Ludojad: rzecz o północnej ścianie Eigeru
Spis treści
- Otwornice maszerują ku kenozoikowi
- Budujemy piramidę
- Zróbmy sobie Alpy
- Brytyjczycy odkrywają Europę
- Ile lat ma Ziemia?
- Lubimy się bać
- Bez kanapy się nie ruszam!
- Uroki klubokawiarni
- Eiger – pierwsze udeptywania
- Góra z własnym klimatem
- Hymn kolejarzy wąskotorowych
- Śmierć po raz pierwszy
- Śmierć po raz drugi
- Trawers Hinterstoissera
- Zakaz deptania!
- Nie wszyscy umrzemy
- Północna ściana Eigeru – nadchodzi przełom
- Piekło Białego Pająka
- ”Akademie, kwiaty, wizyty w zakładach pracy”
- Ciekawy przypadek pana Mostowskiego
Skąd się wzięła kreda?
Białe, kredowe klify duńskiej wyspy Møns Klint są bardzo strome, miejscami niemal pionowe. Zajrzenie w ponad stumetrową czeluść, w pieniące się fale ciemnoniebieskiego Bałtyku, budzi zrozumiały dreszcz emocji. Wierzch wyspy, aż do krawędzi klifu, porasta piękny las.
Kreda tworząca wyspę jest bardzo miękka i krucha. Wierzchnia warstwa jest silnie zerodowana, można ją kruszyć palcami. Stąd liczne osuwiska i podmycia wyspowego trzonu.
Ta kredowa formacja ciągnie się od duńskiej części Bałtyku, przez Holandię, Belgię, aż po północno-zachodnią Francję. Na tych kredowych pokładach rosną winorośle winnic Szampanii.

Właśnie te pokłady kredy tworzyły niegdyś most lądowy łączący dzisiejszą Francję z południowo-wschodnią Anglią. Dziś most ten zapadł się głęboko pod fale Kanału La Manche, a kreda wynurza się z wody na angielskim brzegu w charakterystycznych białych klifach.

Pozostało im tęsknie spoglądać na kredowe klify Siedmiu Sióstr na nieodległym, angielskim brzegu Kanału.
To od nazwy tej kilkusetkilometrowej kredowej formacji pochodzi nazwa okresu kredowego, nadana mu w 1822 r. przez belgijskiego geologa (o ekstrawaganckim nazwisku) Jean-Baptiste-Julien d’Omalius d’Halloy. Aby stworzyć mapy geologiczne Francji i terytoriów sąsiednich, pokonał w swych badawczych wyprawach ponad czterdzieści tysięcy kilometrów. Niestety, wystawiło to na (niezaliczoną) próbę cierpliwość najbliższej rodziny. Wyraźny brak wsparcia dla pasji męża/ojca/zięcia zamknął okres terenowych wyjazdów. Wyniki swoich eksploracji d’Omalius d’Halloy opublikował w postaci map geologii Francji dopiero w roku 1822 (aby nie drażnić rodziny, gotowe do publikacji zalegały w szufladzie prawie dekadę).

Jean-Baptiste-Julien d`Omalius d`Halloy, ojciec epoki kredowej.
Tu sportretowany, gdy własnym ciałem ochrania szufladę z mapą geologiczną Francji i okolic
Miłośników skamieniałości kredowe złoża rozczarowują: w zasadzie nie można w nich odnaleźć eksponatów nadających się do pokazania na zebraniu Amatorskiego Koła Paleontologicznego. Jest to o tyle paradoksalne, że cała ta sypka, biała skała wapienna to jeden wielki zbiór organizmów pradawnego planktonu – kokolitów i otwornic: drobnych, jednokomórkowych organizmów o delikatnych skorupkach z węglanu wapnia.

Przez otworki skorupki otwornica wysuwała swoje nibynóżki i dziarsko maszerowała ku kenozoikowi.
Większość kamieni użytych do budowy egipskich piramid pochodzi od skamieniałości otwornicowych.
Tropikalne morza późnej kredy były wodami czystymi – osiadanie na dnie mikroskopijnych szczątków ówczesnego planktonu tworzyło osady o dużej jednorodności i czystości. A na osadzanie się ich szkieletów czasu było sporo: w ciągu 35 milionów lat pokłady kredy na morskim dnie osiągnęły grubość 300–400 m. Te kredowe osady na północnych brzegach Europy to „muł kalcytowy”. Powstał w płytkim morzu i nigdy nie został pogrążony głębiej niż na 3 kilometry.
Jak pisał paleontolog Richard Fortey: „Kreda jest skamieliną, i to praktycznie w całości.”
Okres kredy nie mógł jednak trwać wiecznie: 66 milionów lat temu z przytupem przerwało go energiczne lądowanie asteroidy na dzisiejszym Jukatanie. W jego konsekwencji powstał krater Chicxulub oraz radykalne zmiany klimatyczne. Katastrofa na granicy kredy i paleogenu wybiła nie tylko dinozaury, ale i większą część ówczesnego świata żywego.
Można bez przesady zauważyć, że spacer wzdłuż kredowego klifu to podróż między erą dinozaurów a okresem dominacji ssaków.
***
Zbudujmy piramidę!
Kredowe pokłady mogły mieć też inne losy niż powstanie Siedmiu Sióstr na wybrzeżu kanału La Manche. Bo gdyby te kilkusetmetrowe warstwy luźnej, porowatej kredy solidnie pościskać…?
I właśnie to działo się w innych rejonach ówczesnego świata. Kolejne ciężkie osady oraz głębokie pogrzebanie kredowych pokładów (przez ruchy tektoniczne) zapewniły duże ciśnienie. Ziarna węglanu wapnia zostały sprasowane, zniknęła kredowa porowatość, wzrosła gęstość. Woda rozpuszczała węglan wapnia, a zalewając jego roztworem przestrzenie między ziarnami, działała jak klej. Kalcyt kredy ulegał przebudowie rekrystalizacyjnej. I tak powstała skała już nie kredowa, a wapienna – spoista, twarda, wodoodporna.
Można już było budować piramidy, kolosea, i katedry.
Oczywiście dużo później.
Bo najpierw trzeba było zbudować Alpy.
***
Robimy Alpy!
Straszliwie upraszczając można by rzec, że wszystko stało się przez dzisiejszą Afrykę (wówczas, przed 200 milionami lat, zwaną zupełnie inaczej – Gondwana). Gdy ten kawał lądu postanowił powędrować na północ, wszystko na swej drodze zgniatał, rozwalcowywał i spychał. Przejechał przez Morze Śródziemne (wówczas zwane Oceanem Tetydy), wypchnął przed siebie jego osadowe, wapienne dno i rzucił je na ląd, dziś będący południową Europą (płyta europejska). Od tego spychania, zgniatania, wypychania powstały między innymi dzisiejsze Alpy.

Geolodzy uproszczeniem tym będą przerażeni. Bo przecie Alpy tworzą marmury dolomityczne, których materiałem wyjściowym były rafy koralowe i ostrygowe. Te zostały później przykryte przez wulkanity i kolejne warstwy skał osadowych. Głębokość ich pogrążenia przekraczała kilkanaście kilometrów, a tak głęboko ciśnienie, temperatura i obecność roztworów spowodowały rekrystalizację – tu często można mówić o metamorfizmie.

Ta alpejska orogeneza urodziła Alpy także na Wyżynie Berneńskiej w Szwajcarii. I o jednej z gór na tej wyżynie będzie nasza historia.
* * *
Brytyjczycy odkrywają Alpy
Można śmiało przypuścić, że przed wiekami człowiek w góry przybywał z konieczności. Niziny były już zajęte, więc dla migrantów pozostawały tereny „trudne”. I walka: o przeżycie dnia codziennego, o zbudowanie schronienia, o wyprodukowanie żywności, o znalezienie miejsca dla hodowli zwierząt. Pewnie dlatego górale na całym świecie są podobni: nieszczególnie zainteresowani tym, co jest powyżej łak i pastwisk, a eksplorujący przede wszystkim łąki, hale i doliny.
Nie inaczej było w Alpach. Do roku 1760 William Coolidge wymienia zaledwie siedem szczytowych wejść. W tym samym 1760 Chamonix wizytuje szwajcarski przyrodnik z Genewy, Horacy-Benedykt de Saussure. Widzi z bliska Mont Blanc i zaintrygowany potęgą niezdobytej nigdy góry (i przekonany o wadze odwiedzenia jej wierzchołka dla poznania budowy geologicznej Alp), ustala nagrodę pieniężną dla tego, kto odnajdzie drogę na jej szczyt.

Po dwudziestu sześciu latach (1786) francuski lekarz Paccard pod opieką lokalnego górala Balmata, wchodzi na szczyt Mont Blanc.

Prawie dokładnie rok później na szczyt wchodzi inicjator przedsięwzięcia de Saussure w towarzystwie swego służącego i 18 (!!) miejscowych przewodników.

Wejście to było punktem startowym trwającej przez kolejne sto lat złotej ery alpinizmu. Rozpoczyna się pasmo pierwszych wejść na wszystkie najwybitniejsze szczyty Alp i innych gór (np. Tatr). Za kres tej epoki uznaje się wejście w roku 1865 przez zespół Whympera na wierzchołek Matterhornu.
Ale co właściwie napędzało tych ludzi do wycieczek w miejsca niegościnne i trudno dostępne?
Brytyjskie kluby dla gentlemanów
Koniec wieku XVIII to eksplozja zainteresowania przyrodą i poznawania przyrodniczych aspektów życia na Ziemi. Studiowano rośliny, zwierzęta, skały. Już w połowie XVIII wieku wyłoniła się dziedzina nauki – geologia, bo słusznie zauważono, że obiecuje sporo opowiedzieć o przeszłości naszej planety. Jej atrakcyjność przyciągała największych arystokratów i ludzi wykształconych, którzy – jeden za drugim – wyruszali na wycieczki w poszukiwaniu skamielin, wyraźnie widocznych warstw skalnych i minerałów. Penetracje te często zaczynały się tuż obok domu, ale stopniowo zapał wyprawowy prowadził entuzjastów historii naturalnej – na pobliskie wzgórza, nadmorskie klify i w końcu w najwyższe dostępne wtedy góry – Alpy.
Ile lat ma Ziemia?
Warto zauważyć, że przed 200 laty o historii Ziemi wiedziano niewiele, a domyślano się jeszcze mniej. Ale – bardzo chciano wiedzieć! Liczba obserwacji otaczającego świata narastała, a wraz z nią rósł stos pytań.
Do życia budziła się filozofia naturalistyczna: naturaliści całą swą uwagę skierowali na świat przyrody i w nim poszukiwali odpowiedzi – także na pytania filozoficzne! I odpowiedzi stopniowo znajdowali:
– ile lat liczy Ziemia? (już domyślano się, że wiek Ziemi, przyjmowany na 6 000 lat, jest mocno niedoszacowany, więc ostrożnie zmieniono go milion, a nawet na kilka milionów lat )
– jak powstały kontynenty? (dryf kontynentów zastąpił popularną teorię „jajeczną” Thomasa Burneta: Ziemia była gładką kulą o powierzchni jak skorupka jajka. Kiedy zaczęła przeciekać i pękać, ukryte pod spodem wody wydostały się na powierzchnię i w formie potopu potrzaskały skorupkę doszczętnie. Po wycofaniu się wody pozostały ruiny – a góry były ich szczególnymi skupiskami)
– skąd sie wzięły muszle w moim ogrodzie?
– czy organizmy ewoluowały? (Darwin).
Geologia była tylko jedną z wielu dziedzin nauk przyrodniczych (botanika, geografia, meteorologia, mineralogia czy historia naturalna), a wszystkie można było uprawiać w Alpach. Tam były podane na tacy spektakularne formacje skalne.

Warstwy stratygraficzne były wydobyte na światło dzienne, tu znajdowano lokalne okazy roślin i zwierząt. I tak Alpy stały się na sto wielką piaskownicą pełną naukowych niespodzianek.
W naukach przyrodniczych przodowali Brytyjczycy i to oni w latach 20. i 30. XIX w. najechali Alpy w największej liczbie. To wtedy w Geological Society of London powstało mnóstwo dzieł, artykułów i rozpraw naukowych o Alpach.
Nowe hobby – estetyka GROZY
Zainteresowania naukowe dziwnie splotły się z nową nowinką estetyczną epoki: potrzebą wzniosłości. Owa wzniosłość (po angielsku sublime) to coś wzbudzającego podziw, zachwyt, zdumienie, często związanego z wielkością natury, sztuki, emocji czy idei. I tak wzniosłe okazały się wszelkie górskie przepaści, rozszalałe morskie sztormy i skaliste szczyty. Te wytwory natury, wywołujące w obserwującym mieszaninę grozy i zachwytu, były na czasie w całej Europie, ale szczególnie upodobali je sobie Brytyjczycy (to oni mieli najgłośniejszego promotora wzniosłości – Edmunda Burke’a. W jednym ze swoich dzieł ugruntował to pojęcie i zapewnił wzniosłości wielki rozgłos). Brytyjczycy znajdowali ją w rodzimych krajobrazach szkockich gór i nadmorskich klifów.

Ale lokalnej, przydomowej wzniosłości starczyło na krótko. Oczy poszukiwaczy emocji zwróciły się ku Alpom. A te brytyjska socjeta znała dzięki zjawisku Grand Tour – zwyczajowi wysyłania wysoko urodzonych młodzieńców w (kosztowną) podróż po Europie w poszukiwaniu nowych doświadczeń. W ten sposób Alpy odwiedziło wielu pisarzy, jak Wordsworth, Ruskin czy Byron, których opisy gór zachęciły kolejnych czytelników do podróży.

(…) Niewdzięczna! Gdy ja dzisiaj, w tych podniebnych górach
Spadający w otchłanie i niknący w chmurach,
Wstrzymuję krok, wiecznymi utrudzony lody,
I oczy przecierając z lejącej się wody (…)
Na portrecie Mickiewicz wprawdzie dosiada Judahu skałę, ale byroniczna poza i góralska kożucho-burka sugerują, że widzimy intensywny kontakt człowieka ze wzniosłością.
Oceny wieku XX sugerują (np. Ronald Clark), że duch eksploracji dżentelmenów epoki wiktoriańskiej wziął się z przesytu wygodą i bezpieczeństwem życia codziennego. Pokusę biwaków pod otwartym nieboskłonem ułatwiał ważny fakt: podróż z Londynu w Alpy zajmowała już tylko dwa dni.
„Jednakowoż pewien poziom komfortu jest niezbędnym”
Przez kilka pierwszych dekad XVIII wieku wycieczki te – choć w intencji edukacyjne – skupiały się wokół doświadczania dzikiej przyrody w komfortowych warunkach. Do eksploracji w sposób komfortowy przyzwyczajeni byli też naukowcy poszukujący w górach nowych odkryć. Szczególnie na początku przyrodnicy i geolodzy stawiali na możliwie najdokładniejsze odwzorowanie w warunkach górskich wygód własnego domu.
Wyprawy te, w otoczeniu licznych lokalnych przewodników i tragarzy, taszczących nieprawdopodobne ilości zapasów i sprzętów użytkowych (fotele, dywany, umywalki etc.), docierały do dzikości. Trudów biwakowych nie przewidywano, nie znano ich i poznać nie chciano.
Wycieczki w Alpy zaczęli jednak podejmoać także ludzie o mniej zasobnych portfelach – co siłą rzeczy zmieniało ofertę turystyczną w podgórskich miejscowościach. Dostępne stawały się kwatery mniej wygodne, ilość przewodników otaczających wycieczkowicza malała, opcje wyżywienia poszerzały się o warianty tańsze. Niemniej rosnąca liczba entuzjastów gór gęstniała, dając zarabiać miejscowym.
Jak zauważa Jacek Kolbuszewski: „Anglicy na kontynencie, a szczególnie w Alpach, zostawiali bardzo dużo pieniędzy. Dobrobyt mieszkańców Chamonix i błyskawiczny wzrost stopy życiowej Szwajcarów w drugiej połowie XIX wieku są najlepszym tego dowodem.”
Alpine Club – elitarny demokratyzm
W 1857 roku w Londynie grupa alpejskich zapaleńców założyła pierwszy na świecie klub wysokogórski – Alpine Club. Była to organizacja bardzo elitarna, dostać się do niej było trudno: trzeba było mieć solidne eksploracyjne portfolio! Wszyscy mężczyźni (kobiet oczywiście nie przyjmowano), którzy chcieli zostać członkami AC, musieli udokumentować swoje górskie, naukowe, odkrywcze dokonania. Mimo to klub był demokratyczny – gromadził wielu prawników, urzędników, bankierów czy akademików, a członkowie arystokracji stanowili mniejszość. Alpine Club był tak elitarny, że pod koniec XIX wieku skupiał około 500 członków, podczas gdy niemiecki Alpenverein – 18 000!
Działalność klubów alpejskich zaowocowała wprowadzeniem wielu nowinek: nowe liny konopne, opracowane techniki poruszania się po lodzie i w skale, metody asekuracji i podobne, koniecznie technikalia pozwalajace w warunkach wysokich gór zwiększyć szanse na przeżycie „wycieczki”.
„Whisky, cygara i żadnych cholernych sportów”
Początkowo w Alpy pchała Brytyjczyków ciekawość badawcza. Jednak obcowanie z wzniosłością wyzwalało też inne naturalne instynkty: zaczęło chodzić również o sport! Już w połowie XIX wieku można było mówić o „supremacji angielskich alpinistów” w zakresie działalności zdobywczej w Alpach. Byli oni obecni na większości ważnych szczytów i mieli wpływ na organizację turystyki wysokogórskiej w różnych alpejskich regionach. Istnienie Alpine Clubu tę supremację zdawało się pieczętować .
Wobec tego w latach 60. XIX wieku w Austrii, Szwajcarii, Niemczech i we Włoszech powstawały podobne organizacje, które miały zmienić układ sił na polu udostępniania Alp turystom. Jak wiadomo, rywalizacja często prowadzi do rozwoju, a nurzać się we wzniosłości pragnął każdy.
Koronacją sportowej wersji alpinizmu (i to narodowego) stał się wyścig o zdobycie ostatniego „dziewiczego” alpejskiego kolosa – Matterhornu. Ścigały się zespoły brytyjski, pod wodzą Edwarda Whympera, oraz włoski, prowadzony przez Włocha Carrela.
Jak pisze Jacek Kolbuszewski: „Gdy Whymper ze swoimi sześcioma partnerami, razem związanymi linami, stanął na szczycie, Carrel zmierzający na górę inną drogą, był o kilkaset metrów niżej. Widzieli się nawzajem.”

W zejściu zginęło czterech wspinaczy. Wstrząśnięta śmiercią trójki Anglików królowa Wiktoria rozważała nawet zakazanie swoim poddanym uprawiania wspinaczki.
Daleko odbiegliśmy od zamiarowanego bohatera naszej opowieści – Eigeru. Pora wracać!
* * *
Ponieważ wysokość Eigeru nie przekraczała magicznej granicy 4000 m (ma 3970 m), nie był on pierwszym celem ówczesnych zdobywców.
W 1857 roku Wiedeńczyk Sigismund Porges, na skrzydłach swego sukcesu, jakim było kilka dni wcześniej pierwsze wejście na sąsiedniego Möncha, próbuje dokonać pierwszego wejścia na szczyt Eigeru. Próba się nie udaje.
Osobliwe przygody pana Barringtona
Ale już rok później (sierpień 1858) śnieg wierzchołka depczą stopy pierwszych zdobywców – Charlesa Barringtona oraz przewodników Christiana Almera i Petera Bohrena. Ciekawe, że Irlandczyk Barrington praktycznie nie miał żadnego doświadczenia wspinaczkowego. Nawet celem jego wyprawy nie był Eiger – początkowo chciał jako pierwszy zdobyć Matterhorn, ale, jak pisze Harrer, „zabrakło mu pieniędzy, aby dojechać do Zermatt.”
Jedynym pisemnym przekazem zdobywców dotyczącym wejścia na Eiger jest list Barringtona do brata, napisany 24 lata po owej przygodzie. Opisuje w nim spotkanie z dwoma góralami z Grindelwaldu, którym opowiada o swoich dotychczasowych dokonaniach w Alpach (ciekawe, lecz typowe przejścia graniowe). Ubolewa przy tym, że wśród nich nie było „niczego znaczącego”. Rozbawia tym Szwajcarów, więc ci ironicznie proponują „Spróbuj Eiger albo Matterhorn!”. Barrington pomysł podchwytuje i namawia przewodników do próby wejścia na Eiger.

Przewodnicy – o dziwo – zgadzają się!
Wycieczka startuje o godz. 3.30 z hotelu Wengeralp, a szczyt uczestnicy osiągają w południe (po 9 godzinach). Na szlaku, aby nie zagubić się w drodze powrotnej, stawiają kamienne kopczyki i znaczą skały kredą. Ich droga wiedzie blisko krawędzi „misy” północnej ściany, dlatego często mogą zajrzeć w jej odpychające wnętrze. Jak pisze autor listu, od czasu do czasu zrzucają w nią bloki skalne (teren jest generalnie dość kruchy, zasłany osypiskami kamieni), które roztrzaskują się z hukiem w dole (już poniżej poziomu chmur). A pogoda pogarsza się – szczyt osiągają w chmurze. Zatykają na nim flagę (dostrzeżoną potem przez obserwatorów z dołu), spędzają na piku 10 minut i rozpoczynają zejście. Trwa ono 4 godziny.

Barrington pisze o sobie jako liderze motywującym Szwajcarów do wspinania w dolnej części drogi. Potem jednak oznajmia „dwaj przewodnicy uprzejmie dali mi miejsce pierwszego człowieka w górze” co chyba świadczy realniej o roli Irlandczyka w zespole „lodowcowego wilka” Bohrena.

Barrington po wejściu na Eiger wraca do Irlandii i już nigdy więcej Alp nie odwiedza. To zaskakujące, gdyż w 1870 roku organizuje pierwszy irlandzki wyścig górski, a jego zwycięzcy ofiarowuje złoty zegarek. Jest także trenerem własnego, słynnego podówczas, na Zielonej Wyspie konia „Sir Robert Peel”.
Może wciąż trapiły go problemy finansowe? A może przeżycia z wejścia na wapiennego olbrzyma osłabiły jego zapał do wysokich gór?
Na filmie droga zachodnią flanką Eigeru, blisko klasycznej drogi pierwszych zdobywców (ci szli bliżej ostrza grani, raz po raz łypiąc w czeluści północne i miotając w nie napotkane głazy). Zbocze to straszna kruszyzna. Widać charakterystyczne blaszkowate skały. Niegdyś zalegało tu znacznie więcej całorocznego śniegu i lodu…
Kolejne wejście na Eiger miało miejsce dopiero po trzech latach.
Od krynoliny do liny
Ciekawe jest czwarte wejście z roku 1864 – dokonała go pierwsza kobieta, Brytyjka Lucy Walker. Walker rozpoczęła przygody górskie dość skromnie w 1858 roku, kiedy to lekarz zalecił jej chodzenie jako lekarstwo na reumatyzm. W towarzystwie swojego ojca i brata (obaj byli wczesnymi członkami Alpine Clubu), oraz legendarnego przewodnika Melchiora Anderegga, stała się pierwszą kobietą, która regularnie wspinała się w Alpach. Oczywiście w odpowiednich dla dam kieckach.
Na Eiger weszła w towarzystwie sześciu przewodników (w tym ojca i brata) oraz ich pięciu klientów.

Jedna z piękniejszych alpejskich grani – grań Mittellegi Eigeru – została przebyta w 1921 roku przez Japończyka Yuko Maki i towarzyszących mu trzech przewodników. Dzięki Yuko Maki alpinizm wszedł w modę w Japonii; w przyszłości wielu japońskich wspinaczy wpisze się na stałe do historii północnej ściany Eigeru.


Eigernordwand – ściana północna Eigeru: preludium
Jeśli w XIX wieku prym w eksploracji Alp wiodą wspinacze brytyjscy, to w XX wieku swoją uwagę kierują wyżej – ku Himalajom. W Alpach pojawiają się zespoły niemieckie, szwajcarskie, austriackie i włoskie. Rozwija się technika wspinaczkowa (konstruuje się karabinki, nowoczesne haki skalne, buty wspinaczkowe). Liczba celów eksploracji kurczy się, łatwe i łase kąski górskie zostały już „wyzdobywane”. Nowe pokolenie wspinaczy szuka ich w tym, co dotychczas uważano za niemożliwe do przejścia – omijane dotąd wielkie północne ściany alpejskich gigantów.
Eiger to najbardziej wysunięty na wschód szczyt grzbietu górskiego triumwiratu: Eiger–Mönch–Jungfrau, stanowiącego jeden z najbardziej charakterystycznych widoków Alp Szwajcarskich.
Południowe zbocza doliny Grindelwald to świetne miejsce obserwacji tego gigantycznego wielkiego muru skalnego długości ponad 11 km. Na zdjęciu poniżej widzimy go z odległości 10 km. Odległość zaciera ponure szczegóły. Szczyty środkowy i prawy wyglądają prawie dobrotliwie, udrapowane śniegiem zakrywającym przykre skały. Ale lewy, ciemnoszary trójkąt Eigeru robi wrażenie odstręczające.

Już sama nazwa Eiger (ogr, ludojad) nieszczególnie zachęca do wspólnej zabawy. Z dystansu dobrze widzimy, że ta północna ściana jest zasklepiona jak ogromna misa. Jest największą północną ścianą Alp (szerokość podstawy 4 km), co przy jej wysokości 1800 m stanowi pułapkę dla nadchodzących chmur.
Kurt Diemberger widział go tak:
„Nad łąkami Alpiglen wznosi się potężny, ciemny trójkąt. Nie ma w nim śladu życia. Ogromna płaszczyzna, składająca się z kamieni, porwanych pól lodowych, kruchych bastionów. Labirynt szklistych rynien i pokrytych lodem nisz między gładkimi uskokami ściany, ułożonymi pionowo, jeden nad drugim, jak piętra – aż po chmury.
Eiger? To mrok, lód i cisza. Tylko czasem huk toczących się kamieni dociera w dół, aż na łąki.
Ta góra ma u podnóża 4 km długości. Mniej więcej połowa z tego przypada na ścianę północną. A wysokość? 1800 m. Gdy człowiek patrzy w górę, wydaje mu się, że traci grunt pod nogami.
Północna ściana Eigeru nie została stworzona dla ludzi. Stoi samotnie, otwarta na zachód. Dlatego każda burza musi ugodzić przede wszystkim w nią – i to ze szczególną siłą. Wklęsła, sklepiona do wewnątrz, sprawia wrażenie rogatej, pustej, opartej o niebo czary. Chmury, które w niej więzną, nie mogą się już uwolnić. Kleją się do ściany, krążą bez końca po ograniczonej potężnymi żebrami przestrzeni, aż się rozwieją lub zostaną wyssane – ponad wierzchołkiem – przez północno-zachodni wicher.”
Mamy tu mikroklimat
Wklęsłość i północna wystawa czynią z Nordwandu obszar o własnym klimacie: słońce latem dochodzi tam na krótko, a zima wcale, więc większa część dnia ściana tonie w zimnym cieniu. Burze idące z północy uderzają w nią ze szczególną mocą, a deszcze połączone ze spadkiem temperatury błyskawicznie pokrywają skałę szklistym lodem – ucieczka w takiej sytuacji jest niemal niemożliwa.
W 1932 roku Szwajcarzy przechodzą na Eigerze ścianę północno-wschodnią. Uważano wówczas, że ta klasyczna droga (droga Laupera) jest ostatnim możliwym dokonaniem na Eigerze. Myśl o zmierzeniu się ze „skalno-lodową pustynią”, jak określi ścianę północną wiele lat później Dougal Haston, była uznawana za szaloną i nieprawdopodobną.
Zgodnie z zasadą „Niemożliwe? Potrzymaj mi piwo!” w roku 1934 pod Eiger przybyli Saksończycy Beck i dwaj bracia Löwinger. Po dwóch dniach wspinaczki dotarli na wysokość okna kolejowej stacji Eigerwand (co to za pieroństwo? Wyjasnienia poniżej). Próba zakończyła się wypadkiem po „locie” Becka, ale wszyscy wspinacze zostali uratowani przez wyprawę ratunkową, która weszła w ścianę ze stacji Eigerwand.
Z doliny w świat lodowców – kolejka zębata Jungfraubahn
W 1912 roku Szwajcarzy zakończyli budowę wąskotorowej, zębatej linii Jungfraubahn, łączącej stację Kleine Scheidegg z przełęczą Jungfraujoch. Górna stacja tej linii znajduje się na wysokości 3454 m n.p.m. Znaczna część trasy przebiega w tunelu wykutym w masywie gór Eiger, Mönch i Jungfrau. Czas przejazdu wynosi 50 minut.
W północnej ścianie Eigeru powstały dwa otwory techniczne, łączące tunel kolejki ze ścianą. W czasie budowy usuwano przez nie gruz, a po uruchomieniu trasy utworzono tam stację Eigerwand, na której pociąg się zatrzymuje, a zdumiona publiczność spogląda przez okna w czeluść rozciągającą się pod stopami.


Tak widok z okna opisuje John Krakauer: „Pewnego dnia, dla rozrywki pojechaliśmy do Jungfraujoch, korzystając z górskiej kolejki zębatej, która łączy Kleine Scheidegg z siodłem położonym wysoko w masywie Eiger-Jungfrau. Pomysł ten okazał się niewypałem. (…)Widok ten jest tak oszałamiający, że na parapetach okien leżą worki na wymiociny, takie jak w kieszeniach foteli lotniczych. Kiedy tam przyjechaliśmy, tuż za oknami przesuwały się chmury. Czarna skała Nordwand, oblepiona szronem i soplami, opadała pionowo w dół, ku gęstej mgle.”

Dzięki tunelom stacji możliwe było podziwianie potęgi gór oraz prowadzenie akcji ratunkowych wychodzących z tego miejsca – co zademonstrował w kinie Clint Eastwood.
Śmierć po raz pierwszy
W roku 1933 Włosi Comici i Dimai jako pierwsi przechodzą północną ścianę Cima Grande di Lavaredo – pięknego, półkilometrowego dolomitowego monumentu.

Warto zauważyć, że w ścianie Eigeru zmieszczą się na sobie ponad trzy Cime Grande…
Droga jest bardzo elegancka – biegnie w prostej linii spadku od wierzchołka do podstawy ściany, tak, jak spadałaby z niego kropla wody. Droga najprostsza – diretissima.
Rodzi się nowa koncepcja alpinizmu, koncepcja estetyczna, jednocześnie podbijająca stawkę trudności – otwieranie dróg w linii „spadku kropli wody”.
21 sierpnia 1935 roku na parkingu kolejki w Grindelwaldzie, u stóp Eigeru, pojawia się BMW Dixi. Jego pasażerami są dwaj adepci nowej alpinistycznej szkoły monachijskiej: Max Sedlmayer i Karl Mehringer.

Niemcy są znakomicie przygotowani trudnymi wspinaczkami w Dolomitach i Alpach Wschodnich. Jak podaje legenda – jako siedzibę wybierają Hotel des Alpes w pobliżu stacji Alpiglen. W rzeczywistości mieszkają w taniutkim aneksie hotelowym (bądźmy szczerzy – starej szopie), czas oczekiwania skracając rąbaniem drewna i zabawiając tyrolskimi przyśpiewkami hotelowych gości.
W ścianę wchodzą 21 sierpnia, mając zamiar poprowadzić drogę najprostszą – diretissimę. Po trzech dniach wspinaczki pokonują połowę ściany. Niestety, pogoda gwałtownie się zmienia – nadchodzi burza. Chmury zakrywają wklęsłą misę Nordwandu i obserwacja poczynań Bawarczyków staje się niemożliwa. Wspinacze walczą jeszcze przez dwa dni, docierając w końcu na szczyt charakterystycznej formacji zwanej „Żelazkiem”.
Biwak Śmierci
Sedlmayera dostrzega się po trzech tygodniach (19 września) dzięki obserwacji z samolotu – zamarznięte, stojące ciało tkwi na czubku „Żelazka”. Miejsce to od tego czasu nazywa się „Biwakiem Śmierci”. Ciało Mehringera odnaleziono dopiero po 27 latach, we wrześniu 1962 roku, na „Drugim Polu Lodowym”.
Jest to pierwsza zaawansowana próba na szlaku, który w latach 60. stanie się pierwszą direttissimą północnej ściany. Drogę Mehringera i Sedlmayera dokończy w roku 1983, podczas solowej wspinaczki, Czech Pavel Pochylý.

Śmierć po raz drugi
W niecały rok później, wiosną 1936 r., na Kleine Scheidegg pojawia się kolejna monachijska ekipa. Albert Herbst i Hans Teufel rozbijają namiot na podścianowych pastwiskach, czekając – jakżeby inaczej – na dobrą pogodę, by zaatakować północną ścianę. Czekanie to pod Eigerem zajęcie typowe, potrafiące trwać naprawdę długo – na Nordwand pogoda musi być na kilka dni murowana!!
Czekając na okno pogodowe, Monachijczycy dokonują pierwszego przejścia północnej ściany Schneehornu. Podczas zejścia ginie Teufel.
Kilka dni po nich, na trzy tygodnie przed olimpiadą berlińską, pod ścianą Eigeru instalują się Austriacy – Edi Rainer i Willy Angerer, oraz dwaj bawarscy strzelcy alpejscy na przepustce – Anderl Hinterstoisser i Toni Kurz.


Tworzy się droga klasyczna
Pierwsi w ścianę wchodzą Austriacy. Początkowo oba zespoły wspinają się niezależnie, tym samym szlakiem. Nie przypuszczają, że ich kroki wyznaczają właśnie linię drogi, która dwa lata później stanie się słynną drogą klasyczną. Nie mają pojęcia, że ich nazwiska naznaczą na zawsze niektóre fragmenty topografii ściany. Nie wiedzą, że idą po śmierć, a ich próba stanie się opowieścią o jednej z największych tragedii Eigeru.
Niemcy wspinają się szybciej niż Austriacy – po pewnym czasie doganiają ich i wyprzedzają. Hinterstoisser dochodzi do wrót ściany Eigeru – długiego, poziomego trawersu o długości kilkudziesięciu metrów.
Hinterstoisser pokonuje pierwsze trzydzieści metrów trawersu (gdyby odpadł od ściany, poleciałby w dół trzydzieści metrów, wykonując ogromne wahadło) w kierunku „Gniazda Jaskółek”. Staje po drugiej stronie wrót ściany Ludojada i ściąga do siebie Kurza. W tym czasie Angerera poważnie rani kamienna lawina. Oba zespoły łączą siły, wspinając się dalej wspólnie. Niemcy rzucają Austriakom linę, pomagając w pokonaniu trawersu: nie wiedzą, że walczą ze skalną przeszkodą o właśnie wyłaniającej się nazwie „trawers Hinterstoissera”.
Trawers Hinterstoissera
Trawers tworzą gładkie, strome płyty o bardzo ubogiej rzeźbie, bez możliwości wbicia haków dla asekuracji prowadzącego wspinacza. W dodatku linia przejścia przez ten trawers lekko opada (czyli droga w drugą stronę prowadziłaby nieco w górę). Wspinacze nie wiedzą, że jeśli pogoda się zmienia i skałę pokrywa szklisty, czarny lód – trawers zamienia się we wrota w jedną stronę. Nie da się przejść po cienkiej, lodowej glazurze pokrywającej i tak już marnie urzeźbioną skałę. Jest wprawdzie szansa na powrót – jeśli zostawi się za sobą, idąc w głąb ściany, rozpiętą linę, po której można by wrócić jak po poręczy. Ale ostatni w zespole, po przejściu trawersu, całą linę ściąga do siebie, pozostawiając skałę nieskażoną przez cywilizację.

Na zdjęciu widać pozostawione 3 takie liny, na których pokonujący trawers wspinacz bez zażenowania zwisa
Trawers Hinterstoissera 70 lat później
Wieczorem pierwszego dnia czwórka alpinistów biwakuje na drugim zachodzie śnieżnym.
Nazajutrz tempo wspinaczki jest zabójczo wolne – pokonują zaledwie 200 metrów ściany.
Trzeciego dnia osiągają „Biwak Śmierci”. Alpiniści stwierdzają, że z rannym Angererem nie osiągną szczytu i decydują się na odwrót.
Wskutek szalejącej burzy, obladzającej skały, i braku poręczowej liny na wiadomym trawersie, odwrót możliwy jest tylko poprzez pionowe zjazdy na linie. Na linie trzeba też opuszczać rannego Angerera.
Czwartego dnia strażnik kolei Jungfraubahn poprzez okna galerii stacji Eigerbahnhof nawiązuje kontakt głosowy z czterema alpinistami. Idzie przygotować dla nich gorącą kawę. Kiedy wraca – w ścianie tkwi już tylko Toni Kurz – reszta została zmieciona przez lawinę kamienno-lodową. Hinterstoisser spada pod ścianę, Angerer i Rainer wiszą martwi na linach.
Kurz wisi na pojedynczej linie już cały dzień i noc, kiedy zorganizowana akcja ratunkowa wchodzi w ścianę przez okna Stollenloch – kolejki zębatej stacji Eigerwand. Ratownicy docierają do wiszącego, wyczerpanego Kurza na odległość 50 metrów. Ten krzyczy do nich:
– „Sam zostałem, Hinterstoisser spadł, całkiem w dół. A Rainer został przyciągnięty przez linę do karabinka i tam zamarzł. Angerer wisi pode mną, też martwy – spadając powiesił się na linie.”
Konanie
Jednak zapada noc, a pogoda pogarsza się jeszcze bardziej. Ekipa ratowników zawraca. Jej członek – Hans Schlunegger – relacjonuje później, że Kurz krzyknął wtedy kilka razy „Nie!!!”, łamiąc im serca i dusze. Na wpół zamarznięty Toni Kurz spędził kolejną lodowatą, samotną noc obok swoich martwych towarzyszy. Jest tylko prowizorycznie związany, stoi lub wisi na pętlach linie na północnej ścianie.
Kiedy następnego ranka ekipa ratunkowa wraca na ścianę, jej oblodzenie uniemożliwia dojście do Kurza. Szwajcarzy są czterdzieści metrów poniżej jego pozycji. Jedyną opcją dla Kurza jest zejście do ratowników. Na końcu liny wisi uduszony w pętlach Angerer. Kurz musi odciąć swojego martwego towarzysza, tracąc przy tym cenny odcinek liny. Jej pozostała część jest już za krótka do koniecznego zjazdu.

Z jego raków zwisają dwudziestocentymetrowe sople, lewa ręka jest martwą, zamrożoną bryłą. Wyczerpany człowiek potrzebuje godzin, aby linę rozplątać na jej pojedyncze sploty (lina konopna jest skręcona z kilku cieńszych żył). Dopiero teraz może opuścić uzyskany w ten sposób cienki sznur do ratowników – ale ten zdmuchuje poza ich zasięg tężejący wiatr. Kurz podciąga go, obciąża i ponownie opuszcza. Ratownicy do sznura przywiązują linę trzydziestometrową. Kurz przyciąga ją do siebie, ale okazuje się być za krótka. Ratownicy do końca liny dowiązują węzłem kolejną linę.
Feralny węzeł
Kurz rozpoczyna zjazd na połączonych linach, przepuszczając pierwszą przez karabinek wpięty do pętli, na której wisi. Dojeżdża do grubego węzła łączącego obie liny, a ten blokuje się w karabinku kilka metrów nad głowami ratowników. Ci namawiają go do przecięcia liny, na której wisi, mając zamiar wyłapać jego dziesięciometrowy lot dolną częścią liny, którą trzymają.
Kurz nie jest już w stanie wyciągnąć noża, przywiązanego do dolnego końca liny przez ekipę ratunkową. Nie mogąc poruszać się w górę ani w dół, Toni Kurz umiera z wyczerpania fizycznego około godziny 11:30, wisząc na linie pięć metrów nad wyciągniętą ręką ratownika. Jego ostatnie słowa brzmią: „I ka nimmer” (więcej nie mogę).

Transportem zwłok zajmuje się przybyła specjalnie z Monachium służba ratownictwa kierowana przez wschodząca gwiazdę ratownictwa górskiego – Ludwiga Grammingera. Ratownicy nie mogąc dotrzeć do ciała Kurza odcinają linę, na której wisi.
Pod ścianą znajdują zwłoki Angerera i Rainera a także zaginionego rok wcześniej Sedlmayera. W końcu sierpnia w jednej ze szczelin lodowych odnajdują ciało Kurza. Hinterstoisser znaleziony zostaje dopiero w lipcu 1937 roku.
Tak dalej być nie może!
Ciężar tragicznych wydarzeń sprawia, że północna ściana zyskuje miano „Mordwand” – ściany-mordercy. To – jakżeby inaczej – nie gasi wcale zainteresowania tym alpinistycznym „problemem”. Już rok później pojawiają się kolejni kandydaci na pierwszych zdobywców: w północną ścianę Eigeru wchodzą dwa nowe zespoły.
Zespół włoski zostaje szczęśliwie ewakuowany ze ściany, natomiast dwójka Austriaków nie ma tyle szczęścia. Gollackner i Primas z Salzburga wspinają się na północno-wschodnią ścianę, aby stamtąd zbadać północną przed planowanym atakiem szczytowym. Ponieważ zamierzają wrócić do namiotu na łąkach jeszcze tego samego wieczoru, ruszają bez sprzętu biwakowego i z niewielkim zapasem prowiantu.
Tura „niespodziewanie” okazuje się zaskakująco trudna, pogoda się załamuje, a Primas zalicza solidny upadek.
Austriacy zmuszeni są do spędzenia jednej nocy w ścianie i kolejnej – na grani Mittellegi. Podczas dalszej wspinaczki Gollackner umiera z wyczerpania, a Primas zostaje uratowany przez przewodników górskich po kolejnej nocy, około 200 metrów poniżej szczytu. Kończy z poważnymi odmrożeniami stóp.
I znowu: ponura, a jednocześnie kusząca sława Nordwandu jako ściany niemożliwej do zdobycia rośnie.
Doch – Powinni tego zakazać!
Ma to swoje konsekwencje prawne. Lokalni przewodnicy zawiązują Stowarzyszenie Przewodników i oświadczają, że nie będą więcej ruszać na ratunek śmiałkom atakującym Mordwand. Dodatkowo podpowiadają władzom kantonu berneńskiego (jesteśmy przecież w Szwajcarii!), że samo podejmowanie próby wejścia północną ścianą powinno zostać zakazane.
W 1936 roku kanton Berno wydaje formalny zakaz atakowania ściany. Jak można się domyślić, wprowadzenie zakazu tylko wzmaga zainteresowanie Nordwandem.
Dekret ten – jako nieposiadający podstaw prawnych – zostaje wycofany jesienią tego samego roku. Udaje się jednak narzucić jedno ograniczenie: przyszli amatorzy Mordwandu muszą przed rozpoczęciem wspinaczki zapewnić sobie możliwość ewentualnej pomocy ratowniczej.
Troski austriackiego akwarelisty
Sportowy, ale i narodowy rozgłos problemu Nordwandu zostaje zauważony w najwyższych kręgach władz jednego z krajów alpejskich. Podczas olimpiady w Berlinie kanclerz Niemiec, zniesmaczony po pierwszym dniu igrzysk tryumfem czarnoskórego Amerykanina, obiecuje złoty medal dla zdobywców północnej ściany Eigeru. Sprawa jest poważna: „aryjski” sukces górski ma wytworzyć przeciwwagę dla sportowych osiągnięć Owensa.
Nowa nadzieja!
Rok 1937 przynosi promienny przełom: Ludwig Vörg i Mathias Rebitsch przechodzą ścianę aż po partie szczytowe. Dopiero stamtąd spędza ich załamanie pogody. Mimo tego wycofują się bezpiecznie, w pięknym stylu. Wycofanie udaje się, bo na trawersie Hinterstoissera zapobiegliwie zostawiają linę.
Wydarzenie jest przełomowe – w świadomości wspinaczy pojawia się przekonanie, że ze ściany można się wycofać żywym!
Można, ale nie zawsze: w czerwcu 1938 roku dwóch włoskich wspinaczy umiera podczas ciężkiego biwaku (załamanie pogody) na końcu trzeciego pola lodowego. Dwaj młodzi robotnicy z Wenecji Euganejskiej są ósmą i dziewiątą ofiarą na północnej ścianie Eigeru.
Przełom
Miesiąc później na łąkach Grindelwaldu płócienne namioty rozbijają Niemcy: Anderl Heckmair i Ludwig Vörg, a niedaleko od nich Austriacy – Fritz Kasparek i Heinrich Harrer. Niemcy cały swój ekwipunek wspinaczkowy przywożą ukryty w walizkach, aby ciekawscy dziennikarze nie dowiedzieli się o ich przedsięwzięciu.
Pierwsi w ścianę wchodzą Austriacy, ale ich tempo jest słabe. Kasparek ma raki dziesięciozębne, starego typu: chodzenie w nich po stromym lodzie wymaga mozolnego i czasochłonnego wyrąbywania szerokich stopni. Ale za to Harrer nie ma wcale raków, więc idzie jako drugi.
Dzień później wspinaczkę zaczynają Niemcy. Oba zespoły wspinają się więc oddzielnie, dodatkowo Heckmair i Vörg – obawiając się jednak złej pogody – schodzą.
Oprócz Harrera i Kasparka w ścianie znajduje się wówczas jeszcze jeden zespół austriacki (Fraissl i Bronkowski), ale z powodu ostrzelania Bronkowskiego lawiną kamienną musi się wycofać z wyścigu.
Wczesnym rankiem (czyli o 2 w nocy) 22 lipca Heckmair i Vörg ponownie wchodzą w ścianę. Idą szybko, korzystając z wygodnych stopni wyciętych mozolnie przez poprzedników. Drugiego dnia wspinaczki Harrer i Kasparek, widząc błyskawicznie zbliżających się Niemców, zostawiają linę na Trawersie Hinterstoissera.
Niemcy doganiają Austriaków między drugim a trzecim polem lodowym. Ich tempo wynikało nie tylko z gotowych stopni w lodzie – przede wszystkim obaj mieli raki, i to raki dwunastozębne. W takich można zrezygnować z kucia stopni w stromym lodzie. Można go atakować frontalnie – wbijając przednie zęby i stając na tak umocowanej stopie. Wysiłek dla łydek jest na dłuższą metę ogromny, ale jeśli ma się dobrą kondycję, tempo nabierania wysokości może być znakomite!
Harrer jest zakłopotany, widząc tempo zbliżania się Niemców. Jak pisze: „Nagle zaczęli, naprawdę biec w górę, a nie wspinać się!”.
Oba zespoły wspinają się oddzielnie, ale prowadzenie obejmuje Heckmair. Po kilkukrotnym wzajemnym wspieraniu się łączą jednak siły – pomaga w tym wspólnie przetrwana lawina.
Po dwóch dniach wspinaczki (drugi dla Niemców, trzeci dla Austriaków) alpiniści osiągają śnieżny zachód po pokonaniu trudnej Rampy.
Luneta za pół franka
Przygoda z północną ścianą jest doskonale widoczna z dołu, z Kleine Scheidegg. Widzowie, dziennikarze i krewni tłoczą się tam wokół lornet i lunet – każdy, kto kupi bilet, może oglądać Eiger przez trzy minuty. Wszystkie dramaty – chyba że ścianę spowije chmura – dzieją się na oczach publiczności. Dla czwórki nie ma to oczywiście żadnego znaczenia: zmagają się i z górą, i z własnymi słabościami samotnie i na własną rękę.
W pewnym momencie Heckmair czuje się bardzo źle – prawdopodobnie z powodu sardynek w oleju, które zjadł tego wieczoru. Ludwig „Wiggerl” Vörg robi mu filiżankę herbaty. Jego towarzysz wkrótce czuje się lepiej.
Piekło Białego Pająka
Szalejąca burza powoduje ciągłe śnieżne lawiny. W jednej z nich Kasparek zostaje ranny. Wspólnymi siłami osiągają „Pająka”, na którym zakładają trzeci biwak.

Książka Harrera „Biały pająk” („Die weisse Spinne”) nawiązuje tytułem do tej ponurej formacji lodowo skalnej: „Pająk w ścianie Eigeru jest biały – jego korpus składa się z lodu i wiecznego śniegu. Także stumetrowe odnóża są białe. Żywy lód ciągnie się z niesamowicie stromego pola firnowego poprzez rynny, rysy i szczeliny – w górę, w dół, na prawo i lewo, we wszystkich kierunkach i pod różnymi kątami.„
24 lipca, czwartego dnia wspinaczki, burza nie słabnie. Tego dnia, tak jak praktycznie na całej drodze, prowadzą Niemcy. Zespół dociera do systemu podszczytowych szczelin, które wobec ciągłych opadów śniegu stają się systemem kolektorów dla spadających bez przerwy lawin. A tymi rysami prowadzi droga ku szczytowi!
Czasami są uderzani przez kilka lawin po kolei. „Teraz nadchodzi śmierć” – myśli Harrer, gdy jedyny lodowy hak, który asekuruje całą czwórkę, zaczyna się luzować. Kasparek desperacko podtrzymuje go ręką i wtedy kamienie uderzają go w dłoń, rozrywając skórę. Kasparek wytrzymuje ból i ratuje hak. Cała czwórka trzyma się ściany – i przeżywa.
O włos od „szybkiej czwórki”
Wszyscy połączeni są wspólną liną. Heckmair wspina się zalodzonymi szczelinami praktycznie bez asekuracji – po prostu nie da się znaleźć miejsca na wbicie haków asekuracyjnych. W jednym z przewieszonych miejsc odpada, wyrywając ze stanowiska asekurującego go partnera. Vörg najpierw trzyma się liny, potem puszcza ją i łapie Heckmaira rękami. Trzeci na linie, Kasparek, zachowuje zimną krew i wyłapuje spadającą czołową dwójkę, ratując całą ekipę, związaną jedną liną, przed lotem w czeluść.
Jak wspomina Heckmair – w czasie upadku zęby jego raków wbiły się w dłoń Vörga. Tryska krew, Vörg staje się biały jak prześcieradło.
Przed wyprawą Vörg otrzymuje od lekarza flakonik wzmacniających kropli nasercowych (prawdopodobnie amfetaminy), z zaleceniem, by nie przekraczać dawki dziesięciu kropli.
Heckmair, chcąc pomóc zszokowanemu przyjacielowi, podaje mu lek, lecz widząc jego trupią bladość, wlewa mu do ust połowę buteleczki. Po tej dawce Vörg czuje się tak dobrze, że natychmiast wypija drugą połowę, tłumacząc, że bardzo chce mu się pić.
Podczas lotu Heckmair uszkadza sobie kostkę, lecz mimo bólu dochodzi do podnóża końcowej lodowej deski.
Szczyt
O godzinie 13 czwórka wspinaczy wreszcie znajduje się poza zasięgiem lodowych lawin. W pewnym momencie słyszą z okolicy szczytu nawoływania szwajcarskich ratowników. Niemiecko-austriacka ekipa jest u kresu sił, lecz decyduje się wyjść ze ściany o własnych siłach.
Po krótkim rozpogodzeniu zaczyna ponownie padać śnieg. Alpiniści pokonują ostatnie, śnieżne podszczytowe wyciągi, ale w białej zamieci gubią się w końcowych partiach i trawersują w stronę południowej ściany. Wielka strata sił i czasu, a tych sił są już naprawdę resztki. Mimo pomyłki – o 15:30 stają wreszcie na szczycie.
Wieczorem, niedaleko stacji kolejki na lodowiec Eigergletscher, na wysokości 2320 metrów, przed czwórką wyczerpanych alpinistów staje młody chłopak i pyta z przejęciem:
– Wychodzicie ze ściany?
Anderl Heckmair (32) i Ludwig Vörg (27) z Monachium oraz dwaj Austriacy Heinrich Harrer (26) i Fritz Kasparek (28) jak jeden mąż przytakują:
– Tak, jesteśmy z północnej ściany Eigeru, tego Ludojada.


Miejsca opisane w tekście: Stollenloch – okna stacji kolejki, Hinterstoisser Quergang – trawers Hinterstoissera, Schwalbennest – Jaskółcze Gniazdo, Bügeleisen – Żelazko, Rampe – Rampa, Spinne – Pająk
I się zaczyna! Start propagandy
Sukces alpinistyczny zostaje natychmiast wykorzystany przez aparat propagandowy Niemiec. „Akademie, kwiaty, wizyty w zakładach pracy…”
Świat obiegają zdjęcia z wyprawy, publikowane przez najpoczytniejsze gazety. Wspaniała okazja do reklamy aryjskich zalet – tak ciała, jak i ducha.
W ostatnim tygodniu lipca 1938 roku w Breslau, na Stadionie Olimpijskim (który wbrew legendom nie był areną żadnej z dyscyplin olimpiady berlińskiej) odbywa się – przygotowane ze szczególnym rozmachem – Wielkoniemieckie Święto Sportu i Gimnastyki. ten Turnfest organizowany jest regularnie od 1860 roku jako forma wewnątrzpaństwowej olimpiady promującej tężyznę fizyczną i hart ducha. Germańskiego ducha, oczywiście!
Gwoździem programu jest hucznie fetowana delegacja Niemców Sudeckich. Członkowie Sudeckiego Związku Gimnastycznego, w jednakowych mundurach i czapkach myśliwskich, przemaszerowują przez miasto, uroczyście witani przez władze i mieszkańców Breslau. Turnfest w roku ’38 ma propagandowo charakter szczególny. Napompowane wydarzenie ma budować przychylność Niemców dla bliskich planów podbicia Czechosłowacji. A cel drugi – równie ważny – to wzmocnienie poparcia dla wiosennego przyłączenia Austrii. Udział w Turnfeście czwórki alpinistów, z których dwóch było Austriakami, „którzy ramię w ramię z Niemcami” etc… – jest dla Ministerstwa Propagandy pretekstem wręcz wymarzonym!
Czwórka zdobywców zostaje uroczyście przyjęta przez włodarzy miasta; osobiście spotyka się z nimi kanclerz – co niestety dokumentują znane zdjęcia.
Epizod z Breslau, plus przynależność do struktur partyjnych i mundurowych „tysiącletniej Rzeszy”, kładzie się niewygodnym cieniem na powojennych dziejach zdobywców Eigeru.
Rok 1938, w Breslau odbywają się bardzo huczne obchody Wielkoniemieckiego Święta Sportu i Gimnastyki. Wśród maratończyków uwagę zwracają czarne gimnastiorki z cyframi 44
A potem…
Drugie powtórzenie drogi klasycznej następuje dopiero po wojnie, w roku 1947. Dokonują go herosi alpinizmu francuskiego, niedługo pierwsi ludzie na ośmiotysięczniku – Terray i Lachenal. Z powodu powojennej nędzy Lachenal przed wyprawą szyje dla obu wspinaczkowe buty, choć – jako żywo – nie jest szewcem!
Pól kilometra polskiego lotu
Zimą 1963 roku pod ścianą pojawia się zespół: Czesław Momatiuk i Jan Mostowski. Ich celem jest direttissima Eigeru. Pogoda nie dopisuje realizacji tego szalonego (ZIMA!) zamierzenia – oczekiwanie na okienko pogodowe zajmuje im 3 miesiące!
W ścianę wchodzą 30 kwietnia, mimo że prognozy nie są zbyt optymistyczne.
I rzeczywiście – drugiego dnia rano Polacy budzą się po biwaku pośród zwałów świeżo spadłego śniegu. O wspinaniu nie ma mowy, trzeba się wycofać.
Dokonują krótkiej serii zjazdów na linie. Dlaczego krótkiej? Przy trzecim zjeździe Mostowski zakłada stanowisko zjazdowe, ale kiedy obciąża wbity w skalną szczelinę (znalezioną z wielkim trudem) hak ten wyskakuje, a Mostowski na oczach Momatiuka wali się w czeluść! Odbija się od półek skalnych, odcinki wolnego lotu dochodzą do kilkudziesięciu metrów. Spada ostatecznie 500 metrów aż do podstawy ściany.
Zszokowany Momatiuk zostaje bez kawałka liny, z pomocą której mógłby zejść bądź zjechać – ta poleciała wraz z partnerem! Jakimś cudem udaje mu się zejść ze ściany. Rozpoczyna poszukiwania ciała towarzysza. Odnajduje Mostowskiego w dwumetrowej głębokości śnieżnej dziurze, którą jego ciało wybiło w zaspie u podnóża ściany.
I wydarza się drugi cud: Mostowski zaczyna się poruszać, a nawet wstaje i zaczyna rozmawiać z oniemiałym ze zdziwienia Momatiukiem. Po chwili siada, wyciąga nawilżającą szminkę i smaruje nią spękane od mrozu wargi.
Z 500-metrowego lotu do podstawy ściany Polak wychodzi praktycznie bez większych obrażeń!
O cudownym ocaleniu Mostowskiego – czemu trudno się dziwić – rozpisywała się ówczesna prasa wspinaczkowa. Direttissima północnej ściany Eigeru musiała poczekać jeszcze 3 lata.
W roku 2008 pada rekord prędkości wejścia na wierzchołek droga klasyczną (niedługo potem pobijany trzykrotnie). Szczyt Eigeru można osiągnąć – zamiast w 3 dni – w 2 godziny. Ale warto rzucić okiem na film, który pokazuje, jak odpychającym miejscem jest północna ściana Ludojada.
Autor
-
Pracuję jako prosty laborant we wrocławskim Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN. W naszej fabryce nauki dumnie dzierżę funkcję sekretarza Wrocławskiego Towarzystwa Lemologicznego, gdzie (po godzinach) na kawałki rozbieramy twórczość, życie i czasy Stanisława Lema.
Jeszcze bardziej po godzinach rozważam powrót do aktywnej fotografii amatorskiej i aktywnego kontaktu z górami. Na tych jałowych rozważaniach na razie szczęśliwie poprzestaję.
Ostatnie wpisy
Bez kategorii26 grudnia 2025Złoto z morskiej wody
chemia14 grudnia 2025Chleb z powietrza
ekologia5 grudnia 2025Kominki, które udusiły Londyn
astronomia27 października 2025Długość geograficzna cz. II – zegar z drewna




A propos Matterhornu, jest to góra piękna i imponująca z daleka, ale z bliska i w bezpośrednim kontakcie jest to kolosalna kupa luźnych kamieni ochoczo strącanych przez przewodników i turystów.
no właśnie, kruche to takie, że az dziw, jak to ustało tyle lat. Rebuffat też sie dziwował, ale w postaci niedomówienia „najpiękniejsza góra kamieni na świecie”