EM poleca (#54) Siddharth Kara – „O tym, jak krew Kongijczyków zasila naszą codzienność”
Zapewne czytając ten tekst, masz w zasięgu ręki smartfon albo komputer. W każdym z tych urządzeń znajduje się bateria (formalnie akumulator), a w zdecydowanej większości z nich znajdziemy pewną ilość kobaltu. Pierwiastek ten ma unikatowe właściwości i jest stosowany jako materiał składowy katod tych ogniw. Prawdopodobnie mało kto zastanawia się nad tym, skąd się ten kobalt bierze. Dane geologiczne pokazują, że aż połowa światowych zasobów minerałów tego pierwiastka znajduje się w Afryce, dokładniej w tzw. Pasie Miedzionośnym, obejmującym w zasadzie dwa duże państwa – Kongo (aby ujednoznacznić – mowa tu o Demokratycznej Republice Konga) i Zambię. I właśnie w tym pierwszym wydobywa się ok. 75% kobaltu używanego na świecie. O tym właśnie jest ta książka. Autor opisuje skomplikowaną historię Konga, które na początku XX w. było w zasadzie prywatną własnością niesławnego króla Belgii, Leopolda II. Niestety, w tym kraju czas się w zasadzie zatrzymał. Straszne okrucieństwo ówczesnych kolonizatorów dziś nadal przeraża. Ludność Konga, szczególnie wiejska, jest ekstremalnie biedna. Niestety, jej sytuacja staje się coraz gorsza, ponieważ eksploatacja złóż minerałów, głównie odkrywkowa, powoduje wylesianie i zabieranie wielkich połaci ziemi uprawnej. Sto lat temu wydobywano przede wszystkim rudy miedzi, natomiast teraz głównym obiektem zainteresowania, niezbędnym w przemyśle elektronicznym i samochodów elektrycznych, stał się kobalt. Okazję do wielkiego zysku zwąchali przede wszystkim obcokrajowcy, najpierw Libańczycy, a później Chińczycy, którzy szybko opanowali rynek rud kobaltowych. Ponieważ w niektórych miejscach wśród minerałów występują znaczące ilości uranu, w ostatnich latach coraz częściej można tam spotkać północnych Koreańczyków. No cóż, Kim potrzebuje kasy.
Autor z naukową precyzją opisuje miejsca, w których pozyskiwana jest ruda kobaltowa, ale przede wszystkim przygląda się ludziom, którzy ją wydobywają. Robią to w potwornych warunkach, głównie ręcznie. Starsi wygrzebują skały z tuneli drążonych w ścianach odkrywek, dostarczają ja młodszym, którzy rozłupują je i płuczą. Młodszym, czyli w większości dzieciom, często w wieku przedszkolnym(!) i wczesnoszkolnym. Ktoś spyta: no zaraz, a szkoła? Szkoły są w większości płatne, a poza tym trzeba zarabiać na rodzinę, aby nie być głodnym. XXI wiek… przerażające. Los tych biedaków jest straszny, pracują bez żadnych środków ochronnych, w tunelach panuje niemal pełna ciemność, nie są one obudowane, więc często dochodzi do zawałów. Można się domyślić, co się dzieje z tymi, którzy akurat mieli pecha i byli w środku. Z kolei ci, którzy płuczą, robią to, stojąc cały dzień w wodzie gęstej od toksycznego szlamu. Jeśli mają szczęście, zarabiają… dolara dziennie(!).
Tysiące dzieciaków w Konga, zamiast chodzić do szkoły, idą do ciężkiej pracy w kopalni, tak jak to było ponad sto lat temu w wielu miejscach na świecie. Chory świat. W większości nie narzekają na swój los, rozmawiając z autorem. One po prostu nie znają innego świata. Wychodząc bladym świtem do pracy, nie wiedzą nawet, czy wrócą. Bo wypadki zdarzają się niemal codziennie. Ale nie tylko wypadki. Autor opisuje m.in. przypadek kilkunastolatka, który chciał przechytrzyć system i zarobić ciut więcej, wynosząc stamtąd nieco rudy. Został z zimną krwią zastrzelony przez ochroniarzy kopalni.
W większości przypadków kopalniami i całym systemem zakupu rudy rządzą obcokrajowcy. Co prawda przepisy mówią jasno – tylko Kongijczycy mają do tego prawo. No cóż, jest prawo, ale nad nim jest zawsze kasa. Stąd Jemeńczycy, Hindusi, Chińczycy czy też Koreańczycy. I to oni stanowią prawo w tych małych społecznościach, w sumie decydują o życiu i śmierci tych ludzi.
Muszę powiedzieć, że dawno nie czytałem równie przygnębiającego reportażu. Ten tekst jest naprawdę dołujący, ale tym bardziej należy go przeczytać. I zastanowić się, dokąd zmierza ten dziwny świat, w którym najsłabsi wcale nie są chronieni. Czy jest szansa, że to się zmieni? Niestety, śmiem wątpić.
Dodam tylko, że na książkę trafiłem w zasadzie przypadkiem. Wypożyczyłem ją w Bibliotece Bemowo. Polecam serdecznie – można się zapisać online z dowolnego miejsca na świecie. Jestem tam czytelnikiem od kilku lat i bardzo sobie to chwalę.
Dane bibliograficzne
Autor: Siddharth Kara
Tłumaczenie: Hanna Pustuła-Lewicka
Wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 368
ISBN: 9788383196435
Rok wydania: 2024
Autor
-
Jestem emerytowanym chemikiem, który nadal pisze o rozmaitych sprawach, głównie na łamach miesięcznika „Wiedza i Życie”. Interesuję się naukami ścisłymi, twórczością Leonarda Cohena, popularyzuję e-papierosy jako metodę wychodzenia z nałogu palenia tytoniu. Słucham dobrej muzyki z lat 60. i 70. oraz tzw. piosenki autorskiej (poezji śpiewanej). Bardzo lubię czytać książki – różne, różniste.
Twitter: Mirek „Stary Chemik”
BlueSky: @oldchemist.bsky.social
Ostatnie wpisy
EM poleca29 kwietnia 2026EM poleca (#54) Siddharth Kara – „O tym, jak krew Kongijczyków zasila naszą codzienność”
energia jądrowa26 kwietnia 2026Czarnobyl – to już 40 lat
EM poleca8 kwietnia 2026EM poleca (#52) Theodore P. Snow, Don Brownlee „Szósty pierwiastek. Podróż przez Wszechświat śladem atomu, z którego powstaliśmy”
EM poleca1 kwietnia 2026EM poleca (#51): Marta Tomczok – Blizny





Straszne! i nie bardzo można to zmienić…
Niestety. Za dużo silnych jest w to zaangażowanych. Od USA do Korei Północnej. A stawką jest bardzo duża kasa.