Dlaczego nauka czasem „zmienia zdanie”? I jak to może być postrzegane?
To pytanie wraca jak bumerang przy każdej większej dyskusji: szczepionki, maseczki, leki, zmiany klimatu. „Najpierw mówili jedno, teraz mówią drugie – to w końcu jak jest?!”
Moim zdaniem warto wprost wytłumaczyć, że zmiana stanowiska nauki nie jest dowodem jej słabości, tylko… jej siły.
Religia ma dogmaty, prawo – kodeksy, ideologie – manifesty. Nauka ma natomiast modele, które są dobre tak długo, jak dobrze opisują rzeczywistość i przechodzą kolejne testy. Gdy pojawiają się nowe dane, lepsze metody pomiaru, większe badania – modele są aktualizowane. Czasem delikatnie „retuszowane”, czasem wymieniane na lepsze. To trochę jak aktualizacja systemu operacyjnego – to nie znaczy, że poprzednia wersja była „spiskiem”, tylko że nowa lepiej radzi sobie z rzeczywistością, którą poznaliśmy dokładniej.
Jedno małe badanie, zwłaszcza z początku jakiegoś kryzysu (pandemia, nowa choroba, nowa technologia), bywa głośne i medialne – ale pamiętajmy, że jest tylko hipotezą wstępną. Później przychodzą – kolejne zespoły badawcze, większe próby, lepsza metodologia, wreszcie przeglądy naukowe i metaanalizy (stojące najwyżej w drabinie dowodów naukowych). I nagle okazuje się, że efekt z pierwszej pracy był przeszacowany, zależny od konkretnej populacji albo po prostu przypadkowy. To nie jest „zmiana frontu”, tylko naturalne dojrzewanie wiedzy. Dlatego…
W nauce zakłada się, że pojedyncze badania mogą się mylić. Z tego powodu tak mocno podkreśla się powtarzanie doświadczeń przez niezależne zespoły, dokonywanie przeglądów systematycznych, metaanaliz. Właśnie dzięki temu:
• wycofujemy leki, które w dużych badaniach okazały się nieskuteczne lub szkodliwe,
• zmieniamy zalecenia żywieniowe, gdy nowe dane są mocniejsze niż stare,
• aktualizujemy kalendarz szczepień, gdy pojawiają się lepsze preparaty.
Najgroźniejsza nie jest nauka, która „zmienia zdanie”, tylko taka, która nie potrafi zmienić zdania wobec faktów.
Dlaczego komunikacja nauki (zwłaszcza w przestrzeni medialnej) może nas łatwo wyprowadzać w pole? Albo wręcz złościć? Oto przykłady…
– Raz czytamy: „kawa wydłuża życie”, za chwilę „kawa zwiększa ryzyko raka”. Tymczasem okazuje się, że jedno badanie dotyczyło 5 filiżanek dziennie u palaczy po sześćdziesiątce, a drugie – jednej kawy u młodych kobiet; inne metody, inne populacje. Szkoda, że różnice w badaniach nie są wyjaśniane.
– Na początku pandemii pojawia się wstępna praca sugerująca „cudowny lek X”. Media to podchwytują, lekarze są zasypywani pytaniami. Kiedy po roku duże badania pokazują brak korzyści lub wręcz szkody, ta korekta przebija się dużo słabiej – w głowie zostaje „przecież mówili, że działa”. Dlatego, moim zdaniem, tego typu informacje powinny być podawane z dużą ostrożnością. No, ale media robią swoje.
– Jeśli ktoś zbudował swoją tożsamość wokół bycia „przeciwnikiem szczepień” albo „fanem medycyny alternatywnej”, to każda aktualizacja zaleceń (np. zmiana odstępu między dawkami, nowe wskazanie) jest interpretowana jako „przyłapaliśmy ich na kłamstwie”, zamiast normalnego dostosowania rekomendacji do nowych danych.
Co z tego wszystkiego wynika dla przeciętnego odbiorcy? Kilka zasad postępowania, którymi sama się kieruję.
– Zamiast ekscytować się jednym głośnym artykułem, lepiej patrzeć na to, co wynika z przeglądów systematycznych, metaanaliz i zaleceń towarzystw naukowych. To one zbierają wiele badań naraz i filtrują błędy, przypadki i „szumy”. Przykład: w sprawie szczepionek i autyzmu mamy dziś dziesiątki dużych analiz i oficjalne stanowiska WHO, AAP (Amerykańskie Towarzystwo Pediatryczne).
– Jeśli grupa ekspercka po kilku latach modyfikuje zalecenia – np. zmienia schemat dawki leku, odstępy między dawkami szczepionki, kryteria diagnostyczne – to znak, że system działa: ktoś zbiera nowe dane, analizuje je i ma odwagę powiedzieć „wiemy już więcej, więc aktualizujemy rekomendacje”. W pandemii widzieliśmy to przy maskach, lekach przeciwwirusowych czy dystansie – problemem nie była zmiana zaleceń, tylko to, jak słabo tłumaczono ludziom, dlaczego się zmieniają.
– Jeżeli ktoś chwali się tym, że od 15 lat mówi dokładnie to samo, „mimo że nauka zmienia zdanie”, to zwykle znaczy, że jest przywiązany do ideologii, nie do danych. Naukowiec, który serio traktuje dowody, czasem musi skorygować własne poglądy – bo pojawiły się lepsze badania. Kto nigdy niczego nie koryguje, zazwyczaj wybiera tylko te prace, które pasują do z góry przyjętej narracji (np. od lat cytuje te same słabe korelacje o aluminium i autyzmie, ignorując duże rejestry i przeglądy ekspertów).
Nauka nie polega na tym, że raz na zawsze „ma rację”, tylko na tym, że z czasem coraz lepiej trafia w rzeczywistość. Robi to, bo jest gotowa przyjąć nowe dane, przyznać: „tu się pomyliliśmy”, poprawić wnioski i zaktualizować obraz świata – zamiast uparcie trzymać się historii, które są wygodne, ale niezgodne z faktami.
I wezmę na tapet taki argument – no dobrze, dzisiaj się mówi, że szczepionki nie powodują autyzmu, ale skoro nauka się zmienia, to przecież w przyszłości może zmienić zdanie i ten argument może okazać się prawdziwy. Jak do tego podejść?
W sprawie szczepionek i autyzmu nie opieramy się na dwóch małych badaniach, tylko na całym pakiecie dowodów: dużych rejestrach, metaanalizach, różnych krajach, różnych kalendarzach, różnych metodach – które od lat pokazują to samo: brak związku przyczynowego. Żeby „zmienić zdanie”, nie wystarczyłoby jedno nowe badanie z innym wynikiem. Musiałby się pojawić cały nowy zestaw bardzo mocnych danych, który podważy wszystko, co wiemy dziś – to jest scenariusz z gatunku „teoretycznie możliwe, praktycznie skrajnie mało prawdopodobne”.
Tego typu zdanie – „teraz mówią, że szczepionki nie powodują autyzmu, ale za 20 lat może się okazać, że jednak tak” – nie jest niewinnym wyrazem ostrożności, tylko sposobem na zasianie wątpliwości wbrew temu, co pokazuje obecny stan badań. W efekcie przeciętny odbiorca zostaje zawieszony w poczuciu, że jednak „nic nie wiadomo”, co ruchy antyszczepionkowe chętnie wykorzystują do podważania zaufania do całej medycyny.
Nauka nigdy nie obieca nam stuprocentowej pewności – ale jeśli uznamy, że taki poziom niepewności unieważnia wyniki, to w dokładnie taki sam sposób można zakwestionować każdą dobrze udokumentowaną terapię i w zasadzie przestać leczyć ludzi w ogóle.
Autor
- Agnieszka Szuster-Ciesielska – pracuję naukowo i wykładam. Obszary zainteresowań i popularyzacji wiedzy to wirusologia, immunologia i wakcynologia. Punktuję antynaukę. TT: @AgnieszkaSzust3, FB: Prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska.
Ostatnie wpisy
medycyna27 lutego 2026Dlaczego nauka czasem „zmienia zdanie”? I jak to może być postrzegane?
medycyna13 lutego 2026Mam 30, 40, 50 lat – czy szczepionka przeciw HPV jest jeszcze dla mnie? Czy zadziała?
medycyna30 stycznia 2026Co wiemy o wirusie Nipah?
medycyna26 stycznia 2026Czy naprawdę da się „podnieść odporność” kapsułką?





Bardzo słuszny głos w obronie nauki. Ale obawiam się, że nie trafi do ludzi głęboko religijnych (zwłaszcza z wyznań bogatych w dogmaty), zwolenników Trumpa (okrzyki: „Donald Trump, Donald Trump!” w naszym Sejmie) i innych opętanych ideologicznie.
Bardzo mi się podoba dalekowschodnie podejście: ja mam część prawdy, ale i ty masz część prawdy! Dzięki temu na Wschodzie nie było wojen religijnych. dopóki nie mieli szkodliwych wpływów z Zachodu (patrz Narendra Modi tępiący muzułmanów w Indiach). Byłem świadkiem pokojowego współistnienia różnych odmian czy szkół japońskiego buddyzmu, u nas niesłusznie zwanych sektami, którymi nie są. Sektami są nasze religie, od judaizmu przez islam do wszystkich odmian chrześcijaństwa: Jedyna Prawdziwa Wiara w Jedynego Prawdziwego Boga (zresztą wcale nie Jedynego w chrześcijaństwie, bo od razu rozmnożonego w Trójcę św., nie mówiąc już o tabunach „świętych pańskich” spełniających te same funkcje co dawni bogowie greccy).
W „Polityce” Nr 6 (3550) Benjamin Labatut, chilijsko-holenderski pisarz, twierdzi, że nauka nas zawiodła, bo „miała być remedium na chaos świata”, tymczasem „nasze dążenie do czystości prawdy to nieosiągalne marzenie, bo świata nie da się objąć rozumem.”
Ale rację ma Autorka dzisiejszego artykułu w EM: „Nauka nigdy nie obieca nam stuprocentowej pewności – ale jeśli uznamy, że taki poziom niepewności unieważnia wyniki, to w dokładnie taki sam sposób można zakwestionować każdą dobrze udokumentowaną terapię i w zasadzie przestać leczyć ludzi w ogóle.” Bardzo dziękuję za tę wypowiedź!