Co zaszło 8 Stycznia 1945 w Michigan?

Pomimo iż USA nie były areną działań wojennych, to nastąpiło tam bombardowanie – konkretnie to telefonami.

Bombardowanym obiektem było przedsiębiorstwo wodociągowe w Grand Rapids. Co wywołało taką nawałę telefonów? Fluor dodany do wody dostarczanej do lokalnych mieszkańców. Zgłaszali oni różne problemy zdrowotne – od wypadania zębów po halucynacje. Miasto było pierwszym miejscem na świecie, w którym przeprowadzono fluoryzację wody pitnej. Efekty po kilku latach były tak obiecujące, że praktyka dodawania fluoru do wody rozprzestrzeniła się szybko na całym świecie.

Brzmi to trochę złowieszczo i pachnie spiskiem. Wiadomo: rząd i naukowcy, którzy traktują cały świat jak plac zabaw i miejsce do testowania swoich okrutnych pomysłów. Jednak każdy coś tam gdzieś (co cechuje wiarygodne informacje i źródła) słyszał lub czytał: że fluor jest toksyczny, że naziści testowali go przy kontroli umysłów na więźniach obozów koncentracyjnych, że to jakiś plan depopulacji, spisek korporacji, ślepota naukowców i inne tego rodzaju argumenty, które sprawiają, że sformułowałem postulat, aby pewna grupa ludzi miała dostęp do internetu wyłącznie w trybie „tylko do odczytu”. Jednak nasi Czytelnicy są grupą ludzi, którym należą się odpowiedzi na wątpliwości, a te mają prawo pojawić się u każdego.

Wróćmy do Grand Rapids: co faktycznie zaszło tam w związku z fluoryzacją wody owego dnia? Nic, bo nic nie mogło się stać – z prozaicznej przyczyny. Związki fluoru zaczęto dodawać do wody pod koniec stycznia, a nie na początku, jak pisali rozemocjonowani dziennikarze. Ot, kolejny przypadek zbiorowej histerii spowodowanej przez media. Jeśli ktoś myśli, że to niemożliwe, to przypominam przypadek zbiorowej histerii spowodowanej emisją słuchowiska „Wojna Światów” w amerykańskiej rozgłośni radiowej. Ludzka percepcja jest bardzo ułomna, dlatego korzystamy z dobrodziejstw Nauki.

A co faktycznie zaobserwowano w Grand Rapids i miastach, które później również zaczęły wzbogacać wodę pitną w ten sposób? To, czego spodziewali się naukowcy bazujący na wcześniejszych obserwacjach: zauważono, że dzieci mieszkające w miejscach, gdzie woda zawiera naturalnie ponad 1 ppm fluoru (ppm oznacza „parts per million”, czyli ile części danej substancji jest zawartych w zbiorze zawierającym milion części, mówiąc najprościej i najogólniej, jak się da), znacznie rzadziej cierpią z powodu próchnicy. Stąd właśnie propozycja ludzi takich jak Henry Trendley Dean czy Phillip Jay, aby dodawać do wody niewielkie ilości fluoru (w miejscach, gdzie nie występował naturalnie w takich ilościach) i w ten sposób chronić ludzi przynajmniej w jakimś stopniu przed próchnicą od dziecka. W tej materii z pewnością byli kompetentni: Henry Dean był dentystą, który do tego wniosku doszedł w toku kilkunastoletnich badań. Efekty zaobserwowane w wyżej wspomnianej miejscowości i innych były na tyle obiecujące, że praktyka fluoryzacji wody szybko rozprzestrzeniła się po świecie – tylko i wyłącznie to. Nie żadne spiski, a naoczne dowody, że to po prostu działa.

Działa z powodu tego, że pierwiastki reagują ze sobą tworząc różnego rodzaju związki chemiczne, które często znajdujemy w różnych minerałach i na szkliwie zębów. Weźmy więc do ręki jedną z moich ulubionych pomocy naukowych i rzecz, którą chyba każdy w życiu widział – etykietę wody mineralnej.

 

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie określa się tego produktu mianem wody jonowej – w końcu zawiera kationy i aniony, czyli atomy mające odpowiednio nadmiar i niedobór elektronów, a więc nieobojętne elektrycznie. Aniony fluorkowe i wapniowe bardzo chętnie formują minerał znany jako fluoroapatyt, Ca5(PO4)3F, który wraz z innym minerałem, hydroksyapatytem, Ca5(PO4)3OH, jest budulcem szkliwa naszych zębów. Fluoryzacja wody ma po prostu wzbogacać naszą dietę o składniki, z których ów budulec może powstać, a w konsekwencji zapobiec skutkom próchnicy lub je minimalizować. Ot cały spisek – dokładnie taki sam, jak ten ze szczepionkami: jakoś polepszyć ludzkie życie przy pomocy racjonalnego używania ludzkiego rozumu.

Fluoryzacja wody, tak samo jak szczepionki, zajmuje w świecie pseudonauki swoje miejsce, a że z tamtego śmietnika mnóstwo wywiewa i jakoś trafia do głów ludzi, którzy nie mają czasu (możliwości) wszystkiego analizować, więc opowiedzmy sobie pokrótce jeszcze o kilku sprawach, które mogą nurtować Czytelników po przemyśleniu kilku kwestii.

Na przykład: czy obecnie nie ma już sensu fluoryzować wody? Zgódźmy się, że pasta do zębów zawiera fluor, więc jeśli szczotkujemy zęby, to powinno wystarczać. I tak, i nie. Wystarczyłoby gdyby każdy regularnie czyścił zęby w prawidłowy sposób – tj. po posiłku, gdy węglowodany są zamieniane w naszej jamie ustnej w kwasy organiczne – odpowiednio dokładnie, odpowiednio długo itp. No, różnie z tym w populacji bywa. Spożywanie wody z dodatkiem fluoru towarzyszy nam zaś cały dzień w napojach i posiłkach, więc mamy szansę, aby przynajmniej minimalizować skutki próchnicy małymi dawkami fluoru podawanymi regularnie. Wspomniane wcześniej kwasy organiczne mają tendencję do rozpuszczania hydroksyapatytu, więc powstający fluoroapatyt ma możliwość wbudować się w szkliwo i przynajmniej w jakimś stopniu je remineralizować. Generalnie, jeśli ktoś mówi, że „skoro fluor jest w paście, to nie musi być w wodzie”, to powinno brzmieć to dla was tak samo jak „po co nam zamki w drzwiach, skoro wokół domu jest płot?” lub „a po co zapinać pasy, skoro mam poduszki powietrzne?”. Spożywanie małych dawek fluoru jest korzystne zarówno dla dzieci, których zęby stałe dopiero rosną w dziąsłach, jak i dla dorosłych, aby remineralizować szkliwo poddane brutalnemu działaniu kwasów.

Inną kwestią może być to, że wspomnianej pasty do zębów nie należy połykać ani spożywać w dużych ilościach. Fluor jest toksyczny, podobnie jak wiele jego związków; jednakże zawartość fluoru w wodzie jest znacznie poniżej tego, co można uważać za dawkę toksyczną. W przypadku pasty do zębów fluoru jest znacznie więcej, ale jak wspomniałem, nikt rozsądny jej nie połyka, a dzieci należy po prostu pilnować, aby nie zjadły tubki za jednym razem, aczkolwiek uspokajam: ponieważ pasta do zębów jest produktem normalnie dostępnym w handlu, to można bezpiecznie przyjąć, że nawet cała tubka pasty nie zawiera dawki śmiertelnej, która według różnych źródeł wynosi od 5 do 10 g spożytych jednorazowo. Dla zobrazowania: moja pasta zawiera 1450 ppm fluoru, co oznacza, że w litrze tej pasty byłoby go zaledwie 1450 mg, podczas gdy pojemność tubki to jakieś 75 ml. Zjedzenie całej tubki śmiertelne nie będzie, ale szczególnie w przypadku dzieci może skończyć się różnymi dolegliwościami, stąd mój apel o uwagę i powód, dla którego powszechnie i słusznie mówi się, iż pasty nie należy połykać. Zawartość fluoru w wodzie pitnej to zaś przeciętnie 0,7 mg/l, a więc nie ma możliwości, aby fluoryzacja wody mogła mieć negatywne efekty zdrowotne. Po raz kolejny potwierdza się, iż wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo ważna jest dawka.

Jednym z argumentów, które bywają również podnoszone przez ludzi robiących sobie – parafrazując kultową komedię – ze zdrowego rozsądku spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, jest neurotoksyczność fluoru i w konsekwencji „obniżenie IQ”. Nie jestem pewien. czy dobrze zrozumiałem zarzut sformułowany w ten sposób, ale sądzę, że może być on związany osobą dr Christine Till, która doszła do takich wniosków na podstawie danych z krajów trzeciego świata, ale również Meksyku czy Kanady. Dla mnie wiele o jakości jej wnioskowania mówi to, że nie uwzględniła w swoich porównaniach innych czynników, tj. zanieczyszczeń środowiska czy naturalnego fluoru w wodzie. Zresztą tego rodzaju wnioski ogłosiła na konferencji czegoś znanego szerzej jako „International Academy of Oral Medicine and Toxicity”, która to organizacja jest znana z – delikatnie mówiąc – dość dowolnego interpretowania danych i faktów oraz powiązań z ludźmi takimi jak zakłamany Andrew Wakefield czy Judy Mikovits, która zapoczątkowała istnienie hasła „plandemia”, ono zaś w głowach wielu ludzi doprowadziło do podważania sensu stosowania genialnie skutecznych szczepionek. Nie są to dla mnie ludzie, których wnioski czy argumenty zasługują na coś innego niż poczucie, iż ktoś próbuje obrazić naszą inteligencję. O wiele bardziej wartościowa wydaje mi się metaanaliza badań z różnych krajów takich jak Nowa Zelandia, USA czy kraje europejskie, gdzie fluoryzacja wody jest procedurą stosowaną od lat, mamy względną kontrolę nad stanem środowiska etc. Wnioski tutaj są jasne: o ile wysokie dawki fluoru faktycznie mogą mieć wysoce negatywny wpływ na percepcję i zdolności poznawcze, o tyle w żadnym kraju nie stwierdzono spadku IQ w populacji.

To tyle o fluorze w wodzie i spisku, który stoi za jego dodawaniem do wody pitnej i pasty do zębów. Oczywiście zapraszam do komentarzy i pytań oraz podzielenia się ze mną innymi argumentami spiskowymi, których po prostu nie znam, a kolejnym razem w ramach odskoczni od mechaniki kwantowej postaramy się dojść do tego, kto stoi za wodą strukturyzowaną/tlenowaną/czy-jak-to-akurat-nazwą!

(c) by Lucas Bergowsky
Jeśli chcesz wykorzystać ten tekst lub jego fragmenty, skontaktuj się z autorem
.

Autor

Lucas Bergowsky
Chemik zafascynowany fizyką kwantową.
Użytkownik Twittera (@Lucas_z_Escobar) o nietypowym poczuciu humoru. Fan gier komputerowych i książek.
BlueSky: @lucas-z-escobar.bsky.social‬

1 Odpowiedź

  1. Andrzej Muras pisze:

    No cóż, umysły rozumnawe są skłonne do posądzania rządów, gremiów naukowych i kogo się tylko da o spisek przeciwko Bogu ducha winnym „szarym ludziom”. Teorie spiskowe są domeną osób, które w swych ubogich rozumkach nie potrafią pojąć skomplikowanego (tylko dla nich) świata, szukają więc tyleż prostych, co najczęściej głupich tłumaczeń, w których zawsze występują diaboliczni „oni”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *