EM poleca (#45): Dlaczego warto czytać „Solaris” Stanisława Lema po 65 latach od pierwszego wydania
(a także obejrzeć inscenizację w Teatrze Polskim we Wrocławiu)

Artystyczna wizja asymetriady Solaris. Źródło: Dominique Signoret, Wikipedia, licencja CC BY-SA 3.0
„Solaris”, powieść Stanisława Lema wydana po raz pierwszy w 1961 r., jest zaliczana do najbardziej znanych jego dzieł. Sam autor przyznał, że „udało mu się powiedzieć to, co zamierzał” (Stanisław Bereś, Rozmowy ze Stanisławem Lemem, Wydawnictwo Literackie 1987). Przyznając, że czasami czyta własne książki, dodał, że po „Solaris” nie sięga nigdy (Sława i Fortuna, listy do Michaela Kandla 1972-1987, Wydawnictwo Literackie 2013). Fenomen „Solaris” polega na tym, że jest to jednocześnie napisana z epickim rozmachem powieść science-fiction (należy pamiętać, że Lem pisał ją jeszcze przed lotem Gagarina) oraz traktat filozoficzny zadający pytanie o granice ludzkiego poznania.
O co chodzi w „Solaris”?
Planetę Solaris (po łacinie: Słoneczna), która krąży wokół dwóch słońc, zamieszkuje tylko jeden ogromny organizm, coś w rodzaju wielkiego śluzowca (o ziemskich śluzowcach pisał na blogu Piotr Gąsiorowski).
Solaryjski organizm został sklasyfikowany jako Polytheria (rząd: Syncytialia, klasa: Metamorpha). Zajmuje prawie całą planetę i przypomina ocean, który może tworzyć przedziwne formy nazywane asymetriadami, mimoidami, długoniami albo pacierzyskami. Potrafi też w zagadkowy sposób czytać w ludzkich myślach, prezentując ludziom obrazy wzięte z ich pamięci, jak np., postać dziecka. Tak więc jest w pewnym sensie żywy (ale co to znaczy na Solaris?). Od kilkudziesięciu lat ludzie prowadzą badania oceanu korzystając z zawieszonej nad powierzchnią planety stacji badawczej. Ta dyscyplina wiedzy nazywana jest solarystyką, a uczeni – solarystami. Nie obywa się bez ofiar: w sumie kilkaset osób zginęło w wypadkach spowodowanych niespodziewanymi eksplozjami solaryjskiej plazmy (w największym zginęło 79 ludzi). Odezwały się wtedy głosy domagające się termojądrowego uderzenia w ocean:
Miało to być w istocie okrutniejsze od zemsty: chodziło o zniszczenie tego, czego nie możemy pojąć.
Duchy przeszłości
Ale z biegiem lat wśród uczonych zaczyna dominować uczucie bezsilności i zrezygnowania. Coraz mniej osób chciało badać Solaris, ponieważ z badań w zasadzie nic nie wynikało. Załogę stacji ograniczono do niezbędnego minimum, i wtedy właśnie zaczęły mieć na niej miejsce zagadkowe zdarzenia. Aby je wyjaśnić, Ziemia przysyła na stację psychologa nazwiskiem Kris Kelvin. Na miejscu okazuje się, że jest gorzej niż myślał: szef stacji, Gibarian, właśnie popełnił samobójstwo i leży w kostnicy, a pozostali członkowie załogi, Snaut i Sartorius, zachowują się w dziwny sposób. Zaraz po przybyciu Kris widzi osobę, której na pewno tam nie powinno być (Kris określa ją jako poczwarną Afrodytę), a po kilku dniach pojawia się jeszcze bardziej zagadkowy gość: Harey, narzeczona Krisa, która popełniła samobójstwo dwadzieścia lat temu. Nie jest to żadne widmo ani zjawa, tylko jakby doskonała kopia, która pamięta ich całą wspólną przeszłość. Co jeszcze dziwniejsze, Harey pamięta zdarzenia, których na pewno nie mogła być świadkiem, ponieważ zaszły już po jej śmierci. Kris czuje się odpowiedzialny za jej śmierć, ma z tego powodu wyrzuty sumienia, które pogłębiają się po pojawieniu się doskonałej kopii Harey. Żeby je zagłuszyć, usiłuje jej się pozbyć, wysyłając ją rakietą w Kosmos. Po krótkim czasie Harey powraca, nie pamiętając tego wydarzenia. Kim naprawdę jest Harey?
Krisowi udaje się zbadać jej krew za pomocą wysokorozdzielczego mikroskopu i stwierdzić, że Harey nie składa się atomów, ale z neutrin (które po raz pierwszy zaobserwowanych w 1956 r.), utrzymywanych w stanie skupienia przez nieznane pole siłowe. Tak niezwykły twór może być tylko wynikiem działania solaryjskiego oceanu, który w jakiś sposób potrafi czytać w ludzkich myślach.
Jak zauważa Agnieszka Gajewska w swojej fundamentalnej książce „Zagłada i Gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema” (Wydawnictwo Naukowe UAM, 2018), wspólnym temat wielu dzieł Lema jest tajemnica związana z bohaterem, której ten nie może ujawnić nikomu. Jest to np. Ijon Tichy w przebraniu robota w Podróży Jedenastej („Dzienniki Gwiazdowe”), Trurl przebrany za maszynę do spełniania życzeń („Wielkie lanie”), czy bohater „Pamiętnika znalezionego w wannie”, stale udający kogoś, kim nie jest. Nie inaczej jest w przypadku „Solaris”: ocean zdołał wydobyć z pamięci Krisa jego najbardziej dramatyczne wspomnienie, które nawet on nie do końca przyjmował do wiadomości. Harey jest jakby ucieleśnieniem wyrzutów sumienia Krisa, posągiem Komandora, który przybywa z zaświatów, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. I takie zjawy z przeszłości odwiedzają wszystkich członków załogi. Jak mówi Snaut do Krisa:
– Co to jest człowiek normalny? Taki, co nigdy nie popełnił niczego ohydnego? Tak, ale czy nigdy o tym nie pomyślał? A może nie pomyślał nawet, tylko w nim coś pomyślało, wyroiło się, dziesięć albo trzydzieści lat temu, może obronił się przed tym i zapomniał, i nie lękał się tego, bo wiedział, że nigdy nie wprowadziłby tego w czyn. Tak, a teraz wyobraź sobie, że naraz, w pełnym dniu, wśród innych ludzi, spotyka T O ucieleśnione, przykute do siebie, niezniszczalne, co wtedy? Co masz wtedy?
Milczałem.
– Stację – powiedział cicho. – Masz wtedy Stację Solaris.
Granice poznania
Po odkryciu planety wśród ziemskich uczonych zapanowała euforia, bo wszyscy byli przekonani, że ocean żyje, chociaż może w trochę inny sposób, niż organizmy na Ziemi. Jest jakby biologiczną makro-komórką, tylko o rozmiarach kosmicznych, która na dodatek ma zdolność do regulacji ruchu planety po orbicie (a ten jest skomplikowany ze względu na obecność dwóch słońc). Jednocześnie w jakiś sposób potrafi wpływać na przyrządy pomiarowe, tak że uczeni nie wiedzą, co z rejestrowanych zapisów jest prawdą, a co artefaktem.
Przez jakiś czas sprawa pachniała skandalem, gdyż winą za taki wynik obserwacji próbowano obarczyć (w trosce o dobro nauki) już to pewnych ludzi, już to maszyny rachujące, którymi się posługiwali.
Ale po 100 latach intensywnych badań dorobek solarystów sprowadzał się do niezliczonych tomów zawierających drobiazgowe opisy oceanu i jego form. Jak pisze Jerzy Jarzębski w posłowiu do „Solaris”:
Solarystyka jako nauka jest przede wszystkim wytworem ludzkiej kultury, a rozmaite „hipotezy badawcze” wysuwane przez uczonych, szkoły i „metody badawcze” przylegają bardziej do porządku ziemskiego, do prawideł rządzących psychologią zbiorowości, niż do wyników badań empirycznych. Solarystyka jest tedy modelem nauki w ogóle, uwikłanej w dzieje społeczeństwa i jego instytucji, natrafiającej – gdy tylko porzuci zagadnienia praktyczne – na granice ludzkiego poznania i „niedozwolone” pytania metafizyczne o celowość i przyczynę.
Solarystyka rozbudowała się do tego stopnia, że solarysta-cybernetyk nie mógł porozumieć się z solarystą-symetriadologiem. Jeden z solarystów pyta:
Jak możecie się porozumieć z oceanem, jeżeli nie potraficie już tego uczynić między sobą?
Ale jeżeli chodzi o zrozumienie tego, co działo się na Solaris, badacze nadal byli w punkcie wyjścia. Przede wszystkim nie udawało im się to, o czym pisze większość autorów gatunku science fiction: kontakt z obcą formą życia. W końcu, wbrew wszelkim konwencjom, badacze postanawiają naświetlać ocean za pomocą promieni Rentgena. I wtedy właśnie następuje przełom, z tym że nie taki, jakiego badacze się spodziewali. Na stacji zaczynają się pojawiać się „goście”, postacie uwolnione z pamięci badaczy. Ocean odpowiedział, ale w sposób całkowicie niezrozumiały. Czy chciał ludziom coś w ten sposób przekazać? I jakie przesłanie przynosili „goście”? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Lem w swoich książkach wielokrotnie pisał, że ludzkość nie ma możliwości porozumienia z „obcymi” (np. „list z gwiazd” w „Głosie Pana”, mechaniczne organizmy w „Niezwyciężonym” czy cywilizacja Kwintan we „Fiasku”).
Samo istnienie myślącego kolosa nigdy już nie da ludziom spokoju. Choćby przemierzyli Galaktyki, choćby związali się z innymi cywilizacjami podobnych do nas istot, Solaris będzie wiecznym wyzwaniem rzuconym człowiekowi…
Czego zresztą oczekują, czego spodziewać się mogą ludzie po „nawiązaniu informacyjnej łączności” z myślącymi morzami? Rejestru przeżyć związanych z istnieniem niekończącym się w czasie, tak starym, że nie pamięta zapewne własnego początku? Opisu pragnień, namiętności, nadziei i cierpień wyzwalających się w momentalnych porodach żywych gór, przetwarzania się matematyki w istnienie, samotności i rezygnacji w pełnię? Ależ to wszystko stanowi wiedzę nieprzekazywalną, a jeśli próbować przełożenia jej na jakikolwiek z ziemskich języków, to wszystkie poszukiwane wartości i znaczenia ulegną zatracie, zostaną po tamtej stronie. Nie takich zresztą, godnych poetyki raczej aniżeli nauki, rewelacji oczekują „wyznawcy”, nie, albowiem, sami nie zdając sobie z tego sprawy, czekają Objawienia, które wyłożyłoby im sens samego człowieka! Solarystyka jest więc pogrobowcem zmarłych dawno mitów, wykwitem mistycznych tęsknot, których jawnie, pełnym głosem usta ludzkie wypowiadać już nie śmią, a kamieniem węgielnym skrytym głęboko w fundamentach jej gmachu jest nadzieja Odkupienia…
Jak pisze Istvan Csicsery-Ronay w eseju „Modelowanie Chaosfery: Stanisława Lema rozmowy z Obcymi”: żadne fakty nie istnieją naprawdę poza matrycą, z której wyrastają.
A ta matryca to racjonalne założenia nauki. Kiedy uczeni napotykają zjawiska niezgodne z tymi założeniami, czyli całkowicie nieznane i niemożliwe do uporządkowania, obiekt ich badań staje się Chaosferą, której pojąć ani zrozumieć nie możemy.
Nie ma możliwości porozumienia z oceanem, bo trzeba by najpierw zrozumieć sprawy niepojęte dla ludzkiego rozumu. Csicsery-Ronay porównuje ocean do Zamku z powieści Kafki, w której instytucja (tytułowy Zamek) wpływa na losy ludzi mieszkających w miasteczku, ale na decyzje podejmowane w Zamku nie może wpłynąć nikt.
Jak mówi Snaut:
Wyruszamy w kosmos przygotowani na wszystko, to znaczy, na samotność, na walkę, męczeństwo i śmierć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno, ale myślimy sobie czasem, że jesteśmy wspaniali. Tymczasem, tymczasem to nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy. Chcemy znaleźć własny, wyidealizowany obraz; to mają być globy, cywilizacje doskonalsze od naszej, w innych spodziewamy się znowu znaleźć wizerunek naszej prymitywnej przeszłości. Tymczasem po drugiej stronie jest coś, czego nie przyjmujemy, przed czym się bronimy, a przecież nie przywieźliśmy z Ziemi samego tylko destylatu cnót, bohaterskiego posągu Człowieka! Przylecieliśmy tu tacy, jacy jesteśmy naprawdę, a kiedy druga strona ukazuje nam tę prawdę – tę jej część, którą przemilczamy – nie możemy się z tym zgodzić!
– Więc co to jest? – spytałem, wysłuchawszy go cierpliwie.
– To, czegośmy chcieli: kontakt z inną cywilizacją. Mamy go, ten kontakt! Wyolbrzymiona jak pod mikroskopem nasza własna, monstrualna brzydota, nasze błazeństwo i wstyd!!!
Najbardziej zagadkowa (i przysparzająca wielu problemów lemologom) jest ostatnia scena „Solaris”. Aby nie powrócić na Ziemię bez wyjaśnienia choćby jednego zjawiska, jakiego był świadkiem, Kris udaje się helikopterem na powierzchnię planety, żeby osobiście zobaczyć ocean:
Czarna fala wpełzła ciężko na brzeg, rozpłaszczając się i tracąc jednocześnie barwę; kiedy się cofnęła, po krawędzi calizny spływały drżące nitki śluzu. Obsunąłem się jeszcze niżej i wyciągnąłem rękę ku następnej. Powtórzyła wówczas wiernie ów fenomen doświadczony przez ludzi pierwszy raz nieomal przed wiekiem: zawahała się, cofnęła, oblała moją dłoń, nie dotykając jej jednak, tak że między powierzchnią rękawicy a wnętrzem zagłębienia, które od razu zmieniało konsystencję, stając się z płynnego prawie mięsiste, pozostała cienka warstewka powietrza. Uniosłem wówczas wolno rękę, fala, a raczej jej wąska odnoga, poszła za nią w górę, wciąż okalając moją dłoń coraz jaśniej przeświecającym, brudnozielonkawym otorbieniem.
Ani przez chwilę nie wierzyłem, że ten płynny kolos, który wielu setkom ludzi zgotował w sobie śmierć, z którym od dziesiątków lat daremnie usiłowała nawiązać chociażby nić porozumienia cała moja rasa, że on, unoszący mnie bezwiednie jak ziarnko prochu, wzruszy się tragedią dwojga ludzi. Ale działania jego kierowały się ku jakiemuś celowi. Prawda, nawet tego nie byłem całkiem pewien. Odejść jednak znaczyło przekreślić tę, może nikłą, może w wyobraźni tylko istniejącą szansę, którą ukrywała przyszłość. A więc lata wśród sprzętów, rzeczy, których dotykaliśmy wspólnie, w powietrzu pamiętającym jeszcze jej oddech? W imię czego?
Nadziei na jej powrót? Nie miałem nadziei. Ale żyło we mnie oczekiwanie, ostatnia rzecz, jaka mi po niej została. Jakich spełnień, drwin, jakich mąk jeszcze się spodziewałem? Nie wiedziałem nic, trwając w niewzruszonej wierze, że nie minął czas okrutnych cudów.
Większość krytyków uważa, że Krisowi udaje się tym samym przejść od antropocentrycznego rozumienia solaryjskich zjawisk do nowego otwarcia w stosunkach z Solaris. Nie zgadza się z tym Csicsery-Ronay, pisząc:
Obcość Solaris jest czymś tak obezwładniającym dla egocentryzmu naukowego solarystów, że żadnej z ich świadomych hipotez toczących planety nie można traktować dosłownie (…). Nigdy nie możemy stwierdzić, jaka jest „rzeczywista” struktura wydarzeń.
(Csicsery-Ronay, I, jr. Książka jest Obcym: o pewnych i niepewnych interpretacjach „Solaris” Stanisława Lema).
„Solaris” w kinie
Jako jedyne dzieło Lema, „Solaris” była ekranizowana trzykrotnie: w 1968 r. w Związku Radzieckim powstało coś w rodzaju telenoweli w reżyserii Niremburga i Iszimbajewej. W 1972 r., również w ZSRR, Andriej Tarkowski wyreżyserował pierwszą „profesjonalną” wersję, z Natalią Bondarczuk i Donatasem Banionisem w rolach głównych. W roku 2002 r. powstała amerykańska wersja w reżyserii Stevena Soderbergha z Natashą McElhone i Georgem Clooneyem. Zdania krytyków na temat obu tych ekranizacji są podzielone. Najlepsze (moim zdaniem) recenzje napisał Roger Ebert: Solaris 1972 i Solaris 2002.
Wiadomo, że Lemowi nie podobała się wersja Tarkowskiego. Powiedział o niej, że to raczej Zbrodnia i kara”, a nie „Solaris”, a na dodatek pojawiają się tam rodzice Krisa, a nawet jego ciocia (Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi). O wersji Soderbergha wypowiedział się w rozmowie z Agnieszką Minkiewicz:
Wizja artystyczna Soderbergha wydaje się przemyślana i konsekwentna, pozostaje jednak w pewnym oderwaniu od pierwowzoru.
(Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi).
Stanisław Lem napisał też felieton o filmie w Tygodniku Powszechnym. Kończy się konkluzją:
Mnie zaś jako autorowi chodziło – powtórzę – po prostu o to, by stworzyć wizję spotkania ludzi z czymś, co istnieje, i to na sposób potężny, a równocześnie do żadnych ludzkich pojęć ani wyobrażeń zredukować się nie daje. Dlatego książka nazywa się „Solaris”, a nie „Miłość w próżni kosmicznej”.
„Solaris” w teatrze

Scena z inscenizacji „Solaris”. Źródło: Teatr Polski we Wrocławiu.
W teatrze było kilkadziesiąt inscenizacji „Solaris”, z których ostatnia to wersja wrocławskiego Teatru Polskiego w reżyserii Michała Zdunika (adaptacja: Ewa Mikuła).
Byłem na tym spektaklu i jestem pod dużym wrażeniem. Reżyserowi udało się uniknąć największej pułapki, w którą wpadło większość (jak mi się wydaje) autorów adaptacji, a mianowicie nadmiernego skupienia się na relacji Kris-Harey, w wyniku czego powstaje coś w rodzaju kosmicznego melodramatu. Ze zrozumiałych względów nie mógł też pokazać mimoidów ani symetriad, ale znakomicie udało mu się oddać napiętą i klaustrofobiczną atmosferę wewnątrz stacji, co ma związek z pojawianiem się duchów przeszłości. W przypadku Krisa są to wyrzuty sumienia z powodu śmierci Harey, ale pozostali też mają swoje traumy, które na stacji Solaris ich dopadają. Drugi problem „Solaris”, czyli pytanie o granice naszego poznania, został potraktowany raczej marginalnie. Ale może trudno jest w teatrze pokazać tak złożony problem filozoficzny?
Literatura
Stanisław Lem, Solaris. Wydawnictwo MON 1961.
Csicsery Ronay I., jr. Książka jest Obcym: o pewnych i niepewnych interpretacjach „Solaris” Stanisława Lema. W: Lem w oczach krytyki światowej. Wybór i opracowanie: Jerzy Jarzębski. Wydawnictwo Literackie 1989.
Csicsery_Ronay I. Modelowanie chaosfery: Stanisława Lema rozmowy z Obcymi. Teksty drugie: teoria literatury, krytyka, interpretacja, 1992, 3:30-52.
Stanisław Lem. Sława i Fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987. Wydawnictwo Literackie 2013.
Wojciech Orliński. Lem. Życie nie z tej ziemi. Wydawnictwo Czarne 2017.
Agnieszka Gajewska. Zagłada i Gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema. Wydawnictwo Naukowe UAM 2018.
Agnieszka Gajewska. Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku. Wydawnictwo Literackie 2021.
Autor
- chemik z wykształcenia, biolog molekularny z zawodu. Interesuje się glikobiologią i grupami krwi, a prywatnie fotografią. Miłośnik twórczości Stanisława Lema. X: @CzerwinsMarcin, Bluesky: @czerwinsmarcin.bsky.social.
Ostatnie wpisy
biologia23 lutego 2026Układ grupowy krwi P1PK (2): czy grupa krwi P(2) może nas chronić przed bąblowicą?
astronautyka18 lutego 2026EM poleca (#45): Dlaczego warto czytać „Solaris” Stanisława Lema po 65 latach od pierwszego wydania
biologia molekularna6 lutego 2026Układ grupowy krwi P1PK (1)
biologia molekularna17 listopada 2025Od semaglutydu do jadowitej jaszczurki, czyli jak badanie gadów wpływa na leczenie cukrzycy i otyłości




