Porozmawiajmy o języku (3): Od prajęzyka do języka

Wyobraźmy sobie, że zdolność do nauki i używania języka pojawiła się całkiem nagle i całkiem znikąd za sprawą cudu – zestawu mutacji, które pojawiły się u jednego dziecka, rekonfigurując jego mózg, głośnię, narządy artykulacji, układ oddechowy i uszy. Już jako niemowlę dziecko zaczyna gaworzyć: mama, gaga, bubu itp., ćwicząc się w sztuce wydawania dźwięków, po czym osiąga wiek, w który, powinno zacząć przyswajać pierwsze dorosłe słowa. Ale takich słów nie ma, bo dziecko jest jedynym przedstawicielem swojego gatunku przygotowanym biologicznie do mówienia i rozumienia mowy, tak jak gdyby było wychowywane przez szympansy. Wrodzone dążenie do opanowania słownika i składni języka używanego przez otoczenie nie ma się na czym oprzeć. Choćby nawet urodziły się bliźnięta z takim samym cudownie nabytym zestawem genów, nie ma dorosłego języka, którego mogłyby się nauczyć. Język ma sens jako własność społeczna, nie indywidualna. Jeśli nie ma korzyści przystosowawczej z posiadania nowej cechy, nie ma też powodów, aby zespół warunkujących ją genów miał się szerzyć w populacji.

Jakaś forma języka musi już istnieć i dawać swoim użytkownikom większe szanse na sukces reprodukcyjny, żeby stworzyć presję selekcyjną promującą geny usprawniające ten rodzaj komunikacji. Istnieją właściwie dwa wyjścia z błędnego koła (ewentualnie jakaś ich kombinacja). Po pierwsze – egzaptacja czyli użycie w nowych zastosowaniach cechy, która pierwotnie wyewoluowała w innym celu. Egzaptacją było na przykład wykorzystanie przez niektóre dinozaury piór (posiadanych już z innego powodu) jako powierzchni nośnej umożliwiającej lot. Zdolność do nauki i używania języka mogła się pojawić jako adaptacja do całkiem innego typu zachowań (może ogólnie uczenia się przez naśladowanie) i szczęśliwie okazała się przydatna w nowej funkcji. Zauważmy, że np. zdolność czytania i pisania nie jest wprost uwarunkowana genetycznie, ale powstała jako przeniesienie komunikacji językowej do nowego medium. Podobnie jest np. z formalizmem matematyki. Zanim się pojawił, ludzie potrafili już używać liczebników i kwantyfikatorów, wykonywać proste operacje arytmetyczne oraz wnioskowania logiczne i rozmawiać o nich. Ta zdolność, zakotwiczona w naszej biologii, nie pojawiła się po to, żeby umożliwić pojawienie się całek, macierzy i funkcji zepolonych, ale w końcu do tego doprowadziła.

Pojawia się tu jednak trudność: nadal nie wiemy, skąd wziął się język (słownik i gramatyka). Raczej nie wymyślił go samodzielnie jakiś genialny dojrzały osobnik H. sapiens, bo nawet dzisiaj naukę pierwszego języka trzeba zaczynać w dzieciństwie (a nawet w późnym życiu płodowym), kiedy funkcje mózgu są jeszcze bardzo plastyczne. Poza tym powraca problem przystosowań (neuro)anatomicznych. Nie dotyczą one ogólnych zdolności do uczenia się, tylko konkretnie artykulacji i rozpoznawania dźwięków mowy (oraz ich kombinacji) z precyzją niedostępną dla innych naczelnych. Czemu innemu miałyby one służyć, jeśli nie komunikacji dźwiękowej?

Pozostaje inna możliwość: stopniowa koewolucja języka i innowacji genetycznych, które umożliwiają jego używanie. Kluczową rolę mógł tu odegrać tzw. efekt Baldwina czyli wpływ zachowań wyuczonych (przekazywanych kulturowo) na przebieg ewolucji biologicznej (zjawisko nazwane na cześć autora tej koncepcji, amerykańskiego psychologa Jamesa Marka Baldwina, 1861–1898). Wyobraźmy sobie, że Homo erectus, w pełni sprawny manualnie, z mózgiem nieco większym niż u przodków, rozwinął szerszy repertuar wytworów i zachowań, które nie były wrodzone, ale przekazywane z pokolenia na pokolenie przez naśladownictwo i naukę. Chodzi o wytwarzanie narzędzi, doskonalenie technik zbierackich i łowieckich, zorganizowaną eksplorację otoczenia, a także gry, zabawy i rytuały umacniające więzi społeczne. Nie są to zjawiska obce innym małpom człekokształtnym, ale H. erectus pradopodobnie wyprzedzał pod tym względem pokrewne gatunki. Był w końcu pierwszym przedstawicielem ludzkiej linii rodowej, który wyemigrował poza afrykańską kolebkę i skolonizował Azję Południową aż po Półwysep Sundajski (obecnie archipelag, ale w plejstocenie można było dotrzeć suchą nogą z Indochin aż na Jawę, Bali i Borneo). Im większe staje się znaczenie kultury, zachowań wyuczonych i zorganizowanej współpracy dla przeżycia i sukcesu reprodukcyjnego, tym bardziej gatunek uzależnia się od nich. Jeżeli sama zdolność do uczenia się ważnych adaptacyjnie zachowań ma podłoże genetyczne, to dobór naturalny zaczyna premiować zmiany, które jej sprzyjają. Na tym właśnie polega efekt Baldwina, który jest formą klasycznej ewolucji darwinowskiej, choć z pozoru może wyglądać na scenariusz rodem z dzieł Lamarcka.

H. erectus mógł z przyczyn anatomicznych nie być zdolny do mowy artykułowanej takiej, jakiej dziś używamy, ale mógł używać prostych wokalizacji typu „spółgłoska + samogłoska” jako znaków akustycznych przekazujących komunikaty w sposób skonwencjonalizowany, zrozumiały dla całej lokalnej wspólnoty. Przykładem rzeczywiście istniejącej komunikacji tego typu są okrzyki ostrzegawcze używane przez koczkodany liberyjskie (Cercopithecus campbelli). Do okrzyku podstawowego, oznaczającego ostrzeżenie przed pewnym konkretnym zagrożeniem, może być dodawany przyrostek modyfikujący jego znaczenie. Następnie okrzyki (z przyrostkami czy bez) mogą się łączyć w określonym porządku w sekwencje wyrażające bardziej skomplikowane znaczenia, które badaczom udało się rozszyfrować. Jest to morfoskładnia prymitywna wg ludzkich standardów, ale imponująca jak na naczelne dość odległe ewolucyjnie od człowieka. Ewolucja jest wielokierunkowa i nielinearna: bliskich analogii dla rozwoju prajęzyka nie musimy wcale szukać wśród naszych najbliższych krewnych. Choć możliwości artykulacyjne koczkodanów liberyjskich i repertuar ich okrzyków są ograniczone z przyczyn anatomicznych, to powiązanie okrzyków ze znaczeniami (czyli słownik) i reguły ich łączenia (czyli gramatyka) są nabywane przez uczenie się, a różne populacje regionalne używają zbliżonych, ale różnych „dialektów”.

Koczkodan liberyjski (Cercopithecus campbelli), niezależny wynalazca morfologii i składni. (Autor: Viliam – stock.adobe.com; źródło: https://www.medianauka.pl/koczkodan-liberyjski).

Gatunek z dynamicznie rozwijającą się kulturą zaczyna potrzebować udoskonaleń biologicznych, które umożliwiają pełniejsze korzystanie z tego, co kultura oferuje. W ewolucji wczesnych gatunków Homo mógł zatem pojawić się nacisk selekcyjny na sprawniejsze używanie systemu porozumiewania się za pomocą dźwięków i na dążenie już na najwcześniejszym etapie życia do jego skutecznego przyswajania – sprzężenie zwrotne między ewolucją biologiczną a kulturową. Około miliona lat temu innowacje biologiczne dostroiły się do siebie wzajemnie, osiągając stan bliski optimum adaptacyjnego. Zdolność do tworzenia kultury i do korzystania z jej dobrodziejstw przestała wpływać na biologię i w pewnym sensie uwolniła się od niej. Nasi przodkowie „nauczyli się uczyć” oraz komunikować się na tyle sprawnie, że nie potrzebowali kolejnych podpórek biologicznych. Udoskonalenia, dzięki którym mogli zbiorowo polować na mamuty, rozpalać ogień, wytwarzać krzemienne groty, budować solidne szałasy lub klecić tratwy, okazały się także wystarczające, żeby z czasem wynaleźć łuk, uprawę roślin, arytmetykę, pismo, koło, technikę, naukę i wszystko, co nas dziś otacza. O ile na etapie początkowym ewolucja kulturowa przebiegała bardzo powoli, bo ograniczało ją tempo sprzężonej z nią ewolucji biologicznej, to po uwolnieniu się od ograniczeń biologicznych zaczęła się rozpędzać wykładniczo, kumulując wcześniejsze zdobycze, odkrycia i wynalazki.

Ostrzegam, że dzielę się z czytelnikami własnymi poglądami na początki kultury i języka, silnie ukształtowanymi przez to, co wiem o biologii ewolucyjnej. Nie wszyscy językoznawcy podzielają te poglądy. Wielu nadal uważa, że język powstał stosunkowo niedawno jako wyłączna właściwość H. sapiens oraz że jest zjawiskiem „nieredukowalnie złożonym” – np. z tego powodu, że składnia języka jest rekurencyjna, czyli umożliwia zagnieżdżanie struktur gramatycznych w większych strukturach należących do tej samej kategorii. Powstanie czegoś tak wyrafinowanego wymagałoby nagłego skoku jakościowego w organizacji mózgu, niedającego się wyjaśnić za pomocą stopniowego rozwoju. Analogie biologiczne pokazują jednak, że nieredukowalna złożoność (ulubiony argument domorosłych obalaczy ewolucji) zawsze okazuje się złudzeniem. Zresztą rekurencja nie jest obca innym zwierzętom. Eksperymenty dowodzą, że np. ptaki krukowate (a konkretnie – czarnowrony) potrafią stosować myślenie rekurencyjne do rozwiązywania złożonych problemów zawierających podproblemy. Moim zdaniem nie było ostrej granicy między „prajęzykiem”, choćby tak prostym jak u koczkodanów liberyjskich, a językiem w pełni rozwiniętym, pozwalającym łączyć skończoną liczbę „klocków” (słów i morfemów) w nieograniczoną liczbę zdań. W miarę jak język się komplikował, presja selekcyjna premiowała wzrost mózgu, pomnażanie obwodów neuronowych i innowacje anatomiczne doskonalące sprawność komunikacyjną. To z kolei umożliwiało dalszy wzrost złożoności języka.

Reasumując, uważam za prawdopodobne, że to efekt Baldwina, niewątpliwie połączony z egzaptacyjnym wykorzystaniem wcześniejszych usprawnień biologicznych (zwłaszcza tych związanych z uczeniem się przez naśladownictwo), wywindował nas na wyżyny sprawności komunikacyjnej: prawie milion lat temu wzrost mózgu oraz anatomia i unerwienie narządów mowy i ucha osiągnęły stan zbliżony do współczesnego. Czy język odznaczał się już wówczas podobnym stopniem złożoności, jaki mają języki istniejące współcześnie, trudno powiedzieć. W każdym razie w tym czasie ewolucja biologiczna powiedziała: „Zrobiłam, co mogłam, teraz radźcie sobie sami”, i opiekę nad językiem przejęła niemal w całości ewolucja kulturalna.

Tak to raczej nie wyglądało: Adam nadający zwierzętom nazwy. Szesnastowieczny fresk nieznanego autora, Meteory (Grecja).

Czy najdawniejsze formy języka były wspólne dla wszystkich praludzi? Sądzę, że nie. Jeśli język (w odróżnieniu od genetycznie uwarunkowanej zdolności do jego używania) nie był wrodzony i dziedziczony biologicznie, tylko przekazywany w procesie nauki, jego ujednolicenie w całej populacji byłoby możliwe, gdyby konwergencja (wyrównywanie różnic wskutek regularnych kontaktów) przeważała nad dywergencją (różnicowaniem się odmian lokalnych wskutek zachodzących w nich niezależnie zmian). Biorąc pod uwagę demografię paleolitu, trzeba taką możliwość wykluczyć. H. erectus zajmował ogromny obszar geograficzny – praktycznie całą Afrykę i Azję Południową. Wywodzący się z jego afrykańskiej populacji H. heidelbergensis zajął, oprócz Afryki, nie tylko część Azji, ale też całą wolną od lodu Europę. Archaiczny H. sapiens od początku swojego istnienia występował od Maroka po Tanzanię i od Etiopii po Południową Afrykę. Wszystkie te gatunki żyły w niewielkich grupach rodzinno-plemiennych, rozproszonych choć utrzymujących kontakty z grupami sąsiednimi. Takie warunki sprzyjają rozdrobnieniu językowemu, a nie unifikacji. Nawet wspomniane wyżej koczkodany liberyjskie, choć zamieszkują stosunkowo niewielki fragment Afryki Zachodniej, używają dialektów regionalnych. Stwierdzono na przykład, że koczkodany z lasu Taï na Wybrzeżu Kości Słoniowej mówią inaczej niż ich krewniacy z wyspy Tiwai w Sierra Leone. Także system komunikacji dźwiękowej orek (Orcinus orca) – z którego co prawda praktycznie nic nie rozumiemy i wiemy tylko, że jest przekazywany pozagenetycznie, drogą kulturową – jest podzielony na „języki” i „dialekty” odpowiadające klanom i składającym się na nie stadom.

Pod presją doboru naturalnego innowacje genetyczne związane z używaniem języka utrwaliły się w całej populacji ludzkiej w tej samej lub niewiele zróżnicowanej formie. Taki był efekt ewolucji biologicznej. Natomiast poszczególne języki są tworem ewolucji kulturowej, zachodzącej szybko. Jeśli nastąpi podział jednej społeczności na dwie, które tracą z sobą kontakt, zmiany językowe mogą spowodować powstanie dwóch języków w ciągu kilkuset lat. Zauważmy ponadto, że człowiek jest zdolny do wielojęzyczności. Oprócz języka przyswojonego we wczesnym dzieciństwie możemy się nauczyć kolejnych języków, także w życiu dorosłym. Łatwiej nauczyć się drugiego lub trzeciego języka, mając już w umyśle struktury kognitywne zbudowane w dzieciństwie na potrzeby języka pierwszego. Znajomość co najmniej dwóch lub trzech języków nie jest luksusem ludzi wykształconych, ale normą w tych częściach świata, gdzie zachowała się naturalna różnorodność językowa. Można uznać, że i do tego przygotowała nas biologia. Kiedy np. wskutek wymiany egzogamicznej kobieta trafiała do obcej wspólnoty językowej, była w stanie opanować język nowego otoczenia. Ubocznym skutkiem egzogamii był fakt, że wiele dzieci mogło wychowywać się w środowisku dwujęzycznym. Niewielu językoznawców zwróciło na to uwagę, ale jest to ważny aspekt prehistorii języka, bo oznacza, że dzięki wielojęzyczności już w swojej najstarszej postaci komunikacja ludzka była podatna na efekty „transferu poziomego”, czyli wymiany słownictwa i innych elementów systemu językowego pomiędzy różnymi językami.

W tym miejscu kończę dywagacje na temat ewolucji biologicznej języka. W kolejnych odcinkach zajmę się do ewolucją kulturową i pytaniami: skąd biorą się nowe języki, jak rekonstruujemy ich przeszłość oraz i na jakiej podstawie grupujemy je w rodziny dające się sprowadzić do wspólnego przodka.

Literatura dla dociekliwych:

O koczkodanach liberyjskich (Cercopithecus campbelli) i ich „języku”:

https://www.pnas.org/doi/10.1073/pnas.0908118106

https://www.nyu.edu/about/news-publications/news/2014/december/serious-monkey-business-linguistic-methods-uncover-sophisticated-meanings-and-monkey-dialects-.html

O rozumowaniu rekurencyjnym u czarnowronów (Corvus corone):

https://www.science.org/doi/10.1126/sciadv.abq3356

O dialektach orek (Orcinus orca). Drugie źródło za paywallem, ale mogę się podzielić własną kopią z zainteresowanymi:

https://www.newscientist.com/article/mg12517072-900-science-killer-whales-communicate-in-distinct-dialects/

https://brill.com/view/journals/beh/152/15/article-p2001_1.xml

O pierwotnej wielojęzyczności (jak wyżej: artykuł za paywallem, ale…):

https://link.springer.com/article/10.1007/s10539-018-9609-3

6 thoughts on “Porozmawiajmy o języku (3): Od prajęzyka do języka

  1. Bardzo ciekawe! Ale mam pytanie: kiedy mniej więcej człowiek zaczął mówić, i czy zdolność do mówienia pojawiła się jednocześnie we wszystkich populacjach?

  2. Wiele wskazuje na odziedziczenie zdolności do używania języka przez linię “sapiensową” i neandertalsko-denisowiańską od wspólnego przodka czyli H. heidelbergensis (w szerokim sensie, obejmującym formy nazywane H. antecessor i H. rhodesiensis). Jeśli zdolności językowe rozwijały się z początku stopniowo przez milion czy dwa miliony lat, to trudno wskazać konkretny punkt graniczny między prymitywnym prajęzykiem a językiem rozwiniętym. Jakąś pośrednią wskazówką jest zakończenie wzrostu mózgu ok. miliona lat temu. Dotychczas znane allele genów, którym się przypisuje rolę w rozwoju języka, były utrwalone i u ludzi, i u naszych gatunków siostrzanych nie później niż kilkaset tysięcy lat temu. Stawiałbym zatem na równoległy rozwój języka w różnych populacjach. Inaczej po co byłyby im wszystkim te same adaptacje?

  3. Rozumiem, czyli były to jakieś prajęzyki, niewiele wspólnego mające z dzisiejszymi językami czy też rodzinami językowymi? Inaczej mówiąc, rodziny czy grupy językowe kilkaset tysięcy lat temu, czyli w czasie powstawania werbalnej komunikacji, i rodziny językowe teraz (np. indoeuropejska) to sprawy nieporównywalne? No bo (popraw mnie jeżeli się mylę) “prajęzyk” indoeuropejski powstał jakieś 10 000 – 5000 lat temu, czyli stosunkowo niedawno?

  4. O tym będą kolejne odcinki :).

    Spoiler: nie są porównywalne. Metoda porównawcza daje wgląd w ostatnie kilka tysięcy lat (w przypadku języka praindoeuropejskiego to ok. 6 tys. lat) czyli pewnie ułamek procenta całej (pre)historii języka.

  5. Oczywiście, należy przyjąć sposób argumentacji oparty o efekt Baldwina za zasadny, choć nie jedyny. Argument Chomsky’ego polega na tym, że pojawienie się rekurencji (rekurencyjnie działająca zasada Scal (ang. Merge)) zmienia wszystko. Faktem jest, że bez rekurencji składnia w normalnym rozumieniu nie istnieje. Gdy się pojawia, mamy do czynienia ze zmianą skokową, nagromadzone koncepty i pra-wyrazy układają się w hierarchiczne struktury. Pytanie o to, czy to co było przedtem, bez rekurencji, to już był język, to kwestia definicyjna. Dla zawężonej definicji języka, prajęzyk pozbawiony rekurencji, to jeszcze nie język, ale dla rozszerzającej, którą stosujesz, już tak.

  6. Uważam, że rekurencja nie pojawiła się wraz z językiem, tylko istniała już od dawna jako mechanizm kognitywny pozwalający np. dzielić problem hierarchicznie na podproblemy i zawieszać realizację zadania nadrzędnego (zatrzymywać go w pamięci roboczej), dopóki nie zostanie rozwiązane zadanie “zagnieżdżone”. Jest to istotne np. przy produkcji narzędzi (kiedy np. chwilowo trzeba się skupić na tym, jak i czym obrobić jakiś przedmiot, zanim się go użyje w zamierzonym celu). Jeśli wrony sobie z tym radzą, to czemu nie hominidy? Zastosowanie rekurencji w języku byłoby wtedy typową egzaptacją, a nie stworzeniem specjalnego mechanizmu de novo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *