.

Kiedy jednak cała dziedzina wiedzy zapożycza od innej koncepcje, terminologię i metody wyjaśniające, mówimy o interwencji epistemicznej. Jest to sytuacja, w której dana nauka, napotykając ograniczenia swoich pojęć i narzędzi, wspomaga się repertuarem metodologicznym innej. Zwykle proces ten nie odbywa się jednorazowo, jest rozciągnięty w czasie, często także rozgrywa się w różnych ośrodkach za sprawą różnych naukowców. Taki transfer idei nie jest zresztą w naukach rzadkością i stanowi raczej naturalny mechanizm społecznego obiegu wiedzy.

Klasyfikacja spółgłosek według „rzędów”, „rodzin” i „stopni” (archaiczna z dzisiejszej perspektywy) odzwierciedla charakterystyczną dla XIX wieku próbę zastosowania taksonomicznych metod nauk przyrodniczych do opisu języka. (Gallica / Bibliothèque nationale de France, licencja: Public Domain.)

Zrozumiały w tym kontekście wydaje się wpływ, jaki na XIX-wieczną humanistykę wywarły nauki przyrodnicze, których prestiż rosnący wraz z kolejnymi odkryciami powodował dyfuzję naturalistycznego sposobu myślenia na inne obszary wiedzy: socjologię, filozofię czy psychologię. Zresztą oddziaływanie to nie zachodziło jednostronnie, wszak jak pokazują prace wybitnych postaci medycyny (Claude Bernard), chemii (Marcellin Berthelot) czy biologii (Louis Pasteur), w owym czasie – niezależnie od dyscypliny – zawsze się trochę filozofowało.

Krótka historia historii języka

Początków naturalistycznego podejścia do historii języka szukać należy u autorów niemieckojęzycznych. W opublikowanym w 1808 roku traktacie Über die Sprache und Weisheit der Indier („O języku i mądrości Hindusów”) Friedrich Schlegel wprowadził pojęcie „gramatyki porównawczej”. Tutaj też po raz pierwszy pojawia się pojęcie języka jako formy organicznej. Skoro zaś JĘZYK jest ORGANIZMEM, można go badać metodą porównawczą, jak czynią naturaliści badający rozmaite anatomie istot żywych.

Z kolei Jacob Grimm, filolog znany z opracowania wraz z bratem Wilhelmem popularnego korpusu baśni ludowych, zaproponował metodę porównawczą służącą badaniu zmian językowych poprzez analizę podobieństw i różnic między strukturami leksykalnymi. Grimm ustalił w ten sposób relacje fonetyczne między językami germańskimi, ukazując prawa i regularności zmian fonetycznych zachodzących w językach indoeuropejskich na przestrzeni czasu. Jest to o tyle ważne, że obserwowane zmiany w anatomii słów nie są dziełem przypadku. Przeciwnie, zachodzą regularnie w tych samych głoskach, co pozwala nam wnioskować o systematycznych pokrewieństwach pomiędzy językami, zarazem odrzucając podobieństwa przypadkowe występujące pomiędzy językami niespokrewnionymi. Tym samym „ewolucja” języków (do problematycznego charakteru tego wyrażenia jeszcze wrócimy) rzeczywiście przypomina nieco filogenezę, czyli stopniowe wyłanianie się nowych gatunków poprzez proces różnicowania. 

W roku 1836 Wilhelm von Humboldt we wpływowym eseju pt. Über die Verschiedenheit des menschlichen Sprachbaues und ihren Einfluss auf die geistige Entwickelung des Menschengeschlechts („O różnorodności konstrukcji języka ludzkiego i jej wpływie na rozwój intelektualny ludzkości”), podkreślał związek między językiem a myśleniem, wskazując na unikalne cechy każdego języka i ich wpływ na postrzeganie świata. Humboldt argumentował, że język jest nie tylko narzędziem komunikacji, ale także odbiciem wewnętrznego funkcjonowania ludzkiego umysłu i fundamentalnym wyrazem ludzkiej kreatywności. Uważał, że każdy język zawiera w sobie unikalny światopogląd i strukturę poznawczą, a tym samym, że różnorodność językowa odzwierciedla różnorodność ludzkiej myśli. Dla Humboldta studium porównawcze języków obejmowało nie tylko ich struktury, lecz także ich przejawy w kulturze pod postacią filozofii, folkloru czy literatury. Idee Humboldta dalece wyprzedzają rozwijane w wieku XX koncepcje relatywizmu językowego związane z pracą badaczy takich jak Edward Sapir i Benjamin Lee Whorf.

Wreszcie Friedrich Diez wniósł istotny wkład w badania nad językami romańskimi. Jego dzieło, również z roku 1836, Grammatik der romanischen Sprachen („Gramatyka języków romańskich”) uznawane jest za jedno z najważniejszych opracowań w tej dziedzinie. Diez przyjmuje w swoich analizach podejście naturalistyczne, kładąc nacisk na organiczną ewolucję języków romańskich wywodzących się z łaciny. Element naturalistyczny w pracach Dieza przejawia się w jego zainteresowaniu pochodzeniem i rozwojem języków. Odwołuje się on do zasad biologii, aby wyjaśnić zmiany językowe i przekształcenia zachodzące w czasie. Diez postrzega języki romańskie jako żywe organizmy, które ewoluują i rozwijają się w sposób podobny do istot żywych w naturze.

We Francji istotną rolę w upowszechnianiu lingwistyki organicznej, w tym idei Dieza, odegrał wspomniany na samym początku Auguste Brachet. Tłumaczył między innymi „Gramatykę języków romańskich” Dieza. To przede wszystkim w duchu Dieza tworzył Brachet swoje prace językoznawcze – i to właśnie na przykładach z jego Słownika etymologicznego języka francuskiego zilustruję kilka fundamentalnych zapożyczeń z nauk przyrodniczych, które nie tylko posłużyły autorowi do nadania francuskiej lingwistyce naukowej powagi, lecz przede wszystkim odzwierciedlają one proces kształtowania się naturalistycznego sposobu myślenia o języku.

Myślenie ewolucyjne

Pojęcie ewolucji jako procesu stopniowych przemian prowadzących do wyłaniania się nowych form, funkcjonowało w świecie nauki na długo przed Darwinem. Sam wyraz wywodzi się od łacińskiego evolutio i oznacza „rozwój” w odniesieniu na przykład do zwiniętego w rulon manuskryptu. W języku francuskim wyraz évolution, w wieku XVIII, drogą rozszerzenia znaczenia przez metaforę zyskał także sens militarny i odnosił się do skoordynowanych manewrów wojsk. W drugiej połowie wieku XVIII stosował go szwajcarski przyrodnik Charles Bonnet w odniesieniu do indywidualnego rozwoju organizmów, który dziś określamy mianem ontogenezy. Dopiero jednak w pierwszej połowie wieku XIX, w roku 1832, odnotowujemy za sprawą Szkockiego geologa Charlesa Lyella dzisiejsze zastosowanie wyrazu evolution w odniesieniu do stopniowego wyłaniania się nowych gatunków, czyli filogenezy.

Słynne zięby Darwina ilustrują adaptację do różnych źródeł pokarmu ptaków żyjących na wyspach Galapagos: podobnie dziewiętnastowieczne językoznawstwo naturalistyczne traktowało słowa jako obiekty anatomii porównawczej, w których zachowane są ślady pochodzenia, różnicowania i adaptacji do nowych środowisk kulturowych. (Wikimedia Commons, licencja: Public Domain.)

Należy przy tym zaznaczyć, że przeniknięcie pojęcia ewolucji do nauk o języku nie nastąpiło z dnia na dzień i trudno dziś ustalić jego dokładne źródła. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem założyć, że nie były one jednolite, szczególnie, iż istniały podówczas konkurencyjne wyjaśnienia przemian gatunków (Lamarck vs Cuvier).

Stąd też i znaczenie pojęcia ewolucji w odniesieniu do języka okazuje się niejednoznaczne. W istocie, w XIX wieku metafora PRZEMIANY ZACHODZĄCE W JĘZYKU to EWOLUCJA BIOLOGICZNA skazana jest na wieloznaczność, obejmuje bowiem zarazem rozwój indywidualny w sensie Bonneta – ontogenezę – oraz rozwój gatunkowy w sensie Lyella: filogenezę. Jednakże pojęcia ontogenezy i filogenezy pojawiają się w naukach o życiu dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Dlatego pierwotne znaczenie ewolucji w kontekście języka mogło być nieostre. Dowodzi tej dwuznaczności uwaga Bracheta: „Od gąsienicy do motyla, przyrodnik musi zwrócić uwagę na wszystkie etapy rozwoju poczwarki”. Tłumacząc zmiany leksykalne, Brachet powołuje się na rozwój osobniczy, czyli ontogenezę. Problem polega na tym, że o ile rozwój osobniczy ma określony i przewidywalny przebieg skutkujący powstaniem dojrzałego organizmu, zmiany zachodzące w wyrazach tego czy innego języka celu takiego nie mają. Napotykamy tutaj problem teleologii, a zatem założenia, że badane procesy posiadają określony cel. W przypadku rozwoju osobniczego nie ulega wątpliwości, że jest to w znacznej mierze prawda. Nie można jednak powiedzieć tego samego w przypadku procesów filogenetycznych kształtujących gatunki – lub języki.

W myśl niemieckiego lingwisty, Augusta Schleichera, języki jako organizmy podlegają procesom genealogicznego różnicowania, co wiąże się z przeniesieniem do językoznawstwa figury drzewa, ilustrującego w historii naturalnej mechanizm filogenetyczny. Drzewo staje się więc metaforą organizującą historyczny proces wyodrębniania się języków.

Należy przypuszczać, że pojęcie ewolucji stosowane w odniesieniu do języków naturalnych miało pierwotnie charakter umowny, na tyle jednak przemawiający do wyobraźni, by pozwalało uzmysłowić sobie specyfikę przemian zachodzących w języku.

„Etymologia naukowa […] nie polega na mglistym wskazywaniu pokrewieństwa, jakie może istnieć między dwoma terminami; musi ona prześledzić litera po literze historię powstawania słowa, odtwarzając wszystkie pośrednie drogi, przez które przeszło.”

Czy zatem zmiany zachodzące w języku podlegają tym samym prawom, co ewolucja biologiczna? Analogia jest kusząca. Jednak jak każda analogia opiera się ona na podkreślaniu podobieństw przy jednoczesnym pominięciu różnic. W świecie organizmów żywych ewolucja podlega prawom doboru naturalnego, opisanego po raz pierwszy przez Darwina i Wallace’a oraz uzupełnianego w następnych dekadach o kolejne elementy przez kontynuatorów ich myśli.

Obecnie wyróżniamy pięć kluczowych mechanizmów ewolucji:

 – dobór naturalny – lepsze przystosowanie do warunków środowiska zapewnia szanse na przetrwanie i reprodukcję

 – dryf genetyczny – losowe zmiany w dystrybucji alleli (wariantów genów) w populacji wynikające z przypadkowych zdarzeń

 – mutacje – trwałe zmiany w materiale genetycznym, główny czynnik ewolucji

 – przepływ genów – zmiany w puli genowej wynikające z migracji pomiędzy populacjami

 – dobór płciowy – u organizmów rozmnażających się płciowo: kojarzenie się na podstawie „atrakcyjności” oraz rywalizacji o partnerów

Można argumentować, jak czynią niektórzy, jakoby wyrazy podlegały prawom swoistego „doboru naturalnego” opartego o przystosowanie do społecznych, a także czysto fizjologicznych warunków ich użycia; zarazem też migrują one pomiędzy wspólnotami, nacjami oraz klasami społecznymi. Trudno jednak uznać, by wyrazy podlegały doborowi płciowemu, nie mówiąc już o losowych mutacjach. Wszak Grimm zauważył przecież, że owe „mutacje”, czyli stopniowe zmiany w anatomii słów, podlegają regularnie działającym prawom, nie wynikają natomiast z przypadkowych zmian w kodzie genetycznym, o którym skądinąd w pierwszej połowie XIX stulecia nie mogło być mowy.

Dlatego sformułowanie „ewolucja języka” traktować należy jak przydatną metaforę, heurystykę, pomagającą zrozumieć procesy zmian w języku, nie odzwierciedlającą jednak ściśle procesów ewolucji biologicznej.

Anatomia jako metoda porównawcza

Stosując za Schleglem metaforę SŁOWO to ORGANIZM, Auguste Brachet wyciąga z niej daleko idące konsekwencje metodologiczne:

„Anatom bada wewnętrzną budowę wieloryba i natychmiast rozpoznaje, że budowa jego narządów wyklucza go z klasy ryb i wskazuje na jego przynależność do klasy ssaków. Zamiast badać dany wyraz jedynie zewnętrznie, filolog rozkłada je na elementy, czyli litery, obserwuje ich pochodzenie i sposób, w jaki ulegają przekształceniom.”

Tym samym w sposób obrazowy objaśnia Brachet metodę porównawczą Grimma. Organizm reprezentuje pewien typ, posiada zatem cechy wspólne z innymi egzemplarzami tego samego typu. Tak jak analiza anatomiczna pozwala odróżnić wieloryba od ryby, tak analiza etymologiczna pozwala odróżnić na przykład słowo łacińskie od słowa greckiego lub dublety popularnego i obcego pochodzenia, takie jak raison („rozum” / „racja” w sensie poznawczym) i ration („racja” w sensie „porcja”). Należy tu jednak zauważyć pewną problematyczną kolizję oznaczeń: lingwiści mówią JĘZYK to ORGANIZM, a zaraz potem: SŁOWO to ORGANIZM. Problem ten nie znajduje klarownego rozstrzygnięcia, co sprawia, że obrazowa metafora organiczna pozbawiona jest naukowej ostrości. Przyjmujemy ją zatem ponownie jako użyteczną heurystykę, nie zaś prawdę objawioną.

Jeśli każde słowo jest organizmem, należy je badać w odniesieniu do innych słów. Brachet wielokrotnie stara się uzasadnić tę metaforę, przywołując analogiczne podejście badaczy anatomii:

„To dzięki cierpliwym badaniom i starannemu porównywaniu tysięcy drobnych faktów, nieistotnych, jeśli rozpatrywać je w izolacji, nauka etymologiczna była w stanie zaobserwować, że języki, podobnie jak rośliny i zwierzęta, rodzą się, rozwijają i umierają zgodnie z prawami, które można określić.”

To na podstawie regularnych mechanizmów, nie przypadkowych podobieństw, określa się zatem reguły rządzące zmianą językową. Istotne jest to, że w myśl metody Grimma, Brachet upatruje naukowej podstawy procesu zmiany językowej w powtarzalności, podkreślając zjawisko, które dziś w badaniach empirycznych określilibyśmy mianem „replikacji”. Tym samym bierze lingwistyka od nauk przyrodniczych ich fundamentalne narzędzie wyjaśniające, jakim jest powtarzalność.

I jeszcze smaczek chemiczny:

„Poszukiwanie etymologii jest operacją analogiczną do analizy chemicznej. Chemik rozkłada substancję na elementy i musi być w stanie wykazać, że nic nie zginęło — suma składników odpowiada substancji wyjściowej. Podobnie etymolog nie może uznać etymologii za pewną, dopóki nie wyjaśni wszystkich liter i wszystkich zmian fonetycznych występujących między wyrazem współczesnym a jego źródłem.”

Kolejna metafora: JĘZYK to SUBSTANCJA. Dla Bracheta „elementami” są litery (dokładniej zaś: głoski). Jeśli proponujemy etymologię wyrazu, musimy umieć wyjaśnić pochodzenie każdej jego części. Ujęcie to jest pouczające, gdy myślimy o systematycznym podejściu do analizy budowy wyrazu. Metafora ta pomaga myśleć o regularności zmian fonetycznych, zarazem jednak sugeruje, że słowo jest jedynie sumą swoich „elementów”, podczas gdy późniejsze językoznawstwo zwróci uwagę także na rolę analogii, zmian semantycznych, wpływów społecznych i dyskursywnych, których nie da się sprowadzić do prostego „bilansu liter”.

Słowa i środowisko

Brachet nie był jednak naiwny i zdawał sobie sprawę, że SŁOWA-ORGANIZMY nie funkcjonują w izolacji, lecz w określonym środowisku. Jednakże w wieku XIX pojęcie środowiska nie jest jednoznaczne. Jak wiele innych pojęć znamiennych dla nauki, ma ono swoją historię i wiele kontekstowych znaczeń.

Pojęcie środowiska, podobnie jak ewolucji, przeszło w trakcie swego rozwoju szereg przekształceń, których rekonstrukcja będzie tu na miejscu. W Encyklopedii D’Alemberta i Diderota z połowy wieku XVIII czytamy, że „w filozofii mechanicznej środowisko oznacza przestrzeń materialną, przez którą przechodzi ciało w swoim ruchu, lub ogólnie przestrzeń materialną, w której znajduje się ciało, niezależnie od tego, czy się porusza, czy nie”. Takie rozumienie środowiska wywodzi się z ujęcia newtonowskiego, gdzie środowisko jest czynnikiem pośredniczącym między ciałami działającymi na odległość. Sam Newton z kolei bierze ten koncept ze średniowiecznego modelu wszechświata, gdzie poza Księżycem (granica świata materialnego) rozciąga się sfera eteru. Jednak najbardziej rozpowszechnione znaczenie środowiska w czasach Bracheta niewątpliwie zawdzięczamy Hippolitowi Taine’owi. Taine poszerza pole wpływów środowiska, obejmując nie tylko interakcje między bytami i zjawiskami przyrodniczymi (klimat), ale także warunki geograficzne, ekonomiczne i społeczne.

Podążając za tym ujęciem, mówi Brachet:

„Klimat i rasa nadały każdemu z ludów Galii, Italii i Hiszpanii aparat głosowy różniący się pewnymi modulacjami, a zgodnie z tymi trzema sposobami wymowy, łacina przekształciła się w trzy różne języki z niezmienną regularnością. Tę gałąź filologii, określaną mianem fonetyki, można uznać za część historii naturalnej, ponieważ ostatecznie wywodzi się z warunków fizycznych specyficznych dla określonych rodzin językowych i ludów.”

Języki ulegają zmianom na przestrzeni dziejów pod wpływem środowiska, migracji i interakcji między ludami, rozwoju i przemian kulturowych oraz technologicznych. Ta obserwacja zdaje się zapowiadać pewne fundamentalne koncepcje socjolingwistyki i antropologii językowej. Wprowadzając do swojego systemu pojęciowego jedno z metodologicznych założeń nauk przyrodniczych – a mianowicie środowisko – Brachetowi udaje się włączyć czynnik ludzki do swojego mechanistycznego, materialistycznego spojrzenia na procesy językowe. Jak zauważa, badanie materii zatrzymuje się tuż przed zmianami wynikającymi z „marszu ludzkiego umysłu” i to właśnie w tym momencie „filologia opuszcza domenę nauk przyrodniczych, by wkroczyć w dziedzinę psychologii”, gdzie zjawiska językowe stają się „owocem kaprysu lub powszechnej wyobraźni”. W tym miejscu, praktykując naturalizm ze wszystkimi jego metodologicznymi konsekwencjami, Brachet natrafia na ograniczenia swojego paradygmatu: uwzględnienie czynników środowiskowych, społecznych, międzyludzkich, wymaga od naukowca, aby przestał traktować język jako system mechaniczny, czyniąc anatomię słów swoistą ich ekologią.

Na podstawie artykułu:

Krzyżosiak, K. (2024). « Anatomie comparée des mots » : Intervention épistémique naturaliste dans l’introduction du Dictionnaire étymologique de la langue française (1870) d’Auguste Brachet. Forum Lingwistyczne, 12(2), Article 10. https://doi.org/10.31261/FL.2024.12.2.10

Autor

Karol Krzyżosiak
Karol Krzyżosiak
Doktor filologii romańskiej, językoznawca i literaturoznawca. Wykładowca akademicki kształcący filologów i nauczycieli języków. Członek Centrum Badań Migracyjnych UAM oraz Pracowni Krytycznych Badań Dyskursu UG. Interesuje się historią idei, semantyką kognitywną i edukacją językową, szczególnie na pograniczu nauk o języku, biologii i historii nauki.

Możesz również polubić…

24 komentarze

  1. prawy versus lewy w religii pisze:

    „Etymologia naukowa […] musi […] prześledzić litera po literze historię powstawania słowa.” Zdanie to wydaje się mieć sens jedynie dla języków zapisywanych literami, ale nie dla języków starożytnych zapisywanych hieroglifami jak staroegipski, pismem klinowym jak języki Mezopotamii czy dla chińskiego i japońskiego. Choć oczywiście można śledzić historię słowa na podstawie jego transkrypcji na litery, i oto tu w gruncie rzeczy chodzi.

    3
    • Piotr Gąsiorowski pisze:

      W czasach, z których pochodzi ten cytat, nie istniało jeszcze pojęcie fonemu, a „litera”, kiedy była mowa o fonetyce, oznaczała mniej więcej to samo, co „głoska, segment mowy”.

      3
    • Karol pisze:

      Pisząc o literach, Brachet ma na myśli to, co dziś nazwalibyśmy fonemami. W czasie, gdy Brachet pisał swój „Słownik etymologiczny…” pojęcie fonemu dopiero się wykluwało, co ciekawe, za sprawą lingwisty z Polski, Jana Niecisława Ignacego Baudouin de Courtenay.
      Zatem w tekście Bracheta kierowanym do szerszego grona odbiorców, pojęcie fonemu – o ile w ogóle mógł o nim słyszeć – byłoby zupełnie niezrozumiałe.
      Dlatego też cytowane zdanie ma sens w odniesieniu do każdego języka, którego zmiany fonetyczne jesteśmy w stanie zrekonstruować na podstawie źródeł pisanych. W przypadku braku źródeł pisanych, odzwierciedlających jednostki fonetyczne, szanse wiarygodnej rekonstrukcji historycznej są praktycznie zerowe.

      3
      • Piotr Gąsiorowski pisze:

        Z ostatnim zdaniem trudno się zgodzić: brzmi trochę jak opinia Auguste’a Comte’a z 1835 r., że poznanie składu chemicznego gwiazd nigdy nie będzie możliwe, skoro nie możemy z nich pobrać fizycznych próbek. Po to powstała metoda porównawcza, żeby rekonstrukcja mogła sięgać daleko poza horyzont czasowy źródeł pisanych. Brachet pisał kilka lat przed wysypem przełomowych publikacji indoeuropeistycznych (ca 1875–1877), które umocniły hipotezę o regularności zmian fonetycznych i doprowadziły do zbudowania „klasycznego” (Brugmannowskiego) modelu rekonstrukcji praindoeuropejskiej. Notabene jednym ze znaczeń „fonemu”, tak jak go rozumieli Baudouin i Kruszewski (wciąż jeszcze nieco mgliście), był „fonem diachroniczny”, czyli to, co rekonstruują etymolodzy – jednostka ewoluująca w czasie. Koncepcję fonemu dominującą dzisiaj sprecyzował dopiero w 1917 r. Daniel Jones, zainspirowany pracami szkoły kazańskiej (a także innego polskiego językoznawcy, znakomitego fonetyka Tytusa Benniego).

        3
        • kmat pisze:

          Może tak: odtworzenie dawnej fonetyki faktycznie może być trudne. Ale odtworzenie dawnej fonologii bywa możliwe. Tu kłania się przykład głosek laryngalnych w praindoeuropejskim. Tak sobie wiemy jak brzmiały. Ale wiemy jaką rolę pełniły w systemie.

          3
        • Karol pisze:

          Rozumiem i oczywiście przyjmuję Twój argument – z jednym zastrzeżeniem, które wyjaśni, mam nadzieję, moją nieco może zbyt radykalną wypowiedź.
          Dostępność źródeł pisanych pozwala datować przemiany i obserwować ich przebieg indukcyjnie, bottom up.
          Zdaję sobie sprawę, że metoda porównawcza posiada silną moc predykcyjną, ale po pierwsze dyfuzja zmian fonetycznych niekoniecznie przebiega z idealną regularnością, niekoniecznie obejmuje wszystkie wyrazy. Po drugie inferencja zmian leksykalnych top down nie daje nam dostępu do wymiaru temporalnego. Rekonstruujemy stany, przewidujemy z dużą precyzją sukcesję form, ale poza „horyzontem czasowym źródeł pisanych” nie jesteśmy w stanie uchwycić in flagranti samego procesu.
          Nie żeby źródła pisane tak ochoczo odpowiadały na wszystkie pytania, ale na pewno dają nam pojęcie o skali czasowej oraz konkretnych przypadkach – i odstępstwach od regularności.
          Tu znaczącą przewagę wykazuje teoria ewolucji, która pozwala z dużą dozą prawdopodobieństwa określić lokalizację skamielin dokumentujących organizmy pośrednie, jak ten Tiktaalik – ni pies, ni wydra – odnaleziony zgodnie z przewidywaniami w arktycznej części Kanady. Albo jak biogeograficzna bariera między Azją a Australią, którą „przewidział” Wallace. Biologia ma ten przywilej, że z pomocą przychodzi jej paleontologia i geologia. Słowa natomiast, poza źródłami pisanymi, nie mają skamielin czy danych tektonicznych. I to właśnie miałem na myśli.

          Na ile to rozumowanie ma znaczenie dla dyskusji trudno mi ocenić, ale mnie ta różnica między indukcyjną rekonstrukcją a inferencją wydaje się dość istotna. Jestem wszelako gotów pogodzić się z odwrotną myślą, jeżeli jednak istotna nie jest.

          2
          • Piotr Gąsiorowski pisze:

            Zapis kopalny też jest bardzo fragmentaryczny, zarówno jeśli chodzi o próbkowanie taksonów, jak i kompletność szczątków (np. większość ssaków mezozoicznych znamy z paru zębów czy fragmentów szczęk; znaleziska szkieletów pozaczaszkowych są rzadkością). Jeśli zmiany dźwiękowe bywają nieregulane, to co dopiero powiedzieć o przebiegu ewolucji biologicznej! Notabene, Wallace nie przewidział istnienia linii Wallace’a na podstawie teorii ewolucji (której na dobrą sprawę jeszcze w ogóle nie było), tylko ją zaobserwował „w terenie”.

            Pismo pozwala nam „zahaczyć” język w czasie i przestrzeni, ale rekonstrukcja fonetyki np. egipskiej czy sumeryjskiej na podstawie pisma nie jest łatwa i opiera się na kombinacji wielu metod. Nawet pisma alfabetyczne (z greką i łaciną włącznie) nie oddają wymowy na tyle jednoznacznie, żebyśmy mogli poprzestać na interpretacji zapisu. Nie ma nic niezwykłego w tym, że nauki (także przyrodnicze) badają (na podstawie danych pośrednich) obiekty i procesy, których nie da się uchwycić „in flagranti”. Na przykład nikt nie widział Wielkiego Wybuchu, nie oglądał na własne oczy układu kontynentów w kredzie czy karbonie. Nie obserwujemy kwarków „na swobodzie”, ale mamy dość dowodów na ich istnienie, żeby się tym nie przejmować.

            3
            • Karol pisze:

              Wszystko to przyjmuję pokornie. Tak, oczywiście Wallace zaobserwował „szczelinę” w terenie, nie wnioskując z nieistniejącej jeszcze teorii. Czyli nie uważasz, by istniała znacząca różnica jakościowa między metodami inferencyjnymi a indukcyjnymi w lingwistyce historycznej?

              2
              • Piotr Gąsiorowski pisze:

                Językoznawstwo historyczne i etymologia, jak każda nauka historyczna (włącznie z kosmologią, filogenetyką ewolucyjną itp.) jest pracą detektywistyczną. Próbujemy odtworzyć przeszłość na podstawie wszelkich dostępnych materiałów dowodowych i poszlakowych. Jeśli „skamieniałości” (teksty pisane) są osiągalne, to super. Ale możemy też konfrontować zeznania świadków (metoda porównawcza), badać zapożyczenia, używać danych archeologicznych, genetycznych itp.

                2
            • kmat pisze:

              Tak tylko – kwarki szczytowe obserwujemy wyłącznie na swobodzie 🙂

              2
              • Piotr Gąsiorowski pisze:

                Obserwujemy produkty ich rozpadu.

                1
              • kmat pisze:

                A to jest jasne, ale co my realnie możemy obserwować bezpośrednio poza elektronem, mionem, nukleonami i najlżejszymi mezonami. Owszem, obserwujemy produkty rozpadu kwarka t. Ale to zawsze jest rozpad swobodnego kwarka, bo ten żyje za krótko, żeby się zhadronizować.

                1
              • Piotr Gąsiorowski pisze:

                Per analogiam: nie możemy „bezpośrednio obserwować” rekonstruowanych form prajęzykowych, ale obserwujemy produkty ich rozpadu, czyli refleksy zachowane w językach żywych lub historycznie poświadczonych. I z tych produktów wnioskujemy o tym, co je wyprodukowało (praforma plus pośrednie zmiany językowe).

                1
              • kmat pisze:

                Ciekawe porównanie.

                1
  2. kmat pisze:

    Wpływ klimatu na język wydaje się śmieszny, ale jest chyba jedna cecha języków, która zdaje się z nim korelować – tonalność. Języki tonalne występują wyłącznie lub prawie wyłącznie na terenach, gdzie jest ciepło i wilgotno.

    2
    • Piotr Gąsiorowski pisze:

      Wilgoć chyba nie jest niezbędna. Reliktowe rodziny językowe południowej Afryki (khoe, tuu, kxʼa) składają się z języków tonalnych (na ogół z czterema kontrastującymi tonami), używanych na pustyni Namib z przyległościami (czyli w jednym z najsuchszych regionów Ziemi). Podobnie np. język keres w Nowym Meksyku (cztery tony).

      2
      • kmat pisze:

        Więc tylko ciepły klimat. Rzecz ciekawa, bo z czego miałoby to wynikać? Przeziębienie utrudnia poprawną wymowę tonów, co ma wpływ na efektywność komunikacji? W sumie czemu nie..

        2
        • Piotr Gąsiorowski pisze:

          Jak wiadomo, korelacja nie musi oznaczać związku przyczynowo-skutkowego. Dystrybucja języków tonalnych to duży i skomplikowany temat. Nie mogę teraz szerzej się nad tym rozwodzić, bo jestem jeszcze w pracy, ale postaram się później skomentować.

          2
          • Piotr Gąsiorowski pisze:

            Może zrobimy jeszcze inaczej. Temat jest na tyle skomplikowany (zahacza nawet o genetykę), że zasługuje na cały wpis. Przygotowuję teraz coś innego, ale postaram się wrócić do tonalności w czasie wakacji.

            2
            • kmat pisze:

              Brzmi ciekawie. Tak tylko zapytam. Czy akcenty melodyczne to nie jest podobna i w sumie analogiczna sprawa do tonalności? Bo wtedy korelacja z klimatem jakby spada.

              2
              • Piotr Gąsiorowski pisze:

                Niektórzy traktują akcenty melodyczne jako „niepełną tonalność”. Oczywiście wszystkie języki robią jakiś użytek z f0 (intonacja, wskazanie, gdzie pada nacisk), ale jednak są dość istotne różnice między akcentem melodycznym a właściwą tonalnością (która zresztą też występuje w różnych odmianach).

                1
              • kmat pisze:

                Pytam bo tak mi przyszło do głowy w trakcie tej dyskusji – języki tonalne notorycznie są izolujące. A takie mają silną tendencję do redukcji liczby sylab w wyrazie. A w sumie przy jednosylabowych słowach tonalność właściwie staje się wariacją w temacie akcentu melodycznego. Przynajmniej okiem laika tak to wygląda.

                1
              • Piotr Gąsiorowski pisze:

                Tak jest w przypadku tonalności typu spotykanego w Azji Południowo-Wschodniej, ale całkiem inaczej wygląda typowa tonalność w Afryce.

                1
    • Karol pisze:

      Dlaczego śmieszny? Klimat znajduje odzwierciedlenie w różnych aspektach języka: słownictwo związane z warunkami atmosferycznymi cyklami pór roku, specyfika metafor i frazeologizmów, leksyka związana z rolnictwem i pogodą…
      Poza tym u Taine’a chodzi akurat o sformułowanie konceptu środowiska.
      Wreszcie, mowa o fermencie intelektualnym mającym miejsce w XIX wieku. Nie chodzi o to, by anachronicznie oceniać, czy ludzie podówczas myśleli zgodnie z naszą obecną wiedzą, tylko zrekonstruować ich sposoby myślenia oraz społeczny obieg idei.

      3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *