JAK WYKOŁOWAĆ POŻYTECZNEGO IDIOTĘ cz. 4

Co się dzieje w USA, gdy prezydent umrze, złoży urząd albo straci rozum? Jego zadania przejmuje wiceprezydent, po to w istocie istnieje. Tylko co wtedy, gdy wiceprezydent jest idiotą i łatwo ulega wpływom? Co najmniej jednokrotnie w historii zamorskiego supermocarstwa człowiek zajmujący to stanowisko przysłużył się obcemu krajowi bardziej niż własnemu. Henry A. Wallace, wiceprezydent USA podczas kadencji prezydenta F. D. Roosevelta, stał się jednym z tzw. pożytecznych idiotów Moskwy.
Wielki amerykański biznes, wcześniej tak mocno zaangażowany we wspieranie krwiożerczego sowieckiego reżimu, z radością powitał dopuszczenie stalinowskiego robotniczego raju do obozu aliantów podczas drugiej wojny światowej – bo to oznaczało kolejne ogromne pieniądze. Gdyby opinia publiczna w USA dowiedziała się prawdy o zbrodni katyńskiej, masowym mordowaniu mniejszości narodowych przez Stalina czy jego bardzo bliskich związkach z nazistami, uruchomienie olbrzymich dostaw Lend-Lease stanęłoby pod znakiem zapytania. Opłacane z pieniędzy naiwnych podatników wsparcie dla Związku Radzieckiego oznaczało kosmiczne wręcz wpływy dla amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, naftowego, spożywczego i tekstylnego. Kosmiczne.

(Wikimedia Commons)
Gdy Stany Zjednoczone wysyłały Stalinowi miliony ton żywności, tysiące samolotów bojowych i wojskowych ciężarówek, miliony litrów paliwa lotniczego i sztuk amunicji artyleryjskiego, środki publiczne zostawały przecież w Ameryce, wypłacane przez rząd federalny firmom, które produkowały towary pozyskiwane w ramach Lend-Lease. Paradoksalnie, analogiczna sytuacja wystąpiła wówczas, gdy Ukrainę zaatakowała putinowska Rosja i Stany wysłały pomoc wojskową w postaci sprzętu: amerykańskie środki pomocowe zostały wszak w USA, utrzymując zatrudnienie i tworząc zysk dla producentów towarów.

Amerykańskie zaopatrzenie płynęło szerokim strumieniami do Stalina czy to w konwojach arktycznych do Murmańska i Archangielska, czy to przez Iran, okupowany przez Wielką Brytanię i ZSRR, czy wreszcie przez Alaskę (głównie samoloty) – a zgrupowani wokół Roosevelta potakiwacze zacierali łapy z zadowolenia. Znajdował się wśród nich Henry A. Wallace, wiceprezydent USA, według mnie jeden z najbardziej tępych noży w prezydenckiej szufladzie ze sztućcami.

Henry A. Wallace wybrał się podczas wojny w podróż przez ZSRR z niewielkim orszakiem – przy czym ostatecznym punktem docelowym były Chiny, gdzie miał się spotkać z sojusznikiem Aliantów w drugiej wojnie światowej, Czang Kaj-Szekiem. Wallace wyartykułował wobec swoich gospodarzy życzenie, by obejrzeć sławetne obozy pracy na Syberii. Wyrażono zgodę, miał zwiedzić obóz na Czukotce. Przyleciał na jedno z 16 lotnisk, używanych do odbioru samolotów z USA tudzież innych rodzajów zaopatrzenia, przybywającego drogą powietrzną. Obóz, który wiceprezydent USA miał zaszczycić swoją obecnością, należał do konglomeratu Dalstroj, założonego w 1931 dla eksploatacji złóż złota i rudy cyny w rejonie Kołymy (potem także uranu).

Poczynając od roku 1938 Dalstroj, pod którego zarządem znajdowało się 10% powierzchni ZSRR, podlegał bezpośrednio NKWD jako „Główny Zarząd Budowlany Dalekiej Północy Dalstroj”. Siła robocza pochodziła głównie z kompleksu obozowego SiewWostŁag. Niby liczba pojedyncza, ale kompleks ten składał się z 26 obozów, 168 podobozów, 392 „rejonów zamieszkania więźniów” oraz 189 przedsiębiorstw państwowych.

Wallace oto wylądował dokładnie w takim kompleksie przemysłowego wyzysku więźniów, kipiąc entuzjazmem wobec swojego idola Stalina. Obóz naturalnie specjalnie przygotowano na jego przybycie: wieże wartownicze zdemontowano, zbudowano fikcyjne sklepy z półkami uginającymi się od towarów, całość zamieniono w atrakcyjną wizualnie potiomkinowską wioskę. A w rzeczy samej był to brutalny obóz koncentracyjny, ociekający okrucieństwem, wiele lat później opisany przez Węgra, George’a Biena, który przetrwał pobyt w tym obozie, jako „wielkie Auschwitz bez krematoriów”.

Wallace’owi strasznie podobał się obóz, gdzie uśmiechnięci mechanicy pilnie pracowali w warsztatach naprawczych, gdzie dziewczęta w eleganckich strojach zajmowały się hodowlą świń (w tej roli wystąpiły kobiety normalnie zatrudnione w biurach obozu), a inni pełni radości życia proletariusze dbali o warzywa w szklarniach (te hodowano dla oficerów NKWD i strażników obozowych). Łatwowiernemu Amerykaninowi pokazano również dwie kopalnie złota, gdzie przyzwoicie odziani komsomolcy udawali górników.

Gdzie Wallace nie poszedł, widział amerykański sprzęt. Ciężarówki Studebaker, maszyny różnego rodzaju, materiały wybuchowe, detonatory, nawet gumowce… ale przecież umowy Lend-Lease wyraźnie zabraniały przekazywania sprzętu otrzymywanego w ramach pomocy wojennej do kopalń złota. A Wallace co na to? Nic. Milczał. Wierzył towarzyszącym mu bardzo miłym oficerom NKWD, których potem wielokrotnie chwalił, gdy mówili mu, iż sprzęt ciężki i samochody ciężarowe wykorzystywane są do budowy publicznej drogi na wskroś Kołymy. Było to kłamstwo, droga miała łączyć obóz z kopalniami, by sprawniej można było wozić więźniów w obydwie strony.

Podczas pobytu amerykańskiego wiceprezydenta w Dalstroju, w tym samym kompleksie obozowym więziono ponad 70 tysięcy ludzi. Amerykańskiej delegacji pokazano odkrywkową kopalnię węgla, zakład przetwórczy rudy miedzi pełen amerykańskiego sprzętu oraz miasto Komsomolsk nad Amurem. Budowa tegoż miasta, oficjalnie zbudowanego przez ogarniętych rewolucyjnym entujazmem ochotników z Komsomołu, tak naprawdę pochłonęła tysiące istnień więźniów z kompleksu obozów koncentracyjnych NiżAmurŁag. Wszystko Wallace’a zachwycało, nie spostrzegł niczego negatywnego i przez okienko samolotu nie zauważył ani jednego obozu karnego, choć przeleciał nad wieloma.

Zaraz po wojnie Wallace opublikował książkę, pełną idiotycznych twierdzeń na temat stalinowskiej Rosji i własnej tam wizyty. Ale… sześć lat po wydaniu jego kretyńskich wspomnień, ukazały się drukiem, po angielsku, wspomnienia zgoła inne, napisane przez więźniarkę, obecną w obozie podczas wizyty amerykańskiej delegacji. Była ona obywatelką Szwajcarii, nazywała się Elinor Lipper. Dopiero wówczas Wallace przyznał publicznie, że został oszukany.

To Stany Zjednoczone w największej mierze przyczyniły się do podtrzymania istnienia dyktatur Lenina i Stalina. Niestety ten sam duch wiernej współpracy z kimkolwiek, kto akurat zajmuje tron na Kremlu, wydaje się trwać nadal. Amerykański prezydent nie tylko otwarcie staje po stronie Rosji, ale także pozostaje tak samo ślepy wobec prawdy jak Wallace podczas swojej wizyty na Syberii. Gwoli ścisłości: Wallace jednak po pewnym czasie odwołał swoje poglądy na temat ZSRR i nigdy nie używał konturówki do oczu.

Autor
- Pisze i publikuje od 40 lat, o samochodach i samolotach od ponad 30. Laureat nagrody Global INMA i finalista corocznego konkursu Royal Automobile Club w dziedzinie "Outstanding Journalism". Pierwszy polski obywatel, który startował w wyścigu samochodowym w Le Mans. Wielokrotny uczestnik Festival of Speed w Goodwood. Stały współpracownik portalu moto.pl oraz miesięczników Octane i Aeroplane.
Ostatnie wpisy
20-lecie międzywojenne7 stycznia 2026HAUTE COUTURE cz. 4: od Bugatti do kolejki linowej
20-lecie międzywojenne2 stycznia 2026HAUTE COUTURE cz. 3: CZARODZIEJ Z PARYŻA
20-lecie międzywojenne22 grudnia 2025HAUTE COUTURE cz. 2: Figoni & Falaschi
20-lecie międzywojenne12 grudnia 2025HAUTE COUTURE cz. 1




