Bałtycki grobowiec – M/S „Gustloff”

Alpy! Tu się oddycha!

W 1895 r. w Schwerinie na świat przychodzi chłopczyk, już na starcie życia pokarany przez rodziców – państwa Gustloff – cesarskim imieniem Wilhelm.

O jego dzieciństwie wiemy niewiele, ale w latach nastoletnich nieszczęsny Wilhelm zdaje małą maturę, po której praktykuje w zawodzie bankowca.

Jest marnego zdrowia, ma uszkodzoną krtań i „słabe płuca”, dzięki czemu nie trafia w kamasze i na fronty Wielkiej Wojny. Mało tego, dla podratowania zdrowia wyjeżdża w 1917 r. do szwajcarskiego Davos, gdzie górskie powietrze nie takich chorych stawia w tym czasie na nogi. Znajduje pracę w tamtejszym obserwatorium meteorologicznym, a dzięki powietrzu „krzepkiemu jak noga w biodrze” zyskuje na tyle sił, że 7 lat później poślubia córkę tamtejszego poczmistrza. Na potomstwo sił już nie starcza.

Davos w 1923 r. W takich okolicznościach przyrody płuca leczyli panowie Castorp i Gustloff, choć nie w jednym pokoju. Obaj spędzali wiele czasu na obserwacjach pogody, ale tylko drugiemu z nich za to płacono.

Po wojennej klęsce upokorzone Niemcy szukają winnych swojego upadku. Bo armia w „polu do końca niepokonana”, dookoła kłębią się komunistyczne macki, bieda z nędzą, bezrobocie, czerwona rewolucja i rozgoryczeni żołnierze. Wśród winnych są także Żydzi. Odpowiedzią na taką sytuację stają się takie organizacje, jak Niemiecka Liga Ochrony i Obrony czy powstała w 1922 r. NSDAP. Antysemityzm jest wyraźnie nośny.

Członkiem Niemieckiej Ligi zostaje dorosły już Gustloff.

Oficerowie o karminowych ustach

Na drugim krańcu Europy, w Rumunii, żyje nieco starszy od Wilhelma Iwan Aleksiejewicz Marinescu. W latach 90. XIX wieku trafia do rumuńskiej marynarki wojennej – służy w zespole pożarniczym na niszczycielu. Służbę pełni wzorowo, ale charakter ma czupurny. Naraża się jednemu z oficerów i przy kolejnym spotkaniu, w trakcie awantury, pierze go w pysk. Są to czasy, gdy rumuńscy oficerowie używają pudru i szminkują usta. Marinescu oczywiście trafia do aresztu, oczekując na sąd wojskowy. Przewidująco nie czeka jednak na proces – z pomocą towarzyszy ucieka z celi, przepływa Dunaj i dostaje się na Ukrainę.

Tam faktycznie unika wojskowej sprawiedliwości. Zmienia nazwisko na Marinesko, a trzymając się z dala od dużych miast, żyje z prac dorywczych. Do roku 1924 nie udaje mu się otrzymać obywatelstwa, ale żeni się z Ukrainką i zostaje ojcem.

W roku 1913 w Odessie na świat przychodzi jego syn – Aleksander Marinesko.

Mały Oluś w wieku siedmiu lat krąży po portowej dzielnicy z czeredą innych chłopaków. Wspólnie broją, ćmią cygarety, kąpią się w porcie wypełnionym rdzewiejącymi wrakami i – jak się wydaje – balansują na marginesie bycia portową żulerką.

Odeski port morski w 1917r.

Wodowanie „Tyrrhenii”

W 1920 r. na szkockiej rzece Clyde zwodowano statek „Tyrrhenia. Długi na 176 metrów liniowiec może przewozić 2200 pasażerów, co też czyni na trasie Glasgow – Montreal. Po kilku latach armator zmienia mu nazwę: pasażerowie narzekają, że trudno im poprawnie wymawiać słowo Tyrrhenia, więc statek pływa od teraz pod nową nazwą „Lancastria”. „Lancastria” pływa regularnie między Nowym Jorkiem a Liverpoolem, a w latach trzydziestych, jako statek turystyczny, po Morzu Śródziemnym i Północnym.

RMS „Lancastria”, luksusowy liniowiec pasażerski w 1930 r. Aby pasażerowie nie musieli nieestetycznie wyginać ust przy wymawianiu poprzedniej nazwy -„Tyrrhenia” – zmieniono ją na „Lancastria”.

Wojskowa szkoła


W życiorysie wersji heroicznej Marinesko junior do szkoły uczęszcza, czyta dużo i chętnie, ale po 6 latach nauki, jako trzynastolatek (1926), już pracuje jako praktykant marynarza na czarnomorskim parowcu. Jego jednostka bierze udział w akcji ratowniczej radzieckiego torpedowca. Dzięki tej akcji młody Aleksander zyskuje sympatię komandora Floty Czarnomorskiej, który powoduje przyjęcie chłopaka do szkoły morskiej.

Pierwszy rok szkoły to przyjemność, drugi staje się trudniejszy. Uczniowie kwaterują w warunkach koszarowych na statku „Łachta”, dni są zaplanowane według rutyny wojskowej, na ląd schodzi się raz na tydzień. Marinesko jest jednym z najlepszych uczniów i po 18 miesiącach zostaje zapisany bez egzaminów do odeskiej Szkoły Marynarki Wojennej.

Wodowanie „Armenii”

W roku 1928 leningradzka Stocznia Bałtycka woduje statek „Armenia – pasażerski liniowiec z przeznaczeniem na linie czarnomorskie. Jest to pierwszy statek zbudowany w Związku Radzieckim. Może przewieźć 550 pasażerów na pokładach trzech klas, a na krótkich trasach jest w stanie dodatkowo przyjąć 500 osób na pokładzie.


„Armenia” w stoczni, rok 1928. Będzie przewozić 550 pasażerów na pokładach trzech klas, ale nie zwykłych, a robotniczych.

Szwajcarska kariera

W tym czasie w dalekiej Szwajcarii Wilhelm Gustloff jest już etatowym liderem ekspozytury zagranicznej NSDAP na Szwajcarię. Rozwija sieć 27 baz w dużych miastach, struktury organizacyjne krzepną – działa już i sekretariat, i adiutant, sekretarz ds. propagandy, skarbnik oraz rzecznik prasowy. Rząd konfederacji zabrania przemarszów w mundurach, zatem lokalna NSDAP organizuje dla obywateli Niemiec (Szwajcarom wstępu do NSDAP zabroniono w 1933 r.) dyskusje, wydarzenia kulturalne, obchody urodzin Hitlera i pokazy filmów niemieckich.

Wilhelm Gustloff, z wyleczonymi do cna płucami, pozuje w pozie heroicznej: koalicyjka podtrzymująca pas, opaska z „krzýzýkiem scyńścio” i takaż odznaka na cherlawej piersi, a wszytko skąpane w jednokierunkowym oświetleniu dobywającym lwi pazur modela.

W 1935 r. szwajcarska Rada Związkowa rozpatruje wniosek o likwidację organizacji Gustloffa i wydalenie go z kraju, jednakże z uwagi na małe znaczenie działań w skali kraju wniosek odrzuca. Gustloff zyskuje ponad 5000 członków będących Niemcami, a także sympatię pewnej liczby rodowitych Szwajcarów. Ale posłuchu wśród helweckiego społeczeństwa jego idee nie znajdują, a on sam staje się obiektem „opieki” szwajcarskich służb dyplomatycznych i kontrwywiadowczych, a także działającej bez dyplomatycznego taktu i dyskrecji prasy.

„Szcz” jak szczupak

Na Morzu Czarnym na parowcach pływa jako czwarty, potem trzeci i drugi oficer – marynarz Marinesko. O morzu marzy od dziecka, więc jego młodość to życie spełnione. Na statek trafia po kursie dla przyszłych nawigatorów długodystansowych. Rok intensywnej nauki, a następnie pięć miesięcy praktyki na żaglowcu „Tawariszcz” kończy egzaminem państwowym: z czterdziestu kadetów po testach pozostaje tylko szesnastu.

W roku 1933 upomina się o niego marynarka wojenna. W Leningradzie rozpoczyna zajęcia nawigacyjne specjalnych kursów dla personelu dowodzenia. Na koniec jako drugi nawigator wchodzi na pokład okrętu podwodnego Szcz-306 (Щ-306) Floty Bałtyckiej. W roku 1936 zostaje awansowany na stopień podporucznika.

Marzenia się spełniają.

Okręt podwodny typu Szcz. Wyporność 590/708 ton i 6 aparatów torpedowych – czyli rozmiary niemieckich Ubootów typu VII, wołów roboczych niemieckiej marynarki podwodnej.

Pechowy dzień Wilhelma

A tymczasem dla Wilhelma Gustloffa już sam początek roku 1936 jest czasem „pechowym”. Swoje 41. urodziny, a jednocześnie rocznicę przejęcia władzy przez Hitlera, obchodzi w Berlinie. W kręgach partyjnych towarzyszy znany jest ze swego fanatycznego oddania partii: „Zabiłbym swoją żonę, gdyby Hitler kazał mi to zrobić”.

4 lutego wraca do swojego domu w Davos i tu spotyka się z niejakim Frankfurterem. Ten żydowski student medycyny, syn rabina, strzela do niego pięciokrotnie z „lewolwiera” kalibru 6,35 mm, w wyniku czego Parteigenosse Gustloff umiera.
Kiedy w roku 1945, po dziewięciu latach odsiadki Frankfurter wychodzi z więzienia w Chur, twierdzi, że tak naprawdę nie chciał zabić Gustloffa, ale Hitlera: „To był mój pierwszy plan, ale był nierealny”. Sytuacja identyczna jak z Niewiadomskim, mordercą Narutowicza, który wolałby trupem położyć Piłsudskiego, ale jego ochrona okazała się zbyt szczelna.

Państwowy pogrzeb PLUS

Dla propagandy Rzeszy ta śmierć to gwiazdka z nieba. Gustloff zostaje jednym z apostołów-męczenników ruchu, ofiarą „bezwzględnego żydowskiego mordercy”. Specjalny pociąg wiezie trumnę na państwowy „pogrzeb plus” do rodzinnego Schwerinu, a po drodze staje na uroczystościach pośrednich z okazaniem w pięciu miastach Niemiec. Na trasie przejazdu ustawiają się szpalery chłopców z Hitlerjugend. W pogrzebie uczestniczą najwyżsi notable nowej władzy. Ale nastroje antyżydowskie są tonowane, przemówienie Hitlera nad grobem jest wyważone. Bo w Garmisch-Partenkirchen trwa zimowa olimpiada i na zamieszki czas nie jest odpowiedni.

Włochy, bliska zagranica

Wiosną 1937 r. w hamburskiej stoczni Blohm und Voss wodowany jest wielki statek pasażerski, który ma służyć jako wycieczkowiec dla organizacji „Siła przez Radość” (Kraft durch Freude). KdF to wentyl bezpieczeństwa dla irytacji robotników coraz silniej wykorzystywanych przez III Rzeszę. Władza dławi związki zawodowe, blokuje wzrost płac i bezwzględnie wymaga wzrostu produktywności przemysłu zbrojeniowego. Obawia się jednak, że wywoła to niezadowolenie i w następstwie zamieszki, zatem próbuje robotników ugłaskać. KdF wprowadza szereg przywilejów dla robotników i ich rodzin: darmowe wakacje w niemieckich ośrodkach wypoczynkowych (i w bezpiecznej zagranicy – np. we Włoszech), koncerty w miejscach pracy, darmowe zajęcia gimnastyczne czy w końcu rejsy morskie dla członków KdF na Morze Śródziemne lub północ Europy flotą nowych, nowoczesnych, bezklasowych wycieczkowców. KdF jest współorganizatorem Igrzysk Olimpijskich w Berlinie w 1936 r.

Dom wypoczynkowy KdF „Prora” na Rugii. Projekt Klotza (wygrał ze Speerem) dla 20 tys. osób zakładał, że rocznie będzie go odwiedzać 14 milionów kuracjuszy. Baseny z falami, kino, sala widowiskowa na 20 tys. widzów, własny port. Budynek na zdjęciu jest zagięty – tylko szerokokątny obiektyw obejmie całość jednego z ośmiu gmachów o łącznej długości 4,5 km. Każde z 1118 okien z widokiem na morze.

Bezklasowy komfort

Jednym z wycieczkowców powstającej floty 13 jednostek jest duży, ponaddwustumetrowy motorowiec („Titanic” miał długość 269 m) dla prawie tysiąca pięciuset pasażerów i 424 członków załogi.

Standardowa kabina pasażerska na „Gustloffie”

Wszyscy pasażerowie mieszkają w identycznych kabinach dwu- i czteroosobowych; w każdej znajduje się szafa dla każdego pasażera, jedna lub dwie umywalki z bieżącą zimną i ciepłą wodą oraz część wypoczynkowa składająca się ze stołu, krzeseł i sofy. Zgodnie z ówczesną praktyką na statkach pasażerskich, toalety, prysznice i wanny projektuje się jako obiekty wspólne na zewnątrz kabin, ale oddzielne dla pasażerów i załóg.

„Gustloff” jako nowiutki wycieczkowiec. Na kominie widoczny wesoły wiatraczek – logo KdF (we wnętrzu ma drugi wiatraczek, taki państwowy). Pod linia szalup ciągnie się dłuuugi pokład spacerowy osłonięty od strony morza hartowanym szkłem.

Statek zaopatrzony jest w motorowe i wiosłowe łodzie ratunkowe dla wszystkich zaokrętowanych – 1897 osób. Już w czasie budowy statku przewiduje się użycie go jako statku szpitalnego i wyposaża się go w windy do transportu łóżek oraz przewody tlenowe prowadzące do kabin.

Wraz z budową liniowca nadchodzi dobry czas na „odkopanie” postaci Gustloffa. W maju 1937 r. odbywa się uroczystość nadania imienia i wodowania nowo powstałego statku. Robi się z tego wielką fetę, obecny jest Hitler. Statek otrzymuje nazwę „Wilhelm Gustloff”, a ceremonii chrztu dokonuje wdowa po męczenniku ruchu, swego czasu sekretarka Hitlera. Ciekawostką jest, że statek pierwotnie ma nazywać się imieniem samego Führera, ale ten, skromnie spuściwszy oczy, zarządza politycznie zręczne imię „Wilhelm Gustloff”. W tle istnieje obawa, że nie byłoby zręcznie, gdyby kiedyś na dno miał pójść M/S „Adolf Hitler”. To samo zdecydowało, że pancernik kieszonkowy „Deutschland” po namyśle przemianowuje się na „Lützow”.

Szczecin, rok 1939. „Wilhelm Gustloff” w malowaniu na statek szpitalny, za moment w nowej roli będzie miał ręce pełne roboty.

Zwalniają, czyli będą przyjmować

A 1500 km na wschód rok 1937 to punkt zwrotny kariery i życia Marineski. On sam uważa się już za rasowego podwodniaka, z czym zgadza się również dowództwo i wysyła go na Wyższe Kursy Dowództwa. Absolwenci kursu stają się samodzielnymi dowódcami okrętów podwodnych. Ale w czasie fazy szkoleń praktycznych z dowództwa nadchodzi niespodziewany rozkaz: „Zwolnić studenta Marinesko i zdemobilizować go z floty”. Przypuszczalnie chodzi o rumuńskie pochodzenie jego ojca.
Marinesko, zwolniony z armii, jest całkowicie odsunięty od morza – nie może pracować także w marynarce handlowej.
Lecz równie niespodziewanie rozkaz ponownej mobilizacji nadchodzi w listopadzie 1938. Marinesko kończy kurs, otrzymuje stopień starszego oficera i dowództwo małego okrętu podwodnego M-96.

Sowiecki okręt podwodny M serii XII. Słusznie zwany „Malutka”, bo to długość 50m, ale wyporność ledwie 280 t/350 t. Taka większa wanienka z 4 aparatami torpedowymi i peryskopem.
Marinesko przez całą służbę na M-96 wystrzelił tylko jedną – niecelną – torpedę.

Okręt jest zupełnie nowy, niesprawdzony, pełen nieznanych jeszcze wad fabrycznych, które ujawnią się dopiero na morzu. W dodatku nowa jest i załoga. Sytuacja jest nieprzyjemnie trudna. Według hagiografów młodego kapitana M-96 był tak mały, że nie przewidziano na nim miejsca dla zastępcy dowódcy i – o zgrozo – komisarza ds. politycznych. Ale mostek obsadza człowiek wielu talentów, więc już po kilkunastu miesiącach M-96 i jego załoga stają się najlepszą jednostką floty „pod względem wyszkolenia politycznego i bojowego”, a sam kapitan otrzymuje awans na komandora porucznika i złoty zegarek, a także wpis w papierach: „Marinesko jest zdecydowany, odważny, zaradny i bystry. Znakomity marynarz, świetnie przygotowany. Potrafi szybko się poruszać i podejmować właściwe decyzje. Przekazuje podwładnym swoje umiejętności, wiedzę i morale. Zaniedbuje interesy osobiste na rzecz służby, jest opanowany i taktowny. Dba o swoich podwładnych”.

Mierzalnym parametrem gotowości bojowej okrętu podwodnego jest czas zanurzenia alarmowego. Okręt Marineski znika pod wodą w 17 zamiast regulaminowych 35 sekund. Załoga i okręt są zgrani.

Dziewiczego rejsu przygody

A tymczasem nowo zwodowany „Gustloff” pływa zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Pierwszy rejs do Anglii wiosną 1938 ma charakter propagandowy – ma zaoferować mieszkającym na Wyspach Niemcom możliwość wzięcia udziału w głosowaniu do Reichstagu, a także podyskutowania w gronie ziomków o niedawnym Anschlussie Austrii. Niedługo potem 1500 pasażerów płynie w dwudniowym rejsie na Helgoland. Dziewiczym rejsem statku ogłasza się piętnastodniową podróż Lizbona – Madera. Ma on nietypowy przebieg, bo drugiego dnia rejsu umiera na zawał serca 58-letni kapitan Carl Lübbe. Jego obowiązki przejmuje kapitan Friedrich Petersen, a z jego nazwiskiem zetkniemy się ponownie za kilka lat.

Rok 1938, pasażerki „Gustloffa” entuzjastycznym machaniem żegnają oddalający sie ląd. Warto dostrzec, ze w spodniach jest tylko jedna niewiasta.

„Gustloff” jako narzędzie KdF pływa przede wszystkim na Morze Śródziemne – dziesięć razy opływa włoski but, odwiedza też często norweskie fiordy. W kwietniu 1939 „Gustloff” w towarzystwie bliźniaczego „Roberta Leya” i kilku innych wycieczkowców płynie do hiszpańskiego Vigo, by zabrać do Hamburga lotników i personel lądowy Legionu „Condor”, uczestniczącego w zakończonej niedawno wojnie domowej w Hiszpanii.

Wybucha kolejna wojna światowa. „Gustloff”, zamieniony na statek szpitalny, we wrześniu odbiera z Gdańska prawie 700 rannych Niemców. Za pół roku rannych przywozi także z Norwegii.

Gdańsk 1939 r. „Gustloff” już jako jako statek szpitalny gotowy do załadunku rannych Niemców.

Potem statek zostaje przejęty przez Kriegsmarine i zamieniony na hulk koszarowy dla personelu szkolnego niemieckich łodzi podwodnych. Służy też jako transportowiec wojska. Trwa wojna, szpasów nie ma – montuje się na nim broń przeciwlotniczą i zrzutnie bomb głębinowych. Statek, planowany jako wycieczkowiec, nie ma maszynowni o potężnej mocy: jego prędkość maksymalna to 19 węzłów, co do majestatycznego zwiedzania fiordów wystarczało aż nadto.

Tylko nie mów nikomu

Brytyjską „Lancastrię”, luksusowy liniowiec oceaniczny, wojna zastaje na Bahamach. Statek płynie do Nowego Jorku na remont, z którego wypływa jako przemalowana na szaro jednostka w służbie Royal Navy. Na dziobie ma zainstalowane 100 mm działo morskie. W kwietniu wywozi z Norwegii żołnierzy korpusu brytyjskiego.

Rok 1940, „Lancastria” ewakuuje z Norwegii brytyjskie wojska.

Dwa miesiące później zostaje skierowana do ewakuacji z Francji pozostających tam nadal na plażach ponad 140 tysięcy żołnierzy Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych. 17 czerwca 1940 r. „Lancastria” kotwiczy w pobliżu Saint-Nazaire, skąd przyjmuje kolejne partie ewakuowanych Brytyjczyków. Statek jest przeładowany żołnierzami, uchodźcami cywilnymi, personelem ambasady brytyjskiej w Paryżu i pracownikami Fairey Aviation z rodzinami. Uciekinierzy tłoczą się we wszystkich dostępnych miejscach, łącznie z wielkimi ładowniami. Oficer Royal Engineers informuje, że na pokład weszło ponad 7200 osób.

Po południu niemieckie bombowce Ju 88 atakują „Lancastrię”, trafiając ją czterema bombami. Jedna z nich wpada do komina, dwie do ładowni wypełnionych tłumem. Część szalup jest zniszczona. Ludzie skaczą z coraz bardziej przechylającego się pokładu i giną po uderzeniu o burtę. Kamizelki ratunkowe łamią karki w momencie uderzenia o wodę. Ludzie bez kamizelek toną, umierają z wychłodzenia, duszą się pływającym na wodzie grubym kożuchem mazutu. Niemieckie samoloty ostrzeliwują z karabinów maszynowych ocalałych pływających na powierzchni wody. Liczbę zaginionych ocenia się na 4000 do 7000 osób, a Churchill wiadomość o katastrofie utajnia do końca wojny.

Rok 1940, „Lancastria” tonie w pobliżu Saint Nazaire.

Sowieci sojusznikiem Hitlera

W tym samym czasie w Zatoce Ryskiej kapitan Marinesko „podwyższa bojową gotowość załogi” swojego okrętu w czasie ćwiczeń czasu pokoju.
Bo Związek Radziecki w wojnie od roku 1939 udziału nie bierze, prawda?
Jego bazą jest port na skalistym półwyspie Hanko, wynajmowanym od Finlandii.

1939 r. Sowieckie czołgi i niemieccy motocykliści podczas przypadkowego spotkania w trakcie wspólnej defilady zwycięstwa nad Polską.

W momencie wybuchu wojny z Niemcami flota radziecka posiada 218 okrętów podwodnych, z czego aż 69 grupuje Flota Bałtycka. To więcej, niż Niemcy, Anglia i Francja posiadały razem w roku 1939. I ta siła nie była w stanie w czasie wojny zimowej z Finlandią zablokować dostaw broni i strategicznych ładunków drogą morską do fińskich portów. Zajęcie Litwy, Łotwy i Estonii bardzo poprawiło sytuację Floty Bałtyckiej, ale nie zmieniło jej bardziej niż marginalnego znaczenia w operacjach na Bałtyku.

Szwedzki parowiec „Fenris” o wyporności 500 ton. Na upartego można go było zatopić dobrze zaostrzoną siekierką. „Fenris” to jeden z pięciu statków zatopionych przez sowieckie okręty podwodne w czasie fińsko-sowieckiej Wojny Zimowej.

Aż nadchodzi to, o czym ostrzegali Stalina Churchill i sam legendarny szpieg Sorge. Jak przez następne 60 lat chce sowiecka propaganda, na„uśpione lotniska” i „bez wypowiedzenia wojny” Niemcy wdzierają się na tereny sowieckie na całej długości ich zachodniej granicy.

Niemiecki dziennikarz Richard Sorge – długoletni agent sowieckiego GRU, a potem, dla niepoznaki, także niemieckiej Abwehry. Najbardziej lubi szpiegować na Dalekim Wschodzie, występując w roli rzetelnego dziennikarza. W wolnym czasie zszargane szpiegowaniem nerwy koi wódką. Tutaj widzimy go jako bohatera na okolicznościowym znaczku wydanym w NRD, dokąd po wojnie przenieśli się wszyscy porządni Niemcy.

Nie ma planów wojny obronnej

Wojna, ale nie ta zwykła, lecz „ojczyźniana”, zastaje okręt Marineski na morzu. Ten wraca do bazy w Kronsztadzie, a ta chwilę później zostaje przez Niemców praktycznie zablokowana na trzy lata. Niemcy dokonują tego poprzez położenie pól minowych blokujących Zatokę Fińską (już od 20 czerwca 1941 stawiają na wodach przybrzeżnych 1500 min). Działania te pozostają przez sowiecką flotę, lotnictwo i wywiad zupełnie niezauważone! Nieco później okazuje się, że Flota Bałtycka jest zupełnie nieprzygotowana do trałowania swoich wód – i działań takich przed atakiem Niemców nawet nie zakładała. W pierwszych dniach wojny sowieckie okręty nawodne próbujące operować na morzu zostają zmasakrowane minami i torpedami Niemców i Finów, a także wybombardowane przez Luftwaffe. Flota Bałtycka wysyła w kluczowe rejony patrolowe 10 okrętów podwodnych. Nie napotykają one żadnego statku (Niemcy wstrzymali ruch morski), ale za to tracą jedną jednostkę, która napotyka niemieckiego U-boota.

Niemiecka kontaktowa mina kotwiczna. Pływa po powierzchni, ponieważ została wytrałowana przez liny trałowca, które przecięły jej łańcuch kotwiczny. Pływająca na powierzchni jest już „podana na tacy” pepeszy Tomka Czereśniaka.

Zatopienie „Armenii”

7 listopada 1941 r. „Armenia”, przerobiona na statek szpitalny, zostaje skierowana do Sewastopola. Tam już trwa ewakuacja, miasto lada chwila może upaść pod niemieckim oblężeniem. „Armenia” podejmuje na pokład tysiące pasażerów z Sewastopola, a potem kolejne tysiące z Jałty – są to urzędnicy z rodzinami, ranni oraz personel medyczny. W pewnym momencie nikt już nie notuje liczby uciekinierów wdzierających się na pokład statku.

„Armenia” przed 1941 r. na trasach czarnomorskich. Dzięki niewielkiemu zanurzeniu może pływać na płytkich wodach wokół Krymu

Około południa „Armenię” atakują Heinkle He 111 w wersji torpedowej. Ze zrzuconych dwóch torped jedna trafia statek tuż za częścią dziobową.

„Armenia” tonie w ciągu zaledwie 4 minut.

Ginie od 5 000 do 10 000 ludzi.

„Armenia” miała malowanie okrętu szpitalnego, była jednak uzbrojona i płynęła z eskortą wojskową, co pozbawiało ją ochrony traktatowej przed atakiem. Ale i tak nie miało to znaczenia – Hitler odrzuca zobowiązania traktatowe (tzw. Jurysdykcja „Barbarossa” z maja 1941: wyjęcie ludności ZSRR spod prawa, wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej, bezkarność działań władz okupacyjnych i żołnierzy).
A zresztą Niemcy także wcześniej topią sowieckie statki stricte szpitalne („Kotowski”, „Czechow”).

Szwedzkie tupnięcie nogą

W 1942 r. Sowieci wysyłają na Bałtyk 36 okrętów podwodnych. Czas na polowanie jest dogodny – przez Bałtyk idzie 80% importu rudy żelaza ze Szwecji, drewno i celuloza z Finlandii, a także transporty wojska i uzbrojenia na północny front wschodni. Początkowo Sowieci osiągają pewne sukcesy, głównie jednak dlatego, że operują z wód terytorialnych neutralnej Szwecji: statki pływają tam bez eskorty, nie zygzakują obronnie, a w nocy są oświetlone. Szwedzi protestują: najpierw na drodze dyplomatycznej, po czym w lipcu niszczyciel „Sztokholm” atakuje i zatapia sowiecki Szcz-317. Wskutek tego pada sowiecki zakaz operowania własnej floty na tych wodach.

Elegancki szwedzki niszczyciel HSwMS „Stockholm”. Wobec bezradności dyplomatów w prążkowanych spodniach osobiście wyjaśnił sprawę sowieckich naruszeń wód terytorialnych neutralnej Szwecji. Potem przez dekady „Prawda” miała powód do wrzasków o „kolaboracji z faszystami”.

Rok 1942 to 36 operujących na Bałtyku sowieckich okrętów podwodnych (OP). Topią one 17 statków Osi i szwedzkich. Ceną za to jest utrata 12 jednostek radzieckich. W tym czasie w rejonach działań Sowietów przepływa 200 jednostek wojennych i 1950 statków handlowych. Sowieckie załogi są źle wyszkolone, słaba jest taktyka operacyjna floty podwodnej, nie istnieje żadne rozpoznanie.

Operacja „Hannibal”

Zimą 1945 r. losy wojny są przesądzone. Pół roku wcześniej sowieckie armie w tytanicznej operacji „Bagration” w ciągu trzech tygodni dosłownie teleportują się kilkaset kilometrów na zachód. Zajmują Prusy Wschodnie, okrążają Pomorze Gdańskie i wkraczają na Pomorze Zachodnie. W kotle zamykają wojska i ludność cywilną. Ta usiłuje przed nadciągającą hekatombą uchodzić, ale lądowe drogi ucieczki są już przerwane. W styczniu, w ogromnej operacji „Hannibal”, Niemcy organizują ewakuację ludzi drogą morską. Korzystając z tego, że na Bałtyku nadal całkowicie dominują, używają w niej wszystkiego, co może pływać – statków pasażerskich, wojskowych, transportowych, promów, a nawet kutrów rybackich. Portami załadunkowymi są Królewiec, Gdynia, Piława, Kłajpeda i Hel.

1945, port w Królewcu. Na zatłoczony pokład tendra „Wedel” wchodzą kolejni cywile.

Od stycznia do końca wojny udaje się wywieźć 2,5 miliona ludzi, a wszystko to w warunkach surowej zimy, ostrzału i braków w zaopatrzeniu. Sowieci do walki o przerwanie strumienia morskiego zaopatrzenia nie kierują żadnych poważnych sił z odblokowanych bałtyckich baz (choć całą wojnę tkwią tam: 1 pancernik, 1 krążownik, 12 niszczycieli i liczne okręty lekkie). Do walki z żeglugą niemiecką wysyłają lotnictwo morskie, okręty podwodne i kutry torpedowe.

Jednym z ucieczkowych transportowców jest „Wilhelm Gustloff”.

Sprzedadzą nam sznur, na którym zawisną

Aleksander Marinesko to „rasowy wilk morski”, co w jego przypadku oznacza pijaństwo, bijatyki, awantury i konflikty z przełożonymi. W 1941 r. zostaje wyrzucony z partii za „lekceważenie obowiązków i arogancję”, po roku jednak odkupuje winy, dostaje awans na komandora podporucznika (kapitana III rangi) i znowu staje się kandydatem do partii oraz dowódcą okrętu podwodnego S-13 serii IX bis.

S-13 to jednostka średniej wielkości (840/1070 ton wyporności); na powierzchni rozwija prędkość 19, a pod wodą 9 węzłów. Uzbrojona jest w 6 wyrzutni torpedowych i działo. „S” niby znaczy średnia, ale tak naprawdę to „Staliniec”


Okręty tej serii buduje się w latach 1938–1943, ale projekt całej serii powstaje w holenderskiej stoczni IvS. Stocznia ta to de facto filia niemieckiego biura konstrukcyjnego Deutsche Schiff-und Maschinenbau AG (AG Weser). Niemcy przed wojną przeprojektowują istniejący model do ścisłych wymagań Sowietów – zmiany obejmują między innymi zwiększenie prędkości nawodnej, montaż mocniejszych silników Diesla i powiększenie maszynowni.

Z 10 jednostek typu „S” służących na Bałtyku – zimą 1945 pływa tylko S-13. Reszta okrętów tonie na minach, pada ofiarą fińskiej floty na- i podwodnej oraz niemieckiego lotnictwa.
Zimą 1945 S-13 zostaje przebazowany do fińskiego Turku (Finlandia zmieniła sojusze i jest już aliantem).

W sylwestrowa noc 44/45 Marinesko oddala się samowolnie na knajpiane uciechy, a popojkową noc spędza z piękną Szwedką, podejrzewaną o szpiegostwo na rzecz Niemiec. W zasadzie oznacza to sąd doraźny i surowy wyrok, ale niesforny kapitan dostaje szansę odkupienia win. 11 stycznia 1945 wyrusza na morze, a kilka dni później rozpoczyna patrol w rejonie Ławicy Słupskiej.

Gotenhafen znaczy Gdynia

W ostatnich dniach stycznia 1945 „Wilhelm Gustloff” cumuje przy nabrzeżu gdyńskiego portu. Na pokład, gdzie pracuje 173-osobowa załoga, wpuszcza kolejno oczekujących na ewakuację ludzi z kartami pokładowymi: 918 oficerów i marynarzy z dywizji szkolnej okrętów podwodnych, 373 kobiety z pomocniczego korpusu Kriegsmarine (wojskowe telefonistki, telegrafistki, maszynistki, kreślarki i pielęgniarki), 162 rannych żołnierzy i wreszcie 4424 uciekinierów, wśród których są funkcjonariusze Organizacji Todt, junkrzy, policjanci, gestapowcy, działacze NSDAP i rodziny urzędników.

Plaża i port w Gdyni, lata międzywojenne.

W ostatniej chwili na statek, w otoczeniu ścisłej eskorty, ładowanych jest kilka wielkich, nieoznakowanych skrzyń. Domysły, co mogą zawierać, do dziś pozostają zagadką rozpalającą wyobraźnię.

Statkiem dowodzi kolegium wieloosobowe: oficer z ramienia marynarki oraz z ramienia floty handlowej – jeden z etatowych przedwojennych kapitanów statku, Friedrich Petersen. Znamy go już jako dowódcę z dziewiczego rejsu jednostki, kiedy to na zawał umiera jej pierwotny dowódca. Kapitanowie kłócą się i nie zgadzają w żadnej kwestii dotyczącej rejsu: czy płynąć po wodzie głębokiej, czy płytkiej, czy zygzakować, czy włączyć oświetlenie.

Wieczorem 30 stycznia statek odbija od nabrzeża i niemal natychmiast zatrzymuje się: zostaje otoczony łódkami, z których zdesperowani cywile błagają o zabranie. Pada rozkaz zrzucenia siatek, po których ludzie wspinają się na pokład. „Gustloff” rusza, mija główki gdyńskiego pirsu i wypływa na zimowy, smagany lodowatym wiatrem Bałtyk. Konwój tworzy „Gustloff”, duży transportowiec „Hansa” i dwa eskortowce. Na wysokości Helu „Hansa”, z powodu awarii steru, zawraca do portu w towarzystwie jednego z eskortowców.

Według dzisiejszej wiedzy łącznie na statku znajduje się prawdopodobnie 10 tys. osób. Statek przeznaczony dla 2000 ludzi jest w stanie oblężenia: zapełnione są kabiny, korytarze, sale balowe i jadalnie. Sto siedemdziesiąt ewakuowanych telefonistek umieszczono w osuszonym basenie pływackim na trzypiętrowych pryczach. Podczas okrętowania panuje chaos; mimo pilnującej porządku uzbrojonej żandarmerii, w pewnym momencie nikt nie jest już w stanie policzyć wszystkich wchodzących na pokład. Kończą się nawet zeszyty, w których zapisuje się dane pasażerów.

Powietrze ma -18 stopni, a woda +3 stopnie Celsjusza. Jako jedyna eskorta statkowi towarzyszy niewielki eskortowiec „Löwe”, który osłania transportowiec od prawej burty – od strony otwartego morza, gdyż to stamtąd załoga obawia się ataku.

Eskortowiec „Löwe”, dawniejszy norweski torpedowiec HNoMS „Gyller”, podczas wojny przejęty przez Niemców. Tu na zdjęciu powojennym ponownie w marynarce norweskiej.

Nocny pościg

S-13 płynie jednak blisko brzegu. Wczesnym wieczorem hydroakustyk melduje, że na północy słyszy dźwięk dwuśrubowego motorowca. O godzinie 19:30 wachta dostrzega idący od strony pełnego morza, oświetlony światłami pozycyjnymi duży statek w eskorcie niszczyciela. Marinesko kieruje się ku konwojowi i w półzanurzeniu przez dwie godziny ściga go, aż dochodzi na pozycję na jego wysokości.

Marinesko w roku 1944

Półzanurzenie oznacza, że nad wodę wystaje tylko kiosk okrętu, a cały kadłub jest pod wodą. Sylwetka jest mniej widoczna i można płynąć szybciej dzięki silnikom Diesla. Te jednak potrzebują dostępu powietrza przez otwarty właz w kiosku. Gdy morze jest wzburzone, jedna silna fala może zalać kiosk, podtapiając okręt, a spalinowe silniki dokończą sprawę, wysysając z wnętrza całe powietrze, co doprowadziłoby załogę do nagłej utraty przytomności. Ale wielka fala nie nadchodzi i woda wnętrza S-13 nie zalewa.

Zacięcie Stalina

Godzina 21:02: na „Gustloffie” załoga nie ma pojęcia, że statek jest ścigany. Obserwacja skupia się na prawej burcie, od strony otwartego morza. Tam też dozoruje eskortowiec.
Marinesko nakazuje zwrot w kierunku statku i otwarcie czterech dziobowych wyrzutni torped. Od celu dzieli go zaledwie kilkaset metrów.
O godzinie 21:08 pada rozkaz odpalenia czterech torped. Każda jest opisana patriotycznymi hasłami. Jedna z nich, z napisem „Za Stalina”, zacina się w rurze wyrzutni, ale pozostałe mkną ku burcie „Gustloffa”. Torpedy typu 53-38, płynąc z prędkością 40 węzłów, potrzebują zaledwie kilkudziesięciu sekund na dotarcie do celu. Każda z nich przenosi 300 kg trotylu. Uwalniające się z torped spaliny pozostawiają na wodzie biały, spieniony ślad, ale w śnieżnej nocy, przy minimalnej odległości, nie ma to żadnego znaczenia.

Wszystkie trzy pociski uderzają w burtę „Gustloffa”: jedna za dziobem, druga kilkanaście metrów dalej w rejonie basenu pływackiego, a trzecia prosto w maszynownię. Eksplozje są ogromne.

Moment storpedowania m/s „Wilhelm Gustloff” sfotografowany z pokładu S-13. Morze jest stosunkowo spokojne.

Marinesko fotografuje moment uderzenia pierwszej torpedy. Widać, że morze jest mimo wiatru stosunkowo spokojne. „Gustloff” to wycieczkowiec, którego konstrukcja nie jest przygotowana na znoszenie takich wybuchów, a cios trzech torped to praktycznie wyrok śmierci nawet dla dużego okrętu wojennego. Statek natychmiast stopuje i zaczyna przechylać się na lewą, rozerwaną w trzech miejscach burtę. Przez wielkie wyrwy do wnętrza wlewają się setki ton wody, która kolejno wypełnia sąsiadujące przedziały wodoszczelne. Opanowanie sytuacji jest niemożliwe; kapitan Petersen wydaje rozkaz opuszczenia statku.

Utopione w basenie

Ponoć eksplozje torped bezpośrednio nie zabiły wielu pasażerów. Wiadomo jednak, że wybuch na wysokości basenu zabił niemal wszystkie 172 kobiety śpiące na trzypiętrowych pryczach w osuszonym basenie – przeżyły tylko dwie.

Ewakuacją kierują uzbrojeni żołnierze, ale panika wybucha błyskawicznie. Zalana maszynownia nie produkuje prądu, pokłady spowija ciemność. Przechył narasta i nie da się spuścić szalup na prawej burcie. Te na lewej także sprawiają kłopoty – żurawiki łodzi są zalodzone i pozamarzane, więc części nie daje się odblokować. Niektóre łodzie, zbyt wcześnie wyczepione, przewracają się; część tratw pneumatycznych okazuje się niesprawna. Na pokładzie zaczynają się walki o dostęp do ratunku – dochodzi do bójek, padają strzały, również samobójcze. Wśród samobójców przodują rodziny oficerskie. Niektórzy skaczą do wody, co przy jej temperaturze i przeładowanych szalupach jest praktycznie wyrokiem śmierci.

Ludzie uciekają na promenadę spacerową górnego pokładu. Ta, osłonięta od strony morza pancernym szkłem, nie daje szans wydostania się poza statek.
Jeden z dowódców zamyka grodzie wodoszczelne – na zahamowanie zalewania kolejnych przedziałów jest już za późno, ale rozkaz ten odcina drogę ucieczki załodze pod pokładem.

Czy panowie reflektują koniak?

Na mostek wchodzi steward w białej marynarce, niosąc na tacy szklanki z koniakiem, którym częstuje oficerów.
Pół godziny po storpedowaniu statek ma już 40-stopniowy przechył. Po chwili kapitan Petersen opuszcza mostek i wsiada do szalupy, a jej załodze zabrania podejmowania ludzi z wody – obawia się, że przeciążona łódź się przewróci.

Wewnętrzne korytarze statku pełne są stratowanych na śmierć pasażerów. Na zewnątrz dzieją się sceny dantejskie – w szalupach i tratwach mieści się tylko 1050 osób.

Wysoki urzędnik partyjny wraz z żoną i dzieckiem półwiszą na stromym pokładzie, kurczowo trzymając się relingów. Mężczyzna uwalnia jedną rękę i wyciąga pistolet. Strzela do żony i dziecka. Kiedy celuje w swoją głowę – nic się nie dzieje, skończyła się amunicja. Puszcza poręcz i wpada do morza.

Kobieta z dzieckiem na ręku, wypchnięta przez ludzka ciżbę, znajduje się w wodzie – już bez dziecka. Wraz z rozszalałym tłumem dobija do tratwy, ale nie zostaje do niej wpuszczona. Gdy odzyskuje przytomność, jest wewnątrz tratwy, ale całe nogi ma odarte ze skóry paznokciami czepiających się jej ludzi.

Pasażerowie schodzą do łodzi po drabinach. Na jednej z nich utyka sparaliżowany strachem młody mężczyzna. Blokującego ruch sąsiedzi siłą odrywają od szczebli i zrzucają do morza, gdzie natychmiast tonie.

Małżeństwo partyjnych dygnitarzy –„bażantów” w musztardowych mundurach podejmuje próbę wspólnego samobójstwa. Mąż zabija żonę, ale na strzał we własne usta nie starcza mu odwagi. Widzący to zniesmaczony żołnierz zabiera mu pistolet i sam strzela mu w twarz.

Po wszystkim prokuratura nie wszczyna śledztw przeciwko pasażerom, uznając, że działali „w warunkach wyższej konieczności”.

Plaże pełne topielców

Po kolejnej pół godzinie „Gustloff” przewraca się na lewą burtę i tonie. W ostatniej chwili dochodzi do ogromnej eksplozji kotłów w maszynowni, co powoduje krótkotrwałe uruchomienie zasilania i rzęsiste oświetlenie tonącego statku. Eskortowiec „Löwe” nadaje sygnał radiowy z prośbą o pomoc na częstotliwości wojskowej. Taka procedura powoduje jednak opóźnienie akcji ratunkowej.

Na miejscu pojawia się konwój z krążownikiem „Admiral Hipper” – ten jednak odpływa z miejsca zdarzenia, aby nie stać się łatwym celem dla okrętu podwodnego, którego wykrywają hydrolokatory eskorty. Ta pozostaje na miejscu i w ciągu godziny podejmuje z wody 550 osób, po czym wraca do krążownika. Po 5 godzinach z Gdańska docierają inne statki ratownicze. Jako jednego z ostatnich żywych wyławiają radiotelegrafistę z „Gustloffa”.


Ciężki krążownik „Admiral Hipper”. W wiadomym rejsie miał na pokładzie 1500 uchodźców. Znikając z Bałtyku skrył się w Kilonii, gdzie w maju zbombardowali go Brytyjczycy. Na zdjęciu bardzo przyjemny widok zrujnowanego wraku w resztkach siatek maskujących.

O świcie zrezygnowano już z szukania ocalałych, lecz niespodziewanie odnaleziono ostatnią szalupę z kilkoma osobami. Wszyscy zamarzli, ale w ich masie bosman Fisch odnajduje żywe niemowlę. Zabiera je ze sobą, a później adoptuje.

W sumie udaje się uratować 1215 rozbitków (w tym kmdr. Zahna i kapitana Petersena). Zginęło prawdopodobnie 6 600 osób, w większości z powodu hipotermii. Zwłoki wyławiano jeszcze przez kilka dni, a setki ciał morze wyrzucało na plaże od Piławy po Hel.

„Steuben”

S-13 kontynuuje patrol. Po 11 dniach w okolicach Rozewia natyka się na kolejny konwój z uciekinierami. Torpeduje transportowiec „Steuben”, na którym płynie ponad 6500 ludzi, w tym 2800 rannych. Udaje się uratować tylko 300 z nich.

„Steuben” w roku 1939. I z brzegu, i znad relingów wszyscy machają sobie na pożegnanie.

Marinesko zostaje gwiazdą floty podwodnej. Liczy na to, że jego poprzednie winy zostaną zapomniane, a on sam otrzyma tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Jednak z Marineską jest poważny problem: nadal bez przerwy pije do nieprzytomności (także na pokładzie), kilkakrotnie oddala się samowolnie od swojego okrętu i wraca po kilku dniach (nazywa to „wyjściem na rozmagnesowanie”), wszczyna burdy i bijatyki. Coraz częściej – zdaniem przełożonych z powodu nadmiaru wódki – miewa ataki padaczki.

Taka postać nie nadaje się na oficjalny wzór bohatera.

Systematyczne pijaństwo i rozwiązłość obyczajowa

Kończy się wojna. Marinesko do listy swoich uchybień dodaje karygodne zaniedbywanie obowiązków służbowych. W sierpniu 1945 r. zostaje zdjęty z dowodzenia S-13 i zdegradowany za alkoholizm (co w realiach ZSRR jest karą wyjątkowo wymowną). Przez chwilę dowodzi trałowcem, ale w październiku zostaje ostatecznie zwolniony ze służby i przeniesiony do rezerwy za „systematyczne pijaństwo i rozwiązłość obyczajową”.

Rok 1945, Marinesko jeszcze w mundurze.

Pływa we flocie handlowej, skąd po trzech latach zostaje zwolniony „z powodu słabego wzroku”. Pracuje w Instytucie Transfuzji Krwi jako dyrektor ds. gospodarczych. Tam, z powodu zarzutu niegospodarności (który hagiografowie uznają za sfabrykowany), zostaje skazany na trzy lata łagru. Wyjeżdża do „sanatorium” na Kołymie.

Tam bierze się w garść, nie traci ducha, ustają też napady padaczki. Pisze do swojej drugiej żony pogodne listy: „Żyję, pracuję i liczę czas nie w dniach, ale w godzinach. Zostało ich około 1800, ale jeśli wyrzucimy godziny snu, wyjdzie 1200. Idź do łaźni osiem razy, zjedz siedemdziesiąt kilogramów chleba”.

Po powrocie w 1951 roku ima się rozmaitych zajęć (pracuje jako ładowacz, topograf), aż ostatecznie osiada w dziale zaopatrzenia w fabryce Mezon. Nikt ze współpracowników nie wie, czego ich zaopatrzeniowiec dokonał w czasie wojny.

W 1960 r. Marinesko żeni się po raz trzeci. Małżeństwo żyje w skrajnej biedzie. „Nie mieliśmy porządnego krzesła ani stołu, początkowo spaliśmy na sklejce. Później udało nam się zdobyć otomanę i byliśmy szczęśliwi” – pisała później jego żona.

Marinesko umiera w 1963 r. po rocznej walce z rakiem gardła. Dopiero pośmiertnie, w 1990 r., Gorbaczow odznacza go tytułem Bohatera Związku Radzieckiego. Dziś imię Marineski nosi petersburskie muzeum okrętów podwodnych i ulice w wielu miastach. W trzech z nich stoją jego pomniki, a poczta wydała znaczek z jego podobizną.

Pomnik Marineski w Sankt Petersburgu

Wraki

Wraki m/s„Wilhelm Gustloff”, s/s „Steuben” i m/s „Goya” leżą na dnie w niewielkiej odległości od polskiego wybrzeża.

„Wilhelm Gustloff” spoczywa na głębokości 45 metrów, 19 mil morskich od brzegu (poza granicą polskich wód terytorialnych). W latach 50. Sowieci intensywnie go eksplorowali, rozrywając kadłub materiałami wybuchowymi. Później pojawiali się tam również płetwonurkowie niemieccy. Legenda tajemniczego ładunku (w tym Bursztynowej Komnaty) wciąż żyje. Wrak zachowany jest zaledwie w 5%. W jego otoczeniu nie ma już żadnych śladów po pasażerach ani ich bagażach. W 1994 r. Polska uznała wrak za mogiłę wojenną; nurkowanie na nim i w promieniu 500 metrów jest zakazane.

Skan sonarowy wraku z 1992 roku.

„Steuben” zostaje odnaleziony w 2004 r. przez polską ekipę w odległości około 20 mil morskich od wybrzeża, na wysokości Ławicy Słupskiej. Kadłub statku jest w dobrym stanie, leży na lewej burcie na głębokości około 50-70 metrów.

Sonarowy obraz „Steubena”

Autor

Wojciech Rybka
Laborant we wrocławskim Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN. W naszej fabryce nauki dumnie dzierżę funkcję sekretarza Wrocławskiego Towarzystwa Lemologicznego, gdzie (po godzinach) na kawałki rozbieramy twórczość, życie i czasy Stanisława Lema.
Jeszcze bardziej po godzinach rozważam powrót do aktywnej fotografii amatorskiej i aktywnego kontaktu z górami. Na tych jałowych rozważaniach na razie szczęśliwie poprzestaję.

4 komentarze

  1. prawy versus lewy w religii pisze:

    Bardzo ciekawa opowieść. Tonięcie „Gustloffa” opisane tak plastycznie i szczegółowo, że chyba nieprędko wsiądę na jakąkolwiek jednostkę pływającą!

    4
  2. Wojciech Rybka pisze:

    Navigare necesse est, byle tylko w pobliżu nie krążył jakiś kawał lodu albo inny Marinesko

    2
  3. Robciq_M pisze:

    Mocne, pełne faktów.

    • Wojciech Rybka pisze:

      Przypuszczam, że każda taka historia, gdy giną ludzie — czy to po zderzeniu z kawałkiem lodowca, czy po przewróceniu promu samochodowego — brzmi podobnie. Tyle że podczas wojny śmierć staje się często masowa. Choć bez wojny, w roku 1987, po zderzeniu z tankowcem zatonął prom MV Doña Paz, gdzie zginęło ponad 4000 pasażerów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *