Podstęp szczepionkowy – jak twórcy szczepionki oszukali nazistów w laboratorium obozu koncentracyjnego

Kiedy dziś ktoś porównuje szczepienia do „nazistowskich eksperymentów”, warto znać historię naukowca, który szczepionką uratował więźniów i jednocześnie oszukał nazistów. To opowieść o Ludwiku Flecku – lekarzu, który w obozie koncentracyjnym zamienił wiedzę immunologiczną w akt oporu.

Kilka dni po tym, jak resztki 6. armii niemieckiej skapitulowały pod Stalingradem w lutym 1943 r., przyznając się do klęski nazistowskiego projektu na Wschodzie, żydowski naukowiec Ludwik Fleck wraz z rodziną i kilkoma współpracownikami został wsadzony do pociągu we Lwowie i przewieziony do Auschwitz. W księdze obozowej zapisano go jako numer 100967 – anonimowego więźnia w machinie zagłady.

W rzeczywistości dla Niemców nie był anonimowy. III Rzesza była pod presją nie tylko ostrzału i rosyjskiej zimy, ale też chorób zakaźnych. Fleck, mikrobiolog, który w 1942 r. w dramatycznych warunkach lwowskiego getta opracował nową szczepionkę przeciw tyfusowi, był dla nazistowskiego dowództwa cennym „zasobem”.

Tyfus plamisty, choroba przenoszona przez wszy i wywoływana przez bakterię Rickettsia prowazekii, idealnie wykorzystywał warunki wojny: ścisk, brud, głód, stres. Dawał wysoką gorączkę, wysypkę, bóle, zaburzenia świadomości. Każde ognisko w okopach czy obozach mogło zabić od kilku do nawet 40% chorych. W czasie I wojny światowej tylko w 1915 r. na tyfus zmarło ok. 150 tys. serbskich żołnierzy, a w latach 1918–1922 w Rosji i Polsce choroba zakaziła 30–40 mln ludzi, zabijając ok. 3 mln.

Kilku naukowców podjęło wcześniej wyzwanie opracowania szczepionki. Problem był taki, że bakterię Rickettsia prowazekii niezwykle trudno było hodować w laboratorium. W latach 20. lwowski zoolog Rudolf Weigl opracował metodę zakażania wszy tyfusem przez doodbytnicze podanie zawiesiny bakterii. Pozwalało to uzyskać odpowiednio dużo materiału do produkcji szczepionki; w 1928 r. została z powodzeniem przetestowana na ludziach w Instytucie Pasteura w Tunisie.

W kolejnych latach powstawały kolejne koncepcje: Amerykanin Harald Cox wykorzystał woreczek żółtkowy jaj kurzych, a we Francji Paul Giroud, Michel Durand i polska badaczka Helena Sparrow opracowali szczepionkę z płuc małych ssaków z obniżoną odpornością.

W 1942 r. Lwów był już pod okupacją hitlerowską, a Fleck – więźniem lwowskiego getta. Tyfus szalał: zakażonych było niemal 100% mieszkańców getta, śmiertelność sięgała ok. 30%, a zapasy medyczne były na wyczerpaniu. Nie było szans na stworzenie laboratorium wszy na wzór Weigla. Fleck zrobił coś innego: zaczął szukać antygenu tyfusu w moczu chorych. Znalazł go, opracował metodę diagnostyczną, a potem szczepionkę. W sierpniu 1942 r. przetestował ją najpierw na sobie, a ostatecznie podano ją ok. 500 więźniom getta.

Wieść o szczepionce szybko dotarła do Niemców. Fleck dostał wezwanie do Gestapo, gdzie „umundurowani lekarze-specjaliści spisali wszystko i powtarzali pytania”. Pytali m.in., czy szczepionka będzie „skuteczna u Aryjczyków”. Fleck odpowiedział sarkastycznie: „Oczywiście, ale musi być zrobiona z moczu aryjskiego, a nie żydowskiego” – celowo uderzając w rasistowską pseudonaukę III Rzeszy.

Niemiecka ideologia identyfikowała tyfus jako „chorobę charakterystyczną dla żydowskich podludzi”, ale rzeczywistość frontu była inna. W 1942 r. tylko wśród wycofujących się żołnierzy na froncie wschodnim zgłoszono 40 tys. przypadków tyfusu, z ponad 10% śmiertelnością. Laboratorium Weigla i Instytut Tyfusu i Wirusologii w Krakowie produkowały szczepionki dla Wehrmachtu, ale logistyka była koszmarem, a zapotrzebowanie ogromne.

W tym czasie Joachim Mrugowsky, szef Instytutu Higieny SS, planował uruchomienie w obozie Buchenwald dużego ośrodka produkcji szczepionki tyfusowej (blok 50). Placówka ruszyła w sierpniu 1943 r. Zatrudniono w niej więźniów – lekarzy i naukowców – ale nikt z nich nie był immunologiem, nikt nie miał doświadczenia z R. prowazekii. Przez miesiące nie mogli wyprodukować skutecznej szczepionki na królikach.

W grudniu 1943 r. do zespołu dołączył Fleck. Bardzo szybko zorientował się, że coś jest nie tak: fiolki z „przeciwdurową szczepionką” w ogóle nie zawierały antygenu tyfusu. To, co uważano za zarazki, było w istocie leukocytami królików – kompletnie bezużytecznym biologicznie „placebo‑sosem”.

Koledzy poprosili, by nie wyjawiał tego Ding‑Schulerowi, kierownikowi bloku. Gdy z Krakowa przyjechał materiał z płuc zakażonej myszy, zespół pod kierunkiem Flecka zaczął wreszcie produkować prawdziwą, bardzo skuteczną szczepionkę, ale tylko w niewielkich ilościach.

I wtedy narodził się podstęp. Więźniowie nadal produkowali i wysyłali łącznie ok. 600 litrów fałszywej szczepionki – wystarczającej, według dokumentów, do „pełnego zaszczepienia” ok. 200 tys. żołnierzy. Fleck po wojnie zeznał: „Stworzyliśmy szczepionkę, która nie działała. Do kontroli wysłaliśmy próbkę, która zadziałała. Ding‑Schuler, analfabeta, nie zdawał sobie sprawy, co się dzieje”.

Prawdziwej, dobrej szczepionki powstało zaledwie kilka litrów. Podano ją więźniom, by choć trochę ochronić ich przed tyfusem w skrajnie zawszonych, śmiertelnych warunkach obozu. U zaszczepionych obserwowano brak zachorowań albo tzw. tyfus poronny – niepełnoobjawowy, łagodniejszy przebieg – podczas gdy wśród niezaszczepionych w podobnych warunkach zachorowalność sięgała niemal 100%.

Ten immunologiczny sabotaż trwał w Buchenwaldzie blisko półtora roku. Ponad dwa lata później, w Norymberdze, Joachim Mrugowsky chwalił się, że szczepionka z bloku 50 była „najlepsza w Niemczech” i dopiero w trakcie procesu dowiedział się, że przez długi czas wysyłano żołnierzom zasadniczo placebo.

Warto pamiętać, że obozowe „badania” były zbrodnią: więźniowie nie mieli wyboru, prawa do informacji ani możliwości odmowy, a zakażanie tyfusem czy testowanie szczepionek często służyło wyłącznie ciekawości lekarzy SS. Dopiero te zbrodnie doprowadziły do sformułowania Kodeksu Norymberskiego, zasad świadomej zgody i współczesnych standardów etycznych badań klinicznych – dokładnego przeciwieństwa hitlerowskich eksperymentów.

Ta historia jest odwrotnością antyszczepionkowych narracji: szczepionka nie była narzędziem opresji, ale ostatnią linią obrony więźniów przed tyfusem i nazistowskim terrorem. A porównywanie dzisiejszych, wielofazowych badań klinicznych szczepionek przeciw COVID‑19 do eksperymentów medycznych w obozach koncentracyjnych świadczy nie o „przebudzeniu”, lecz o całkowitej ignorancji wobec historii i zasad współczesnej etyki medycznej.

Na podstawie Maya Prabhu, Vaccine subterfuge: How vaccine-makers fooled the Nazis from inside a concentration camp lab, 18 maja 2022.

Autor

Agnieszka Szuster-Ciesielska
Agnieszka Szuster-Ciesielska – pracuję naukowo i wykładam. Obszary zainteresowań i popularyzacji wiedzy to wirusologia, immunologia i wakcynologia. Punktuję antynaukę. TT: @AgnieszkaSzust3, FB: Prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *