Defilada w Rydze, 1947 rok. Wikimedia Commons

WSPÓLNOTA CZERWIENI cz. 53

Największą zdobyczą sowieckich headhunterów, którzy przeszukiwali powojenne Niemcy, starając się pozyskać specjalistów od broni rakietowej, był bez wątpienia Helmut Grõttrup. Miał on dla Moskwy ogromną wartość nie tylko ze względu na bliską w przeszłości współpracę z von Braunem i Dornbergerem, ale także dlatego, że znał wielu zdolnych kolegów, którzy cierpieli biedę w okupowanym kraju.

Grõttrup był łebskim facetem, z wykształcenia fizykiem, który miał istotny wkład w budowę systemu sterowania lotem rakiety V-2. Dlaczego nie przeszedł latem 1945 do Amerykanów? Zwykle się mówi, że z powodu lewicowych poglądów, albo dlatego, że nie chciał opuszczać Niemiec. Podobno był socjaldemokratą, może po prostu nie miał ochoty przez kolejne lata patrzeć w twarz kolegom ze stopniami oficerskimi SS? Natychmiast po skłonieniu Niemca do współpracy z ZSRR, zapewniono mu wysoką pensję i duży dom, do którego wprowadził się z Irmgard, swoją żoną (która zajęła się pozyskiwaniem żywności i innych potrzebnych artykułów dla całej ekipy). Czertok, zdając sobie sprawę z wartości nowego nabytku, postanowił utworzyć dlań osobną sekcję Instytutu Rabe, tzw. “Bureau Gröttrup”. Pierwszym zleconym mu zadaniem było spisanie historii rozwoju techniki rakietowej w ośrodku w Peenemünde, spisanie w sposób całkowicie obiektywny, pokazujący drogę, którą niemieccy naukowcy przebyli, pokonując kolejne trudności w budowie skutecznie działającego, pierwszego w świecie pocisku rakietowego dalekiego zasięgu.

Helmut Gröttrup po powrocie do Niemiec Zachodnich. (Wikimedia Commons)

W połowie 1946 roku Gröttrup zakończył pisanie powyższego raportu, ale okazał się w trakcie jego tworzenia pożyteczny dla Sowietów także w innej materii. Przede wszystkim uświadomił swoim nowym szefom kształt sieci powiązań licznych kooperantów, bez których produkcja V-2 nie była możliwa. Nadto zaoferował pomoc w pozyskaniu swoich byłych kolegów, których nie zaangażowali Amerykanie i którzy zwyczajnie klepali biedę. Niemieccy specjaliści z oczywistych względów bardziej ufali znanemu koledze aniżeli ponurym enkawudzistom i niektórych udało się Gröttrupowi zwerbować. Podobno wśród nich znaleźli się aerodynamik Hans Zeise, specjalista od konstrukcji rakiety Anton Narr oraz ekspert urządzeń startowych Fritz Fibach. Przekonywanie byłych współpracowników z Peenemünde do opuszczenia zachodnich stref okupacyjnych stanowiło tylko jedną z metod werbunku – zaufany człowiek Berii, krwawy Iwan Sierow, znalazł jeszcze jedną.

Ławrientij Beria. (WIkimedia Commons)

Obozy karne NKWD na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej zawierały sporą liczbę naukowców i konstruktorów rakiet, którzy, podobnie jak specjaliści przemysłu lotniczego, byli przecież bezmyślnie powoływani do wojska niemieckiego w końcowej fazie wojny oraz mogli zostać aresztowani przez NKWD z jakiegokolwiek powodu, choćby najbardziej błahego. Sierow, w swoim piśmie do Berii, datowanym na 3 lipca 1946 roku, chwalił się zidentyfikowaniem 18 niemieckich ekspertów rakietowych, których wyciągnięto z obozów i przekazano do tworzonych jednostek badawczych. Istnieją także relacje świadków o przymusowym kierowaniu przez sowiecki aparat terroru innych naukowców, techników i inżynierów do pracy w znajdujących się na terenie strefy ośrodkach badań rakietowych.

Legitymacja KC WKP(b) Iwana Sierowa. (Wikimedia Commons)

Oprócz posiadającego dojrzałą strukturę Instytutu Rabe w sowieckiej strefie okupacyjnej funkcjonowały w pierwszych latach powojennych inne jednostki należące do ZSRR, a również zbierające wiedzę i przedmioty związane z nazistowskim programem rakietowym. W miejscowości Berka koło przepięknego miasta Sondershausen w Turyngii usadowiła się sformowana w czerwcu 1945 roku Brygada Specjalna, złożona z doświadczonych członków jednostek, które obsługiwały wyrzutnie rakietowe Katiusza. Do jej zadań należało m.in. szukanie rakiet V-2 i związanych z nimi urządzeń technicznych. W lipcu 1945 roku wycofujący się z Turyngii Amerykanie dobrowolnie pozostawili instrukcję startową V-2, pocisk ćwiczebny oraz sprzęt stanowiska startowego, w tym opancerzony pojazd dowodzenia. Brygada pozostała w Niemczech do sierpnia 1947 roku.

Bateria wyrzutni rakietowych Katiusza. (RIAN/Wikimedia Commons)

Kolejna ekipa to zespół Wasyla Miszyna, który przybył do Niemiec w sierpniu 1945 roku i który natychmiast został wysłany do Czechosłowacji, gdzie podczas wojny funkcjonowało wielu kooperantów programu V-2. Odkryto, że władze Czechosłowacji weszły w posiadanie niekompletnego archiwum rysunków technicznych V-2 – kazano im je przekazać Miszynowi, który wysłał je w listopadzie do Moskwy (nie zawierało najważniejszych rysunków). Rosjanin wrócił do Berlina i tam poznał Siergieja Korolowa, z którym przyszło mu pracować przez kolejne dwadzieścia lat. Potem rozkazano Miszynowi przenieść się do Instytutu Rabe, gdzie wszedł w skład biura obliczeniowego, zajmującego się kalkulacją charakterystyki lotu V-2.

Przygotowana do wystrzelenia rakieta V-2 na byłym poligonie Kruppa w Cuxhaven. (Wikimedia Commons)

W październiku 1945 trzyosobowa delegacja sowiecka została zaproszona przez Brytyjczyków do Cuxhaven, gdzie rękami niemieckich jeńców przygotowano próbne wystrzelenie zdobycznego pocisku V-2. Sowieci, jak to Sowieci – zamiast trzech osób wysłali sześć. Brytyjska ochrona wyłuskała trzech ludzi, którzy próbowali się wprosić na pokaz z fałszywymi papierami – w tym Siergieja Korolowa i generała Tiulina, specjalistę od Katiusz – im pozwolono oglądać start rakiety zza płotu z drutu kolczastego. Pod wpływem tego, co obejrzał w Cuxhaven, Korolow namówił sowieckie kierownictwo na przeprowadzenie podobnej próby startu na terytorium Niemiec; operacji nadano kryptonim “Wystrieł” (wystrzał). Załatwił to w lutym 1946 roku w Moskwie, dokąd pojechał z generałem Gajdukowem. Spotkali się z tow. Malenkowem z Komitetu Centralnego, wiernym współpracownikiem Stalina i człowiekiem, który wraz z Berią miał odgórnie nadzorować sowiecki program budowy rakiet bojowych.

Próbne odpalenie rakiety V-2 w Cuxhaven. (Wikimedia Commons)

Korolow przekonywał Malenkowa, by scentralizować wszystkie wysiłki ZSRR, zmierzające do zagarnięcia całości nazistowskiego dorobku w dziedzinie techniki rakietowej – najlepiej tak, by on kierował nowymi strukturami. Zatrzymajmy się nad tą kwestią przez chwilę: człowiek, który relatywnie niedawno stracił zęby w obozie karnym, rozmawia na Kremlu z jednym z najbardziej zaufanych ludzi Stalina jak równy z równym i stawia warunki… Postać Korolowa została zmitologizowana przez propagandę ZSRR i putinowskiej Rosji, a internetowe teksty w dowolnym języku bezmyślnie powtarzają złote myśli o “człowieku, który zmienił świat”; szanse na obiektywną ocenę jego postaci pozostają zerowe. I jeszcze jedno pytanie, skoro Siergiej Pawłowicz Korolow do wszystkiego doszedł sam, własnym marksistowsko-leninowskim geniuszem, to dlaczego pozostał w Niemczech, kraju rzekomo znienawidzonych faszystów, od których nie dało się niczego nauczyć w dziedzinie budowy rakiet, aż do lutego 1947 roku?

Siergiej Pawłowicz Korolow z czasów pobytu w Gułagu, gdzie trafił po donosie swego przyjaciela, Walentina Piotrowicza Głuszki. (Wikimedia Commons)

Wróćmy jednak do owego spotkania w Moskwie. Malenkow odniósł się przychylnie do sugestii generała Gajdiukowa i Korolowa, wyrażając zgodę na stworzenie we wschodnich Niemczech kolejnej sowieckiej struktury, zajmującej się techniką rakietową. Nazwano ją “Institut Nordhausen”, jego dyrektorem został wymieniony powyższy generał, zaś Korolow głównym inżynierem. Placówka “Nordhausen” miała zająć się wszystkimi aspektami konstrukcji i produkcji rakiety A-4 (V-2), w przeciwieństwie do placówki “Rabe”, której zadaniem było głównie odtworzenie systemu kierowania lotem. W jej skład weszły cztery jednostki podległe: zakład nr 1 w miejscowości Sommerda (obliczenia trajektorii, a następnie produkcja korpusów rakiet w dawnej fabryce Rheinmetall-Borsig), zakład nr 2 w Nordhausen (podziemne zakłady, budowa silników rakietowych pod kierunkiem Głuszki), zakład nr 3 w Kleinbodungen (centralna montownia kompletnych rakiet A-4/V-2) plus zakład nr 4 w Sondershausen (integracja systemów kierowania lotem). Do pierwszego zakładu w Sommerda należało opracowanie dokumentacji produkcyjnej, którą w miarę pozyskiwania rysunków natychmiast tłumaczono na rosyjski – tu Korolow skierował swego późniejszego współpracownika, Miszyna.

Gieorgij Maksymilianowicz Malenkow. (Wikimedia Commons)

Stan osobowy Instytutu Nordhausen na październik 1946 roku wynosił 733 specjalistów sowieckich i około 7 tysięcy Niemców. Szczątkowa dokumentacja pozwala ustalić, iż w maju 1946 roku w samym zakładzie nr 3 pracowało 330 Niemców, w tym 30 inżynierów i techników, 23 kreślarzy oraz 277 mechaników i robotników – nadzorowało ich tylko dwóch Rosjan, dyrektor Kuryło i kierownik montażu komór spalania Artamonow. Jednocześnie w Instytucie Rabe zatrudniano 300 Niemców, wśród nich 11 inżynierów z doktoratami i 10 bez, którymi również kierowało tylko dwóch Rosjan. Skala tej działalności była ogromna – a mówimy przecież praktycznie tylko o rakiecie Aggregat-4, powszechnie znanej jako V-2. Próbnego odpalenia A-4 na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej w końcu nie wykonano, obawiając się, że nie da się go utrzymać w tajemnicy – w oczywisty sposób naruszyłoby ustalenia aliantów z Poczdamu.

Rysunki techniczne rakiety A-4 (V-2). (Wikimedia Commons)

Wiemy, że Sowieci pozyskali także ludzi i materiały z programów konstrukcyjnych rakiet przeciwlotniczych Enzian, Schmetterling, Taifun P, Taifun F, Wasserfall i Rheintochter; ci podobno pracowali w jeszcze jednym instytucie badawczym, Institut Berlin, który rzekomo zajmował się także kwestiami stanowisk startowych. Udało mi się ustalić, że w tej właśnie jednostce organizacyjnej powstała kompletna dokumentacja konstrukcyjna i produkcyjna rakiety przeciwlotniczej Taifun P, którą później budowano i do lat 50. testowano w ZSRR jako RZS-115; Taifun F nazywał się w Związku Sowieckim R-103 i R-110. W tworzeniu dokumentacji wielce pomocny okazał się niejaki inżynier Burkhardt, który potem wyjechał do ZSRR, by nadal pracować nad rakietami przeciwlotniczymi. Sowiecki przemysł do tego momentu w ogóle nie prowadził żadnych prac nad rakietową bronią przeciwlotniczą, uprawnione jest zatem stwierdzenie, że i w tej dziedzinie bez Niemców niewiele udałoby się stworzyć.

Start rakietowego pocisku przeciwlotniczego Taifun. (Wikimedia Commons)

O ile na temat niemieckiego wkładu w powojenny sowiecki przemysł lotniczy rosyjscy historycy napisali po 1990 roku aż dwie asekuranckie książki, to kwestia analogicznego wkładu nazistów w budowę rakiet bojowych i kosmicznych pozostaje tabu. I nie ma się co dziwić, przecież mit niezależnego rozwoju sztuki budowy pocisków rakietowych to jeden z fundamentów putinowskiej propagandy. Propagandy o wielkim mocarstwie ze świetlaną, nieskazitelną, antyfaszystowską przeszłością. Podcięcie korzeni oficjalnym mitom nie wchodzi w rachubę.

Rakietowy pocisk przeciwlotniczy Wasserfall. (Wikimedia Commons)

Więcej o produkcji rakiet V-2 dla Sowietów oraz karierze Helmuta Grõttrupa w następnym odcinku cyklu.

cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *