Myjmy ręce, czyli kłopoty pana Semmelweisa

Jajo – genialny wynalazek

W toku rozwoju życia na Ziemi duże, skomplikowane organizmy wodne, a potem także lądowe, rozmnażały się za pośrednictwem jaj. I tak było od dosłownie setek milionów lat aż po dziś. Jaja bywały rozmaite: miękkie i bardzo liczne – jak rybia ikra, okryte skórzastą osłoną – jak licznie składane jaja żółwi, czy nieliczne, twardoskorupowe jaja ptasie. Przez owe miliony lat, aż po dziś dzień, system jaja sprawdzał się znakomicie. Już pięćset milionów lat temu oparte na jajach rozmnażanie zapełniło planetę jajorodnym życiem. Przychodziły kolejne wielkie wymierania pustoszące planetę, ale jajowy patent był kontynuowany.

Aż pewnego dnia, z nie do końca zrozumiałych powodów, ssaki wynalazły macicę i rozwój potomka w ciele matki przez cały okres jego wzrostu. Oczywiście my, potomkowie ssaczej nowinki, uzasadnień wyższości macicy nad jajem mamy na pęczki: a że to bezpieczniej, a że to krwią matki potomek pożywia się skuteczniej niż samym żółtkiem, a że to ciężarna matka może sobie biegać zamiast wystawiać się na niebezpieczeństwo siedząc na jajach.

Jakieś przewagi i zalety „wora” z wodą (nie zwykłą, a płodową) i potomkiem zapewne istnieją, czego dowodem zdaje się być i autor, i Szanowni Czytelnicy.

Wychodząc z wody zabraliśmu ze sobą na ląd Ocean. Ocean w skorupie kontra ocean w worku macicy.
Pozują: potomek strusia emu Emila ubrany w gustowną zieloną skorupę i potomek nieznanego ojca – Tunio.

Łożysko czyli rekuperator

Gdyby się zastanawiać, jak dzięki macicy płód może się rozwijać, to trzeba by rzucić okiem na element łączący matkę z dzieckiem. Element ten zwykło nazywać się łożyskiem (placenta). Anatomowie dzielą łożyska na kilka zróżnicowanych typów. Ale my, szczęśliwie nie będąc studentami przed sesją, zajmować się tym „pasjonującym” działem anatomii nie musimy.

Ostatnio sprzedawca pomp ciepła (chyba niespełniony biolog) tłumaczył, jak działa rekuperator: „To jest, prom pana, taki wymiennik, jak łożysko ssaka. Po jednej stronie są rurki z krwią matki, czyli u nas – ciepłe powietrze, a po drugiej stronie są rurki z krwią dziecka, czyli powietrzem zimnym. I się one, prom pana, wymieniają – w rekuperatorze ciepłem, a w łożysku substancjami odżywczymi i tlenem”.

I chyba tak właśnie mniej więcej jest – dobrze ukrwione elementy przyszłego potomka zbliżają się do doskonale ukrwionych elementów matki w jej macicy i „się wymieniają”. Od przyklejonego do macicy „placka” łożyska odchodzi pępowina, która do i od potomka prowadzi krew, która w łożysku – i tak dalej…

Nad głowa potomka sznur pępowiny łączy się z tarczą łożyska. Ono zaś mocno zrośnięte ze ścianą macicy jest powodem poporodowej rany.

Pan Michaelis kontra lokomotywa

I tu dochodzimy do clou tej „rekuperacji”: elementy obu organizmów mogą się zbliżać bardziej lub mniej. U królików, szczurów, nietoperzy, naczelnych i ludzi zbliżenie to jest maksymalne: obie krwie – matki i potomka – dzieli tylko minimalna liczba warstw komórek, a połączenie ścian łożyska i macicy jest bardzo ścisłe. I kiedy dochodzi do porodu, łożysko odrywa się od ściany macicy, tworząc – co tu dużo gadać – wielką, krwawiącą ranę.

Nasze porody są nazywane porodami krwawymi.

A konsekwencje tego anatomicznego szczegółu doprowadziły w roku 1848 pana Gustawa Adolfa Michaelisa na tory, gdzie stanął naprzeciwko rozpędzonej lokomotywy.

Zamiast palestry – prosektorium

Czcigodni rodzice: Teresa Müller i Józef Semmelweis

W 1818 roku w Budzie, w rodzinie węgierskich Niemców na świat przychodzi chłopczyk, piąte z dziesięciorga dzieci Józefa i Teresy Semmelweisów. Od mamusi otrzymuje imiona Ignác Fülöp a po tatusiu nazwisko – Semmelweis.

Dwunastoletni Ignác Semmelweis

Jako dziewiętnastolatek rusza Ignác na studia prawnicze do Wiednia. Dzięki zbawiennemu dla dalszej historii ludzkości przypadkowi trafia do kostnicy wiedeńskiego szpitala, gdzie prof. Rokitansky dokonuje kolejnej sekcji zmarłego. Dzięki tysiącom takich zabiegów w więcej niż skromnym warsztacie pracy Rokitansky tworzy zwartą, obiektywną nową gałąź medycyny – anatomię patologiczną. Opisuje ona zmiany w narządach człowieka, jakie wywołują przechodzone przez niego choroby.

Czeski Austriak, profesor Karl von Rokitansky, dzięki swej sumienności stworzył nowy dział medycyny – anatomię patologiczną (i pożywkę dla anegdotek o „zimnych chirurgach, co o pacjencie wiedzą wprawdzie wszystko, ale pomóc mu już nie mogą.”

Obserwowana sekcja robi na Semmelweisie tak wielkie wrażenie, że wbrew ojcu porzuca prawo i przenosi się na medycynę. Pasjonuje go szczególnie anatomia. W tym czasie jest on młodzieńcem bardzo dalekim od stereotypu uczonego: wiecznie zadowolony lekkoduch, lekko traktujący życie, niezgrabny w mowie i piśmie, o dobrym i miękkim sercu, bez predyspozycji badawczych i naukowych.

Medycynę kończy jako dwudziestosześciolatek i stara się o asystenturę u profesora Skody – medyka, który podnosi metodę opukiwania i osłuchiwania chorego do rangi nieocenionego narzędzia diagnostycznego. W staraniach o posadę młodego medyka uprzedza starszy lekarz. Ignác, by nie zostać na lodzie, przyjmuje „na chwilę” stanowisko asystenta w Pierwszej Klinice Położniczej. Nowe stanowisko obejmuje pełen typowej dla niego niefrasobliwości. Ale po kilku miesiącach jest już innym, odmienionym, szarpanym wyrzutami sumienia człowiekiem.

Gorączka musi być!

Jako położnik natychmiast styka się z chorobą do dziś zwaną gorączką połogową. Traktuje ją jako nieunikniony zestaw powikłań ginekologicznych. Utwierdzają go w tym ówczesne podręczniki, które w rozwlekły sposób opisywały ją jako: „…ostro przebiegającą, zymotyczną chorobę, która przy predyspozycji jednostki może także wywołać ogólną skłonność do chorób, takich jak wstrząsy uczuciowe, przeziębienie itd.: przede wszystkim zaś wywołują ją swoiste wpływy epidemiczne i endemiczne, miazmaty i zakażenia powodujące fermentację krwi…”

Opis wskazuje, że ówczesna medycyna nie ma pojęcia o przyczynie tego i innych powikłań chirurgicznych wywołanych przez rany. Niemniej gorączkę połogową ówczesna medycyna i jej uczeń Semmelweis przyjmują jako naturalną oczywistość szpitalnych sal.
Objawami schodzenia jest wysoka lub bardzo wysoka gorączka, dreszcze (jako tej gorączki manifestacja), kłujący ból powłok brzusznych przy dotykania i ropnie przerzutowe w wielu częściach organizmu położnicy.

Postrzeganie gorączki jako nieuniknionej choroby na salach położniczych zmienia się, kiedy Ignác wychodzi ze szkolnej ławki i osobiście na te sale wkracza.

Asystenturę obejmuje na oddziale położniczym Wiedeńskiego Szpitala Ogólnego. W pierwszym miesiącu swojej pracy dostrzega, że z 208 pacjentek umiera 36. Pacjentkami szpitala są kobiety zaliczane do „przypadków ubogich” – panny mające nieślubne dzieci. Zwyczajnym wówczas było, że wśród kobiet zamężnych akt porodu odbywał się w domu.

Religia Świętego Spokoju

Szefem Ignáca jest dyrektor profesor Klein, dzierżący swoje stanowisko nie z powodu przymiotów zawodowych, ale dzięki protekcji dworu cesarskiego. Ot, zwykła kariera przez politykę. Dwadzieścia lat wcześniej Klein zastępuje na stanowisku światową sławę położnictwa, prof. Boera, który o swoim następcy cierpko mówi „najmniej zdolny z niezdolnych”. Klein gorączkę połogową traktuje jako zjawisko oczywiste i zachowuje wobec niego najwyższą obojętność. Inna sprawa, że stan ówczesnej wiedzy postawę tę raczej usprawiedliwia niż gani.

Profesor Lucas Johann Boer, poprzednik Kleina na stanowisku szefa położnictwa

Semmelweis dla Kleina stanowi nie lada kłopot: młody interesuje się, stawia niewygodne pytania o przyczyny, nie wystarczają mu wyjaśnienia o „fermentacji krwi”. Co gorsza – podkopuje fundamenty gmachu medycyny, negując nieuniknioność tej choroby. Pytaniami nęka samego Kleina. Sytuacja młodego asystenta zaczyna być nieprzyjemna.

Dwa światy oddzielone ścianą

Oddział położniczy wiedeńskiego szpitala klinicznego składa się z dwóch części. Pierwsza ma służyć kształceniu lekarzy, stąd przebywają na niej studenci medycyny. W części drugiej kształcą się wyłącznie przyszłe położne, a studenci tutaj nie trafiają. Oddziały fizycznie sąsiadują ze sobą.

Młodego Semmelweisa uderza, że o ile na „jego” oddziale śmierć z gorączki połogowej zabiera ponad 10% położnic, to na oddziale drugim ofiar jest mniej niż 1% !!!

Wiedeński szpital ogólny z kliniką położniczą, w kórej za 40 lat będzie pracował Semmelweis. Rycina z początku XIXw.

Młody asystent dostrzega, że wyklucza to epidemiczny charakter choroby przypisywany złemu wiedeńskiemu powietrzu. Pytany o to Klein wzrusza obojętnie ramionami. Inna sprawa, co oznacza wówczas słowo „epidemia”: jadowite miazmaty, zepsute, morowe powietrze…

„Sprowadzenie dziecka na świat jest tak samo niebezpieczne, jak zapalenie płuc pierwszego stopnia” – notuje w swoim dzienniku Semmelweis.

Dotychczasowa beztroska Ignáca znika, a on, obciążony współczuciem i szarpany wyrzutami sumienia, próbuje odnaleźć przyczynę tej różnicy. W szpitalnej kostnicy, wraz ze studentami, sekcjonuje zwłoki zmarłych położnic. I nieustannie odnajduje identyczny obraz sekcyjny: stany zapalne i stany ropne rozlane po niemal wszystkich narządach – oczywiście w macicy, ale i w wątrobie, nerkach, węzłach limfatycznych, otrzewnej, a nawet oponach mózgowych. Wszystko to sugeruje ciężkie zatrucie krwi.

Obraz zapaleń ropnych jest łudząco podobny do ropnych zapaleń po zabiegach chirurgicznych, ale na razie tego podobieństwa młody lekarz jeszcze nie dostrzega.

Zaszczytny brud surduta

Swój czas pracy dzieli pomiędzy prosektorium a oddział z położnicami. Po wykonanych sekcjach wraca do leżących na oddziale kobiet i z narastającą starannością bada je. Bada kobiety przed porodem, bada rodzące, bada te, które urodziły niedawno. Badań dokonują także studenci. Ręce i ubrania badających wydzielają charakterystyczny zapach śmierci, prosektorium, ropy i płynów ustrojowych. Wszyscy ubrani są w swoje codzienne surduty, na których ślady krwi są niejako odznaką zawodową, noszoną dumnie także poza szpitalem. Semmelweis, udręczony trawiącymi go przeczuciami, badania kobiet przeprowadza o wiele dokładniej i o wiele częściej, niż wymagała tego praktyka jego czasów.

Na jego oddziale, już i tak za często odwiedzanym przez śmierć, ilość zachorowań i w konsekwencji zgonów nagle rośnie ponad dotychczasowe granice! Wieści o wiedeńskiej umieralni wydostają się poza szpitalne mury i u potencjalnych pensjonariuszek odziału położniczego wywołują przerażenie.

Śmierć kosi w poniedziałki

W ówczesnym Wiedniu mężatki rodzą w domu. Do szpitali trafiają ciężarne bez warunków do połogu i rehabilitacji po nim. Szpital przyjmuje je według sztywnego schematu: przybywające ciężarne kierowane są na oddział uczący studentów lub kształcący tylko położne co drugi dzień. Niedziela – studenci, poniedziałek – położne, wtorek – studenci itd. Ale miasto już wie, że ciężarnej nie wolno trafić na oddział Kleina: robią wszystko, aby zgłosić się do szpitala w „szczęśliwy” dzień, próbują opóźnić poród, byle dotrwać do poniedziałku, środy albo piątku. Te opóźnienia skutkują często porodem na ulicy. Kobiety, które w bólach trafiają do szpitala na oddział pierwszy, żebrzą u Semmelweisa o zwolnienie jeszcze na jeden dzień, bronią się, błagalnie rzucają mu się do nóg.

Ignác z całą mocą dostrzega, że „atmosferyczno-kosmiczno-telluryczne fluidy”, które według nauki powodować mają gorączkę połogową, działają tylko w niedziele, wtorki, czwartki i soboty, gdy kobiety przyjmowane są na oddział pierwszy.

Młody lekarz staje się psychicznym wrakiem. Ucieka w coraz cięższą pracę, prowadzi dyskusje naukowe o swoim problemie z profesorem medycyny sądowej Kolletschką, który pracuje w sąsiedniej kostnicy. Nad dyskusjami ciążą coraz mroczniejsze dane statystyczne. Pod koniec roku 1846 śmierć na oddziale pierwszym zabiera 11,4 % położnic, gdy na drugim – 0,9 %.

Porównajmy dwa światy

Obaj lekarze zestawiają do porównania czynniki z obu oddziałów, mając nadzieję znaleźć ten, który jest zabójczy lub uzdrawiający.

Pacjentki pochodzą z identycznych warstw społecznych.
Warunki lokalowe obu oddziałów są identyczne (a na oddziale pierwszym nawet nieco lepsze).
Stosowane środki ginekologiczne – identyczne.
Na oddziale drugim panuje zwyczaj rodzenia na boku. Semmelweis wprowadza tę pozycję u siebie – bez rezultatu.
Panuje opinia, że na oddziale drugim badań położnic dokonują kobiety, a ich ręce są znacznie delikatniejsze i ostrożniejsze od męskich. Ignác postępuje więc wobec pacjentek z najwyższą delikatnością. Bez rezultatu.
Ówczesne podręczniki wskazują na „lęki” jako jedną z przyczyn gorączki połogowej. Na pierwszym oddziale ksiądz niosący wiatyk dla umierających przechodzi przez wszystkie sale i swój marsz oznajmia dzwonkiem. Semmelweis prosi go o nieużywanie dzwonka, który ma wprawiać pacjentki w stan przerażenia, lecz towarzysząca od teraz księdzu cisza nie ratuje ani jednej kobiety.

Ignác dostrzega, że kobiety, które przed porodem spędzają na oddziale pierwszym dużo czasu, na gorączkę połogową zapadają znacznie częściej. Ale dlaczego?!

Wiele lat później napisze:
„Wszystko było niewytłumaczalne, wszystko wątpliwe, tylko wielka liczba zmarłych była rzeczywistością niewątpliwą”.

Smierć (po) Wenecji

Wiosna 1847 zastaje Ignáca w stanie głębokiej rozpaczy i osamotnienia. Otacza go brak zrozumienia ze strony Kleina, lenistwo większości studentów i wygodna obojętność pielęgniarek.

Kolletschka obawia się załamania i nalega na krótki urlop kolegi. Ignác w końcu znika na trzy tygodnie w Wenecji. Po powrocie czeka go olbrzymi cios: jak zwykle poranek spędza w kostnicy i na próżno przez kilka godzin oczekuje Kolletschki. Dopiero stary posługacz uświadamia mu: „Pan profesor Kolletschka nie żyje!”

Jakob Kolletschka, profesor medycyny sądowej w wiedeńskim Allgemeines Krankenhaus. Naukowe wsparcie a jednocześnie serdeczny przyjaciel Semmelweisa.

Semmelweis jest w szoku. Odkłada nóż i spieszy do Rokitansky’ego. Tam dowiaduje się, że podczas jednej z sekcji niezgrabny student skaleczył Kolletschkę nożem w ramię. Kolletschka draśnięcie lekceważy, ale nazajutrz ma gorączkę i dreszcze. W kilka dni później, majacząc w malignie, kona.

Semmelweis czyta protokół z sekcji zwłok przyjaciela i ziemia rozstępuje mu się pod nogami! Czyta: stan ropny i zapalenie gruczołów limfatycznych, żył, opłucnej, otrzewnej, osierdzia, opon mózgowych…! Zdaje mu się, że czyta jeden z setek protokołów sekcji zmarłych na swoim oddziale kobiet!

Pisze: „W tym stanie duchowego wzburzenia narzucała mi się z nieodpartą jasnością identyczność objawów choroby, na którą zmarł Kolletschka, z tymi, jakie widziałem u tylu umierających kobiet”.

Moment oświecenia

Jest to chwila iluminacji: skoro wyniki sekcji położnic i profesora są identyczne, to czy przyczyny śmierci Kolletschki i chorych na gorączkę połogową nie są identyczne?

Kolletschka zmarł na skutek skaleczenia, do którego przedostały się cząstki gnijącej substancji ze zwłok. A może jego studenci i on sam przenosili swymi rękami tę samą substancję do zranionych porodem dróg rodnych położnic, gdy z prosektorium udawali się na badania pacjentek? To pytanie prześladuje Semmelweisa dzień i noc. Wstrząs, któremu ulega, zbliża go do granicy szaleństwa. Świadomość, iż prawdopodobnie sam jest mordercą niezliczonych kobiet, naprowadza go na myśl o samobójstwie. Wiele lat potem napisze: „Tylko Bóg wie, ile kobiet przeze mnie zeszło przedwcześnie do grobu”.

Dotąd słodkawy zapach prosektorium na rękach i surdutach anatomów uważano za honorowy atrybut ich zajęcia. Teraz jest to dla niego odór przynoszonej śmierci.

Na drzwiach przybita JEDNA teza

Ale 15 maja 1847 roku udaje mu się uciec przed nadchodzącym obłędem. Nie pytając o zdanie Kleina, na bramie kliniki przybija obwieszczenie:

Od dziś, 15 maja 1847 roku, każdy lekarz i student wychodzący z prosektorium przed wejściem na sale położnicze kliniki zobowiązany jest porządnie umyć ręce w stojącej przy wejściu miednicy z chlorowaną wodą. To zarządzenie obowiązuje wszystkich bez wyjątku. I.P.Semmelweis

W latach 70. XVII wieku van Leeuwenhoek własnoręcznie skonstruował pierwszy mikroskop i jako pierwszy zobaczył w kroplach wody i w osadzie z zębów „maleńkie zwierzątka” (animalcules).

W dziewiętnastowiecznym Wiedniu o tych maleńkich zwierzątkach jeszcze nie myślano. Także sam Semmelweis nie łączy ciekawostki sprzed dwóch wieków – bakterii – jako sprawców gorączki połogowej i ropy z zakażonych ran. Od tego odkrycia świat dzieli jeszcze równe trzydzieści lat.

Ale odkrywa, że złe miazmaty przenoszą lekarskie ręce i narzędzia.

Umywalniane tortury

Na jego oddziale mydło, szczotka do paznokci i wapno chlorowane to obowiązkowe rekwizyty. Profesor Klein godzi się na nie, choć bardzo niechętnie. Studenci ledwie je tolerują, uważając całe zamieszanie za „bezsensowną pralnię”, bardzo uciążliwą i czasochłonną. Sam Semmelweis musi pilnować, by każdy mył ręce, ale i tak ciągle przyłapuje omijających jego zarządzenie.

To odkrycie wprawia go w nieustanne rozdrażnienie, które przeradza się w prawdziwą wściekłość. Niegdyś człowiek dobrotliwy i pogodny staje się dla studentów znienawidzonym tyranem.

W maju 1847 oddział pierwszy traci z powodu gorączki połogowej 12,4 % pacjentek. Ale już w następnych miesiącach umiera 3 % położnic! To nadal trzykrotnie więcej niż na oddziale drugim, ale jest postęp.

Odkrycie drugie

Cios przychodzi rankiem 2 października: na dwunastoosobowej sali oddziału drugiego Semmelweis stwierdza, że mimo mycia, mimo kontroli, że nikt bez mycia nie opuścił prosektorium, wszystkie pacjentki są chore na gorączkę połogową! Wszystkie!

W oczach niechętnych nowym porządkom widzi wyraźny triumf: tyran czystości pomylił się. W następnych dniach umiera dziesięć z dwunastu chorych kobiet.

Załamanie nie nadchodzi – zamiast niego Ignác zdwaja wysiłki dla wyjaśnienia tej tragedii i znajduje przyczynę tragedii.

Do sali przychodzą studenci z umytymi rękami. Badają chorą z pierwszego łóżka w sali. Jest nią kobieta z nowotworem macicy, która jest już w stanie ropnego rozpadu. Po czym bez ponownego mycia badają kolejne pacjentki.

To drugie odkrycie Semmelweisa: substancje zarażające przenoszą się nie tylko ze zmarłych na żywych, ale także z żywych z zauważalnymi procesami ropnymi na zdrowych.

I to jest wstęp do kolejnego etapu walki Ignáca: z całą surowością zarządza mycie rąk przed każdym badaniem. Nadzoruje czyszczenie każdego instrumentu, które dotąd na całym świecie przecierano o poły surduta. Chore z symptomami procesów zapalnych poleca umieszczać w izolatkach.

To wszystko nie może się podobać rezonerom. Studenci i pielęgniarki składają na ręce Kleina zażalenie na tyrana czystości. Ten także ma już dość fanatycznego burzyciela świętego spokoju i czeka na okazję, aby się go z kliniki pozbyć.

Ogłośmy prawdę światu

A tymczasem w wyniku jego działań śmiertelność spada do 1,4 %. Żelazny to dowód słuszności postępowania wiedeńskiego reformatora. O swoich odkryciach informuje on wiedeńskiego dermatologa Hebrę. Ten nalega na dostarczenie pisemnego sprawozdania, ale znowu na jaw wychodzi znana już z czasów studiów nieporadność Ignáca w mowie i piśmie; wobec tego Hebra publikację pisze sam w 1847 r. do grudniowego wydania „Wiener Zeitschrift für die gesammte Heilkunde” Wiedeńskiego Towarzystwa Lekarskiego. Kolejne publikuje po 4 miesiącach. Odzew jest bardzo umiarkowany, a że tezy Semmelweisa naruszają fundamenty gmachu medycyny, są przez jej tuzów zamilczane i lekceważone.

Udręki doktora Michaelisa

Ale jakieś echa publikacji musiały jednak dotrzeć do duńskiej Kilonii, gdzie praktykuje pięćdziesięcioletni profesor położnictwa, Gustaw Adolf Michaelis, dyrektor kilońskiego Zakładu Położniczego. Michaelis był, podobnie jak Semmelweis, człowiekiem niezwykle życzliwym i sumiennym, jednocześnie pogrążonym w głębokim smutku. Prowadzony przez niego zakład, nawet na owe czasy bardzo marny, nękany był przez złego ducha gorączki połogowej. Nękany był do tego stopnia, że po nieprzerwanej serii zgonów położnic szpital trzeba było zamknąć na kilka miesięcy.

Cóż z tego: gdy zakład ponownie otwarto, pierwsza przyjęta kobieta, a po niej liczne kolejne, natychmiast zapadały na gorączkę połogową i po kilku dniach umierały.

W ówczesnym prawie duńskim ciężarnej niezamężnej kobiecie groziło więzienie lub ciężkie roboty. Ratunkiem przed tą karą był poród w zakładzie i wyznanie nazwiska ojca dziecka. Zdesperowane kobiety na kolanach błagały więc o przyjęcie do kilońskiego zakładu Michaelisa, aby tylko uniknąć kary. A ten wiedział, że w jego szpitalu czeka je los o wiele gorszy – śmierć w malignie. Sam zresztą w przypływie rozpaczy nazywał swój przybytek „straszliwą mordownią”.

Wieści o publikacji Hebry docierają do Kilonii. Po jakimś czasie Michaelis zdobywa samą publikację. Z grozą odkrywa, że sam powtarza błędy Semmelweisa – skrupulatnie sekcjonuje ciała zmarłych pacjentek, by potem bezpośrednio badać pacjentki żywe. Jest w stanie głębokiego szoku. Ten stan pogłębia jeszcze wywołana gorączką połogową śmierć na jego rękach ukochanej krewnej. Wyrzuty sumienia Michaelisa po kilkunastu dniach zaprowadzą go na tory, gdzie rzuci się pod pociąg.

Portret Gustava Adolpha Michaelisa z 1822r pędzla Karla Aubela

Karzeł Klein

Ignorowanie odkrycia Semmelweisa trwa nadal. Ale w 1849 dawny nauczyciel Ignáca – prof. Skoda zwraca się do pedagogów Uniwersytetu Wiedeńskiego o powołanie komisji do zbadania rewolucyjnego odkrycia. Komisja powstaje, uznaje doniosłość odkrycia, lecz dowiaduje się o niej prof. Klein. Klein uświadamia sobie, że jego asystent, wydrwiony i zmarginalizowany, stoi u wrót niewiarygodnego sukcesu. Jako człowiek o ciasnym umyśle i w dodatku etyczny karzeł, zaczyna prowadzić działania przeciwko Ignácowi.

Węgier Semmelweis w czasie Wiosny Ludów w 1848 r. opowiada się przeciwko rządowi wiedeńskiemu po stronie rewolucjonistów. I Klein skwapliwie informuje o tym odpowiednie C.K. Władze. W wyniku denuncjacji wydaje się urzędowy zakaz wcześniej planowanych badań nad doniesieniami Semmelweisa na temat powstawania gorączki połogowej! Dodatkowo Klein, dla pewności, powoduje, że Ignácowi nie przedłuża się dwuletniego kontraktu asystenckiego w klinice.
Gdy ten staje się de facto bezrobotnym, próbuje udowodnić swoją tezę na królikach, zakażając ich drogi rodne. Ale Klein zamyka przed nim dostęp do kart chorobowych kliniki.

Niech praca przemówi za mnie!

W wysiłkach pomocy nie ustają protektorzy Skoda i Hebra: po ich naleganiach Semmelweis przemaga swój wstręt do wystąpień i domaga się od C.K. Towarzystwa Lekarskiego zbadania wyników swoich prac. I choć robi to wyjątkowo niezręcznie, to strona rzeczowa jest bardzo przekonująca. Doprowadza to do kolejnego odczytu, a w końcu do dyskusji nad jego tezami, która ostatecznie przemienia się w ich aprobatę.

Niemniej jego niechęć do słowa pisanego sprawia, że referat piszą obcy ludzie, przez co jest on w widoczny sposób niekompletny. Pierwsza szansa przekonania lekarzy zostaje zmarnowana, a do dalszych Ignác namówić się już nie daje. Uznaje zresztą, że tylko praca będzie wystarczającym dowodem słuszności jego tez, zwraca się więc z prośbą o przydzielenie mu odpowiedniego stanowiska. Po niemal rocznym oczekiwaniu otrzymuje w końcu stanowisko docenta, ale jest to stanowisko bardzo ograniczające. Zabrania mu się łączenia praktyki klinicznej z pracą naukową, na wykładach może korzystać wyłącznie z rozkładanego modelu kobiecego ciała.

Gipsowy rozkładany model niewiasty w jej części dolnej

Ucieczka z Wiednia

Skrajnie rozczarowany, w nocy opuszcza Wiedeń i wraca do rodzinnego Budapesztu. Tutaj żeni się z osiemnastoletnią Marią, z którą płodzi pięcioro dzieci. Rodzinę utrzymuje, prowadząc praktykę położniczą, ale ulega wypadkowi w czasie konnej jazdy, co na wiele tygodni pozbawia go możliwości pracy.

Semmelweis z poślubioną w rodzinnym Budapeszcie Marią

W rodzinnym mieście popada w wieloletnie naukowe milczenie, a jego tezy ulegają zapomnieniu.

Stopniowo pogłębia się depresja – także z powodu sytuacji na Węgrzech. Po rewolucji 1848 wielu profesorów pozbawiono stanowisk, wielu musiało wyjechać za granicę. Zamknięto najważniejsze węgierskie pismo naukowe. Budapeszt staje się naukowym zaściankiem.

U Ignáca pojawiają się objawy nerwicy, być może cierpi na chorobę Alzheimera, niektórzy mówią o nieleczonej kile. Chory oddala się od rodziny, zaczyna pić i spotykać się z prostytutkami.

Tymczasem w Wiedniu jego następca ośmiesza osiągnięcia poprzednika. Nazwisko Semmelweisa ulega zamilczeniu i w końcu szybkiemu zapomnieniu.

Umieralnia u św. Rocha

W roku 1851 przypadek sprowadza Ignáca do oddziału położniczego szpitala św. Rocha w Budapeszcie. Ten przybytek o średniowiecznych niemal warunkach przywraca w Ignácu wszystkie stłumione namiętności. Na oddziale położniczym leży 6 kobiet, które niedawno urodziły. Jedna właśnie zmarła, druga kona, a cztery mają ostatnie stadium gorączki połogowej. Między nimi a salą operacyjną krąży oddziałowy chirurg, który nie myjąc rąk ani instrumentów, nie zmieniając ubrania, transferuje fatalne miazmaty z chorych na zdrowe.

Ignác składa beznadziejną prośbę o wakującą posadę kierownika oddziału i – o dziwo – otrzymuje ją! W maju 1851 zostaje honorowym (za darmo) ordynatorem oddziału.

Budapeszteński kościół i szpital Św. Rocha ( w języku węgierskim urocze Szent Rókus Kórház). Do dziś przybytek nie stracił swego niezbyt wesołego wyglądu.

Jego nowe królestwo to pięć starych, brudnych pokoi. Część z nich nie ma okien. Do smrodu niewietrzonych, brudnych pomieszczeń dochodzą wyziewy chemikaliów z pobliskiego laboratorium. Pielęgniarki nie mają pojęcia o czystości.

Ignác powtarza wiedeńską metodę – zmusza do mycia rąk i osobiście mycie nadzoruje, walczy z lenistwem studentów i pielęgniarek. I oczywiście znowu staje się wydrwiwanym wrogiem publicznym.

Ale w ciągu 6 lat pracy ordynatora osiąga na swoim oddziale śmiertelność poniżej 1 %.

Odkrycie trzecie

Ignác Semmelweis w roku 1860

W tym czasie odkrywa, że zarazę może przenosić także brudna pościel. Na prześcieradłach świeżo pościelonych łóżek dla nowo przyjętych położnic znajduje ropne wydzieliny poprzedniczek. Bezskutecznie żąda prania bielizny i zwycięża dopiero, gdy w porywie wściekłości rzuca cuchnącą pościel na biurko dyrektora administracyjnego.

1863 r. Wykładowcy Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu w Peszcie.
Który z nich to nasz Ignac? Podpowiedź: musi mieć solidną glacę.

W 1855 r. zostaje mianowany profesorem uniwersyteckim. Ale nie ma się co czarować. Prowincjonalna budapeszteńska uczelnia ma w świecie naukowym nikły posłuch i siłę oddziaływania. Niemniej nominacja rozbudza w nim pragnienie podzielenia się swoim odkryciem ze znękanym febrą światem. W 1860 przemaga swoją niechęć do pióra i pisze pracę „Etiologia, pojęcie i profilaktyka gorączki połogowej”.

Wołanie na puszczy

Jest to tekst krótki, napisany wyraźnie źle, bez polotu, pełen nudnych powtórzeń. Ale w swej wymowie to jeden z najbardziej przejmujących tekstów lekarskich, jakie powstały. Przedstawia proste fakty, proste rozwiązanie błędów, jakie popełnia CAŁY lekarski świat. Pokazuje rozwiązanie nie tylko dla gorączki połogowej, ale także gorączki ropnej, która panuje na zapowietrzonych salach operacyjnych. Wie, co pisze: właśnie niedawno przekonał profesora chirurgii w Budapeszcie, że da się uniknąć gorączki ropnej u operowanych, jeżeli dotykać się będzie ran operacyjnych wyłącznie starannie umytymi rękami i narzędziami.

Praca Semmelweisa Etiologia, pojęcie i profilaktyka gorączki połogowej. Czyli po węgiersku – Semmelweis fő műve

Ale nadchodzi rychłe rozczarowanie. Jego pracy się nie czyta, odpowiedzią na nią jest cisza. W roku 1861 na XXXVI Zgromadzeniu Niemieckich Przyrodników i Lekarzy o swoich doświadczeniach z myciem rąk wykład wygłasza heidelberski profesor Lange. Przedstawia czarno na białym, że stosując metodę Semmelweisa na trzysta porodów miał tylko jeden wypadek gorączki połogowej.

Ale i to doniesienie przechodzi bez echa. Medycyna jest zbyt skostniała na takie nowinki.

Papież medycyny

Ale nie tylko cisza marginalizuje Semmelweisa. Ma także potężnych wrogów. Jednym z nich jest papież ówczesnej medycyny – Rudolf Virchow. Ten odkrywca roli komórek w żywym organizmie potępia Ignácowe dokonania, bo nie zgadzają się z jego teorią, iż każda choroba rozwija się we wnętrzu komórki samodzielnie, bez wpływów zewnętrznych. Wyznawcy Virchowa, którego czczą na sposób niemal religijny, stają się zatem zajadłymi przeciwnikami Semmelweisa. Jego argumentów wyrażanych w kulawych tekstach nikt nie ma ochoty ani czytać, ani o nich dyskutować. A nawet jeśli zostają przeczytane, budzą niechętne komentarze: „Mycie rąk nie może zaszkodzić, ale lepiej jest dać chorej na przeczyszczenie lub wykonać upust krwi.”

portet Rudolfa Virchowa z 1861r. pędzla Hugo Vogela

W czasie kongresu ginekologii w Paryżu przewodniczący dyskredytuje pracę Semmelweisa: „Niewykluczone, że tezy te są oparte na jakichś pożytecznych założeniach, ale poprawne ich wykonanie jest związane z takimi trudnościami, że bardzo problematyczne korzyści nie usprawiedliwiają ich stosowania.”

Częste mycie skraca życie

A pewne trudności oczywiście istnieją. Po pierwsze – trzeba myć ręce. Roztwór podchlorynu wapnia ma nieprzyjemny zapach chloru, często myte dłonie stają się podrażnione i szorstkie. W dodatku trzeba podwinąć rękawy surduta (stąd do dziś przetrwały guziczki w mankietach współczesnych marynarek. Czy nie lepiej surdut było zdjąć, zamiast zawijać rękawy? Ależ skąd! Mężczyzna bez marynarki to widok nie do pomyślenia!).

Gdy dla Ignáca jasnym się staje, że jego tekst poszedł w zapomnienie, zaczyna rozsyłać apele i odezwy o ponowne przyjrzenie się jego wnioskom. W formie listów otwartych zwraca się do najjaśniejszych gwiazd ówczesnego europejskiego położnictwa, profesorów Scanzoniego, Siebolda i Spätha.

Niestety, forma tych listów powoduje odruchową niechęć u adresatów.

Mistrz dyplomacji

Scanzoni dowiaduje się z nich, że: „Pańska nauka, Panie Radco Dworu, bazuje na zwłokach, na położnicach, które zamordowano z powodu niewiedzy. Jeżeli moją naukę uważa Pan za błędną, to wzywam Pana do podania mi swoich racji… Gdyby pan jednak, Panie Radco Dworu, nie odparłszy mojej nauki nadal kształcił swoich studentów i swoje studentki w oparciu o naukę o epidemicznym charakterze gorączki połogowej, to ogłaszam Pana przed Bogiem i światem za mordercę…”

profesor Friedrich Wilhelm Scanzoni von Lichtenfels

Z kolei Siebold zostaje powiadomiony, że: „Łączą mnie z Panem miłe wspomnienia, Panie Radco Dworu, ale jęki umierających w połogu głuszą głos mojego serca… Jestem zdania, że gorączka połogowa powstaje na skutek infekcji, a w roku 1848 sam wysłałem do kostnicy czterdzieści pięć położnic. (…)
Gdybym nie miał innego wyboru, jak tylko albo pozwolić umrzeć na gorączkę połogową niezliczonym położnicom, które można uratować, albo zlikwidować wszystkich profesorów położnictwa, czy to niechcących, czy też już niemogących głosić mojej nauki, to aby je uratować, wolałbym zlikwidować profesorów, bo jestem przekonany, że tam gdzie chodzi o uratowanie od śmierci wielu tysięcy położnic i niemowląt, zlikwidowanie paru tuzinów profesorów nie stanowi większej straty. Nie podzielać mojego zdania znaczy tyle, co być mordercą…”

Doprowadzony do bezsilnego kresu Semmelweis rozlepia na mieście plakaty z napisem: „Ojcze, kiedy wzywasz lekarza albo położną, wzywasz śmierć…”

Odezwy słane z Budapesztu nie spotykają się z żadną oczekiwaną reakcją, za to ukazują Semmelweisa jako impertynenta, który swoim „brakiem umiaru” sam wyklucza się ze stanu lekarskiego.

Wobec łatek przyszywanych Semmelweisowi czas jego wizerunek ocieplić. A co zrobi to lepiej niż zdjęcie rodzinne? Z żoną miał pięcioro dzieci, z czego dwoje zmarło w dzieciństwie. Tu widąć czwórkę potomstwa, bo pierwsza z lewej barczysta bruneta to chyba jednak bona albo inna ciotka.

Cicho, to wiariat…

A w dodatku zaczyna być uważany za człowieka chorego umysłowo. I coś faktycznie jest na rzeczy. Ignác musi przerwać swoje wykłady, bo w niespodziewanych momentach wstrząsają nim spazmatyczne płacze. Na ulicach zaczepia przypadkowo napotkane pary zakochanych i żarliwie przekonuje je, że gdyby kiedykolwiek mieli korzystać z pomocy położników – koniecznie domagali się od nich mycia rąk w chlorowanej wodzie. Najmniejszy sprzeciw doprowadza Semmelweisa prawie do szału. Pewnej nocy wyjmuje z kołyski swą córeczkę i zamyka dziecko w ciasnym uścisku – aby ochronić ją przed nadchodzącym porwaniem i morderstwem. W nieopanowany sposób godzinami maszeruje po swoim pokoju.

Semmelweis w roku 1864. Trudno uwierzyć, że osoba na zdjęciu to zaledwie czterdziestokilkulatek.

20 lipca 1865 r. żona, pod pozorem, że chce się z nim po długim niewidzeniu spotkać Hebra, zawozi Ignáca do Wiednia.

Hebra niemal nie poznaje swojego ucznia. Odwozi go osobiście do zakładu dla obłąkanych, gdzie na długo spacerują po zakładowym ogrodzie. Ale gdy Ignáca zamyka się w osobnej celi, ten nagle zdaje sobie sprawę, gdzie się znalazł. Próbuje ucieczki, a to wyzwala ciąg tragicznych zdarzeń: zostaje dotkliwie pobity przez strażników, a potem trafia w kaftanie bezpieczeństwa do izolatki. Tam otrzymuje leczenie właściwe dla swojej epoki: polewanie zimną wodą, podawanie środków na przeczyszczenie.

Zakład dla obłąkanych w podwiedeńskim Döbling.

Jego pobyt w zakładzie zamkniętym trwa dwa tygodnie. Stosowane leczenie wycieńcza ciało, które nie ma sił na walkę z zakażeniem rany na dłoni. W wersji hagiograficznej – podczas ostatniej operacji, jaką przeprowadzał w Budapeszcie, Ignác doznał niewielkiego skaleczenia. Realnie – dłoń zranili strażnicy w czasie bicia pacjenta. Przez tak otwarte wrota wdarły się w jego ciało te same morowe miazmaty, nad którymi głowił się całe swoje dorosłe życie.

Semmelweis umiera 14 sierpnia 1865 roku, majacząc w gorączce tak samo, jak wcześniej jego przyjaciel Kolletschka.

W chwili śmierci ma zaledwie czterdzieści siedem lat.

Pomnik Semmelweisa przed szpitalem klinicznym w Heidelbergu

Sekcja zwłok wykazała ten sam obraz, który niezliczoną ilość razy miał przed oczyma w swoim prosektorium: ropne stany zapalne rozsiane w narządach całego organizmu.

Grobowiec Semmelweisa na cmentarzu Kerepesi w Budapeszcie

Gdy rozpalonym gorączką ciałem Semmelweisa wstrząsały śmiertelne dreszcze, w Wielkiej Brytanii działał już człowiek, który właśnie pracował nad rozwiązaniem problemów infekcji i chorób z ran. Rozwiązanie to w niedługim już czasie przyniesie mu bezgraniczną sławę i zaszczyty. Jego nazwisko, wówczas niemal nieznane poza Edynburgiem i Glasgow, brzmi: Joseph Lister, profesor chirurgii uniwersytetu w Glasgow.

Młody Joseph Lister u progu swojej zawrotnej kariery



Autor

Wojciech Rybka
Laborant we wrocławskim Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN. W naszej fabryce nauki dumnie dzierżę funkcję sekretarza Wrocławskiego Towarzystwa Lemologicznego, gdzie (po godzinach) na kawałki rozbieramy twórczość, życie i czasy Stanisława Lema.
Jeszcze bardziej po godzinach rozważam powrót do aktywnej fotografii amatorskiej i aktywnego kontaktu z górami. Na tych jałowych rozważaniach na razie szczęśliwie poprzestaję.

4 komentarze

  1. Piotr Czekaj pisze:

    Świetny, jak zwykle, tekst, który czyta się z zapartym tchem. Ciekawy i z polotem świetnego felietonisty, z dużą dozą swobody i swoistego wdzięku. Gratuluję

    3
    • wojciech rybka pisze:

      Panie Piotrze, z całego serca dziękuję za miłe słowa! I zazdroszczę, że w Pańskiej robocie codziennie czerpiesz Pan z semmelweisowych wskazówek mycia rąk dla zdrowia swoich pacjentów

      1
  2. corvinus albus pisze:

    Świetny artykuł!

    2
  3. Sylwia pisze:

    Świetny artykuł! Jak to się mogło stać, że nikt wcześniej nie połączył tych kropek? Acz wcale niedawno było tylu przeciwników uporczywego odkażania rąk z powodu wirusa. Ale to, że lekarze przechodzili sobie radośnie z prosektorium od pacjentki do pacjentki, i jeszcze dumni z plam i zapachu… Aaaa… W głowie się nie mieści.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *