Morskie opowieści (2)

Szanowny Czytelniku.

Zanim zaproszę Cię do poniższej podroży po meandrach mrocznej duszy kierowcy BMW, przeczytaj koniecznie słowem wprowadzenia wpis na blogu. Jest to konieczne, aby zrozumieć dalszą opowieść. Ostrzegam: żadnych onirycznych i baśniowych historii. Bezwzględny realizm dur-aluminiowego twardzielstwa. Żadnych sproszkowanych „oxydacyjnych” wymówek. Przedrostek “dur” pełni tu kluczową rolę.

Boksyt – https://pl.wikipedia.org/wiki/Boksyt

Jak wiemy, świecące alusie, bez których kierowca beemwusi nie wyjedzie z podwórka, są kwintesencją męstwa, hartu ducha i tej nieokiełznanej symboliki prestiżu i energii, którą tylko zimny łokietek od beemwusi rozumie, prezentuje i uwielbia, jednocześnie unicestwiając resztę powolnych, niedzielnych kierowców, wlekących się w swoich godnych pogardy – sixty horse-power – maszynach.

Zatem jak to się stało, że duraluminiowa felga beemwusi stała się symbolem polskiej tożsamości narodowej na równi ze skrzydłami husarii i lechickiej, biało-czerwonej symboliki chrztu Rzeczpospolitej Polskiej? 😊

Gwinea – jedno z popularnych miejsc załadunku boksytów. Czerwona, charakterystyczna gleba jak na dłoni. – https://lloydslist.maritimeintelligence.informa.com/LL1122699/Guinea-bauxite-mine-strike-to-hurt-dry-bulk-trades

Cofnijmy się do 1821 do południowej Francji, gdzie w małym miasteczku oksytańskim niejaki pan Berthier (kawaler Legii Honorowej, homoseksualista [tu miłośnik beemwusi dostaje malutkiego zawału], miłośnik żołnierzy, człowiek godzien złotych liter wyrzeźbionych na Wieży Eiffla) opisał znalezioną na urwisku skałę – ilastą rudę. Od nazwy miasteczka nazwał ją “bauxite” i od tego czasu, ta czerwona zmora stała się głównym źródłem produkcji aluminium.

Tu też zaczyna się opowieść marynarska, bo to my marynarze jesteśmy pośrednio odpowiedzialni za duraluminiową miłość właściciela beemwusi.

Rozwój metalurgii spowodował, że już 40 lat po odkryciu “bauxite” ruszyła przemysłowa eksploatacja złóż boksytu, które w “gieologicznym” (tu polecam “Lód” Dukaja) szaleństwie zaczęto odkrywać na wszystkich kontynentach. Głównie w Afryce, Ameryce Południowej i Australii – często w tak charakterystycznej dla tamtych rejonów czerwonej glebie. Przy obecnym transporcie morzem około 100 milionów ton boksytów rocznie Australia wyróżnia się swoimi 30 milionami na plus – wiem, bo żem-siem w Perth ładował.

Miałem zatem tę marynarską przyjemność uczestniczenia w procesie transportu prawie wszystkich materiałów niezbędnych do produkcji aluminium od przewozu gorącego tar pitch (220 °C), pet-coke, aluminy, boksytów, jak i już czystego produktu w postaci aluminiowych ingotów, slabów i aluminiowych klusek i T-barów.

Na scenie poniżej przykład typowego niemieckiego masowca M/S Kaszuby 😊, wożącego boksyty dla Oldendorffa – firmy, w której zdobywałem swoje pierwsze szlify marynarskie. Podaję poniższy odnośnik, bo wygląda to milusio, gdy jedna z największych na świecie firm przewożących ładunki masowe reklamuje się naszym statkiem 😊

Statek MS Kaszuby wożący boksyty – https://www.oldendorff.com/pages/transshipment/guyana

Boksyty (I generalnie każde pylaste szachrajstwo na masowcu) ma sporo za uszami. Jednym z głównych zagrożeń jest tzw. dynamiczna separacja wody (wilgoci) zawartej w boksytach, która na wskutek wibracji, kołysania statku i tzw. wobblingu (trzęsawki) – może spowodować powstanie wilgotnej, półpłynnej slurry (papki), mogącej w sposób tragiczny zmienić stateczność statku. Stąd kapitan jest odpowiedzialny za certyfikowane testy ładunku, aby upewnić się, że TML (transportable moisture limit) – jest dobrze poniżej 70% nasycenia boksytów wodą – tak przynajmniej życzy sobie IMO w swoim kodeksie (IMSBC). Przykładem niech będzie tragedia MV Bulk Jupiter, który w 2015 roku w oka mgnieniu zabrał ze sobą na dno morskie 19 marynarzy.

Dobra. Boksyty załadowane. Zapadka Mullera, wymianą genetyczną w porcie, zapobieżona. Doxycyklina zaaplikowana – można płynąc dalej.

Dopływamy np. do Sept-Îles, Quebec w Kanadzie, aby te nasze boksyty wyładować. Dygresyjka: dlaczego do Kanady? A to dlatego, że produkcja aluminium jest jednym z najbardziej energochłonnych procesów produkcji metali nieżelaznych na świecie – szacuje się, że obecnie wyprodukowanie 1 tony aluminium zużywa 14 MWh energii – tyle zużywa przeciętny dom w Polsce przez 4 lata, a koszt gotowej tony aluminium dochodzi obecnie do 3 tys. dolarów. Energia w Kanadzie jest relatywnie tania, i tu znowu dygresja: widzimy już, dlaczego alusie w beemwusi to prestiż (gdyż podobnie jak alusiowe napoleońskie zabawki – BMW tylko w drogich duralusiach)

Aluminiowa Grzechotka podarowana przez Napoleona III (sponsor Kanału Sueskiego i bohater spod Solferino) swojemu synowi. W tamtych czasach aluminium było droższe od srebra.
Za: https://www.earthmagazine.org/article/march-23-1821-bauxite-discovered

Dobra. Boksyty wyładowane. O procesie odzyskiwania wodorotlenku glinu z boksytów do uzyskania tlenku glinu (Al₂O₃) czyli aluminy, droga daleka, wiodąca po meandrach czy to alkalicznej metody Bayera czy też kwasowej, polegającej na ługowaniu rudy aluminium roztworami kwasów. Nie znam się na tym za bardzo (a właściwie wcale), ale co zawsze mnie fascynowało to historyjka, że w procesie Halla (następny krok procesu), który jest elektrolityczną metodą otrzymywania metalicznego glinu, prądy (300 000 amperów) i pole magnetyczne im towarzyszące są tak silne, że pracownicy hali produkcyjnej muszą ją opuścić dla swojego bezpieczeństwa. Zabronione są wszelkie rozruszniki serca 😊, sprzęt elektroniczny i plomby amalgamatowe, gdyż wzbudzone pole magnetyczne jest tak silne, że po prostu zabija.

Wyładunek aluminy w Brazylii – zdjęcie własne

Pamiętają Państwo w silniczkach elektrycznych tzw. „szczotki” – malutkie czarne pierdziołki ślizgające się po komutatorze i iskrzące lekko, z charakterystycznym zapaszkiem prądu? W procesie Halla ta anoda (szczoteczka) ma od 1 do 4 ton i dość szybko się zużywa. Zatem znowu my – Mariners, w pocie czoła odbierając następny ropopochodny produkt, wkraczamy do akcji.

Anoda, szczoteczka, maleństwo kilkutonowe – https://www.whjhts.com/product/carbon-anode/

Musimy przywieźć następne komponenty, tym razem do produkcji anod, takie jak pet-coke i tar pitch. Niekalcynowany pet-coke to suchy, pachnący intensywnie jajkami (hadwaeski do 1000 ppm !!!!!) grafitowy proszek. Z daleka wygląda jak zmielony ołówek, ale pyły oraz siarkowodór w nim zawarty wraz z dalece niedoszacowaną tablicą Mendelejewa w sobie – powoduje, że jest to silnie rakotwórczy towar i jego załadunek wymaga prawidłowej wentylacji, filtrów i generalnie mówiąc – higieny logistyczno-osobistej. Zawartość siarkowodoru jest bardzo istotna, gdyż już powyżej 100 ppm człowiek przestaje go czuć, nabywając złudnego wrażenia, że niebezpieczeństwo minęło, a to po prostu nasz nosek nie sprostał. Niestety 300 ppm to już dawka bliska paraliżowi, a w przypadku 500-700 ppm śmierć w ciągu kilkunastu minut. Alarm naszych czujników osobistych jest ustanowiony na 5ppm a bezwzględna ewakuacja wymagana przy 50 ppm. Zbyt dużo ludzi zginęło na statkach niestety, gdyż H₂S, będąc ciężkim gazem, lubi się gromadzić w niższych częściach kadłuba. Eksploratorzy szamb wiedzą, o czym mowa.

Mała mistyfikacja. Na zdjęciu załadunek rudy tytanu ale niestety nie mam innej foci. Proszę mi jednak uwierzyć, że załadunek pet-coke jest równie śliczny – zdjęcie własne.

Drugi z powyższych towarów to płynny tar pitch (bitumen). Następny produkt wieży rektyfikacyjnej surowej ropy naftowej. Lepik, gęsta, równie cuchnąca substancja, przewożona w temperaturze 190–210 °C, ogrzewana olejem termicznym. Rakotwórcza, a jakże, i trudna do wyładunku pompami śrubowymi w atmosferze azotu.

Unikatowy statek. Pół masowiec, pół chemikaliowiec. Przystosowany po przebudowie do przewozu gorącego tar pitch i aluminium. Klasa lodowa Super A1 bo jak wiadomo Kanada w tropikach…. zdjęcie własne.

Naturalny tar pitch to w sumie bardzo ciekawa substancja, w naturze ciecz nienewtonowska. W temperaturze pokojowej, wyglądająca na ciało stałe, możliwa do rozbicia młotkiem, ale jak się okazuje, ciągle płynna. W Queensland w Australii przeprowadzany jest obecnie eksperyment (od 1930 roku) w którym do obecnych czasów dopiero 9 kropli tar pitchu przedostało się przez szyjkę próbówki. Tar pitch jest cieczą/ciałem stałym jednocześnie – 230 miliardów (2,3 × 10¹¹) razy bardziej lepkim niż woda 😊. Przy tak wolnej „skapliwości” – lepik do anod wyśmienity.

https://en.wikipedia.org/wiki/Pitch_drop_experiment
( w sumie świetna ilustracja do biesiadnej piosneczki: jeszcze po kropelce, jeszcze po kropelce….)

Linia produkcyjna aluminium w Kanadzie związana jest z historyczna już firmą Alcan. Powstałą w 1902 roku, która wsławiła się m.in. produkcją poszycia i elementów do jakże sławnego samolotu RAF: Spitfire’a. Niestety w 2007 Alcan zmienił właściciela, aby zapobiec przejęciu przez wrogą konkurencję – amerykańską Alcoa.

Załadowane, już gotowe kostki (ingoty) aluminium woziliśmy do Europy. Aby uniknąć cła, zatrzymywaliśmy się na chwilę w dryfie przy małym archipelagu nieopodal Nowej Fundlandii: Saint Pierre and Miquelon. Ta niewielka grupa wysp nazywała się przekornie kiedyś Archipelagiem Tysiąca Dziewic. Pewnie aby zachęcić marynarzy do czym szybszej wizyty, ale w sumie pozbywając się szybko dziewic, które trudno było uzupełnić w tym pozbawionym słońca miejscu – lokalsi wsławili się szmuglem w czasach prohibicji, przerzucając rocznie z Kanady do USA 6871550 butelek whisky 😊. Zatem i my, podtrzymując tradycję, delikatny celny szmugielek do EU uprawialiśmy.

Kostki aluminium załadowane w Kanadzie były raczej bezpieczne, żaden niedźwiedź i inny gad się tam nie schował, ale już ingoty ładowane w Australii perliły wszystkim pot na czole. Okazywało się bowiem, że jadowite żmije (bo tylko takie są w Australii) – upatrzyły sobie kostki aluminium jako ulubione miejsce spoczynku – i nawet intensywne opukiwanie paczek metalowym prętem nie zawsze gwarantowało bezpieczny załadunek.

Załadunek aluminium – Zdjęcie własne.

Dobrze. Miejsca mi więcej nie dali. Czas kończyć. Proszę teraz otworzyć sobie puszeczkę aluminium z ulubionym trunkiem i zostawić chociaż drobny komentarz. Miłośnicy beemwusi – zaproszenie specjalne.

Dalej „tszymać” poziom, czy jednak fortepian sięgnął bruku i gorzej się nie da?

Wszelkie karczemno-barokowe 5-krotnie złożone zdania – zamierzone. Infantylny styl zamierzony. Mroczne żarciki o beemwusi zamierzone. Falstaffowy brak ładu i składu – ech… zamierzony.

13 thoughts on “Morskie opowieści (2)

  1. Kapitalny tekst, nie miałem pojęcia ile zachodu i energii potrzeba, żeby przetworzyć wydobyty w Gwinei boksyt na gustowną puszkę do piwa, która potem upiększa nasze pola i łąki:).

    3
    • Tiaaa, ja kilkakrotnie odwiedziłem wydział elektrolizy huty alu w Koninie. Jeśli istnieje piekło, to właśnie tak wygląda.
      A my w ramach obozów naukowych badaliśmy poziom fluoru w wodzie w okolicach. W niektórych studniach był przekroczony 1000x(!). W jeziorach jakieś 10-20x. Na wschód od huty wioski wyglądały jak powierzchnia Księżyca.

      3
  2. To w sumie straszne, nie wiedziałem, jakim zagrożeniem dla życia mogą być wszystkie surowce, półprodukty etc. A co z życiem w morzu, kiedy statek przewożący takie rakotwórcze substancje, tfu tfu, zatonie? :O

    Zabrakło mi wyjaśnienia, o co chodzi z cłami unijnymi i wyspami St. Pierre and Miquelon – po co się tam dryfuje i jak to się ma do przepisów?

    2
    • Fakt. Niejasno napisalem. Wschodnia część Kanady jest frankońska. (Proszę zobaczyć co mają za napis na każdej tablicy rejestracyjnej). Wyspa w tamtym czasie miała status terytorium zależnego od Francji (dokładny status do sprawdzenia), z jakimiś tam benefitami celnymi. Dlatego zawijaliśmy tam, że niby już Francja i do EU wjeżdżaliśmy bez cła.

      2
      • No nie do końca. Quebec tak (leży zresztą bardziej w środku), ale Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik, Nowa Fundlandia, Labrador są jak najbardziej anglojęzyczne.

        1
        • Ciekawostka: Nowa Szkocja i wyspa Cape Breton mają istniejącą od XVIII w. populację Szkotów mówiących po gaelicku (jedyna taka enklawa poza Szkocją). Do tej pory 2–4 tys. mieszkańców używa tam gaelickiego. To nie wydaje się wiele (kilka nowo wprowadzonych języków imigranckich na tych wyspach ma więcej użytkowników), ale jest to coś ok. 6% wszystkich rodzimych użytkowników szkockiego gaelickiego. Zjawisko porównywalne z patagońskim walijskim (istniejącym od 1865 r.).

          2
          • O, to dla mnie ciekawostka, chociaż można by się domyślać. Ciekawe, czy pozostanie czy też za jakiś czas zniknie…

      • Archipelag Saint-Pierre-et-Miquelon jest nadal formalnie terytorium francuskim. Ma status “wspólnoty zamorskiej”, czyli czegoś mniej więcej o randze departamentu. Ludność mówi po francusku (kiedyś także po bretońsku i baskijsku, ale oba języki lokalnie wymarły). W każdym razie wyspy nie należą do Kanady. Kwestie celno-prawne to dla mnie czarna magia, ale nie jest to część strefy celnej Unii Europejskiej. Wyspy rządzą się własnymi prawami, co niewątpliwie oznacza jakiś rodzaj “raju celnego”.

        2
        • Według Wikipedii w czasach prohibicji przez Saint-Pierre-et-Miquelon przechodziły rocznie miliony litrów kanadyjskiej whisky szmuglowanej następnie do USA. Zniesienie prohibicji to był dla wysp cios ekonomiczny, ale widać znaleziono sposoby, żeby sobie to odbić. W 1958 rząd francuski zaproponował wyspom (ostatniemu reliktowi Nowej Francji) trzy opcje: niepodległość, pełną integrację z Francją albo utrzymanie statusu terytorium (czyli bycie czymś w rodzaju kota Schrödingera). Wybrali ostatnią możliwość.

          3
  3. Świetnie się czytało Tak trzymać Uwielbiam takie detale Większość jest nieświadoma jak skomplikowany jest transport i produkcja

    1
  4. Bardzo ciekawy tekst. Każdy codziennie ma w ręku aluminium, ale nie każdy jest świadomy jaką drogę przebyło. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *